110: Sosnowy las

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka najwcześniej w niedzielę wieczorem. 

Pozdrawiamy ciepło

A. & A. 

Wilgotny chłód przeszywa moje ciało. Ciepła jesień w Kapitolu i równie piękna pogoda w Dziesiątce sprawiły, że nie pomyślałam o wilgoci i znacznie niższej temperaturze, które panują teraz w Siódemce. Letni mundur nie daje przed nimi specjalnej ochrony – tylko szybki marsz pomaga się trochę rozgrzać, ale równocześnie staramy się poruszać jak najciszej, nie chcemy robić zbędnego hałasu. Nie mieliśmy możliwości uprzedzić Shena i Anthona o naszym przyjeździe, więc mogą różnie zareagować. 


Drogę znam prawie na pamięć – samą mnie to aż zaskakuje, że po takim czasie nadal pamiętam każdą odnogę, każdą ścieżkę, każdy zakamarek. Sosna, którą rozłupał piorun, druga, którą dopadła jakaś choroba. Za lekkim wzniesieniem zobaczę kępę krzaków, które zawsze kojarzyć mi się będą z Nathanielem, uwielbiającym raczkować pod nimi. Kilkadziesiąt metrów za nimi będzie strumień, który w lecie wysycha, ale jesienią powinien być dobrze widoczny. Krople deszczu, który najwyraźniej niedawno przestał padać, jeszcze widnieją na niektórych gałęziach. Zapach nieodmiennie kojarzy mi się z Johanną, ale tym razem jest trochę inaczej. Nie tylko z nią – jego uśmiech, dotyk ust na mojej szyi, krzyk, który niósł się za mną, gdy uciekałam z drewnianej chatki w dniu urodzin Johanny – te wszystkie wspomnienia wracają do mnie ze zdwojoną siłą. Już wiem, co chcę zrobić – kiedy wrócimy do Kapitolu, kiedy tylko znowu go zobaczę, ogrzeję go własnym ciałem, będę leżeć przy nim i mówić do niego tak długo, aż w końcu otworzy oczy. Cieszę się ze szczęścia Johanny i Paula, ale to uświadomiło mi tym mocniej, jak bardzo kocham Peetę. Nie potrafię bez niego żyć, jest moim powietrzem. 

Rozglądam się przez krótką chwilę – polana wokół chaty nie zmieniła się ani odrobinę. To urok iglastych lasów – następstwa pór roku niewiele je odmieniają. W oknie kuchni pali się światło, a reszta domu pogrążona jest w mroku. Jednak mój wzrok, przyzwyczajony do rozpoznawania szczegółów, sprawia, że mam wrażenie, że w oknie na poddaszu widzę jakiś cień. Paul bardzo ostrożnie podchodzi do drzwi, delikatnie wybija na nich jakiś nieznany mi nigdy wcześniej rytm. Po kilku sekundach go powtarza. Wreszcie odnosi to sukces – drzwi otwierają się powoli. Przez szczelinę widzę wnętrze, a po chwili Shena i ulgę malującą się na jego twarzy.
– Długo kazaliście na siebie czekać – mówi cicho, otwierając drzwi na oścież. Przekraczamy powoli próg chatki, a ja przez krótki, niemal ulotny moment czuję się szczęśliwa. Są tutaj – cali i zdrowi, a przede wszystkim bezpieczni. Pan Mellark ruchem ręki wskazuje Haymitchowi moją dawną sypialnię, a on od razu kieruje tam kroki i cicho otwiera jej drzwi.
– Tataaaaaaaaaa – mam wrażenie, że tyle radości w głosie Josha nie słyszałam już dawno. Jednocześnie widzę rozłożone ramiona mojej przyszłej teściowej i bez sekundy zastanowienia zatapiam się w nich. Pozwalam się objąć i całować w głowę, czując równocześnie na ramieniu ciepłą dłoń pana Mellarka. Oni wszyscy naprawdę bardzo się cieszą, że nic nam nie jest. Po dłuższej chwili matka Peety odsuwa się lekko ode mnie i przez moment wodzi spojrzeniem po całej naszej grupie, ale nic nie mówi. Znów czuję jak rośnie mi gula w gardle. Doskonale wiem kogo szuka i nie mam pojęcia jak mam jej przekazać informacje o stanie Peety. Haymitch obiecał, że zdejmie ze mnie ten trudny obowiązek, a mnie zostaje mieć nadzieję, że będzie miał ku temu okazję.

