105: Dotyk jego ust

Witajcie.

Na wstępie- bardzo serdecznie dziękujemy Natalii za pomoc w realizacji tej notki. Wszelkie określenia medyczne wyszły spod jej paluszków- za co autorki serdecznie dziękują. Natalka bez Twojej pomocy nie dałybyśmy sobie rady 🙂

Was kochani, tymczasem zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka ukaże się we wtorek. Udanego weekendu.

Pozdrawiamy ciepło

A. & A.

Ekran znów gaśnie, zapada cisza, a mnie w uszach wciąż brzmi krzyk matki Rue, której rozpacz dobrze rozumiem.  Osuwam się na ziemię, ramiona ciasno obejmuję dłońmi. Nie jestem w stanie myśleć o niczym – przeraźliwy lęk o niego, o to, że go stracę, momentalnie przejmuje nade mną kontrolę. „Tylko nie on, tylko nie on” dudni wciąż w mojej głowie. Nie wiem ile czasu tkwię w tym stanie – w pewnym momencie do rzeczywistości przywołuje mnie czyjś dotyk i spokojny głos. To ta kobieta, która zwróciła się do mnie „dziecino” – pochyla się nade mną i coś do mnie mówi. Gdy zauważa, że przyciągnęła moją uwagę, delikatnie, ale stanowczo podnosi mnie z kolan. Kątem oka widzę, że ludzie na placu rozpraszają się, robiąc miejsce lądującemu poduszkowcowi. Spoglądam na Johannę, oczekując w jej oczach przerażenia – po zaginięciu Paula, teraz tracimy Peetę. Jednak zamiast strachu, dostrzegam tylko skupienie. Rozgląda się bacznie po pobliskich dachach, jakby czegoś szukała. Czegoś, albo kogoś. W końcu  podchodzi do mnie energicznie.
– Posłuchaj mnie uważnie – zaczyna spokojnie. Wiem, że coś do mnie mówi, rozróżniam słowa,  ale nie dociera do mnie ich znaczenie.  Chyba widzi to na mojej twarzy, bo jej głos zmienia się momentalnie na bardziej stanowczy.
– Katniss, skup się przez chwilę. Rozumiesz co do ciebie mówię? – kiwam głową, choć nie mam wcale pewności czy nadal utrzyma moją uwagę.  – Wsiądziesz do tego poduszkowca, polecisz do Kapitolu i zaopiekujesz się Peetą. Zrozumiałaś mnie? –  ponownie patrzy na mnie uważnie, jakby poszukiwała oznak zrozumienia, więc kiwam raz głową, a ona kontynuuje – ja pojadę dalej.
 – Nie, wracamy razem – przerywam jej. Nie chcę zostać sama i… nie chcę jej stracić. Jeśli ktoś strzelił do Peety, chyba jedynego Zwycięzcy, którego ludzie od początku kochali, to ona też jest celem… Jednak Johanna w odpowiedzi mocno chwyta mnie za ramię, przyciągając jednocześnie do siebie. – Wiem o czym myślisz, ale ja pojadę dalej. Nie możemy po raz kolejny przedłożyć naszego prywatnego życia nad sprawy Panem. Ani ugiąć się. Za dużo się wydarzyło, o wiele za dużo. Ale twoje miejsce jest teraz przy Peecie, w Kapitolu i tam polecisz.
– Skąd wiesz, że przetransportują go do Kapitolu?
– Bo taka była umowa – mówi bardzo cicho, jakby niepewnie. Spoglądam na nią i zauważam, że unika mojego wzroku.
– Jaka umowa, Johanno? – nie mam pojęcia o czym mówi, ale nie podoba mi się to. Johanna zwleka chwilę, jakby liczyła na to, że uniknie odpowiedzi. W końcu jednak decyduje się na powiedzenie mi prawdy.
– Ustaliliśmy pewne rzeczy… To znaczy Beetee ustalił… – wypuszcza powoli powietrze. – Przecieki o planach zamachów na was, odkrył tuż przed tym jak Peeta z Haymitchem wsiedli do pociągu. Nie chcieliśmy was denerwować. To by niczego nie zmieniło.
– Nas, czy mnie? – po raz kolejny zrobili coś za moimi plecami. Jakimś cudem nawet nie czuję się wściekła, tylko totalnie bezsilna. Znów byłam marionetką, znów…
– Was – odpowiada po chwili, ale sekundę potem, bardzo szybko wyrzuca z siebie – ciebie.
– Peeta wiedział? – usiłuję odczytać to z jej twarzy, ale ona ciągnie mnie mocno w stronę poduszkowca, praktycznie wpychając mnie do niego. Odwracam się na pięcie, chcę wyjaśnień, ale ona tylko krótko oświadcza –  Zapytaj Beetee’ego – patrzy na mnie uważnie – on ci wszystko wytłumaczy. Ja… ja też nie wiem wszystkiego. Tak było bezpieczniej.

