183. Starzy znajomi

Witamy,
Bardzo się cieszymy, że całkiem sporo z Was wierzyło w nas i wróciło nas czytać 🙂 Nieodmiennie tęsknimy za Waszymi komentarzami, więc piszcie ich jak najwięcej. Kolejna notka – w kolejnym tygodniu. A jeśli jedna z nas w najbliższym czasie trafi w swej wędrówce na Jen, Josha, Willow, albo Liama – obiecuje poprosić o autograf dla Was 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dworcu biegają dzieci, rodzice głośno je wołają, a ja cały czas zastanawiam się, gdzie podział się Haymitch. Kiedy zeszłam na dół, już ze spakowaną walizką, jego już nie było, a w kuchni zobaczyłam Peetę, który nadal siedział przy kuchennym okrągłym stole, zasłanym obrusem w biało-czerwoną kratkę. Mama ma ich chyba z 10 – każdy kolejny jest taki sam, jakby chciała zapewnić sobie jakąś stabilność. Może dzięki takiej niezmienności czuje się bezpieczniejsza?

Peeta powoli sączył kawę i po raz nie wiem który przeglądał dokumenty, wciąż coś podkreślając, zaznaczając… Wokół leżało mnóstwo papierów. Właściwie były rozrzucone, ale po kolejnych ruchach wiedziałam, że on wie która kartka leży w której części i nawet lekki wiatr, który nimi poruszał, nie przeszkadzał mu. Shen, oparty o futrynę drzwi, przyglądał mu się, choć nie mam pewności czy widział Peetę, czy może przed oczami miał coś całkiem innego. Spoglądałam przez chwilę na ojczyma, a on tylko pokręcił głową i westchnął, wzbudzając we mnie niepokój. Czyżby martwił się tym, że mój mąż tak szybko wrócił do pracy, czy raczej o jej ilość? Nie zdążyłam go jednak zapytać, bo poczułam na ramieniu dłoń mamy. Odwróciłam się, żeby ją przytulić, a ten nagły ruch wyrwał Peetę z jego transu. Spojrzał na zegarek i przeklął cicho pod nosem. Shen nie dał rady ukryć zaskoczenia – nie znał go takim. Dla mnie było to jednak tylko bolesne potwierdzenie, że moje chwile z Peetą – mężem już się skończyły, że znów stał się Peetą – doradcą prezydenta. Ostatnio często przeklina, choć  głównie w pracy, ale nadal mnie to razi, tym bardziej, gdy słyszę to także u Paula.

– Gotowa? – padło tymczasem z ust mojego męża.
– Gotowa – odpowiedziałam mu smutno, bo wiedziałam, że taka noc jak dzisiaj, nie powtórzy się zbyt szybko. Wrócimy do naszych obowiązków, będziemy odbywać osobne podróże i nieprędko będzie nam dane znów być razem.

Kiedy Shen przytula mnie na pożegnanie, a w oddali słyszę nadjeżdżający pociąg, pytam go cicho, gdzie jest nasz mentor. Odpowiada mi tylko wzruszeniem ramion. Mama ostatni raz nas obejmuje, życząc po raz kolejny szczęśliwej podróży,  Shen ściska rękę Peety, a skład z głuchym łoskotem wjeżdża na stację. Peeta z uwagą przygląda się biletom, a potem obserwuje wagony, szukając naszego. Nagle, tuż przed nami zatrzymuje się wagon specjalny. Wyróżnia się od pozostałych, biało-zielonych, swoją czerwoną barwą. Duże, złote litery WS na rozsuwanych drzwiach potwierdzają tylko moją teorię, że Paul z Johanną przysłali po nas służbową salonkę. Całość została zaprojektowana tak, by zapewnić prezydenckiej parze możliwość bezproblemowej pracy w podróży – bezpośrednie łącze z Kapitolem, telefon, dostęp do komputera… Co prawda wewnątrz jest także 4 wygodne sypialnie, ale jakoś nie mam przekonania, że decyzja Paula była umotywowana tak dalece naszą wygodą. Do tego nie potrzeba było tego wagonu… Zaskoczenie na twarzy Peety mówi mi, że nie wiedział o tym i nie miał z tym nic wspólnego.

– Tak właśnie myślałem, że to wy, cóż za spotkanie – słyszę głos mentora zlewający się lekko z sykiem rozsuwanych drzwi.
– Haymitch? – pytamy jednocześnie.
– Witajcie – odpowiada z uśmiechem, wyskakując lekko z wagonu. Dostrzegam, że zdążył się przebrać, teraz ma na sobie oficjalny garnitur i wygląda jakby – w roli burmistrza Dwunastki – jechał służbowo do Kapitolu, a nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe. Tymczasem podchodzi do nas powoli, uważnie się nam przyglądając. Znam to spojrzenie, mamy podjąć grę. I jak zwykle to Peeta pierwszy przejmuje pałeczkę.
– Witaj – mocno łapie mnie za rękę, drugą wyciągając do Haymitcha. Ten z kolei podaje rękę także mojej matce, a potem Shenowi, pytając:
– Jak budowa?
– Doskonale – odpowiada spokojnie ojczym. – Dzięki pomocy Katniss park przygód rośnie w oczach.
– To świetnie – Haymitch kiwa lekko głową, a jego słowa zagłusza gwizdek konduktora, dający znak do zbliżającego się odjazdu. Jeszcze ostatni raz krótko przytulam Shena, całuję mamę i daję się pociągnąć do wagonu. Drzwi zamykają się tuż za mną, a pociąg nabiera prędkości.