Ciche kroki na schodach, jedno spojrzenie i zalewa mnie fala ciepła – takie momenty uświadamiają mi jak bardzo kocham moją matkę. Spokojnie przekazuje Nathaniela stojącej w pobliżu Amandzie i przytula mnie mocno.
– Moja mała córeczka – szepcze mi do ucha, nie przestając obejmować i całować – tak bardzo się o was bałam, tak bardzo. Gdzie Peeta? – nie spodziewałam się tego pytania tak szybko, a na pewno nie ze strony mojej matki. Łzy pieką mnie pod powiekami, ucisk w gardle narasta w szybkim tempie.
– Uspokój się – nie mam pojęcia skąd w mojej matce tyle mądrości, tyle zrozumienia. Mówi cicho i szybko, a ja słyszę zdenerwowanie w jej głosie. Ona też go pokochała, jak własnego syna, a od dawna wie jak ważny jest dla mnie. Chyba miała tego świadomość wcześniej niż ja… – Nie możesz im teraz pokazać, że coś się stało, nie przeżyją tego. Wystarczy, że Peeter jest poważnie chory.
– Co?! – patrzę na nią przerażona. Peeta i Peeter, jeszcze brakuje, żeby Patrickowi, albo Amandzie coś się stało.
– Wpadł do jeziorka za domem, nałykał się wody. Początkowo wydawało się, że to nic wielkiego, raczej się wystraszył, ale potem okazało się, że paskudnie się przeziębił. Próbowałam go leczyć, ale dostępne tu zioła tylko łagodzą objawy, nic więcej – odpowiada cicho. 
– Zbierzcie swoje rzeczy – z sypialni, z Joshem na rękach, wychodzi Haymitch. – Najwyższa pora jechać do Kapitolu.
W odpowiedzi na to wszyscy zmierzają do swoich sypialni. Idę za państwem Mellark, chcę zobaczyć Peetera. Ma bardzo wysoką gorączkę, jak twierdzi mama, najprawdopodobniej wdało się zapalenie płuc. Brak odpowiednich lekarstw uniemożliwił skuteczne leczenie go…
– Już niedługo będziemy w Kapitolu – mówię do niego spokojnie, mimo, że śpi i raczej nie dotrą do niego moje słowa – tamtejsi lekarze ci pomogą. Obiecuję – całuję go delikatnie w rozpalone czoło i wracam do kuchni. 

Nathaniel ląduje na moich kolanach, a Josh siedzi przytulony do Haymicha, gdy pozostali szybko pakują swoje rzeczy. My mamy okazję przez moment porozmawiać bez świadków.
– Kiedy macie zamiar im powiedzieć? – Paul oparł się dłońmi o stół, lekko się do nas nachylając. Nieobecność Peety zauważyli wszyscy. Nikt jednak nie pyta – może założyli, że zatrzymały go sprawy związane z polityką i Radą Zwycięzców – brak z nami Johanny, która wraz z paniami Mellark została w poduszkowcu i brak Annie spokojnie mogły im podsunąć taką myśl. Albo czekają na spokojną chwilę…
– Mam nadzieję, że uda nam się zachować tą sprawę w tajemnicy do samego Kapitolu. Może będzie łatwiej, gdy będą mogli od razu porozmawiać z lekarzem… – widać, ze nawet Haymitchowi trudno jest o tym mówić, choć pewnie nieraz musiał komunikować stratę żołnierza jego rodzinie. Tylko pewnie nigdy dotąd nie był tak zaangażowany osobiście w jego życie…
– Powinienem o czymś wiedzieć? – naszą rozmowę przerywa Patrick. Nie wiem ile usłyszał, ale z jego miny wnioskuję, że domyśla się, że stało się coś złego. Znów do oczu napływają mi łzy. Zaciskam dłonie wbijając w nie paznokcie, ale za późno.
– Żyje? – słyszę strach w jego głosie. Moja reakcja nie pozostawiła mu wątpliwości.
– Tak – odpowiada krótko Haymitch.
– Jak bardzo źle jest?
– Właściwie nie do końca wiemy – Paul mówi cicho, ale i jemu łamie się głos. – Jest w śpiączce, lekarze nie wiedzą kiedy się obudzi. Ani czy się obudzi – oczy Patricka rozszerzają się strachem o brata.
– Co się stało?
– Snajper w Jedenastce. Trafił nieprzytomny do szpitala, usunęli mu śledzionę, ale nie udało się go wybudzić. Teraz możemy już tylko czekać i liczyć na to, że wygra tę walkę – mimo, że od wielu godzin wiem jaki jest stan Peety, mimo, że wydawało mi się, że zdążyłam się nauczyć panować nad łzami, słowa Haymitcha pokazują mi, że to było złudzenie. Zdradliwy szloch dusi mnie w gardle, a słone ścieżki rysują się na moich policzkach i brodzie.
– Hej – choć Patrick ma na twarzy wypisane przerażenie, jakoś opanował się i delikatnie podnosi mi brodę do góry. – Bratowa, jeśli moi rodzice mają się o tym dowiedzieć dopiero w Kapitolu, to musisz się jakoś trzymać. Jeżeli którekolwiek z nich zobaczy twoje łzy, nie uda wam się ukryć prawdy nawet przez minutę. Nie wmówisz im, że to łzy szczęścia – próbuje się uśmiechnąć, ale w tej sytuacji to niemożliwe. Strach o kogoś, kogo się bardzo kocha, poraża mięśnie, nie pozwalając na grymas udający szczęście…