Czuję, że unoszę się nad ziemią, moje nogi swobodnie balansują w powietrzu. Odwracam głowę i widzę, że to Zack uniósł mnie do góry, po czym spokojnie zaniósł i usadził w jednym z siedzeń poduszkowca. Szamocę się przez chwilę, ale nic to nie daje – sprawnie zapiął pasy, a one tylko mocniej się zaciskają w odpowiedzi na moje ruchy. Próbuję je rozpiąć, ale poduszkowiec już startuje – a na czas startu są skutecznie zablokowane, nie można rozdzielić klamry i zapięcia – szarpanie nie ma sensu. Zamykam oczy i opieram się o fotel. Cały czas widzę tylko brunatną plamę krwi na jego koszuli.

– Katniss – głos Zacka wyrywa mnie ze smutnego letargu. Podejrzewam, że zwrócenie się do mnie po imieniu nadal sporo go kosztowało, na policzkach ma rumieniec, jakby zrobił coś niestosownego.
– Tak?
– To, co zrobiliście… To była najlepsza możliwa decyzja, wiesz o tym, prawda?
– Powinniśmy byli jechać razem! Albo ja powinnam była jechać tam, z Haymitchem. Ta kula… ona była dla mnie, jestem tego pewna.
– Zamachowiec nie strzelał na ślepo, mało realne, by się pomylił… Myślę, że niezależnie czy bylibyście razem, czy osobno Peeta i tak zostałby trafiony. Ewentualnie bylibyście teraz oboje w tym samym stanie.
– Przynajmniej bylibyśmy wtedy razem!
– I co by to dało? A gdyby trafili tylko ciebie…? Myślisz, że dałby radę po raz kolejny to udźwignąć? Wiem jak to jest kochać ponad życie i wiem, że tak właśnie cię kocha…

Patrzę przez chwilę na niego, ale w momencie gdy decyduję się zapytać kogo tak bardzo kochał, pilot ogłasza podejście do lądowania.

Przez pierwsze parę minut po wylądowaniu mam jeden cel – rozmowa z Beetee’em. Jednak nim do niej dochodzi, dociera do mnie, że w tej chwili to jest najmniej ważne. 
– Zack – zwracam się do chłopaka stojącego naprzeciw mnie, widziałam, że przed chwilą rozmawiał przez krótkofalówkę, ale nie słyszałam słów – czy już wiadomo co z Peetą? – patrzę na niego uważnie. Liczę się z tym, że może próbować skłamać, ale czasem krótkie zawahanie, zmiana wyrazu twarzy, ucieczka wzrokiem, potrafi powiedzieć znacznie więcej niż słowa.
– Transportują go do Kapitolu. Tak jak w Trójce, tam też był w pogotowiu poduszkowiec, gotów do natychmiastowego startu. Będą na miejscu za jakąś godzinę. Lekarze też już czekają. Będzie dobrze, Katniss – wyciąga powoli rękę i dotyka lekko mojej dłoni, ściskając ją delikatnie. Od momentu tamtej transmisji mam wrażenie, że rozpadam się na kawałki. Ciepła dłoń, jakiś spokój bijący od Zacka i świadomość, że Peeta i dla niego jest ważny, sprawiają, że pozwalam sobie na objęcie go. Przez chwilę waha się, po czym jego ramiona zamykają się wokół mnie. Ciepło jego ciała jakimś cudem łagodzi moją panikę, jakby jego spokój mógł udzielić się i mnie…

