104: Krwawe kwiaty

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Następna notka w sobotę. 

Pozdrawiamy A. & A. 

 

– Hej!

– Hej – odpowiadam krótko. Wpatruję się w jego twarz, niemal pożerając go wzrokiem. Beetee spisał się świetnie – ten mały komputerek jest rzeczywiście rewelacyjnym urządzeniem. Dzięki niemu, choć to dziwne, mam stały kontakt z Peetą –  widzę jego twarz, słyszę głos, możemy spokojnie porozmawiać. Tak jak choćby teraz, przy śniadaniu. 

– Gotowa na Trójkę? – zadaje szybko pytanie.
– Czy to ważne? – czuję, że unika najważniejszego i najtrudniejszego dla nas tematu. Wczoraj było tak samo…
– Jak tam w… – to słowo ledwie przechodzi mi przez gardło – w domu? – kończę po głębokim oddechu.
Uśmiech momentalnie niknie z jego twarzy. Staje się poważny, w jego oczach znów widzę smutek. I chyba powoli zwątpienie.
– Bez zmian – odpowiada w końcu cicho – nigdzie ich nie ma. Pytałem chyba wszystkich, każdego, kto tylko się pojawił. Co więcej – robi dłuższą pauzę; to zawsze oznacza, że za chwilę usłyszę coś niemiłego, albo przykrego wręcz – rozmawiałem z Ivon, Ast też gdzieś zniknął. Podobno również szukała go wszędzie. Dom, w którym mieszkał, jest kompletnie zniszczony. Nie wiem co się dzieje – przez chwilę siedzi ze spuszczoną głową, a ja żałuję, że nie mogę go przytulić, albo choćby dotknąć. Po chwili podnosi głowę i uważnie mi się przygląda. – Katniss, wiem, że to wszystko nasza wina, choć dalej nie rozumiem w którym momencie się to wszystko zaczęło…
Myślę, że oboje wiemy, ale trudno się nam do tego przyznać. To były te dni i miesiące, w których skupiliśmy się tylko na sobie, zamiast obserwować co dzieje się wokół. W których zapomnieliśmy, że nie jesteśmy już anonimowi, że przyjęliśmy pewną odpowiedzialność. 
– Koniec tego dobrego, gołąbeczki – widzę w oddali sylwetkę Haymitcha – dokończycie wieczorem. Wszystkich nas teraz czeka trochę pracy.
– Jak on się trzyma? – pytam najciszej jak potrafię. Peeta tylko delikatnie kręci głową, dając mi do zrozumienia, że nie pora teraz na takie rozmowy. 