– Park przygód? – Peeta przygląda się Haymitchowi.
– Mhm – mruknięcie wydaje się jedyną odpowiedzią, gdy burmistrz zapada się w miękkim fotelu, a potem opiera nogi na stoliku. W końcu jednak podejmuje wątek:
– Katniss, o co pytałaś Shena, jak mijaliście ogrodzony plac budowy?
– Co to za budowa? – odparowuję zaskoczona. Faktycznie, idąc na dworzec, mijaliśmy ogrodzony plac. Wskazując na niego zapytałam ojczyma o niego, ale miast odpowiedzi, cicho kazał Peecie zerknąć i przytulić mnie. Peeta to zrobił, ale w jego dotyku wyczułam, że jest tak samo spięty jak ja, jak ja nie wie w co mamy grać.
– Pięknie – Haymitch puszcza do mnie oko, a do mnie nagle dociera skąd on to wie.
– Kamery… Wspominałeś o kamerach! – patrzę przerażona. Park, który ponoć rośnie dzięki mojej pomocy, plac budowy, który widziałam po raz pierwszy…
– Wspominałem – odpowiada rozbawiony Haymitch.
– Problem w tym, że żadnej nie widzieliśmy – warczy na niego Peeta. – Ten wagon, twoje zachowanie, to wszystko wygląda jak jakieś przedstawienie. Możesz nam to wytłumaczyć?
– Mogę – odpowiada bardzo spokojnie, ale ciąg dalszy jego wypowiedzi przerywa pracownik obsługi, wsuwając głowę w drzwi:
– Zaczyna się – informuje krótko.
– Dziękuję – odpowiada Haymitch, biorąc do ręki pilota i uruchamiając zainstalowany pod sufitem telewizor, który płynnym ruchem zjeżdża na środek pokoju, jednocześnie rozświetlając ekran. O zgrozo, zaczyna się Kapitol Buzz – program poświęcony kapitolińskim celebrytom, podejmujący głównie takie tematy jak moda, trendy w restauracjach i dyskotekach. I wpadki. Tak, wpadki Kapitolińczyków to temat przewodni tego magazynu.

– Musimy patrzeć na te głupoty? – Peeta ma takie samo zdanie na temat plotek z Kapitolu, jak i ja.
– Musicie – Haymitch nie przyjmuje odmowy. Mam przeczucie, że gdybym spróbowała przejść do innego przedziału, złapałby mnie za rękę i kazał usiąść. Tymczasem na ekranie prezenterka, ubrana we wściekle różowy kombinezon z lateksu, szczerzy się do kamery. Bolą mnie od tego oczy…

– Kochani widzowie – mówi piszczącym głosikiem z przesadzonym, kapitolińskim akcentem – dziś mamy dla was prawdziwą perełkę, jeszcze ciepłą – w tym momencie puszcza oko do kamery.
– Nasi szpiedzy – mówiąc to wykonuje palcami obu rąk gest rysowania cudzysłowia – odnaleźli Najgorętszą Parę Dekady w Czwórce – widzę jak nasze twarze wypełniają ekran za nią.
– Najgorętsza Para Dekady – Haymitch zanosi się śmiechem, a ja zastanawiam się, czy znów nie zaczął pić. A równocześnie dociera do mnie, że nie zauważyłam na dworcu kamerzysty. I chyba Peeta także… A przecież zawsze ich widzieliśmy…

– Jak już wcześniej informowaliśmy – kontynuuje prezenterka – w czasie, kiedy Peeta Mellark jeździł z Prezydentem i jego żoną po dystryktach, Katniss Mellark pomagała w budowie parku przygód, dla dzieci z Dystryktu Czwartego – w tym momencie na ekranie pojawia się moje zdjęcie, wskazuję coś pracującym na budowie robotnikom.
– Beetee – wzdycha Peeta.
– Ano – kwituje Haymitch, ocierając łzy śmiechu z twarzy.

Kamerzysta zarejestrował całą drogę z domu mamy na dworzec, nasze pożegnanie, a  nawet rozmowę z Haymitchem. Scena, która przykuwa najbardziej moją uwagę, to przejście koło wspomnianej budowy parku. Z tej perspektywy rzeczywiście wygląda to tak, jakbym wskazywała coś Peecie, jednocześnie spoglądając na Shena. Wreszcie materiał kończy się, a monitor znów świeci na różowo.
– Oglądajcie nas, wkrótce przedstawimy wam powrót Katniss i Peety do Kapitolu! A może nawet uda nam się zamienić z nimi kilka słów. Do zobaczenia! – prezenterka rozpływa się niemal w zachwycie, a Haymitch wreszcie wyłącza telewizor.
– Jak? – pytam cicho.
– Powinnaś raczej zapytać – przerywa mi wściekły Peeta – gdzie oni są?!
– O co znowu gołąbeczki są złe? – Haymitch spogląda na nas uważnie.
– Niech pomyślę – zaczyna Peeta. – Może o to, że nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy nagrywani? Że mogliśmy narobić niezłych głupstw?
– Ale nie narobiliście – wpada mu w zdanie zaskakująco spokojnie burmistrz Dwunastki.
– Nie mogłeś mieć takiej pewności – syczę. Tak, to nie Peeta narobiłby głupstw, tylko ja… Rozglądaliśmy się dyskretnie za kamerzystą, szukaliśmy też Haymitcha. Wstrzymuję oddech, gdy dociera do mnie, że przecież Kapitol Buzz może mieć nagranie Haymitcha wychodzącego od mojej matki… Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Albo co gorsza poszło, i odbije nam się czkawką, jak już wrócimy do Kapitolu.

