103: Pogarda Kapitolu

Witajcie. 

Życzymy powodzenia tegorocznym maturzystom. Trzymamy za Was mocno kciuki. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy A. & A. 

Chłód poranka uderza silnie w moje ciało. Powoli spaceruję po ogrodach Pałacu Prezydenckiego, a przerażenie coraz bardziej we mnie narasta. Za każdym razem kiedy miałam wystąpić publicznie, w pobliżu byli Peeta lub Haymitch. Bez względu na to, czy stali obok, czy tylko słyszałam ich przez słuchawkę, włożoną do ucha – byli blisko, wspierali mnie. A dziś są w drodze do Trzynastego Dystryktu, w sam środek nieznanej, niestabilnej sytuacji.
W Kapitolu też trudno mówić o stabilizacji, ale przynajmniej jestem bezpieczna, podobnie jak reszta Zwycięzców. Annie, zupełnie wyczerpana, pod wpływem leków przespała całą noc, zaś Johanna, zaraz po ogłoszeniu stanu wyjątkowego, zamknęła się na klucz w swoim pokoju nie chcąc rozmawiać ze mną, ani kimkolwiek innym. Beetee pracował całą noc, o czym przed chwilą mi powiedział, dodając, że powinnam być dzielna. Łatwo mu powiedzieć, podczas gdy ja cały czas martwię się o Peetę i Haymitcha, a dodatkowo czuję okropny lęk o tych, których zostawiliśmy w Dwunastce. Nikt, absolutnie nikt z perfekcyjnie przygotowanej siatki „uprzejmych”, jak zwykł o nich mawiać Beetee, nie ma pojęcia co się stało z naszymi bliskimi. Nie wiem kiedy, ani po co Beetee budował tę siatkę. Czy spodziewał się tego, co się stało, czy może ma tak szerokie znajomości, albo tak wiele osób ma u niego dług wdzięczności? Niemniej, w każdym dystrykcie jest ktoś dobrze poinformowany,  ktoś, kto doskonale wie z kim rozmawiać, by zdobyć interesujące informacje… Ciche kaszlnięcie za moimi plecami wyrywa mnie z zamyślenia. Obracam głowę i widzę młodego chłopaka, który wczoraj stał na baczność przed Peetą. 
– Dowódco Everdeen – ponownie stoi wyprostowany, w postawie „na baczność”, ale widać, że nie jest to tylko poza, a w głosie brzmi olbrzymi szacunek dla mnie. A może raczej dla Peety, a ja otrzymuję go niejako w kontekście bycia częścią Kosogłosa, którego oboje tworzymy?
– Tak Karel? – wydaje mi się, że tak ma na nazwisko. Nic o nim nie wiem, nie mam nawet pojęcia skąd zna go Peeta. Nie pamiętam go z Trzynastki, więc musieli się spotkać w innym miejscu.
– Kuchnia pyta, czy życzy sobie Pani śniadanie.
– Nie – odpowiadam spokojnie – niczego nie jestem w stanie przełknąć.
Kiwa lekko głową, przyjmując odpowiedź i powoli odchodzi. Nie zdążyłam zapytać Peety o niego, a nie wiem, czy zobaczę tego strażnika jeszcze raz, więc decyduję się natychmiast:
– Karel – zatrzymuje się w pół kroku – skąd znasz mojego narzeczonego?
Obraca się powoli w moją stronę i patrzy na mnie uważnie:
– Peeta – wypowiada i natychmiast urywa, przez moment zachowuje się jakby powiedział coś niestosownego – to znaczy Dowódca Mellark pomógł mi kiedyś – stwierdza krótko, jakby to wszystko wyjaśniało.
– Opowiesz mi o tym? – przyglądam mu się uważnie.
– Jeśli Pani, Dowódco Everdeen, sobie tego życzy.
– Życzę sobie – męczy mnie ten protokół – byś zwracał się do mnie po imieniu. Peeta też ci to powiedział, prawda? Jestem Katniss – wystawiam w jego kierunku prawą dłoń, a on patrzy na mnie osłupiały.
– Zack – jest wyraźnie zakłopotany – Zack Karel – wypuszcza powoli powietrze, jakby dobierał słowa. – Ale tak nie wypada, Dowódco Everdeen.
– Co nie wypada? – szkolenie w Trzynastce sprawia, że domyślam się odpowiedzi, ale tym razem nie mam nad sobą nikogo, kto zmusiłby mnie do takiego, czy innego zachowania.
– Nie wypada zwracać się do Naczelnego Dowódcy po imieniu.
– Wiem i rozumiem twoje obiekcje. Proszę cię jednak, żebyś w nieoficjalnych sytuacjach mówił do mnie jak do rówieśniczki, a nie naczelnego dowódcy – aż wzdrygam się na to określenie, kompletnie nie czuję się kompetentna do tej roli. – W pozostałych sytuacjach rób, jak uważasz za stosowne.
– Tak jest Dowódco Everdeen – uśmiecha się delikatnie i potwierdza słowa skinieniem głowy. 
– Masz siedmioletnią córkę? – próbuję jakoś zacząć rozmowę, pamiętając o dumie malującej się na jego twarzy, kiedy o niej opowiadał.
– Córkę? – jest wyraźnie zaskoczony.
– Camille. To nie twoja córka? Czy źle zapamiętałam imię? – czyżbym znów coś źle zrozumiała?…