To dopiero połowa października, w Dwunastce normalnie są już jesienne pluchy, ale i tutaj pogoda nas nie rozpieszcza. Trójka wita nas rzęsistym deszczem i wiatrem, który wciska się w każdy zakamarek. Schowane z Johanną pod jednym dużym parasolem, udajemy się na główny plac. Tutaj, w wyznaczonym miejscu, czekają na nas przygotowane wcześniej krzesła i długi stół, za którym mamy usiąść. Ludzie dopiero się zbierają, mam więc w końcu okazję zapytać przyjaciółkę, o to jak się czuje. Niezmiennie, od dwóch dni już, po powrocie do pociągu zamyka się w swoim przedziale, nie wpuszczając mnie do środka.
– Myślisz, że tutaj będzie lepiej? – jest szybsza niż ja. Wodzi wokół uważnym wzrokiem, z uniesionymi wysoko brwiami. Doskonale wiem o co jej chodzi – Jedynka i Dwójka przywitały nas bardzo chłodno. Na spotkanie w Jedynce przyszły trzy osoby, które i tak wydawały się być podstawione. Nie poruszyły żadnego ważnego tematu, praktycznie nie miały o czym z nami rozmawiać, wątpię nawet czy chciały tam być. Wyglądało to jak jakieś przedstawienie, na zasadzie –  przyślijmy kogoś, żeby nie robiła problemów całemu Dystryktowi. W Dwójce nie było lepiej, choć tam urządzono nam raczej coś w rodzaju manifestacji siły. Nie zdziwiłabym się, gdyby to był rodzaj małej zemsty za moją wizytę w czasie rewolucji, za wydarzenia w Orzechu. Bilans ostatnich 48 godzin to po prostu dwa zmarnowane dni, które nie przyniosły kompletnie niczego. Co więcej – Peecie poszło niewiele lepiej. 
– Zastaliśmy zamknięte bramy – relacjonował mi pierwszego wieczoru. – Tylko upór Haymitcha sprawił, że łaskawie z nami porozmawiali. Dowiedzieliśmy się, że mamy ich zostawić samym sobie, że nie potrzebują nas, tak jak i Panem nie potrzebowało ich przez te wszystkie lata.
Czuję się jakbym waliła głową w mur, to bezsensowne działanie. Ludzie się do nas zrazili, dla nich jesteśmy bandą próżniaków, żyjących w luksusie za ich pieniądze. A najgorsza w tym wszystkim jest świadomość, że mają sporo racji. 
– Mam nadzieję – odpowiadam spokojnie Johannie, bo doskonale wiem, że i ona wolałaby zajmować się czymś innym, niż znosić ciągłą pogardę. – To dystrykt Beetee’ego, miejmy nadzieję, że z samego szacunku dla niego tutaj będzie troszkę lepiej.
– Jak było w Dwunastce? – przygląda mi się bardzo uważnie, ale jej głos już zdradził mi dwuznaczność tego pytania. Domyśla się, że dystrykt, w którym próbowano spalić Wioskę Zwycięzców chyba nie przyjął ich samych zbyt ciepło…
– Burmistrz zapytał Peetę czy koniecznym jest odrywanie ludzi od pracy tylko dlatego, że przyjechał jakiś ważniak z Kapitolu – Johanna śmieje się krótko, ale rozbawienie nie sięga jej oczu, zostaje w głosie i na ustach tylko.
– I co Peeta mu odpowiedział?
– Że nie jest ważniakiem z Kapitolu, tylko synem piekarza, któremu jakimś cudem udało się parę razy uniknąć śmierci. I że tak właściwie to doskonale wie, jakie problemy dręczą Dystrykt Dwunasty i zajmie się nimi niezwłocznie, jak tylko wróci „ważniakować” do Kapitolu. A jego pierwszą decyzją będzie zmiana burmistrza – odpowiadam z dumą. To, co powiedział jest prawdą – od dawna wiemy, że aktualny burmistrz ma gdzieś sprawy Dwunastki.
– Katniss, czy Peecie udało się czegoś dowiedzieć? Czy… – spuszcza głowę starając się uspokoić oddech. Biorę ją delikatnie za rękę, chcę ją jakoś pocieszyć, ale nie umiem znaleźć właściwych słów. Na szczęście przeraźliwy pisk ustawianego obok stołu mikrofonu skutecznie mi to uniemożliwia. Spoglądam w tamtą stronę i widzę jakiegoś mężczyznę, który mocuje się z urządzeniem, a na olbrzymich telebimach ustawionych na placu widzę własną twarz. Nie wyglądam jak Dowódca Naczelny, Effie nie byłaby zadowolona. Effie… na samą myśl o niej, czuję nieprzyjemne ukłucie w sercu. 
– Ogarnij się – szept Johanny, która najwyraźniej szybciej otrząsnęła się z trudnych rozważań, wyrywa mnie z zamyślenia – postaraj się chociaż wyglądać jak dowódca.  Zrób cokolwiek, żeby ci ludzie nie domyślili się, jak bardzo się do tego nie nadajesz – jej kąśliwa uwaga, choć bardzo celna, jakimś cudem nie sprawia mi przykrości. Zamiast tego – wywołuje uśmiech. Czasem myślę, że Johanna ma jakąś część talentu Peety – tylko w formie bardzo ciętej, nie przez każdego akceptowalnej. Ale mnie to odpowiada. Prostuję się na krześle, unoszę wysoko głowę i zerkam na twarze osób zebranych przed wysoką sceną, na której siedzimy. Nawet nie zauważyłam momentu, w którym ta grupa znacząco się powiększyła.
– Witajcie – podnoszę się z krzesła. – Na początek chciałabym wam przekazać pozdrowienia od Beetee’ego – mówię, delikatnie się uśmiechając i po raz pierwszy widzę pozytywną reakcję. Przynosi mi to chwilową ulgę, daje nadzieję na to, że możemy coś uzyskać tą podróżą. Choćby tu, w jednym dystrykcie.
– Nie ma sensu obrażać waszej inteligencji i tłumaczyć co tutaj robimy, więc przejdźmy może od razu do waszych problemów i tego jak możemy je naprawić – patrzę pewnie na twarze w tłumie. Na szczęście przestało padać, choć w powietrzu nadal czuje się silny wilgotny zapach. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z domem.
– Dziecino – jestem tak zaskoczona tym zwrotem, że nawet nie zdążam się obruszyć – o nas dba Beetee, nam nic nie trzeba – mam przed sobą uśmiech, jakim obdarzała mnie Wiress. Przyglądam się jej uważnie, podczas gdy ona kontynuuje. – Uważamy tylko, że powinniście częściej robić to, co teraz. Brać pod uwagę głos całego Panem. Siedząc w Kapitolu lub we własnym dystrykcie niewiele zobaczycie. My mamy Beetee’ego, który o nas dba, który zanosi nasze problemy na Radę, ale nie każdy dystrykt może się pochwalić kimś takim. Niektórzy z was – na moment przenosi spojrzenie na Johannę – zmienili dystrykt, inny dystrykt reprezentuje aż trzech Zwycięzców, a co z pozostałymi? Tamci ludzie czują się zaniedbani, porzuceni, nawet jeśli nie mają racji. A i chyba w waszym dystrykcie – tym razem patrzy na mnie – ostatnio rzadziej z ludźmi rozmawiacie…
– Macie rację – spokój i opanowanie w głosie Johanny zaskakuje mnie – choć uważam, że każdy ma prawo mieszkać tam, gdzie mu się podoba. Niemniej, to bardzo słuszna uwaga, wybór dystryktu nie zwalnia nikogo z dbania o innych ludzi. Obiecuję, że od teraz – nim podejmiemy znaczącą decyzję w kluczowych sprawach – zasięgniemy języka ogółu. Nawet jeśli wydłuży to podjęcie decyzji o kilka dni.
– Tak już kiedyś było – przypomina mi się rozmowa między Plutarchem, a Gale’em, której byłam świadkiem. – To się nazywało… – szukam w pamięci odpowiedniego słowa.
– Demokracja – pada z tłumu. Widzę, że kilka osób kiwa głowami.
– Dokładnie, dziękuję – odpowiadam z ulgą. Jednocześnie staram się zapamiętać, by poprosić Beetee’ego o znalezienie historycznych książek na ten temat. – Możecie powiedzieć mi jak to funkcjonowało? Jak to funkcjonuje u was? Musimy się jeszcze dużo nauczyć i każda pomoc się nam przyda… – siadam na stole, Johanna obok mnie i w skupieniu słuchamy uwag spokojnie rzucanych w naszą stronę. Skupiam się ze wszystkich sił, chcąc zapamiętać, każde, choćby najmniej znaczące zdanie.