Drogę powrotną pokonujemy już znacznie wolniej. Nathaniel zasypia w moich ramionach, z rączkami zaplecionymi wokół mojej szyi. Idąc wsłuchuję się w jego miarowy oddech, delikatne posapywanie. Nawet we śnie sprawia wrażenie smutnego – widać, że bardzo tęskni za Annie. Z tego co mówiła mama, każde z nich próbowało go jakoś zabawiać przez te dni, ale to małe dziecko, które nie rozumie co się dzieje, wie tylko, że nagle nie ma przy nim mamy. W pewnym momencie czuję na sobie czyjeś spojrzenie – gdy odwracam głowę, zauważam wpatrzonego we mnie ojca Peety. Na jego twarzy widać napięcie, czuję jakby mnie przejrzał, jakby wiedział, że coś ukrywam. Domyśla się, że coś się wydarzyło, ale o nic nie pyta i jestem mu za to wdzięczna. W końcu opuszcza głowę, by po chwili spojrzeć na nosze niesione przez Patricka i Paula – nie mam wątpliwości jakie emocje nim targają, rozpacz jest widoczna nawet dla mnie.

Z oddali widzę Johannę i Rose, które czekają na nas przed poduszkowcem. W pierwszym momencie jestem na nie zła, że tak łatwo wystawiają się na cel, ale z ruchów Johanny widzę, że usiłuje coś wytłumaczyć Rose. Kiedy jesteśmy już blisko, słyszę burknięcie Rose:
– Dobrze, skoro sądzicie, że to lepsze rozwiązanie – wzrusza ramionami patrząc gdzieś w bok.
– Cześć Johanno, kim jest twoja koleżanka? – Patrick albo naprawdę nie ma pojęcia kto przed nim stoi, albo świetnie udaje.
– Cześć jestem Patrick Mellark, miło mi cię poznać… – wyciąga rękę nim Johanna zdąża mu odpowiedzieć. Przez chwilę patrzę zaskoczona na Patricka, a Rose szybko przyjmuje wyciągniętą dłoń:
– Cześć, mnie też miło cię poznać. Jestem Rose – zawiesza na moment głos – Rose Mellark – odpowiada z rozbrajającym uśmiechem.
– Mała Rose – duka Patrick, wywołując śmiech Johanny i kuzynki. – Mała Rose… Ależ wyrosłaś…
– Dziewczyny, zachowujcie się i do poduszkowca, ale już – Paul prawdopodobnie pomyślał tak jak ja – na zewnątrz jesteśmy łatwym celem. Zbyt łatwym.
Nie przestając się chichotać wchodzą zgodnie do środka. Patrick mocno mruga oczami, kiedy z poduszkowca dochodzi nas kolejne powitanie – najwyraźniej państwo Mellark spotkali się ze szwagierką. 
– Amanda, Patrick – słyszę głos pani Mellark – poznajcie ciocię Jasmine.

