102: Stan wyjątkowy

Witajcie. 

Dzisiejsza notka, zadedykowana jest pewnej wyjątkowej 19 letniej osóbce. Natalko- w dniu urodzin najserdeczniejsze życzenia. 

Kolejny rozdział we wtorek. 

Pozdrawiamy ciepło 

A. & A. 

 

– Co się stało? – lęk, który ścisnął mnie, gdy zobaczyłam, że wrócili sami, nadal mnie nie opuszcza.
– Nie mam pojęcia – Peeta opada ciężko na krzesło i przeczesuje nerwowo dłonią włosy. Wiem już, że stało się coś złego, czekam tylko, by wreszcie powiedział mi co zastali na miejscu.
– Mogę z tobą porozmawiać? – głową wskazuję boczny balkon.
Peeta nie odpowiada, ale podnosi się powoli i omiata spojrzeniem ludzi zebranych w pokoju. Gale poszedł do Paylor, a Johanna, Annie i Haymitch powinni chyba przez chwilę zostać sami. Każde z nich przeżywa swój własny dramat, za wcześnie jest, by próbować rozmawiać. W końcu Peeta kiwa głową, otwiera drzwi i wychodzimy na niewielki zielony taras.
– Nie było ich nigdzie – ani w domu rodziców, ani w Wiosce. Nigdzie – zaciska dłonie na pomalowanej na biało barierce, aż jego kostki kolorem zbliżają się do metalu, o który się opiera. Po dłuższej chwili odwraca się i delikatnie mnie obejmuje. – Nie mam pojęcia co mogło się stać. Nawet nie wiem czy nadal żyją – słyszę rozpacz w jego głosie. Już drugi raz godzi się w sobie ze śmiercią bliskich…
– Nie możemy tak myśleć – odpowiadam mu pewnie, choć i mnie ta myśl przyszła do głowy. – Musimy być pewni, że nic im nie jest. Byli z nimi Paul i Shen, nie ma takiej możliwości, by pod ich ochroną cokolwiek im się stało, pomogą im. Ale… po co szukaliście ich w Wiosce Zwycięzców, przecież ona… – docierają do mnie słowa Peety.
– Jak Katniss, co mogliby zrobić? – Peeta przygląda mi się uważnie. – Nie mieli broni, a nawet jeśli przyjmiemy, że w przypadku Paula i Shena ich ręce są bronią, to niewiele pomogą, gdy ktoś do nich strzeli – nie pamiętam kiedy ostatni raz mówił w ten sposób. Nie uspakaja mnie, nie zastanawia się nad emocjami, po prostu wypowiada swoje myśli. – A co do Wioski – spłonął tylko jeden dom, ten w którym początkowo mieli mieszkać Paul i Johanna. Albo ktoś albo się pomylił, albo to jakaś wiadomość. Tylko nie wiem jak ją rozszyfrować. Co tu się do cholery dzieje?
– Paylor – stwierdzam krótko, a on patrzy na mnie pytająco.
– Ludzie w dystryktach muszą pracować od 12 do 70 roku życia. Żywność znów jest racjonowana i to bardzo, niewolnicza praca, obniżone zarobki. Paylor zrobiła to wszystko za naszymi plecami. Oni wszyscy myślą, że to nasza wina, że na to pozwoliliśmy – ostatnie zdanie wypowiadam już szeptem. 
– Ale to nieprawda – mówi równie cicho Peeta.
– Nie do końca – naszą rozmowę stanowczo przerywa Beetee.
– Przecież nie wydaliśmy zgody na takie działania!
– A byłeś na ostatniej Radzie? – uwaga jest celna i przez chwilę oboje ją trawimy.
– Co ja narobiłam… – Peeta jeździł na Rady, to ja uciekałam od nich. A na ostatniej chyba nikogo z nas nie było.
– W tej sytuacji wszyscy jesteśmy winni. Może poza Annie i tobą – Peeta przyznaje w końcu. – Wy chyba jako jedyni stawiliście się ostatnio, prawda?
– Jeszcze Enobaria była, ale ona wstrzymywała się od głosu. Wiem, że nie wiedzieliście co tu się stanie, ale mogliście się zainteresować – słowa Beetee’ego bolą, ale ma rację.
– Nie wiesz co się działo. Moja mama, Haymitch…
– Wiem Katniss. O załamaniu twojej mamy, o tym jak cię szukali w lesie, o próbie samobójstwa Peety też wiem. I o ciągu Haymitcha. Ale rodziców 12-letniego dziecka, które musi natychmiast po szkole iść na 6 godzin do pracy, nie obchodzą wasze prywatne problemy i rozterki.
– Wiesz o lesie?… – patrzę w zdumieniu. Wydawało mi się, że tylko my o tym wiemy.
– Wystarczy wiedzieć do jakiego systemu zajrzeć, a resztę uzupełnić rozmowami z ludźmi – patrzy moment na nas, w końcu oświadcza:
– Pora, by ludzie w dystryktach dowiedzieli się przynajmniej o waszym stanowisku. Mam nadzieję, że w tym zakresie będziemy zgodni – dobrze, że choć on ma już jakiś plan.