Nagle, gdzieś w tle, słyszę cichy trzask, po którym gasną dwa telebimy ustawione po bokach placu. Później rozjaśniają się znów i pojawia się na nich inny plac  – ten przed Pałacem Sprawiedliwości w zalanym słońcem Jedenastym Dystrykcie. Widzę Peetę uśmiechającego się ciepło do ludzi; on nie siedzi za stołem, ani nawet na nim, jak ja. Zamiast tego – chodzi między zebranymi mieszkańcami Jedenastki, których jest zaskakująco dużo. Ściska im dłonie, kiwa ze zrozumieniem głową, przysłuchuje się z uwagą ich słowom, czasem coś notuje. Ludzie też na niego dobrze reagują, chcą z nim rozmawiać – ten dzień najwyraźniej sprzyja nam obojgu. W pewnym momencie widzę jakąś małą dziewczynkę, która biegnie w jego kierunku. Jest śliczna, ma jakieś pięć, może sześć lat, jeśli dobrze oceniam to na telebimie. Mam nieodparte wrażenie, że skądś ją znam. Podbiega do Peety i wystawia w jego kierunku małą, chudą rączkę, a on kuca przed nią i odbiera coś. W dłoni trzyma teraz szklankę wody – prosty, miły gest, który sprawia, że momentalnie się uśmiecham. 