Śmieje się krótko, nim mi odpowiada: 
– Nie, Camille to moja młodsza siostra.
– Rozumiem – uśmiecham się uspokojona, a jednocześnie patrzę na niego wyczekująco,
– Naprawdę chce Pani… to znaczy – chcesz poznać tę historię?
– Inaczej bym nie pytała – siadamy na ławce, a Zack relacjonuje mi wydarzenia sprzed dwóch lat.
– Na trzy miesiące przed ostatnimi Igrzyskami mój ojciec dostał pracę w Kapitolu. Był dobrym oświetleniowcem, a ponieważ poprzedni, który pracował dla telewizji, był już wiekowy, zdecydowano o zmianie. Wymusiło to na nas przenosiny do Kapitolu, ale oznaczało stabilną i dobrze płatną posadę, więc nikt nie narzekał. Gdy wybuchła rewolucja, rodzice nawet się cieszyli, że oboje z siostrą jesteśmy bezpieczniejsi niż w dystrykcie. Nie przewidzieli, że walki dotrą do Kapitolu… Zginęli, gdy przedzieraliśmy się z zajętej przez rebeliantów dzielnicy, tutaj, do Pałacu Prezydenckiego. Zostali zdjęci serią snajpera wystrzeloną z jakiegoś dachu. My z Camille jakimś cudem uchroniliśmy się, mnie kula tylko drasnęła w ramię, ale to nie było nic poważnego. Moim celem stało się wyprowadzenie nas z zasięgu strzałów – ale na kolejnych ulicach było tylko gorzej. Gdy dostałem drugi, tym razem znacznie celniejszy strzał, zacząłem tracić nadzieję. Na jednej z ulic ktoś nagle złapał Camille za rękę i pociągnął w stronę bramy. Natychmiast zareagowałem, próbowałem ją wyrwać napastnikowi. Wtedy usłyszałem tylko „Uspokój się, nie zrobię wam krzywdy. W tym stanie nie uciekniesz daleko, a ja, przez podwórka, mogę was zaprowadzić w bezpieczne miejsce”. Nie wiem czemu zaufałem – chyba dlatego, że stał się moją ostatnią nadzieją na ocalenie siostry. A może dlatego, że Camille po prostu za nim poszła, a rzadko się jej to zdarzało. Zaprowadził nas dwie przecznice dalej, do sklepu z przebraniami prowadzonego przez dziwną kobietę. Poprosił ją, by nam pomogła, jak jemu. Rzeczywiście – opatrzyła trochę moje rany i ukryła nas w piwnicy. Wcześniej, na pożegnanie, mój wybawca stwierdził, że pewnie nie przeżyje do następnego dnia, ale jeśli rebelianci wygrają, a Zwycięzcy przeżyją, zawsze mogę do któregoś z nich zwrócić się o pomoc, powołując się na imię Peety Mellarka. Nie poznałem go wcześniej – miałem przed sobą człowieka, którego znało całe Panem i nie rozpoznałem go… Nie zdążyłem mu nawet dobrze podziękować, gdy po prostu wyszedł. Nie sądziłem, że go jeszcze zobaczę.
Gdy rewolucja ucichła, zacząłem szukać pracy. Na początku było jej sporo – trzeba było czyścić ulice, usuwać gruzy, naprawiać domy. Nie umiałem za wiele, ale byłem dość silny i znałem się trochę na elektryce, więc znajdowałem dorywcze prace. Problemem było to, że nie zarabiałem wiele, więc żeby utrzymać siebie i Camille pracowałem czasem po 16-18 godzin na dobę. A ona zostawała wówczas sama. W końcu ktoś się zainteresował tym, że mała dziewczynka spędza całe dnie bez opieki. Ja już wówczas miałem 18 lat, ale brak stałej pracy sprawił, że nie mogłem zostać jej prawnym opiekunem. Nie wiedziałem jak mogę ją uchronić przed sierocińcem. Tydzień przed rozprawą spotkałem Peetę w Kapitolu – był na Radzie Zwycięzców. Szedłem zamyślony, nawet go nie zauważyłem – to on mnie poznał. Zapytał jak się nam wiedzie, co z Camille. Początkowo unikałem odpowiedzi, ale drążył tak długo, aż wszystko ze mnie wyciągnął. Oberwało mi się, że nie przyszedłem do niego wcześniej. A dwa dni później dostałem stałą pracę w straży Pałacu. Oczywiście na początku nie jako strażnik, byłem po prostu chłopcem na posyłki, ale to nie miało znaczenia – ważne było, że miałem stałe zatrudnienie, które wykonywałem 8,5 godziny dziennie, a nie 16. Dostałem też informację, że Camille ma założony fundusz, z którego została opłacona świetlica dla niej, za cały rok z góry, żebym nie musiał szukać dla niej innej opieki na czas mojej pracy. Oczywiście oficjalnie nie ma tam nazwiska Peety Mellarka, ale doskonale wiem, że to on zdeponował całą kwotę. Nigdy mu się nie odwdzięczę. I zawsze będzie moim dowódcą, niezależnie od tego, czy pozostanę strażnikiem, czy będę cywilem. To jedyny człowiek, którego każdą prośbę i każdy rozkaz spełnię zawsze, bez pytań, wątpliwości, czy zwłoki.