– Miałem, skarbie – ucina Haymitch. – Naprawdę myślicie, że przekazalibyśmy im niesprawdzony materiał?
– Wy to przekazaliście?! – Peeta podniósł głos.
– Oczywiście. I jeśli nie przyszło ci to do głowy, jesteś nadal bardzo naiwny – odparowuje mentor.
– Ale jak? – Peeta trochę się uspokaja, mam wrażenie jakby był zrezygnowany. Opada na miękką kanapę obok mnie i nie spuszczając wzroku z Haymitcha.
– To proste – Haymitch wzrusza ramionami. – Zatrudniliśmy wam osobistego kamerzystę i reżysera, którzy oficjalnie pracują w redakcji… tego czegoś – krzywi się tak komicznie, że z trudem powstrzymuję uśmiech. – Cokolwiek zostanie puszczone w telewizji o was, będzie przez nas przygotowane i zmontowane w taki sposób, żeby nie trzeba było potem niczego odkręcać.
–  A jaką masz pewność, że ten twój kamerzysta i reżyser nie nakręcą czegoś. co nie powinno trafić do mediów?
– Dobre pytanie, skarbie – Haymitch na moment zawiesza głos, a w końcu dodaje – może sama ich o to zapytasz.
– Są tu? – pytam zaskoczona.
– Oczywiście, mówiłem przecież, że musimy wszystko omówić – stwierdza jakbym pytała o kolor nieba.
– Może do nas dołączycie? – krzyczy przez ramię Haymitch, a ja czuję dziwny niepokój. Nasza rozmowa z ostatnich kilku minut nieźle mogłaby nam zaszkodzić, a gdyby ją odpowiednio zmontować, zmanipulować…

Najpierw pojawia się ona. Niby nic się nie zmieniła, a nie wiem, czy poznałabym ją na ulicy. Włosy jej urosły, teraz są związane gumką w luźny kok, a kilka pasm, które uwolniły się z niego, delikatnie opada na twarz. Ma na sobie czarne, luźne spodnie i białą koszulkę. Na biodrach zawiązała kraciastą koszulę. On nieodmiennie nosi się w czerni, lekko przytył, ale nadal ma ciepłe oczy i łagodny uśmiech.
– Pollux, Cressida – szepczę i czuję jak łzy szczypią mnie pod powiekami.

Peeta wstaje, chyba nie bardzo wie jak się zachować. Normalnie nie ma z tym problemu, nawet wobec obcych, ale teraz widocznie jest zagubiony. Nie dziwię mu się – żadne z nich nie poznało Peety przed osaczeniem, znają go z czasu po uwolnieniu z Kapitolu. Znają człowieka pełnego sprzeczności – z jednej strony chcącego oddać za mnie życie, a z drugiej – chcącego mi to życie odebrać. Ja też stoję jak wmurowana, uświadamiam sobie, że ani razu się nimi nie zainteresowałam, nigdy nawet nie zapytałam, czy przeżyli, choć walczyli ze mną przeciw kokonom ramię w ramię. Jest mi wstyd.

– Witajcie – mówi cicho Cressida, przechylając lekko głowę. Wciąż ma wygoloną część głowy, choć nie aż tyle co kiedyś, nadal też widać tatuaże. Po krótkiej chwili Pollux trąca ją w ramię i zaczyna coś pokazywać. Cressida tłumaczy na głos:
– Witajcie, dobrze was widzieć.

Robię to niemal instynktownie – podbiegam do nich i mocno obejmuję każdego z nich. Peeta staje za mną, ściskając im dłonie. Pollux znów zaczyna coś migać, a Cressida tłumaczy jego słowa:
– Cieszę się Peeta, że udało ci się pokonać twoje demony.
– One nadal we mnie są – odpowiada cicho mój mąż – ale dzięki Katniss udaje mi się je pokonywać każdego dnia.

Każde z nas chce powiedzieć coś jeszcze, ale drzwi cicho się rozsuwają i do wagonu wjeżdża stolik z kawą i ciasteczkami.

182. Witajcie w Kapitolu

Witamy,
Jak widać poniżej – nie zamknęłyśmy jeszcze bloga i mamy nadzieję, że kolejne notki spodobają się Wam podobnie jak poprzednie 180 😉
Oczywiście czekamy na komentarze 🙂
Następna notka – za tydzień.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A


Spoglądam na niego trochę zestresowana. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nagłe pojawienie się mamy sprawiło, iż niemal całkowicie wstrzymałam oddech. Tymczasem Peeta wygląda, jakby wejście mojej matki kompletnie nie zrobiło na nim wrażenia. Przyglądam się mu dłuższą chwilę, aż w końcu chyba do niego coś dociera, bo skupia przez chwilę na mnie wzrok i wreszcie pyta:
– Coś nie tak, kochanie?
Nie odpowiadam, czując dziwny natłok myśli. Wśród nich jedna wybija się szczególnie mocno – pewność siebie Peety w obecnej sytuacji jest co najmniej dziwna. I zaskakująca…
– Łatwo poszło?
– Tak – spokojnie stwierdza Peeta, wzruszając lekko ramionami. – Przyznaję, że byłem przekonany, iż będzie znacznie gorzej.
– Mogłeś sobie zaoszczędzić obaw, gdybyś przez ostatnie trzy tygodnie choć trochę się mną zainteresował. Gdybyś wykonał choć jeden telefon, Peeta, niewątpliwie nie musiałbyś wchodzić oknem, ani zastanawiać się nad potencjalną reakcją! – sama słyszę jaka jestem poirytowana i zjadliwa, ale uważam, że mu się należy. Czuję się zła i skrzywdzona. I nie wiem, co bardziej mnie boli – podejrzenie o zdradę, niezwykle łatwa zgoda na zabranie mnie z Kapitolu, czy też ta kompletna obojętność, jaką wykazywał przez długie 20 dni. A może wszystko razem? W każdym razie czuję, że wczorajsza euforia już ze mnie wyparowała – teraz czas na wyjaśnienia.
– O czym ty, Katniss, mówisz? – ton Peety jest właściwie taki sam jak mój, jakbym to ja go skrzywdziła. Pochylił się lekko w moją stronę, ale widzę, że mięśnie ramion i szczęki napięły mu się, jak zawsze wtedy, gdy czeka go ciężkie spotkanie.