Poduszkowiec, który przylatuje z Jedenastki, jest identyczny jak ten z Trójki. Tyle, że wysuniętym zejściem nikt nie schodzi spokojnie – sanitariusze wyjeżdżają noszami zamienionymi w wysoki wózek. Peeta jest nieprzytomny – widzę tylko przez moment białą twarz i zakrwawiony opatrunek  na brzuchu. Biegnący pielęgniarz przesuwa mnie niecierpliwie, żebym nie przeszkadzała, nie dając mi równocześnie żadnej informacji. Gdy znikają wśród komend lekarzy za drzwiami sali operacyjnej wiem, że nic się nie zmieniło – wiem tyle samo, co przed jego przylotem. Tyle samo co po pierwszych Igrzyskach… I równie mocno się boję…

Długi biały korytarz jest bardzo dobrze oświetlony przez mnóstwo lamp. Krzesło jest twarde i niewygodne, ale nie dbam o to w tej chwili. Kuląc się, nasłuchuję jakiegokolwiek odgłosu z sali obok, ale nie dochodzi z niej żaden dźwięk – jest wygłuszona. Brak jakiejkolwiek informacji wzmacnia tylko lęk i bezsilność. Minuty wloką się niemiłosiernie, wydawać by się mogło, że minęło mnóstwo czasu – jednak olbrzymi zegar na wprost mnie wskazuje coś zgoła innego… Zack co jakiś czas przynosi mi gorącą herbatę. Czasem daję radę przełknąć dwa, trzy łyki, częściej zabiera w końcu wystygły napój i zamienia na gorący. W kolejnym kubku, zamiast herbaty, dostaję mleko z miodem i jakimiś przyprawami, które powoduje, że w oczach pojawiają mi się łzy.
– Pielęgniarka w dyżurce powiedziała, że uspokaja trochę – chłopak nie wie jak ma ziterpretować moje zachowanie. Kiwam tylko głową i staram się wypić choć część.

Jest blady, przeraźliwie blady, ale ma równocześnie taką spokojną twarz, bez cienia bólu, cierpienia. Nie wiem jak długo siedzę obok, trzymając go po prostu za rękę. Czuję, że całe moje ciało zesztywniało od zajmowanej od godzin tej samej pozycji, ale mam wrażenie, że jej zmiana wymaga wysiłku, na który obecnie mnie nie stać. Gdy po sześciu godzinach lekarz w końcu wyszedł z sali operacyjnej i powiedział, że Peeta przeżył operację, byłam przez chwilę szczęśliwa. Nie miałam pojęcia jak bardzo się mylę, biorąc te słowa za dobrą monetę. Później dowiedziałam się, że kula przeszyła na wylot śledzionę, którą chirurg musiał mu usunąć. Można bez niej żyć, choć będzie musiał bardziej na siebie uważać, bo będzie mniej odporny. Ma połamane żebra, ale one się zrosną… Potem lekarz mówił mi coś o jakiś drenażach ogona trzustki, a ja patrzyłam na niego, jakby mówił do mnie w obcym języku. A to wszystko nadal było tylko przygotowaniem na ciąg dalszy…
– Pacjent jest w śpiączce. Nie wiemy kiedy się wybudzi. To może być reakcja organizmu na dużą stratę krwi, na szok, na uszkodzenia wewnętrzne. Z tego co wiemy, mózg nie doznał uszkodzeń, więc liczymy,że wybudzenie jest kwestią czasu.
– Jak długo to może potrwać? – Zack pojawił się pod koniec rozmowy z medykiem.
– Nie wiem. Może kilka godzin, może kilka dni. Albo miesięcy – kończy bez emocji, a ja znów czuję, że zapadam się w sobie. Miesięcy?…
– Może pani do niego wejść za kilkanaście minut. I proszę do niego mówić. Prawdopodobnie będzie panią slyszał, choć nie będzie reagował.