Pierwsza kula trafia ją w ramię, którego nie zdążyła jeszcze cofnąć. Błękitny rękaw sukieneczki natychmiast pokrywa się krwawym kwiatem. Na krótką chwilę, chyba siłą odrzutu, bezgłośnie, odwraca się w stronę kamery, rejestrującej jej szeroko otwarte oczy, które gasną, kiedy osuwa się w ramiona Peety. Widzę przerażenie wymalowane na jego twarzy, spostrzegam, że otwiera usta, ale nie dobywa się z nich żaden dźwięk. A może zagłusza go huk drugiego wystrzału wyrzucającego kolejną kulę, która już nie chybia. Jeszcze przez kilka sekund widzę na ekranie jego twarz, znaczoną przez zaskoczenie i ból, gdy uderzenie sprawia, że na chwilę się prostuje. Jak na zwolnionym filmie obserwuję jak opada na kolana, wciąż podtrzymując dziewczynkę. Chyba ostatnim wysiłkiem opuszcza ją delikatnie na ziemię, a potem sam pada obok niej. Widzę krew, mnóstwo krwi, która rozlewa się coraz większą plamą w okolicach jego brzucha, zamieniając szarą koszulę w brunatnobordową. Nawet ja wiem co oznacza taka rana, co oznacza tak szybki upływ krwi. Przeraźliwy krzyk wydobywa się z mojego gardła, niemal identyczny słyszę z głośników telebimów. Zbliżenie na twarz matki dziewczynki sprawia, że już wiem, skąd znam tę małą buzię, skąd gest w kierunku Peety. Matka Rue, z grymasem przerażenia na twarzy, biegnie w kierunku swojej małej córeczki, która leży teraz bezwładnie, nadal częściowo wsparta o nieprzytomnego Peetę.

29 myśli na temat “104: Krwawe kwiaty

  1. ANNO, JAK MOGŁAŚ???? To jest okrutne, tak się znęcać nad nimi i nad nami! Ja nie wiem, czy przeżyję kolejny rozdział…

  2. Co mi przyszło to głowy po przeczytaniu – O mój Boże. Ja chcę kolejny rozdział i sądzę, że nie tylko ja.

  3. Nieee ! Maturzyście ale dostaliście nagrodę . Ja nie wytrzymam do soboty. To jest straszny. Mam wrażenie że każda moja minuta to coraz mnie czasu dla niego ;(

    ZuaZuza Mellark

  4. Chyba jedyne co mnie pociesza, to ten rozdział który dodałyście w Prima Aprilis. Tak czy inaczej, jestem zdruzgotana :(( :oo

  5. Wow… Najlepsza notatka! Nie wiem czego się boją dziewczyny..przecież on przeżyje :3

  6. O mój Boże Nieeee!!! Ja nie wytrzymam do soboty!!!Wiem że będzie żył na pewno ale jejku jestem w szoku!!! Ja chcę sobotę!!!! Biedna Katniss 🙁 Ciekawi mnie co na to inne dystrykty te które to widziały !! Ja nie wytrzymam!!!

  7. Tak sobie myślę, że my chyba ukryjemy tę notkę primaaprilisową 😉 Przynajmniej nowe osoby będą miały większe zaskoczenia 😀
    Ania, co Ty na to?