Patrzę w zamyśleniu na Zacka. Peeta ocalił od sierocińca kolejne dziecko… Pomógł też chłopakowi wyjść na prostą – po cichu, nawet ja nie miałam o tym pojęcia. Okazuje się, że Tigris też zawdzięczamy kolejne uratowane życia… Czego jeszcze nie wiem?

– Słoneczko, na nas już pora – z zamyślenia wyrywa mnie ciepły zwrot Beetee’ego. Na innych prychnęłabym za nazwanie mnie „słoneczkiem”, ale od niego traktuję to jakoś inaczej. Podnoszę się powoli, zaciskając delikatnie dłoń na ramieniu Zacka. Chcę mu dodać otuchy, chcę by wiedział, że na pewno sobie poradzi. 

Mundur leży idealnie, ale i tak nie czuje się w nim komfortowo, gdy stoję przed jeszcze zamkniętymi drzwiami balkonu, z którego za moment mam zacząć przemawiać. Ręce pocą mi się okropnie, jednocześnie czuję okropny ucisk w żołądku. Staram się pewnym krokiem wejść na balkon, ale tłum zebrany pod nim i oko kamery wycelowane we mnie nie ułatwiają tego nawet na jotę. 

– Mieszkańcy Panem – zaczynam mówić. Choć mój głos niesie się z otaczających plac głośników, walenie mojego serca niemal to zagłusza. Nie znoszę publicznych wystąpień, to Peeta jest w nich dobry. To on powinien tutaj stać i przemawiać, a nie być na drugim końcu kraju, beze mnie. – Peeta Mellark i ja podjęliśmy, po konsultacji z pozostałymi, obecnymi w Kapitolu członkami Rady Zwycięzców, decyzję o unieważnieniu ostatnich rozporządzeń, wydanych przez Prezydent Paylor. Dotyczy to przede wszystkim – rozwijam kartkę, na której mam rozpisane szczegóły tamtych postanowień – po pierwsze obowiązku pracy dzieci, przed ukończeniem szkoły. Po drugie obowiązku pracy osób powyżej 60 roku życia. Po trzecie – nagle orientuję się, że na placu przed Pałacem panuje cisza, ludzie zebrani pod balkonem patrzą na mnie w skupieniu, nikt nic nie mówi. W sumie nie powinno mnie to dziwić, te przepisy nie dotyczyły ich bezpośrednio ale już kolejne punkty z listy dotykają bezpośrednio mieszkańców Kapitolu.
– Po trzecie – powtarzam pewnie, choć słyszę drżenie w moim głosie. Oddycham głęboko, nie mogę pokazać, jak bardzo się denerwuję – zwalniam dystrykty z obowiązku przesyłania 70% produkcji do Kapitolu – widzę zmianę w twarzach ludzi w tłumie – pozbawiłam ich dostępu do darmowego pożywienia. – Po czwarte mieszkańcy dystryktów będą należycie wynagradzani za swoją pracę – nadal nikt nic nie mówi. W tym momencie zaczynam panikować  – mieszkańcy Kapitolu są emocjonalni, często entuzjastyczni, a zawsze rozgadani. A teraz milczą – ich niezadowolenie jest wręcz namacalne, ale przyznaję, że nie mam pojęcia do czego doprowadzi. Chcę jak najszybciej skończyć to przemówienie i zejść z z balkonu, kiedy z tłumu pada bardzo celne pytanie. Mężczyzna, który je zadaje, ma na sobie garnitur w kolorze śliwki, jego włosy są w prawie identycznym kolorze, ale ja zwracam uwagę głównie na pomalowane czarną pomadką usta
