109: Dezerter

Witajcie

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy ciepło A. & A. 

– Poduszkowiec gotowy – słyszę nagle w słuchawce, obserwując jak pani Mellark tuli do siebie syna. W oczach obojga widać, jak bardzo się cieszą z ponownego spotkania. Tymczasem Rose nadal nie jest do końca przekonana, czy jej brat na pewno jest tym, za kogo się podaje, kim jest według nas. Oparta o krzesło, z założonymi rękami, zerka na tkliwą scenę z jego udziałem, ale widać, że sama nie zamierza brać w niej udziału. Przyglądając się jej przez chwilę, dociera do mnie, że nie jest ani trochę podobna do Paula. Z oliwkową skórą, ciemnymi oczami i włosami przypomina raczej mnie. Gdybym zobaczyła ją na uliczkach Dwunastego Dystryktu założyłabym, że jesteśmy, bądź byłyśmy „sąsiadkami” – w życiu nie pomyślałabym, że jest córką piekarza. 
– Paul, czas na nas – on też powinien słyszeć w słuchawce meldunek Houlta, ale nie zareagował.
– Mamo – odsuwa się delikatnie od kobiety, patrząc na nią uważnie – teraz ty i Rose polecicie do Kapitolu. Zabierz tylko te rzeczy, które są ci niezbędne, resztę zdobędziemy na miejscu. My musimy jeszcze coś załatwić i spotkamy się w Pałacu Prezydenckim za kilka godzin, dobrze? – w ramach odpowiedzi otrzymuje przytaknięcie głową.
– Rose – w stosunku do siostry jego ton jest jakby chłodniejszy – ciebie to też dotyczy.
– Chcesz mi powiedzieć, że mieszkasz teraz w Pałacu Prezydenckim? – Rose nie rusza się z miejsca, a jej ton nie pozostawia wątpliwości, że nadal nie wierzy bratu.
– W Pałacu Prezydenckim mieszkamy chwilowo wszyscy – patrzę pewnie na dziewczynę, uwalniając Paula od niewygodnych dla niego tłumaczeń. – Wszyscy Zwycięzcy i ich najbliżsi. 
– Ale Paul nie jest Zwycięzcą, więc to chyba nie jego miejsce – spogląda na mnie mrużąc oczy. Jest młoda, ma jakieś 17 lat. Może to tłumaczy jej złość na wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem brata. I brak pokory połączony z ciętym językiem. Zastanawiam się, czy nie wolałaby raczej, by jej brat okazał się wielkim przegranym tamtej rewolucji, niż jej bohaterem. 
– Masz rację – wtrąca się do naszej rozmowy Johanna – Paul nie jest Zwycięzcą, ale jest moim narzeczonym. Dodatkowo jest także kuzynem Zwycięzcy, więc jakby nie patrzeć, ma pełne prawo zaliczać się do grupy „najbliższych”. Ty masz w tej chwili wybór – zostaniesz tutaj, albo polecisz do Kapitolu na zaproszenie jednego z nas. Możesz nawet określić czyim gościem będziesz – choć Rose od razu wzbudziła sympatię Johanny, to ją też zaczyna irytować ta postawa.
– Czyim będę gościem? Nie rozumiem.
– Do wyboru masz Peetę, Johannę, lub mnie  – coraz bardziej spieszy mi się do Siódemki, chcę zakończyć tę wymianę. – Tak samo jak twoja mama, ciocia i wujek. 
– Ciocia i wujek? – zaskoczyłam Johannę.
– Zapomniałam – uderzam dłonią w czoło – ty nic nie wiesz.
– To może mi powiesz? – rzeczywiście, w całym zamieszaniu związanym z odzyskaniem Paula i wizytą w domu jego rodziny, nie zdążyłam przyjaciółce powiedzieć, że nie jest jedynym ocalałym i odnalezionym.
– Zanim trafiłem do Kapitolu, do Katniss i Peety, odwiozłem resztę do małego domku w samym środku sosnowego lasu – odpowiada za mnie Paul, kładąc dłoń na ramieniu narzeczonej.
– Wszystkich? – radość i wzruszenie grają w jej głosie.
– Wszystkich – wiem co będzie dalej, znam ten ton Haymitcha z czasów Igrzysk. – A teraz – wskazuje palcem na Rose – bez zbędnej dyskusji młoda panno, ty i twoja mama lecicie do Kapitolu. My zgarniamy resztę i spotykamy się na kolacji w Pałacu Prezydenckim. Tam zastanowimy się co dalej.
– Co dalej z nami? – Rose zachowuje się jak rozkapryszona nastolatka. Nie wiem, czy taka jest na co dzień, czy może wciąż ma jakieś niewyjaśnione sprawy z bratem, ale mam coraz większą ochotę powiedzieć jej co o niej myślę.
– Nie z tobą – Paul warczy na nią – nie jesteś pępkiem świata. Stoisz przed Dowódcą Naczelnym Panem, rozmawiasz z Radą Zwycięzców, która ma na głowie zamieszki i bunty o różnym nasileniu w całym Panem, we wszystkich dystryktach. Siostra, obudź się w końcu. Od teraz nie jesteś już biedną, pokrzywdzoną przez los i złego brata Rose Mellark, nieznaną i nierozpoznawalną przez nikogo. Jesteś Rose Mellark – kuzynka Dowódcy Mellarka, zaproszona oficjalnie przez jego narzeczoną do Kapitolu. Spotkasz się tam z pozostałymi Zwycięzcami i resztą swojej rodziny. Weź się w garść, proszę – ostatnie słowa mówi już spokojniej, w jego głosie naprawdę słychać prośbę. 