Siadam z dala od nich, rodziny witają się po długiej rozłące, widać, że Kapitol zabrał im wiele rzeczy, w tym to, co najlepsze – siebie. Więzy rodzinne, które musiały być silne, skoro pozwoliły na decyzję o „zastępstwie” w wyjeździe, przeprowadzce w obce, nieznane miejsce. Trafnie ujął to pan Mellark:
– Szkoda, naprawdę wielka szkoda, że tamta decyzja Kapitolu tak bardzo osłabiła nasze kontakty.
Patrzę na śpiącego Peetera, to duże dziecko, które pewnie to całe zamieszanie traktuje wciąż jak zabawę, tym lepszą, że z ukochanym przyjacielem – Joshem. Śpi zaskakująco spokojnie, gdyby nie rozpalone gorączką policzki i płytszy oddech, trudno byłoby się zorientować, że coś mu jest. Beetee został już poinformowany, że lekarze mają czekać w pogotowiu, przed startem potwierdził mi to. Tylko był jakiś dziwnie małomówny, nawet jak na niego. Jakby oschły, albo nieobecny. Nie jestem dobra w czytaniu ludzkich emocji, a moje pytanie szybko zbył, ale mam poczucie, jakby gdzieś się śpieszył. Albo coś ukrywał – czuję mocne ukłucie niepokoju.
– Katniss – z zamyślenia wyrywa mnie głos matki Peety.
– Tak? – reaguję natychmiast, ale wiem czemu do mnie podeszła. Serce przyśpiesza mi mocno, a dłonie zaczynają się pocić. Próbuję spowolnić oddech, żeby sprawiać wrażenie spokojnej, choć przychodzi mi to z trudem.
– Co się stało Peecie?
– Nic – lekko kręcę głową. – Skąd coś takiego przyszło pani do głowy? – nie wiem, czy poradzę sobie z jej bólem, gdy swój własny ledwo opanowuję. To jego matka, nie wiem jak zareagowała na pierwszą informację o jego śmierci. Nie mam pojęcia jak zareaguje teraz…
– Katniss, dziecko – bierze mnie lekko za rękę.
– Tak? – zaciskam mocno dłoń na podłokietniku fotela, ale nie udaje mi się powstrzymać płaczu.
– Nie udało ci się ukryć tego przed nami, odkąd cię dziś zobaczyłam wiem, że ledwie się trzymasz. Muszę wiedzieć co się stało, nie każ mi czekać następnych godzin.
Haymitch zjawia się nagle obok. Mnie podaje chusteczkę, a równocześnie spełnia swoją obietnicę – głosem, w którym też słychać olbrzymie emocje, ale jednak znacznie spokojniej niż ja byłabym w stanie z siebie wydobyć, przekazuje wszystkim informacje o wypadkach w Jedenastce i o stanie Peety. Kiedy lądujemy, jego rodzice czekają tylko na przejęcie Peetera przez lekarzy, a potem, niemal biegiem, udają się w stronę wskazanego przez Paula skrzydła szpitalnego. Patrick biegnie tuż za nimi, a ja, trzymając w ramionach Nathaniela, udaję się do sypialni Annie. 
Nadal śpi – nie wiem, czy w międzyczasie się budziła, ale najwyraźniej leki podawane jej przez lekarzy są naprawdę silne. Najdelikatniej jak potrafię kładę obok niej syna. Ten momentalnie obraca się na bok, a jego malutka rączka zaczyna powoli dotykać nosa Annie. Patrzę przez moment na ten obrazek, zastanawiając się czy nie powinnam zawołać kogoś, kto pomógłby jej się obudzić, ale chwilę później, gdy Nathaniel składa na jej policzku ociekającego śliną buziaka, Annie budzi się sama. 
– Mama – na radosne gaworzenie reaguje momentalnie. Łapie w ramiona syna, tuli i całuje delikatnie. Zostawiam ich samym, na mnie czeka Peeta.
– Dziękuję, Katniss – dobiega mnie jeszcze wzruszony głos Annie.

Powoli wchodzę do skrzydła szpitalnego. Teraz się z nim przywitam, a później, zaraz po kolacji, mam zamiar wprowadzić w życie mój plan. Zasnę dziś obok niego, wcześniej do znudzenia powtarzając jak bardzo go kocham i jak bardzo chcę, by się obudził. 
Na korytarzu mijam państwa Mellarków i Paula. Wszyscy mają łzy w oczach. Dodatkowo mina Paula, zawsze opanowanego, tym razem zdradza aż nazbyt wiele emocji. Czuję niesamowity ścisk w żołądku, mijam ich bez słowa, kierując się do sali, w której go zostawiłam.