Przez kolejne kilka godzin przygotowujemy się do realizacji pomysłu Beetee’ego. Przebieram się w identyczny granatowy mundur, jaki ma już na sobie Peeta. Nie czuję się komfortowo w tym stroju, ale nie dyskutuję – pomysły Beetee’ego na ogół są trafione. Haymitch i Johanna też do nas dołączyli, w czwórkę siadamy za dużym stołem. Annie nie jest w stanie nam pomóc, po podaniu silnych środków uspakajających niemal natychmiast zasnęła.

Jednakowe stroje mają wywołać wrażenie jedności, wszyscy jesteśmy skupieni na obiektywie kamery. Zaczynamy przemówienie do mieszkańców Panem, a Beetee zadba o to, byśmy mieli szansę dotrzeć do każdego mieszkańca w dystryktach.
– Szanowni mieszkańcy Panem – wyważony i spokojny głos Peety rozbrzmiewa w pokoju, wraca też delikatnym echem zza okna, z głośników rozstawionych na placu przed Pałacem. – Nim po raz kolejny dojdzie do bratobójczej walki, prosimy – wysłuchajcie nas. Żadne z nas, tu obecnych, nie miało pojęcia co dzieje się w dystryktach. Nie jest to oczywiście żadne wytłumaczenie i nawet nie mamy prawa prosić was o wybaczenie. Jednak pragniemy was poinformować, że kategorycznie odcinamy się od decyzji wprowadzonych przez Panią Prezydent Paylor. Nie zamierzamy też zostawić tej sytuacji w jej obecnym kształcie. Mając na uwadze, że dekret o Radzie Zwycięzców daje nam określoną władzę, decydujemy się z niej skorzystać – na moment zawiesza głos – wprowadzając w Panem stan wyjątkowy – twarz Peety jest spokojna, wzrok jasny, a głos mocny. Tylko pod stołem czuję, że jego noga cicho wybija cały czas miarowy, nerwowy rytm. Jednak w kamerze nie ma po tym śladu. – Nim podejmiemy kolejne decyzje, udamy się na spotkanie z wami. Wysłuchamy waszych głosów, uwag, pomysłów i żali. W każdym dystrykcie Panem porozmawiamy z każdym, kto będzie miał na to ochotę. Potem zbierzemy wasze opinie i na ich podstawie wprowadzimy nowe prawa w Panem.