Kiedy wychodzimy na zewnątrz Rose cały czas milczy. Po jej minie widać, że po raz pierwszy słowa Paula zrobiły na niej duże wrażenie. Nie wiem czy wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy, czy może raczej nie patrzyła na sytuację, w jakiej się znalazła, w taki sposób. Ale to, co powiedział Paul jest prawdą – jest teraz najbliższą rodziną Dowódcy Naczelnego. I nie ma pojęcia jak trudne i niebezpieczne może to być zadanie.

– Mellark – groźny męski ton niemal osadza nas na miejscu. U podnóża schodów czeka na nas około dziesięciu mężczyzn. Nie wyglądają na przypadkową zbieraninę – są dobrze zbudowani, zgrani ze sobą, a każdy z nich, przebrany w granatowy mundur, spokojnie mógłby stanowić podstawę naszej ekipy.  Ustawieni obok siebie, w półokręgu, dokładnie blokują nam drogę. Hoult i pozostali reagują natychmiast, ale Paul ich powstrzymuje:
– Panowie, opuście broń – widzę zaskoczenie na twarzach mężczyzn, kiedy wojskowi bez zbędnej zwłoki reagują na rozkaz Paula. – Moi dawni kompani przyszli się ze mną przywitać.
– Nic z tych rzeczy, szumowino – to na pewno nie jest przyjacielskie powitanie.
– Co w takim razie was sprowadza? – Paul sprawnie wymija nas wszystkich i staje na przedzie, dokładnie przede mną, nie spuszczając wzroku z mężczyzn. Widziałam go w akcji, wiem jak szybko potrafi sięgnąć po broń, czy nóż. Ale ich jest dziesięciu, a on ryzykuje nie tylko swoim życiem. Jeśli nas zaatakują, zdąży się obronić przed trzema pewnie, ale to wszystko. Chcę wierzyć, że wie co robi i rzucam tylko szybkie spojrzenie na Haymitcha. Widzę, że też przesunął się lekko do przodu, stoi niemal w jednej linii z Paulem, zasłaniając Johannę i częściowo panią Mellark. Ma tak samo wzrok skupiony na grupie, która nas zatrzymała, ale pozwala działać Paulowi.
– Wysłałem cię do Trzynastki na przeszkolenie, a ty co zrobiłeś? Uciekłeś, jak pierwszy lepszy dezerter. Zresztą nim właśnie jesteś, prawda? Po tobie się tego nie spodziewałem. Czy twoja nowa narzeczona, kuzyn i obecna tutaj Dowódca Everdeen wiedzą jakim jesteś tchórzem? – mimo całej złości, którą widać i słychać, wymieniając moje nazwisko nieznany mężczyzna kiwa delikatnie głową na znak szacunku.
– Dowódco, musimy ruszać – włącza się Hoult, zwracając się do Paula. – Jakieś rozkazy? – muszę przyznać, że jest naprawdę niezły, jednym zdaniem dał do zrozumienia wszystkim obecnym rangę Paula. Zauważam, również, że brakuje jednego z pozostałych żołnierzy, którzy tu ze mną przylecieli. Domyślam się, że czeka w poduszkowcu, ale może też być naszą tajną bronią, bo atakujący są skupieni na nas, nie przyjdzie im do głowy, że powinni chronić też tyły.
– Zostałeś dowódcą? Ty? – cały czas mówi ten sam mężczyzna. Musi być przywódcą grupy, bo reszta czeka spokojnie.
– Connor, nie mam teraz czasu na wyjaśnienia. Skontaktuję się z tobą jutro i dokładnie wyjaśnię ci całą sytuację.
– Nie. Nie ruszysz się stąd. Jeśli masz coś na swoją obronę, to musisz powiedzieć to tu i teraz. Albo cię powiesimy, bo kulki na ciebie szkoda – Connor nie daje się spławić.
– Ty wysłałeś Paula do Trzynastki? – już i tak zbyt długo tu zabawiliśmy, a kierunek, w jakim zmierza cała wymiana zdań, stanowczo mi się nie podoba.
– Tak jest Pani Dowódco – odpowiada stając na baczność. – Ale powinna pani wiedzieć, że on tam nie dotarł, zdezerterował.
– Spocznij. Jesteś tego pewien? – dowódca grupy jest mniej więcej w wieku Paula. Ciemne włosy, charakterystycznie układające się w trójkąt nad czołem i lekko ogorzała twarz sprawiają, że przypomina trybuta z ostatnich Igrzysk ze swojego dystryktu.
– Tak jest. Dokładnie to sprawdziłem. Za dezercję można zabić bez sądu, proszę mi wierzyć, że nie rzucałbym takiego oskarżenia bez powodu.
– Haymitch – odwracam głowę w stronę mentora – aż tak bardzo ich utajniliście?
– Nie było wyjścia, Katniss – zawiesza na moment głos – taki oddział.
– Taki oddział, taki oddział – przedrzeźnia go Johanna. – I dlatego, od kilku godzin, wszyscy nazywają mojego narzeczonego dezerterem?
– Ale on uciekł – Connor jest wyraźnie zaskoczony jej reakcją, ale nadal mówi pewnie i spokojnie.
– Nie uciekł, masz na to moje słowo. To chyba wystarczy, prawda? – ucinam rozmowę. – Byłeś dowódcą Paula?
– Tak jest Pani Dowódco.
– Chcę cię widzieć jutro… Nie, pojutrze, w Kapitolu. Porozmawiamy o Paulu. 
– Zgodnie z rozkazem – Connor mówi cicho, jednocześnie szeroko otwierając oczy. Zaskoczenie i niedowierzanie jest widoczne na twarzach wszystkich zgromadzonych. Zrozumieli już, że czegoś nie wiedzą, że w którymś momencie się pomylili.