– To niemożliwe, to musi być jakaś pomyłka – powtarzałam, gdy Zack odprowadzał mnie w stronę krzesła. Powoli dociera do mnie, że to jednak nie jest pomyłka. Siedzę tu od jedenastu godzin i nie umiem nic powiedzieć. Nawet rozmowa nie przychodzi mi najłatwiej, a co dopiero monolog. Gdyby jeszcze ręka Peety była ciepła, jak zawsze, a nie tak zimna, jakby wyszedł na mróz bez rękawic. Jakby nie było w niej już krwi. I życia…

 Cichy szelest przesuwanych drzwi uświadamia mi, że ktoś wszedł do pokoju. Kółka wózka gładko suną po podłodze. Nie muszę się nawet odwracać, wiem kto stoi za moim krzesłem.
– Dlaczego? – pytam cichym i zachrypniętym głosem. Mam język wyschnięty na wiór – Zacka nie wpuszczono ze mną do tej sali, a ja nie dbałam o to, by mieć coś do picia.
– Nie chcieliśmy cię denerwować – odpowiada mi spokojnie Beetee. Jego opanowany głos paradoksalnie powoduje narastającą we mnie furię.
– Co masz na myśli? – cedzę przez zaciśnięte zęby wciąż na niego nie patrząc.
– Haymitch uznał…
– Co znowu uznał mój kochany mentor? Że nie poradzę sobie z tą informacją? – obracam się gwałtownie w jego stronę. Przez przymrużone oczy widzę, że dla niego również to nie był łatwy czas.
– Uznał, że jeżeli przekażemy wam tę informację, to nici z naszego planu. Bo żadne z was nie wypuści drugiego z Pałacu.
– Czy Peeta wiedział? – czuję się zdradzona. Jeżeli specjalnie, po raz kolejny, zaryzykował swoim życiem, nie wiem czy łatwo mu to wybaczę.
– Nie. Ale to mądry chłopak, nie zdziwiłbym się gdyby się domyślił.
– W przeciwieństwie do mnie, tak? – nie wiem, czy bardziej boli mnie to, że Beetee uważa, że jestem znacznie głupsza od Peety, czy też fakt, że on się prawdopodobnie wszystkiego domyślał, jednocześnie nic mi o tym nie mówiąc.
– Peeta dobrze rozumie zachowania tłumu, ty nie masz tej intuicji – przez chwilę milczymy. W duchu mam ochotę zabić Haymitcha za to, że na to pozwolił, że wysłał go do najbardziej niebezpieczniejszych dystryktów. Ale tak naprawdę wiem dlaczego podjął taką decyzję. Peeta od zawsze wzbudzał raczej sympatię niż nienawiść, to ja byłam i jestem tą bardziej problematyczną. Dlatego to on miał większe szanse w ościennych dystyktach. Większe szanse na przeżycie i na porwanie za sobą tłumów. Niestety, tym razem Cień się pomylił. 