Wzdycham głęboko, próbując zmniejszyć rozdrażnienie. Nie chcę doprowadzić do kłótni – mieliśmy ich ostatnio wystarczająco wiele. Mimo to jestem przekonana, że nie skończymy szybko tej rozmowy. Siadam po turecku, sięgając po leżącą na skraju łóżka czarną koszulkę. Dopiero po chwili zauważam, że jest na mnie sporo za duża. Peeta uśmiecha się lekko, widząc, że obciągam ją niemal jak sukienkę, wiedząc, że jest dowodem naszego wczorajszego pośpiechu.
Nie daję się jednak rozbroić, zamykam na chwilę oczy, pocieram palcami brwi. Wreszcie wracam do zaczętej przed chwilą rozmowy:
– Peeta, przez ostatnie trzy tygodnie nie zadzwoniłeś ani razu, zachowywałeś się jakbym nie miała dla ciebie znaczenia, nie dałeś też ani jednego znaku na to, że zrozumiałeś…
– Katniss – przerywa mi Peeta, nie czekając aż dokończę zdanie – o czym ty do mnie mówisz?
– O czym ja mówię? Nie mam pojęcia jak możesz pytać! – głos podnosi mi się do krzyku. Chyba za dużo ostatnio przeszłam, nie potrafię uspokoić emocji. – Przez ostatnie…
– Do jasnej cholery, Katniss – Peeta znów mi przerywa, podsycając tylko moją złość – ja do Ciebie nie dzwoniłem?! Ja nie dawałem znaku życia? A kto przez ostatnie trzy tygodnie nie raczył odebrać telefonu, kto odsyłał każdy prezent, każdy list? Ja, czy ty?
– Jakie telefony, Peeta, jakie listy? Niczego nie dostałam, podobnie jak nie widziałam żadnych prezentów. Co ty wczoraj piłeś?

Zmiana w wyrazie twarzy męża powstrzymuje moje pytania. Nagle zrywa się, obejmuje moją twarz dłońmi, przybliża swoje czoło do mojego i szepcze:
– Katniss, dzwoniłem codziennie, pierwszy raz kilka godzin po twoim wyjeździe. Ponieważ nie chciałaś ze mną rozmawiać, zacząłem pisać listy, ale wszystkie odsyłałaś nie otwarte. Podobnie wróciły do mnie wszystkie wysłane przez ostatni tydzień kwiaty… A teraz mi mówisz, że to ja nie chciałem się z tobą skontaktować?
– Nie odebrałam od ciebie żadnego telefonu, bo żadnego nie było. Nie widziałam także listów ani kwiatów…
– Twoja mama – Peeta domyślił się szybciej niż ja. Nagle wszystko zaczyna układać się w całość. Całość, która wcale mi się nie podoba. Zrywam się z łóżka, rzucając tylko krótko:
– Nie ruszaj się stąd, za moment wracam.
– Katniss, nie rób czegoś, czego będziesz jutro żałować – powstrzymuje mnie, łapiąc za rękę.
– Nie martw się, to nic takiego – przyklękam na łóżku i całuję go przelotnie w usta. – Naprawdę za moment wracam. – Peeta jednak nie zwalnia uścisku, świdrując mnie wzrokiem. Nie chcę się szarpać, więc czekam aż mnie puści. Widząc, że nic z tego, dodaję:
– Peeta, zejdę na dół, uduszę moją matkę i najszybciej jak się da, wrócę do ciebie.
Zamiast uwolnienia mnie, zamyka mnie w uścisku:
– Peeta, puść – nadal próbuję się uwolnić.
– Nie. Cokolwiek zrobiła twoja mama, zanim dokonasz aktu samosądu, pozwól jej na obronę.
– Po co? – prycham.
– Bo cię o to proszę – odpowiada mi bardzo poważnie.

Wychodzimy wspólnie z pokoju, splatając dłonie. Schodząc powoli po schodach, słyszymy urywek rozmowy:
– Coś długo ich nie ma – uśmiecham się słysząc głos Shena.
– Pewnie muszą sobie sporo wyjaśnić – Haymitch został najwyraźniej na noc. – Wiesz Emmo – znam ten ton… – zastanawiam się, czemu jesteś taka milcząca. Przecież świadomość, że twoja córka i jej mąż dzielą ze sobą pokój i łóżko raczej nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, prawda? W takim razie domyślam się, że obawiasz się czegoś całkiem innego…

Wchodzimy do kuchni, co przerywa myśl mentora. Jego kwaśny uśmiech sugeruje, że znacznie szybciej niż my dodał dwa do dwóch, uświadamiając sobie, jak bardzo namieszała moja matka.
– Dzień dobry – Peeta zachowuje się, jakby był tu cały czas, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyźni odpowiadają, pozdrawiając nas, natomiast moja matka milczy. Stoi wsparta o zlew, ze spuszczonym wzrokiem.
– Mam nadzieję, mamo – kontynuuje Peeta – że nie gniewasz się za moje najście, ale bardzo zależało mi na zobaczeniu żony.
– Peeta…- mama zaczyna drżącym głosem.
– Mamo – przerywa jej – rozumiem.
Spoglądam na niego zaskoczona. Oszalał chyba. Ja na pewno nie rozumiem!
– Posądziłem Katniss o okropne rzeczy, nie mając absolutnie żadnych dowodów. Co więcej – pobiłem tamtych mężczyzn – wymienia niemal beznamiętnie. – Wcześniej zostawiłem ją tuż po naszym ślubie samą na bardzo długo, chyba powinien się przyznać, że nawet ją zaniedbałem. Ale obiecuję, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Dostałem okrutną nauczkę, muszę przyznać, że nie spodziewałem się jej od ciebie, ale, jak widać, nie doceniłem cię. Byłem przekonany, że to naprawdę Katniss odsyła moje listy, że nie chce ze mną rozmawiać. Dałaś mi bolesną lekcję, ale teraz pozwól mi już zabrać Katniss do Kapitolu i naprawić wszystko, co zepsułem.
Nie tak to wyglądało w mojej wyobraźni, ale nie mogę teraz już zmienić tego, co zrobił, co powiedział. Mamie trzęsie się broda, podchodzi powoli do Peety i mocno go przytula. Coś mu szepcze do ucha, a on w odpowiedzi lekko kiwa głową. W końcu, odsuwając się, odpowiada krótko:
– Dobrze, mamo.