Byłam pewna, że zakończyliśmy rozmowę i możemy wreszcie ruszyć dalej. Myliłam się… Kiedy ruszamy powoli do przodu, jeden z mężczyzn mocno łapie rękę Rose, a w następnej chwili jego przedramię zaczyna naciskać jej krtań. Wszyscy zamieramy.
– Gdzieś się wybierasz, kochanie? – czułe słowo, które dobrze znam od Peety, tu nie ma żadnego znaczenia. Ton jest jadowity, nie niesie żadnych pozytywnych uczuć.
Paul ruchem ręki daje znak żołnierzom, żeby nadal nic nie robili. Przez moment patrzy pewnie w oczy mężczyzny, który mocno trzyma jego siostrę. Rose zaczyna się robić czerwona, zaczynam się obawiać o jej życie. Nie widzę broni, więc Hoult powinien zdążyć strzelić. Tymczasem napastnik zaczyna się głośno śmiać:
– I co, Mellark – wciąga głośno powietrze – gdybyś nie uciekł, może umiałbyś mnie jakoś obezwładnić, a tak…
Dwie sekundy później leży na ziemi, przygniatany kolanem Paula, a dłonie ma spięte kajdankami, które rzucił Hoult.
– Nie uciekłem – Paul szepcze, ale na tyle głośno, że go słyszę – zostałem członkiem elitarnej jednostki i takich jak ty, potrafię obezwładnić na dziesięć sposobów. To był pierwszy. Pokazać ci pozostałe dziewięć?
– Nie – kwiczy z bólu leżący na ziemi mężczyzna.
– A teraz uważnie mnie posłuchaj – przyciśnięcie do ziemi zostaje wzmocnione – jeszcze raz tkniesz, choćby palcem, moją siostrę, to pokażę ci osobiście na ile sposobów potrafię ci go połamać. Czy wyraziłem się jasno? – mocnym szarpnięciem przechyla twarz mężczyzny w swoją stronę.
– Taaaak – jego głos przepełniony jest bólem.
– To bardzo się cieszę. Connor – mocnym ruchem stawia napastnika na nogi i zwraca się do swojego dawnego dowódcy – zajmiesz się nim?
– Jasne, Paul – odpowiada mu z dziwnym wyrazem twarzy. Choć nie zna szczegółów, wie już, że pomylił się w stosunku do swojego dawnego podwładnego. Jednak miał słuszność – bazował na dostępnych mu informacjach. Connor przejmuje uwięzionego, a pozostali mężczyźni szybko się rozstępują, pozostawiając nam wolne przejście.
– Coś mi obiecałaś, Rose – po raz kolejny zwraca się do niej powalony przed momentem mężczyzna. Rose, schowana teraz bezpiecznie w ramionach matki, odchodzi powoli, ale na dźwięk tamtych słów zatrzymuje się. Na jej twarzy maluje się niedowierzanie.
– Rose? – niedopowiedziane pytanie Paula zawisa między nami.
– Już ci wcześniej powiedziałam, że zmieniłam zdanie – nie patrzy na brata, a łzy powoli płyną po jej policzkach.