– Co z tą dziewczynką? – spoglądam po chwili uważnie na Beetee’ego. Jestem przekonana, że wie co się z nią teraz dzieje.
– Szpital był bardzo daleko, jej rodzice zabrali ją do domu – odpowiada spokojnie. Podejmuję decyzję natychmiast.
– Kochanie, wrócę za kilka godzin. Trzymaj się – całuję szybko Peetę w czoło i wybiegam na szpitalny korytarz.
– Przygotować poduszkowiec! – wydaję szybki rozkaz i nie zatrzymuję się, tylko wybiegam na zewnątrz. Widzę zaskoczenie i dezorientację, które jeszcze wzrastają, gdy żądam, by poleciał ze mną lekarz. Nikt jednak ze mną nie dyskutuje – po prostu wypełniają mój nakaz. Za mną na pokład wchodzi dwóch strażników i choć nie potrzebuję ich, wiem, że bez nich nie pozwolą mi lecieć. W duchu proszę o to, by siostra Rue jeszcze żyła i wydaję polecenie wylotu do Jedenastki. 

Pogoda na miejscu jest zupełnie inna niż ta w Trójce, czy nawet Kapitolu. Noc jest upalna, a srebrna tafla księżyca rozświetla wąskie uliczki. Pukam delikatnie do drzwi domu rodziców Rue, czekając dobre kilka minut na ich otwarcie. Widok mężczyzny, który przede mną staje, sprawia, że serce we mnie zamiera – zalana łzami twarz przekonuje mnie, że nie zdążyłam. Po raz kolejny ktoś umarł przeze mnie, przez to, że bardziej zajęta byłam Peetą, choć miał dobrą opiekę, niż małą dziewczynką, która przypadkowo stanęła na linii strzału. Otwieram usta, by coś powiedzieć, ale nie znajduję właściwych słów. Łzy pieką mnie pod powiekami, kiedy z zamkniętymi oczami opieram się o futrynę drzwi.
– Gdzie jest dziewczynka? – drżący głos lekarza zdradza jego zdenerwowanie.
– Córka śpi – odpowiada ojciec Rue przez łzy. – Nie umiemy z żona zbić jej gorączki…
– Żyje? – szepczę przez wciąż ściśnięte gardło, choć dociera już do mnie, że zdążyliśmy.
– Tak.

– Dlaczego nie zabraliście jej do lekarza? – wściekłość maluje się na twarzy medyka, oglądającego ranę dziewczynki. Ellise śpi, policzki ma purpurowe od gorączki, a rana nie wygląda dobrze.
– Najbliższy szpital, w którym mogliby jej pomóc, jest sto kilometrów stąd – odpowiada cicho, jakby ze wstydem matka Rue. – Nie mieliśmy jak jej tam zabrać.
– Trzeba natychmiast przenieść ją do poduszkowca, muszę ją zabrać do Kapitolu. Tu nie mam sprzętu, by ją uratować – stwierdza sucho. Lekarze zawsze są jacyś… beznamiętni, bez emocji. Jakby już za dużo widzieli…
– Uratujemy ją, obiecuję – odwraca się od drzwi, jakby ruszyło go sumienie.
– Które z państwa leci z nami? – spoglądam uważnie na rodziców dziewczynki, ale żadne z nich nie wykonuje najmniejszego ruchu w moją stronę. 
– Będzie z tobą bezpieczna – w końcu cicho, ale pewnie zwraca się do mnie jej ojciec. – My nie możemy. Mamy jeszcze czworo dzieci…
– Zaopiekuję się nią. I będę państwa na bieżąco informować o jej stanie – mówię szybko, wybiegając z domu. Teraz liczy się każda sekunda.
Po raz kolejny w ciągu doby znów siedzę na korytarzu przed salą operacyjną i nasłuchuję odgłosów, choć wygłuszenie mi na to nie pozwala. Kiedy Zack siada naprzeciwko mnie, uśmiecham się odruchowo. Nie wiem czemu, ale uznanie go za kompana, czy może nawet przyjaciela przyszło mi bardzo łatwo. Gdy po chwili przesiada się, zajmując krzesło obok, jest to naturalne – przypomina mi trochę Gale’a, który też zawsze chętniej siadał obok mnie niż naprzeciw. Ale nie spodziewałam się delikatnego dotyku jego ust…  