Drzwi otwierają się z trzaskiem, a do pokoju wpada Paylor. Wściekłość malująca się na jej twarzy mnie nie dziwi – ona doskonale wie, co oznacza oświadczenie Peety.
– Jako prezydent Panem zabraniam ci – wrzeszczy na całe gardło, wskazując palcem mojego narzeczonego.
– Dekret o Radzie Zwycięzców daje nam prawo decydowania o losach kraju bez zgody prezydenta, o ile uznamy, że prezydent działa na jego szkodę. A do tego właśnie doszło, Paylor – Beetee skrupulatnie przygotował się do tej rozmowy. – Sama podpisywałaś ten dekret, znasz jego zapisy.
– Jestem prezydentem – Paylor nadal krzyczy.
– Oczywiście – odpowiada jej z ironicznym uśmiechem Johanna – tyle, że właśnie zostałaś zawieszona w obowiązkach.
– Nie macie prawa! Straż! Straż! Aresztować ich! – do pokoju wpada dwóch młodych strażników, są mniej więcej w naszym wieku. Krótki gest Gale’a powstrzymuje jednego z nich, ale umyka to chyba uwadze drugiego, który dobiega do nas. Oczekuję, że złapie kogoś za ramię, ale zamiast tego nagle wyprostowuje się, stając na baczność.
– Spocznij – po kilku sekundach Haymitch wydaje komendę. Jednak chłopak nadal się pręży. Wtedy orientuję się, że on nie patrzy na Haymitcha.
– Spocznij, Karel – na ten rozkaz reaguje natychmiast. – Co u Camille? – na twarzy Peety pojawia się delikatny ciepły uśmiech.
– Ma się dobrze, dziękuję dowódco. Zaczęła szkołę we wrześniu – słychać dumę w jego głosie. Ten chłopak ma 7-letnią córkę? I gdzie on spotkał Peetę? I dlaczego automatycznie uznał jego dowództwo ponad Paylor, choć prawdopodobnie nie słyszał jego słów wypowiadanych w naszym imieniu?
– Co tu się dzieje?  Dlaczego ich nie aresztujecie?
– Obawiam się, że nie ma powodu do uwięzienia ich – Gale delikatnie obejmuje Paylor. – Chodźmy stąd pani prezydent – mocno akcentuje każde słowo – pozwólmy im przez moment poczuć władzę – mówi, lekko pochylając na moment głowę. Ten jeden gest dumnego mężczyzny daje mi wiele – wiem, że nas popiera, ale nie przyzna tego swojej dziewczynie, tym bardziej publicznie. W przeciwieństwie do nas, mógłby nie być bezpieczny. 
– Gwoli wyjaśnienia – Haymitch próbuje przekrzyczeć protesty na placu – w stanie wyjątkowym władza oddana jest w ręce wojska, co za tym idzie przywódcą Panem jest najwyższy rangą wojskowy w naszym kraju. Jutro rano Dowódca Naczelny Katniss Everdeen wyda pierwsze rozkazy i wraz z Johanną Mason uda się do Dystryktu Pierwszego. Drugi Dowódca Panem, Peeta Mellark i ja pojedziemy do Dystryktu Trzynastego. W następnych dniach będziemy odwiedzać kolejne dystrykty, a za tydzień spotkamy się w Dystrykcie Siódmym i tam, najpóźniej 20 października, zostaną ogłoszone nowe prawa. 
– Mieszkańcy Panem – włączam się, choć miałam się nie odzywać, ale nie mogę się powstrzymać. Czuję dokładnie to, co w trakcie naszego Tournee, w Jedenastce – wiem, że sytuacja jest trudna, że nie stanęłam na wysokości zadania. Przepraszam. I proszę o jeszcze jedną, ostatnią szansę na naprawienie tych złych rzeczy, które wydarzyły się ostatnio. A przysięgam na grób mojej siostry, że tej szansy nie zmarnuję, nie zawiodę.