Śniadanie jemy w dość dziwnej atmosferze. Początkowo wszyscy są milczący, potem Shen z niewielką pomocą mamy próbują nas na siłę wciągnąć w jakąkolwiek rozmowę i rozbawić, a na koniec Peeta dołącza się do nich z rozpaczliwymi wysiłkami ożywienia dyskusji. Osiągają jednak marny skutek. Dno w kubkach z kawą sprawia, że oddycham z ulgą na myśl o wyjściu z kuchni, jednak wówczas wtrąca się, milczący dotąd, Haymitch:
– Wszystko wyjaśnione?
Kiwamy zgodnie głowami
– Gołąbeczki pogodzone? – dopytuje, jakby oczekiwał większego entuzjazmu. Ponownie przytakujemy.
– No to bierzemy się do roboty. – Sięga po stojącą pod stołem skórzaną torbę i wyciąga z niej niebieską teczkę. Powoli ja otwiera i wręcza każdemu z nas kartkę. Z zaskoczeniem orientuję się, że zdążyłam odwyknąć od precyzyjnych planów dnia… Widzę, że dziś chyba jeszcze dostaliśmy mini urlop, bo na górze arkusza jest jutrzejsza data, a kolejne punkty ciągną się do późnego wieczora w sobotę. Peeta uważnie studiuje swój plan, dość podobny do mojego, aż na głos wypowiada moją radość:
– Dziś mamy wolne.
– Macie – odpowiada Haymitch.
– Na co masz ochotę, kochanie? – Peeta przyciąga mnie do siebie.
– Nie wiem – odpowiadam ucieszona i wdzięczna temu komuś, kto dał nam cały dzień dla siebie.
– To ja ci powiem, skarbie. na co masz ochotę. – Powoli dociera do mnie, że Haymitch nie patrzy na nas, tylko na swoje dłonie. Cholera…
– Po pierwsze mamusia i Shen pięknie i czule pożegnają was za – tu spogląda na zegarek – 25 minut na głównym placu. Po drugie pojedziecie pociągiem i możecie się na kapitolińskim dworcu przytulać ile chcecie. Po trzecie – padła propozycja, żebyś przeniósł Katniss przez próg waszego kapitolińskiego mieszkania – wylicza spokojnie Haymitch. Zauważam, że na planie leżącym przed nim są jakieś dodatkowe zapiski, których nie widzę na naszych arkuszach.
– Potem macie dla siebie jakąś godzinę do półtorej, byle to wyglądało wiarygodnie w czasie. Następnie idziecie na zakupy i macie się uśmiechać do siebie – łypie na mnie, jasno dając do zrozumienia do kogo jest ta uwaga. – Możecie też pójść na lody, a potem wrócicie do domu. W zależności od tego, ile czasu zmitrężycie – macie kilka albo kilkadziesiąt minut, żeby się przebrać i pojechać na kolację – zawiesza na chwilę głos – z parą prezydencką, która niezwykle już za wami się stęskniła. I żeby była jasność – macie być bardzo wiarygodni, żeby w Panem skończyły się wreszcie plotki o wielkim rozwodzie idealnej pary. Czy to jasne?
– Tak – odpowiadamy cicho.
– Pytałem, czy to jasne – Haymitch wstaje z krzesła, opierając otwarte dłonie o blat stołu.
– Jasne – odpowiadamy głośniej, choć uważam, że przesadza.
– To teraz marsz spakować się – wskazuje na mnie palcem. – A ty, Emmo masz być kochającą matką i teściową. Resztę wyjaśnimy sobie w pociągu – kończy Haymitch, dolewając sobie kawę ze stojącego na stole dzbanka.
Kiedy jestem już na schodach, dochodzi mnie znów głos Haymitcha:
– Czy wspominałem, że jedzie z nami kamerzysta?
– Witajcie w Kapitolu – kwituje cierpko Peeta.

Nowa notka – jutro

Wszystkich, którzy czekają i tych, którzy stracili nadzieję, informujemy, że nowa notka będzie na blogu jutro. Jest kilka godzin na przypomnienie sobie gdzie skończyłyśmy 😉

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Kosogłos 2 – jest MOC

Byłam, widziałam. Jest WOW…
Pytanie – czy chcecie recenzję (zrobię wszystko, by uniknąć spoilerów), czy wolicie poczekać, aż wybierzecie się sami do kina i nie mieć już żadnych przecieków i relacji? :):)

Pozdrawiam ciepło,
Ania

Polcon 2015, Poznań

Uwaga,  połowa naszego zespołu Autorek jest na Polconie w Poznaniu. Jeśli jesteście tu, albo planujecie wpaść i spotkać się ze mną, dajcie znać w komentarzu, albo na maila 🙂 Będzie mi bardzo miło 🙂

A poniżej – zdjęcie z cosplayową Katniss :):):)

image

image

Niespodzianka, czyli wpis 181a ;)

Wszyscy już czekają na niespodziankę, więc oczywiście będzie. A nawet dwie 🙂

Śmiało możemy napisać, że obie niespodzianki są prezentem od naszych Czytelniczek dla nas i dla Was wszytkich 🙂 Pierwsza to notka, którą po opublikowaniu 180, napisała Magda. Jest to ciut inna wersja niż nasza 181, ale to tylko pokazuje, że każde zakończenie może iść w inne strony :):)

Druga – to film stworzony przez Martynę. Myślę, że zachwyci Was podobnie jak i nas 🙂 Niestety, vimeo określiło, że na film trzeba poczekać jeszcze ok. 40 minut, a wiemy, że już się niecierpliwicie, więc druga niespodzianka pojawi się gdzieś po 21 🙂

Miłego czytania, (a później także oglądania) i wieczoru 🙂 Tak my, jak i Martyna, i Magda – będziemy czekać na Wasze komentarze 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Plan (notka gościnna, autorka – Magda)

Serce głośno kołatało mi w piersi, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy miałem wyjść na arenę.  Nie mam pewności, czy Haymitch wszystko załatwił. A jeśli mu się nie udało? Nie… nie mogę do siebie dopuszczać tej myśli, on przecież wszystko potrafi. Przecież matka Katniss nie jest na niego tak zła jak na mnie, choć mam przeczucie, że żywi do niego jednak taką samą urazę.