29 myśli na temat “105: Dotyk jego ust

  1. Ooooh. Zack ?! Co ty, do cholery, odwalasz ?! O nie nie !!! No co on robi?! Coś jet nie tak ! Czuje to ! Ale Peeta żyje i to najważniejsze 🙂

    ZuaZuza Mellark

  2. Wow. No co za… widzi , że Katniss cierpi a pomimo tego ja wykorzystuje. A ja od początku wiedziałam że on jest w Katniss zakochany. Notka super teraz tylko czekać do wtorku… :/

  3. Tak, Zack całuje Katniss i właśnie w tym momencie wchodzi przebudzony Peeta ;D ciekawe jak Katniss zareaguje, fantastyczna notka ;d

  4. WOW!!! Genialna notka, przeszłyście same siebie, popłakałam się jak przeczytałam o tej diagnozie Peety. Ale niespodziewałam się takiego końca, Zack!!!??? Ja dopiero zaczynam i napewno nie pisze tak dobrze jak wy ale może komuś się spodoba 🙂

    mojeigrzyska.blox.pl

  5. Rozdział jak zwykle świetny, piszecie tak, że denerwuje się czytając każde słowo ! A Zack, niech trzyma się od Katniss z daleka. zekam do wtorku 😀 Pozdrawiam 🙂

  6. Łooo co ten Zack? 😀

    ale widac ze zakochany i chcial ja pocieszyc. Ciekawe jak Katniss zareaguje i czy powie o tym Peecie 😀

  7. Jak przeczytałam ostatnie zdanie to moja myśl była taka”WTF CO TEN ZACK ODWALA?!!! ”

    Ciekawe co na to Katniss, wow tyyle adoratorow, też tak chce 😀

  8. Ooo wy! Dziewczynka też przeżyje bo to ona jest w notce Primaaprilisowej dziewczyną Josha o wy…. : D

  9. Rozdział świetny. Wszystko mi się podobało, ale żal mi było Peety;) I wtedy: (pojadę sobie po was moje kochane pisarki) Zack-,- Nie zróbcie z tego bloga telenoweli! Błagam, jak dotąd było świetnie… Niech Katniss go zabije, albo coś;D Wciąż was lofciam;* Pozdrawiam i czekam na nexta;* Nie odbierzcie mnie źle, nie hejtuję, ale ostatnie zdanie wytraciło mnie z równowagi;) Jesteście świetne, macie talent. to moje osobiste wrażenie;0

  10. Spark, zaręczam Ci, że nie będzie telenoweli :):)

    Allalove – a już straciłam nadzieję, że ktoś się zorientuje 😉

  11. Przyznaje, ze to najpierw sprawdzilam bo tak mnie naszlo ciekawe ktora to z siostr Rue byla z Joshem a tu buum 🙂 i jeszcze jedna wzmianka jest tam ktora mnie bardzo cieszy ale nie zdradze jaka 🙂

  12. Allalove- genialnie dedukujesz! Szczerze gdyby nie ty to dalej popadalabym w depresję:)

    No nie mogę wiedzieć spokojnie! Tak chcę nexta:*

  13. No to jestem bardzo ciekawa jak zareaguje Katniss 🙂 Niech już się Peeta obudzi 🙁 Notka jest świetna 🙂

  14. Od niedawna czytam twojego bloga bardzo mi się podoba 😉

    na początku było strasznie słodko ale chwała bogu, że twój Peeta pokłócił się z Katniss i własnie od tego momentu zaczęłaś pisać naprawdę na wysokim poziomie. Straszne było też to co zrobiłaś z Galem (dobrze odmieniłam?) ale na szczęście wszystko się wyjaśniło. Tak szczerze to ten roździał należy do moich ulubionych, sytuacja niemal bez wyjścia na miarę Suzanne Collins 😉

Komentarze są zamknięte.