    Anna

  8. TO JEST NAJLEPSZY ROZDZIAL 4EVER… Nie moge sie doczekac kolejnego bo bedzie sie dzialo. Peeta ;-; wiem ze bedzie zyl ale i tak serce mi wali. Mam zamiar tez zaczac pisac bloga i chcialam sie Was spytac o pare rad w sprawie notek. Tu jest mój mail jezeli bedziekie mialy czas to moze dacie mi pare rad 😉 ola200108@onet.eu

  9. Dziewczyny nie piszcie że Peeta bedzie caly bo z tego co widze tylko kogos podpuszczacie!!!! Prawda Anna?

  10. Allalove… Ja tak tylko myslę, że wiara w to, że jest zdrów za lat 11 lat, wcale nie oznacza, że dziś mu nic nie będzie… Nie mówiąc o sformułowaniu – cały…

  11. Jejku biedny Peeta i biedna Katniss rozdział świetny lecz okrutny :,(

    Ps. Kocham waszego bloga <333

  12. ale mega no nie mogę 😀 Anie ukrycie ją bo przez to, że wiem, że będzie żył nie mogę za nim płakać 🙁 niech chociaż inni mogą 😉 kocham ten rozdział! KOCHAM! 😀 uwielbiam jak coś się dzieje, uch już się nie mogę doczekać co dalej 😀 czuję, że będzie dramatycznie i poleją się zły (moje) i to lubię 😀 😛 wiem, że to okropne co powiem, ale mogło by to być coś poważnego, w tedy jak wyzdrowieje to będzie tak pięknie, łzy szczęścia Kat i wg :3 😀

  13. Nie, NIE, NIE PROSZĘ!! Co ty zrobiłaś Anno ;(( nie wiem czemu odliczając oczywiście ssytuacji z Peetą i siostrą Rue, to, że Katniss nie wychodziła do ludzi jak Peeta. ;< mam nadzieję, że jeśli nic jej się nie stanie to też zacznie. A wracając do ogółu, NIESAMOWiTY rozdział, niesamowicie dopracowany i niesamowicie napisany. Fajnie, że jest długi i… chyba nikt nie wytrzyma do soboty kochane Anie ;D

  14. Evaen – jeśli dobrze rozumiem pytanie – Katniss nie cierpi publicznych wystąpień, a żeby wejść w tłum trzeba nie tylko odwagi, ale i umiejętności pokonania tremy, zdolności reakcji. Kat tego nie ma, a stół daje jej psychicznie pewną zasłonę, rodzaj oparcia 🙂

  15. Nieee,Peeta! ;'( Co ja wam takiego zrobiłam,że takie zakończenia piszecie?? ;( No cóż….czekam do soboty i mam nadzieję na szybkie wyjaśnienia całej sytuacji 😉 Pozdrawiam

  16. Jak mogłaś!!! Prawie zabić Peete!!! (wiem przecież że nie zginie no nie teraz 😉 ) mój 6 detektywistyczny zmysł wyczuwa za to że Paylor maczała w tym paluchy… Ughhh… niby to tylko opowieść a jednak taaak bardzo nienawidze Paylor. Uśmierciłabym ją ;-; abo lepiej ^^ męczyła i męczyła jak to chcieli w przypadku Gale’a *w*

  17. Ale przypomnij sobie na przykład moment w ,,Kosogłosie” jak przechodzi pomiędzy ludźmi w szpitalu. Sprawia jej to kłopot tylko na początku, a potem Jakby wpada w, ,szał” wspułczucia, rozmawia ze wszystkimi, przytula, pomaga. Wiem, że to nie jest występ publiczny, ale no jednak to było kręcone i widoczne dla wszystkich ludzi 😉

  18. Evaen, pamiętam. Tylko, że dla niej mimo wszystko to nie jest naturalne zachowanie. Dla Peety – tak, dla Kat – nie. Tak, jak się przełamie, to jej to idzie, ale nie robi tego instynktownie, a tu nie ma nikogo, kto by ją zmusił do przełamania się. Plus dodajmy do tego reakcje, z jakimi ona spotkała się w Jedynce i Dwójce, a on w Trzynastce i nawet Dwunastce.

Komentarze są zamknięte.