– Dobra. Weź się w garść! – mówię do siebie na głos  i podnoszę lekko słuchawkę, by zadzwonić. Ale nie rozmawiałem z Katniss od trzech tygodni i nawet nie wiem co powiedzieć .A jeśli nie będzie chciała rozmawiać? Przez ten cały czas nie mogłem się do nich dodzwonić, bo jej matka skrupulatnie koczowała przy telefonie.  Mogę się także założyć, że do Katniss nie dotarł żaden list, ani prezent, chociaż były wysyłane przez mojego mentora, który – o dziwo – naprawdę pragnął  mi pomóc za wszelką cenę. A wcześniej myślałem, że raczej będzie mi robił wykłady jaki to byłem głupi. Ale ja dobrze wiem jaki byłem okropny, bo matka Katniss uprzejme mi to powiedziała tuż przed ich odlotem. A przecież już bez tego byłem dość przybity. Od razu po tym jak Haymitch wyjaśnił mnie i Paulowi, że ci ludzie to trenerzy fitness, zacząłem wszystkiego żałować. Było nam głupio i chcieliśmy pobiec  do naszych żon, żeby z nimi porozmawiać, ale mentor powiedział, że moja żona jeszcze śpi, a tylko Johanna czeka na mojego kuzyna. On jedyny miał to szczęście, że jego ukochana, którą posądził o zdradę, czeka aż się zjawi. Aczkolwiek coś mi się widzi, że to raczej nie była przyjemna rozmowa.

Po odwiezieniu obydwóch trenerów do domu poszedłem spać do pokoju w Pałacu, niedaleko tego, w którym spała moja żona i od razu po wstaniu chciałem z nią porozmawiać, ale ktoś mnie wyprzedził. Jej matka. A po naszej wymianie zdań odleciały razem z Katniss do Czwórki i tak się wszystko skończyło. A teraz? Teraz siedzę na kanapie w apartamencie i boję się zadzwonić do własnej żony.

Chwytam słuchawkę, przyciskam do ucha i wpisuję numer telefonu. Czekam na sygnał. Strasznie pocą mi się ręce ze zdenerwowania. Nie jestem pewien jak zareaguje na mój głos. Sygnał pierwszy i nagle… piknięcie oznaczające rozpoczęcie rozmowy. Odebrała! Naprawdę odebrała! – krzyczę w myślach, ale euforia szybko zamieniła się w ponowne zdenerwowanie. Co ja jej powiem? Nie mam pojęcia… ale trzeba zacząć, bo ta cisza trwa zbyt długo.

-Halo? Cześć kochanie… – mówię trochę niepewnie, bo nie wiem czy zwrot „kochanie” w takiej sytuacji jest właściwy. Przecież nie widzieliśmy się od 3 tygodni. Na szczęście moje rozmyślania przerywa jej glos.
– Peeta? Czy to ty? -Katniss mówi nieco zmieszana, ale dla mnie nie ma to teraz znaczenia, znowu słyszę jej głos, głos mojej ukochanej.
– Tak… nie przeszkadzam Ci? – powiedziałem trochę dla rozluźnienia, bo mamy tyle tematów do obgadania, a wiem, że Haymitch daje mi jedynie 10 minut. Później on pewnie zostanie wyrzucony, a mama Katniss przyjdzie zabrać telefon.
-Nie ,ale… – jakiś głos, prawdopodobnie Haymitch, jej przerywa.
-Oczywiście! – odkrzykuje Katniss głośno.
– Coś się stało ? – pytam trochę zaniepokojony, bo jednak nie mam pewności, czy to on do niej krzyczał.
-Nie, nic kochanie -w jej glosie usłyszałem lekkie wzruszenie. – Tylko…  bardzo za tobą tęskniłam! – teraz popłakała się na dobre. W zasadzie ja też płaczę, co mnie nie dziwi ,ale muszę zachować zimną krew, bo cały plan pójdzie w cholerę.
– Ja też za tobą – nie byłem w stanie powstrzymać wzruszenia i wiem, że ona pozna to nawet przez słuchawkę. – A teraz posłuchaj mnie Katniss, nie możesz teraz płakać… nie możesz rozumiesz ?
– Tak – odpowiada z determinacją w głosie, taką samą jaką miała podczas pierwszych Igrzysk.
-Nie schodź na dół, jeśli usłyszysz jakieś kłótnie i wołanie ciebie przez mamę, nie możesz zareagować… Nie możesz zagregować! – powtarzam dwa razy i krzyczę bo chcę, żeby to do niej dotarło w 100%.
-Tak rozumiem -potwierdza, kiedy nagle z dołu dochodzą jakieś krzyki. Zaczynam się denerwować, zostało mało czasu, zaraz po nią przyjdą.
– Cholera! -krzyczę. – Kochanie. bardzo cię przepraszam za wszystko, ale nie mamy czasu na rozmowę, pogadamy jak tu przyjedziesz…
-CO? Gdzie? – przerywa mi, bo wie, że mama jej nie puści, zresztą ja też jestem tego świadom.
-Spokojnie – mówię, bo chcę dać jej poczucie, że mam wszytko pod kontrolą, choć rzeczywistość lekko się od tego różni. Krzyków nie powinno być słychać tak szybko, więc kontynuuję, póki mamy czas. – Zaklucz się w pokoju i spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, które musisz koniecznie wziąć. Po tych czynnościach otworzysz okna, wszystkie – mówię z naciskiem, bo nie wiem ile ma okien w pomieszczeniu – i będziesz czekać aż przez jedno wejdzie Hoult i cię  stamtąd zabierze do poduszkowca. Dobrze ?
-Dobrze – odpowiada, a ja trochę się odprężam, bo zrozumiała o co mi chodzi.
-Teraz się rozłączę, a ty przejdziesz do działania. Do zobaczenia Katniss – mówię, gdy chcę zakończyć rozmowę, ale to ona wypowiada ostatnie zdanie.
– Kocham cię, Peeta – wypowiada i rozłącza  się…