Na tym transmisja zostaje zakończona. Szpiedzy – to niesamowite jak dobrze przygotowany jest Beetee – donoszą, że choć nastroje w dystryktach niewiele się poprawiły, to udało się zatrzymać na chwilę eskalację nastrojów. Trwają również poszukiwania naszych rodzin i Enobarii. Mimo, że naprawdę jej nie lubię, martwię się o nią. Z kolei Paylor z nami nie rozmawia, wyjechała z pałacu razem z Gale’em zaraz po przejęciu przez nas władzy.
Rano, stojąc na balkonie, mam wygłosić przemówienie do mieszkańców Panem, a zaraz po nim ruszam z Johanną do Jedynki. Panicznie się boję, zwłaszcza, że tym razem podczas podróży nie będzie przy mnie Peety. Już go nie ma… Wraz z Haymitchem wyjechali kilka godzin po transmisji – by być rano w Trzynastce. Peeta upierał się, żeby zmienić plany, by Haymitch jechał ze mną, aby mnie chronić. Nic nie skutkowało – ani moje prośby, ani sugestia, że ludzie mogą dziwnie odebrać jego podróż z Johanną. Ugiął się dopiero, gdy zrozumiał, że dalsze dystrykty są znacznie bardziej niebezpieczne, więc jeśli woli wystawić tam mnie, to wówczas oczywiście znajdę się pod opieką Cienia nr 1.

Patrzę na wschodzące nad Kapitolem słońce, a łzy powoli płyną z moich oczu. W uszach brzmią mi wciąż słowa „Uważaj na siebie, nie rób niczego, czego nie jesteś pewna i pamiętaj, że bardzo cię kocham”. W takich chwilach dochodzi do mnie, że jestem niemal  uzależniona od Peety – od jego dotyku, głosu, bicia serca. Wiem, że to będzie bardzo trudny tydzień i nie pomoże mi w tym nawet ten mały komputerek podarowany nam przez Beetee’ego. 

16 myśli na temat “102: Stan wyjątkowy

  1. Anusie, Wy moje najukochańsze. Bardzo Wam dziękuję.Jest mi naprawdę strasznie miło. Dziękuję <3 co do notki – no to teraz zacznie się jazda. W dystryktach na pewno wydarzy się cos strasznego typu zamachy itd. Ciekawe czy Paylor tak łatwo odpuści, bo pomysł z odebraniem władzy przez zwycięzców – świetny. Co tu dużo mówić, uwielbiam Wasze pomysły. Wszystko jest idealnie przemyślane, dopracowane i po prostu rewelacyjne. 🙂

  2. Ojoj. Już zaczynam się bać . Coś mi mwi że Kat i Peeta znów będą mieli dłuuugą rozłąkę … I jak ja przetrwam do wtorku :'(
    ZuaZuza

    nieszczesliwikochankowie.blogspot.com

  3. Rozdział jak zwykle GENIALNY ! Do wtorku w mojej głowie zrodzi się tyle sceniariuszy ! Już nie mogę się doczekać !! Pozdrawiam i życzę miłego weekendu 😀

  4. Myśle że będzie ciekawie w dystryktach bo Paylor nizle narobila. Ale z tego co pamietam to Peeta bedzie potem prezydentem, tak bylo w PrimaAprilisowej notce chyba ze skleroza mnie dopadła 😉

    Byle do wtorku

    ~Ola

  5. Wymyslanie sceriuszy by skrocic czas czekania czas zaczac 😉 Swietna notka, pozarlam ja wzrokiem 😀

  6. A myślałam, że nic nie przebije ostatnich notek ;d Przepiękne, rewelacyjne! Jak można mieć taki talent? Jesteście niesamowite. Naprawdę świetna notka, niewytrzymam do wtorku xd Zwaliłyście mi cały dzień, teraz będę bez przerwy myśleć o igrzyskach ;<

  7. Piszecie zbyt jedwabiste opowiadania… a miałam ograniczać spożycie opowiadań ;-; sprawiacie że to jest nie możliwe :'( nie moge się doczekać 🙂

Komentarze są zamknięte.