– A ja już ci wcześniej powiedziałem, że nie przyjmuję tego do wiadomości.
Wszyscy milczymy, przysłuchując się wymianie zdań.
– Nie wyjdę za ciebie! – Rose nagle zaczyna głośno krzyczeć. Widać, że jest bardzo zdenerwowana.
– To się jeszcze zobaczy – odpowiada jej niedoszły narzeczony, głośno się śmiejąc. – Nie po to załatwiłem wam tę rentę po twoim ojcu, nie po to przez ostatnie lata pomagałem wam we wszystkim, żebyś mnie teraz zostawiła. Twoja mamuśka może sobie jechać gdzie chce, ale ty zostajesz tutaj ze mną – robi krok w jej kierunku, ale Connor natychmiast wzmacnia uścisk, a Hoult zaciska dłoń na ramieniu.
– Nie radzę – mówi spokojnie, kręcąc głową. – Widziałem Paula w trakcie walki, tak naprawdę potrafi złamać rękę na dwanaście sposobów.
Wiem, że Hoult nie żartuję, jednak ta uwaga wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Natomiast mężczyzna momentalnie blednie, ale szybko odzyskuje rezon:
– Załatwiłem wam rentę, coś mi się od ciebie za to należy!
Paul przeczesuje dłonią włosy, a mnie po raz kolejny przed oczami staje Peeta. Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać ich podobieństwo.
– W jaki sposób załatwił wam rentę? – Paul patrzy na siostrę.
– Nie miałyśmy pieniędzy, zwierzyłam mu się z problemów. Pewnego dnia kazali mi się zgłosić do burmistrza. I ten powiedział, że dostałyśmy z mamą rentę po tacie. I tak co miesiąc wręczał mi pieniądze – odpowiada pociągając nosem Rose, jednocześnie przyjmując od Johanny chusteczkę.
– Ale kto ci powiedział, że to on pomógł wam ją załatwić? Starałaś się o jakieś pieniądze po tacie? – wiem, że za pytaniami Paula coś się kryje, a po minie Johanny widzę, że i ona podejrzewa to samo.
– Nie – stwierdza spokojniej Rose. – Byłam szczęśliwa, że tak wyszło, a gdy wracałam do domu z pieniędzmi to go spotkałam i od niego wiem, że to jego zasługa.
– A ty mu uwierzyłaś? Ot tak, po prostu? – Paul pyta z niedowierzaniem.
– A czemu by nie?
– Bo Panem nie wypłaca rent – kwituje spokojnie Paul, udając się powoli w stronę bramy ogrodu.
– To jak?… Skąd?… – Rose wodzi spojrzeniem po na nas wszystkich, kiedy Paul po raz ostatni zwraca się do Connora:
– Podziękuj w moim imieniu tacie, on będzie wiedział o co chodzi.
– Ta renta to ty? Sam się zdziwiłem, jak usłyszałem o tym, ale tata powiedział tylko, że mam nic nie wyjaśniać Rose i że to tajne.
– Nie mógłbym zostawić ich bez pieniędzy. Choć ty powinieneś był o tym wiedzieć – odpowiada zrezygnowany Paul.