Pokój wygląda niemal tak samo jak kilkanaście godzin temu. Z jedną różnicą – nie ma w nim Peety. Na łóżku leży tylko materac, nie ma żadnej pościeli. Zniknęła też aparatura, do której był podłączony, której szum początkowo mnie denerwował, a z czasem przestałam go słyszeć. Czuć silnie środki dezynfekujące, ale to szpital – tu wszędzie je czuć. Przesuwam powoli dłonią po zimnym materacu, starając się skupić, zebrać myśli. Próbuję powstrzymać panikę, która mnie ogarnia, która toruje sobie krzykiem ujście, ale blokuje mi równocześnie gardło łzami. Nie mam siły, nie mam odwagi odwrócić się, bo będę musiała zapytać. I usłyszeć to, co zabije we mnie ostatnią nadzieję. Nie dam rady…

– Bardzo mi przykro, Katniss – słowa Zacka są ostatnim co słyszę, nim świat ciemnieje mi przed oczami i bez przytomności osuwam się na podłogę.

28 myśli na temat “110: Sosnowy las

  1. Dziewczyny, Prima Aprilis juz bylo. Nie zartujcie tak. To nie zart… ? Jak to nie zart ?! Ale… Ale.. Peeta ?!! Depreszyn forever ;c

  2. Ja mialam tyle marzen! Tyle planow na przyszlosc! A teraz?
    Teraz to wszystko legnie w gruzach, bo skoro Peeta nie zyje, ja tez nie bede zyc! ;c

  3. Ej… Ja wiem ze potrzebujecie czasu na nowa notkę i wgl… Ale jak się TAK kończy notke… No nie można TAK kończyć!!!! Przeciez nie wytrzymamy do niedzieli, ba, prawie poniedziałku!!! Błagam, zlitujcie się i dajcie następna notke szybciej… Najlepiej JUZ. To bylo cudowne! Naprawdę, jak niewiele książek mnie porywa, tak wasz styl pisania przypadł mi całkowicie! Proszę.z ta nowa notka troszkę szybciej…

  4. Będzie bardzo ciężko z notką wcześniej. Mam w tej chwili takie trzy dni (wyjątkowo prauję także w sobotę), że zaczynam pracę o 8:30, kończę ok. 23 lub później. Zrobię co w mojej mocy, ale fizycznie mogę nie dać rady szybciej.

  5. Ejj… co to ma znaczyć!!! Nie dość że jestem załamana po Noezgodnej to jeszcze Peeta?! Co to ma znaczyć!!! Przez pół rozdziału uśmiecham się jak głupia i nagle… przerażenie w oczach ;-; ja tu zgine czekając 🙁

  6. Nie wiem jak Was , ale mnie ratuje fakt, że przecież Peeta musi przeżyć żeby pojawiły się dzieciaczki 😛 Poza tym z tego co czytam w notkach Wy poszerzacie fakty, ale nie zmieniacie tego co już jest w książkach. Nie ma więc powodu do paniki. Prawda? 😀 Pozdrawiam i życzę dużo sił w pracy 🙂

  7. WTF ?! czemu ty nam to robisz ?! Peeta musi żyć ! MUSI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  8. Ale jak, czemu nieeeeeeeeeeeee to nie mogło sie stać :,,,,( . Ja chce już nowy rozdział. Ej ale ten rozdział z dzieciaczkami. On bd żył prawda?

  9. Wiadomo ze podstep! Cholerny zack z zazdrosci na 100% mu cos zrobil! Smierc Zackowi. Strajk :D. Peeta przeciez nie moze umrzec . ! Nie ma tak 🙁 biedny Peeta :'(

  10. Peeta musi żyć! Przecież dziewczyny dodały na Prima Aprillis notkę w której mają dzieci i wgl i powiedziały, że jak skończą przygodę z blogiem to ponowne ją wstawią.. a poza tym nie ma Peety = nie ma Katniss

  11. Zgadzam się z Elizą 🙂 Tak tytułem dopowiedzenia 🙂 Rozumiem budowanie napięcia itp. Jużeście Peecie zabrały śledzionę jak dobrze doczytałam. Powiadam- wystarczy 😀 Padam na mózg z przepracowania, ale do Was aż miło zaglądać 😀 po raz drugi dziś 🙂

  12. Czekaj, czekaj, czekaj… teraz tak do mnie dotarło… jeśli Joshua jest tu ro gdzie jest Effie?! O.o bojem siem

  13. Jaki poniedziałek?!!!! Teraz! I gdzie jest Effie?!!!
    A Peeta będzie żył! Będzie zwrot akcji, on się obudzi, będą z Kotną mieli dzieci i będzie Happy End… NIE TRZYMAJCIE NAS W TAKIM NAPIĘCIU!

    Rozdział boski:*

  14. Nicole, byłyśmy nominowane jakoś na przełomie stycznia i lutego, także z tego co pamiętam już nie możemy drugi raz brać udziału…

Komentarze są zamknięte.