Zwiastun Kosogłosa cz. 2

Jest chyba wszystko, co byśmy chcieli mieć. Nie wiadomo chyba tylko tego, czy Finnick przeżyje. Pocałunek, spadochrony, okropne jaszczury, Tigris, tunele, rozmowa Kat ze Snowem (i wizyta w ogrodzie – w wieży Eiffle’a :):)), Jo…, Peeta… I ta muzyka…

Dobra, oglądajcie sami – tego nie da się opowiedzieć 🙂

181. Smoczyca

Witamy,
Postanowiłyśmy umilić Wam trochę czekanie na zwiastun 😉 Plus – takiej notki nie było już dawno. Bardzo dawno – od października ub. roku. Część z Was pewnie będzie zdziwiona formą, inni się uśmiechną, jeszcze inni zdziwią 😉
Mało tego – w sobotę czeka Was kolejna niespodzianka (Magda – tak, to dzięki Tobie :))
Pozdrawiamy Was ciepło i – jak zawsze – czekamy na komentarze.
I pewnie o 16-17, gdy pojawi się zwiastun, znów z Wami będziemy 🙂

A & A

PS Na koniec – przypominamy o konkursie. Jeszcze tylko do północy z niedzieli na poniedziałek czekamy na Wasze prace na anie@poigrzyskach.pl

PS2 Nie ma problemu, jeśli komentujecie notki i dodajecie linka do siebie, ale jeśli cały komentarz to link do bloga + ew. hasło „wpadnijcie do mnie”, „dopiero zaczynam, czekam na komentarze” to traktujemy to jako spam.

Z każdym kolejnym stopniem, z każdym krokiem, robiło mi się jakoś lżej na sercu. Już sama obecność Haymitcha tutaj była dziwnie miłą niespodzianką, do tego wyraz jego twarzy, błysk w oku, delikatne mrugnięcie, niemal jakby przypadkowe – to wszystko napawało mnie radością. Wiedziałam, instynktownie czułam, że w moim pokoju czeka na mnie cudowna niespodzianka. To mogło oznaczać tylko jedno – Peeta w końcu do mnie przyjechał. Przed chwilą czułam się niesamowicie zmęczona, ale ostatnie stopnie pokonuję już niemal w podskokach, momentami wspinając się po dwa stopnie. Przez moment obawiałam się, że zwrócę tym na siebie uwagę mamy, ale słyszę, że wraz z Shenem i Haymitchem wchodzi do salonu.

Szybko otwieram drzwi mojej sypialni, twarz jaśnieje mi uśmiechem, czuję smak pocałunku…

W pokoju panuje półmrok, blade światło nocnej lampki sprawia, że pokój wydaje się być niesamowicie i zaskakująco przytulny. I równocześnie przerażająco pusty. Ukłucie zawodu przeszywa moje serce, cała radość i szczęście, które rozpierały mnie jeszcze przed sekundą, pryskają jak mydlana bańka. Rozglądam się bezradnie, czując, że najwyraźniej źle odczytałam sygnały mentora. Może chciał mnie tylko pocieszyć, albo miał na myśli, coś, czego nie zrozumiałam…

Wciągam głęboko powietrze i dociera do mnie jak duszno jest w pokoju. Sypialnia znajduje się na pierwszym piętrze, okiennice są małe, dzielone na cztery, a do każdej z ciemnobrązowych ram, przyczepione są specjalne haczyki, na których wiszą małe firanki, wyglądające jakby były zrobione na szydełku. Nie pamiętam już kiedy je otwierałam, więc bez większego zastanowienia szarpię mocno klamkę. Zimny wiatr wpada do pokoju, sprawiając, że przechodzi mnie dreszcz. Na zewnątrz jest bardzo ciemno, zachmurzone niebo sprawiło, że widoczny prawie zawsze w Czwórce piękny blask księżyca, odbijający się dodatkowo od tafli morza, dziś jest prawie niewidoczny. Dociera do mnie, że Haymitch wspominał coś o wietrzeniu. Może… Wychylam się mocno przez okna, niemal zawisam na parapecie z nadzieją, że Peeta, gdzieś tam jest. Po chwili kolejnej nadziei dochodzi do mnie jej absurdalność. Peeta, ze swoją protezą, miałby się wspinać po gzymsie, aby dostać się do mojej sypialni? Ta myśl sprawia, że znów robi mi się niesamowicie przykro. I znów to nieprzyjemne uczucie, które towarzyszyło mi przez ostatnie tygodnie, powraca. Niesamowity ból, smutek i tęsknota. Peety tu nie ma, nie przyjechał z Haymitchem, nie dzwoni, nie pisze, nie mam z nim żadnego kontaktu, może on naprawdę, tak jak mówi mama, nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

Wycofuję się i przymykam powoli skrzydło okna. W pokoju panuje półmrok, a moje odbicie w szybie nie jest wyraźne, ale i tak jestem przerażona. Nie, na pewno tak nie wyglądam, to zniszczone szkło tak zniekształca mój obraz. Podbiegam do lustra i po raz pierwszy od tygodni przyglądam się odbiciu. Tłuste włosy posklejane są w jakieś okropne strąki, bluza i spodnie, są w takim stanie, że aż mi wstyd, że coś takiego na siebie założyłam, paznokcie są obgryzione niemal do mięsa, na dwóch zachowała się jeszcze jakaś resztka wyblakłego czerwonego lakieru.
– Matko, jak ja wyglądam – mówię na głos. Lustro niestety potwierdziło odbicie w okiennej szybie. Chyba nawet poprzednio wyglądałam lepiej… Może Haymitchowi, wcale nie chodziło o to, abym wywietrzyła pokój, bo mój mąż ma zamiar mnie odwiedzić, a raczej ze względu na zapach jaki wydziela moje ciało.