Po tym wszystkim co się wydarzyło, obie panie odmówiły samotnej podróży do Kapitolu.  Przekonywaliśmy, prosiliśmy, ale bezskutecznie.
– Dobrze, ale pod jednym warunkiem – nie ruszycie się z poduszkowca i zostaniecie pod opieką ochrony – Paul w końcu traci cierpliwość. Odpowiadają mu tylko skinieniem głowy.

– Kłóciłaś się tak kiedyś z Prim? – pyta mnie cicho Johanna, gdy siedząc wreszcie w poduszkowcu, udajemy się do Siódemki.
– Nie, ale Peeta wspominał, że nierzadko kłócił się z Patrickiem – spoglądam na nią z uśmiechem. – To podobno normalne wśród rodzeństwa, tylko Prim była inna. Delikatna i zgodna.

– Normalne, powiadasz? – Johanna patrzy na mnie wymownie. Paul i Rose praktycznie od momentu, w którym się spotkali, nie przestają się kłócić. Jakby ciągle walczyli ze sobą, każde siłą upiera się przy swoim zdaniu, wymieniając przy tym coraz bardziej kąśliwe uwagi. Przez chwilę było to nawet zabawne, ale po kilkunastu minutach słuchania ich robi się męczące…

14 myśli na temat “109: Dezerter

  1. Jak zwykle świetna notka 😉 Jak dla mnie miły początek beznadziejnego dnia ;-; ale i tak notka zarąbista 😉

  2. Fantastyczna notka. Myślałam już, że coś zrobią Paulowi (przestraszyłam się). Katniss coraz lepiej sobie radzi w roli dowódcy. Czekamy do czwartku. Pozdrawiam <3

  3. Znowu ja 😉 Zapomniałam dodać że czekam na wieści o potomkach Odairów i Abrenathyh xD Noo, stęskniłam się za Joshuą i Nathanielem *,*

  4. przecież Kat i Jo potrafią się bić i to świetnie, a mam wrażenie, że robią za delikatne panie, które trzeba chronić 🙁 ogólnie notka świetna, ale czekam z niecierpliwością aż akcja się rozwinie 😉 i nie łączyć mi proszę Rose z Zackiem bo to mi wszystko skomplikuje! 😀 do czwartku!

  5. Peeta też umie się dobrze bić, a mimo to obecnie jest w śpiączce… A Katniss niekoniecznie umie się bić – umie strzelać, ale walka wręcz chyba nie jest jej zbyt bliska 😉

    Rose i Zack… Hmmm, ciekawy pomysł 😉

Komentarze są zamknięte.