– Skąd będziemy brać jedzenie… Dowódco? – ironia w jego głosie jest aż nadto wyraźna.
– Będziecie je kupować od dystryktów – odpowiadam spokojnie.
– Ale ja pytam poważnie – po tych słowach bardzo dziwnie wydyma usta, patrzy na mnie przez przymrużone powieki. Traktuje mnie jak głupiutką dziewczynę przebraną w mundur, która bawi się w przywódcę kraju, którą właściwie powinno się zignorować, ale skoro tam stoi, to może będzie można zabawić się jej kosztem.
– Chyba Dowódca Everdeen wyraziła się jasno, będziecie je kupować, jak wszyscy normalni ludzie – słychać ostry, pewny głos. Oddycham głęboko. Jest tutaj, mimo tego wszystkiego co się wydarzyło. Jej obecność momentalnie dodaje mi otuchy, mam za sobą kogoś mi przyjaznego, kto równocześnie dysponuje ciętym językiem, na kogo tłum nigdy nie wpływał stresująco. Johanna zdejmuje z moich barków choć część tego trudnego obowiązku.
– Ale my nie jesteśmy normalni, my jesteśmy wyjątkowi – krzyczy z tłumu jakaś kobieta. Spoglądam na Johannę, ona na mnie i lekko uśmiechamy się do siebie. Johanna wykonuje delikatny ruch dłonią, dając mi do zrozumienia, że chce odpowiedzieć na to pytanie.
– Wcale nie jesteście – kwituje twardo – i najwyższa pora byście to zrozumieli. 
Jestem gotowa na kolejne pytania, na kolejne ataki, ale ich reakcja po raz kolejny mnie zaskakuje. Każda z osób zebranych na placu odwraca się do nas plecami i powoli odchodzi. 

Całkowity brak szacunku i akceptacji moich słów – tak najprościej można podsumować to, co wydarzyło się w Kapitolu – ta myśl towarzyszy mi kiedy, wraz z Johanną, wysiadam z pociągu w Dystrykcie Pierwszym. 

20 myśli na temat “103: Pogarda Kapitolu

  1. No więc , no więc jak zawsze notka świetna.Co tu dużo mówić, już wiem
    : NIE WYTRZYMAM DO PIĄTKU !!!

  2. Od niedawna czytam twojego bloga i zakochałam się w twoim stylu pisania. Fantastyczny rozdział jak zawsze.

  3. Ohh.. od początku ich nie lubiłam.. i miałam rację. Wredny naród. xd

    Peeta znowu w roli superbohatera. 😀

  4. Nienawidze Kapitolonczykow. Taka moja mysl a co do notki, przepraszam ale troche nudna. Nie zmieniam zdania ze macie ogromny talent tylko ten rozdzial nie przypadl mi do gustu

  5. Bardzo spodobała mi się historia o bohaterskim Peecie. Jest taka… naturalna dla niego. Bardzo wpasowuje się w kanon Collins.
    Pozdrówka

    MD

  6. Głupi mieszkańcy Kapitolu -,- ” Oni są wyjątkowi „-,- Ale to głupie . Ale notka świetna xd ;D

    ZuaZuza Mellark

  7. ha w końcu dostało się tym z Kapitolu 😀 ale boję się, że łatwo z nimi nie będzie 🙁 podoba mi się postać Zacka mam nadzieję, że fajnie się rozwinie 😉 rozdział świetny!

Komentarze są zamknięte.