Łazienka, która przylega do mojego pokoju, nie ma wanny, więc o długiej, gorącej kąpieli w pachnącej pianie mogę tylko pomarzyć, niezależnie od przekonania, że to najlepiej by mi pomogło. Zrzucam z siebie rozciągnięte ubranie i wrzucam je od razu do kosza na śmieci. Nie warto ich prać, nie nadają się do noszenia przez nikogo, nawet przez porzuconą, brudną i zapuszczoną , a już niedługo – może byłą – żonę.

Pozwalam, by gorąca woda parzyła moje nagie ciało. Daje mi to dziwne, nieopisane, ale jednocześnie przyjemne wrażenie oczyszczenia. Opieram dłonie o białe kafelki, woda oblewa mnie całą, mieszając się ze łzami. Przed oczami przepływają mi wspomnienia – wszystkie szczęśliwe chwile z Peetą, smak jego pocałunków, dotyk jego dłoni na moim ciele… Takie bliskie, rzeczywiste, a jednak tak odległe… Zatapiam się w marzeniach. Wracają do mnie wspomnienia, naszej pierwszej wspólnej kąpieli… Zamykam oczy, zatapiam się w niesamowicie realnych obrazach. Delikatny powiew zimnego powietrza mnie zaskakuje, nie sądziłam, że mam aż tak bujną wyobraźnię, że jestem w stanie nie tylko przywołać obraz, ale i odczucia…

Mężczyzna ma uniesione brwi, spogląda na mnie wzrokiem nie kryjącym zaskoczenia i niedowierzania. Przyglądam mu się równie intensywnie, co on mnie. Otwiera usta, chce coś powiedzieć, ale w końcu porzuca ten pomysł, jakby zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji chyba żadne słowa nie będą na miejscu. Robi niepewny krok w moją stronę, a ja czekam. Kolejny krok, jego dłonie, delikatnie obejmują moją twarz, spogląda mi głęboko w oczy, tak jak tylko on potrafi i czeka na mój gest, na moją reakcję.

– Czy ty mi się śnisz? – pytam w końcu cicho, a z mojego, zaciśniętego masą emocji gardła, wydobywa się dziwny skrzek.

Kręci głową, a delikatny, figlarny uśmiech błąka się po jego ustach.

– Jak się tu dostałeś? – czuję, że łzy ulgi i radości napływają mi do oczu. Widok Peety, nie będącego wytworem mojej wyobraźni, wywołuje taką właśnie reakcję.
– Przez okno – mówi cicho, przysuwając się bliżej. Patrzę w jego oczy i już wiem, mam pewność, że Peeta nigdy mnie nie zdradził, że to wszystko było jakimś chorym nieporozumieniem, w którym – z jakiegoś powodu – oboje ugrzęźliśmy.
– Pod oknem stoi drabina – nadal szepcze, jakby bał się, że za ścianą ktoś nas podsłuchuje.
– Wspiąłem się po niej, okno było otwarte, acz niechcący kopnąłem w jedną z okiennic, kiedy wchodziłem do pokoju i narobiłem trochę hałasu. Nawet sądziłem, że cię przestraszyłem, albo obudziłem, ale wtedy usłyszałem szum wody. Przepraszam – kwituje wypowiedź niesamowicie pociągającym uśmiechem, ale też z odrobiną zmieszania, jakby dotarło do niego, że dopiero wtedy mógł mnie przestraszyć.
– Za co? – dopytuję, jednocześnie pragnąc, żeby mnie pocałował.
– Że dopiero teraz zdecydowałem się na włamanie do twojej wieży.

Wybucham śmiechem, ale Peeta momentalnie tłumi go pocałunkiem. Usta ma gorące i namiętne. Jego dłonie błądzą po moim ciele, bezbłędnie odnajdując najbardziej wrażliwe miejsca, nie przestaje mnie całować, a nasze podniecenie rośnie z każdą sekundą.
– Tak bardzo tęskniłem – mówi ochrypłym głosem.
– Ja też – odpowiadam powoli.

Biorę go za rękę i wtedy dochodzi mnie głos Haymitcha z parteru:
– Katniss, mam nadzieję, że właśnie rozmawiasz z mężem?
– Oczywiście – odkrzykuję mu patrząc w oczy Peety.

Peeta obejmuje mnie mocno w pasie i wtula twarz w moje mokre włosy.
– Nigdy bym cię nie zdradził Katniss…  I nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy, żeby ciebie o coś takiego podejrzewać. Katniss, bardzo cię przepraszam. Choć wiem, że to za mało, że znów wszystko zepsułem, że…

Cofam się lekko o krok, ale równocześnie kładę mu dłoń na ustach, a potem zamykam je pocałunkiem.

– Pora wstawać, jest taki piękny… – urwane zdanie mamy budzi mnie skutecznie. Momentalnie otwieram oczy, stoi na progu pokoju, z szeroko otwartymi oczami i ustami. Nie porusza się, a ja nie mam pojęcia jak zareagować.
– Dzień dobry, mamo – pada zza moich pleców wyraźny i pewny głos Peety. Instynktownie zamykam powieki, gotowa na smoczy atak matki, ale on nie następuje.
– Dzień dobry… Jak już wstaniecie, zapraszam na śniadanie – odpowiada mama niepewnym  i jeszcze trochę niechętnym głosem, po czym zostawia nas samych.
– Łatwo poszło – kwituje mój mąż opadając nagi na poduszki, jednak kątem oka widzę, że przykrył się od pasa w dół. I dobrze – obawiam się, że na pewne widoki, mama nie jest gotowa, zwłaszcza tak wcześnie rano.

—–

Oczywiście, jak niektórzy się już domyślają, cześć środkowa jest… trochę obcięta. Jak wiecie – jest jeszcze blog z notkami specjalnymi i tam znajdziecie scenę w całości.

A & A

Mała zapowiedź ;)

Ponieważ pewne pytanie pojawia się często w Waszych komentarzach i na grupie facebookowej, to dziś informujemy, że w konkursie będzie się można inspirować 181 notkami. Pewnie już wiecie co to znaczy :):)