111. Galeria

Witamy, 

Zapraszamy do czytania i oczywiście do komentowania. Następna notka – we wtorek 🙂

Pozdrawiam cieplutko,

A. & A.

 

Pokój jest bardzo jasny, światło niemal oślepia. Nie jest to jednak słoneczny blask – nie ma tu ani jednego okna. Biel ścian i jasne linoleum odbijają poświatę olbrzymich lamp, zawieszonych przy suficie. Poczucie nienaturalności wzmaga jeszcze ten okropny zapach – jakby chloru… Albo silnych środków odkażających. I krwi! To mieszanka, która przyprawia o mdłości, aż ciężko się powstrzymać. Jest też zimno. Nie w taki sposób jak na arenie, gdy chłód przenikał do kości – to inne uczucie, jakby pochodziło z wnętrza, a nie z otoczenia. Bardzo nieprzyjemne wrażenie, bo nie ma się jak przed nim chronić, nie ma jak uciec.

Zaczynam się powoli rozglądać dookoła. Gdzie ja właściwie jestem? Siedzę na prostym, drewnianym krześle, a nogi, twardo oparte o podłogę, zapewniają mi równowagę. Podnoszę powoli wzrok na białe ściany i ich widok wywołuje u mnie uśmiech. Dawno nie byłem w takim miejscu, bardzo dawno. Kiedyś Effie zaprowadziła mnie do niego, gdy byłem na Radzie Zwycięzców, w Kapitolu. Wyszedłem dopiero gdy pracownik zasugerował, że muszą zamykać – w galerii, otoczony setkami obrazów różnych artystów, straciłem poczucie czasu. Tu też jest mnóstwo różnych prac. Są różne – duże, małe, niektóre zupełnie proste, inne przesycone szczegółami, jedne w żywych barwach, inne poszarzałe, lub sprawiające wrażenie, jakby były spowite mgłą. Podnoszę się powoli, podchodzę bliżej do pierwszego z nich…

Spomiędzy prostych ram patrzy na mnie mała dziewczynka. Stoi na krześle, jest ubrana w czerwoną sukienkę w kratę, ma zaplecione dwa warkocze. Otwarte usta sprawiają, że orientuję się, że coś mówi, albo śpiewa… To Katniss, moja Katniss! Doskonale pamiętam tamten dzień i dziewczynkę, której nie można było nie zauważyć. Już wtedy była bardzo ładna, inna niż pozostałe. I ten głos – w głowie słyszę jej śpiew, równe nuty, delikatne, ale pewne. I ptaki, które zamilkły na dworze…

Uśmiech nie znika z mojej twarzy, kiedy przesuwam się w prawo, do kolejnego obrazu. Ale jeden rzut oka ściera go skutecznie. Widzę starą jabłoń, która rosła na tyłach mojego domu, grube krople gęstego deszczu. I chudą, zabiedzoną dziewczynę, bez blasku w ukochanych oczach, z rozpaczą na twarzy. Bochenki nie spadły przypadkiem, a ja do dziś nie wiem, czy oberwałem za nieuwagę, czy dlatego, że matka mnie przejrzała. Chleb rzucony potem w stronę mojej ukochanej dziewczynki… To był moment, gdy powinienem był podejść, wesprzeć ją, a nie tylko… Zresztą, powinienem był dużo wcześniej zorientować się jak źle z nią jest i jej pomóc… Szybkim ruchem głowy odganiam od siebie tamte wspomnienia, wiele razy o nich rozmawialiśmy, wiele razy roztrząsałem je w głowie. Ona zawsze to bagatelizuje, ale wiem, że wtedy straciłem na długo swoją szansę.

Przesuwam się po raz kolejny – Katniss stoi na scenie w dniu Dożynek, z przerażeniem, które maskuje poważną, niemal obojętną miną, ale które wyziera z jej oczu. Zrobiłbym dla niej wszystko, a znalazłem się w sytuacji, w które nie mogłem nic. Przez chwilę naiwnie zacząłem marzyć o tym, by pozwolono mi się z nią choć pożegnać, bym mógł ją po raz ostatni zobaczyć, może przelotnie dotknąć ręki. Wyczytanie przez Effie mojego nazwiska dramatycznie zmieniło sytuację. To był wyrok śmierci, ale gdzieś w głębi była też radość. Następne dni spędzę z nią… Pamiętam spojrzenie Asta, krótkie pożegnanie – on wiedział od dawna. Tak samo jak wiedział, że odkąd losowano nas na trybutów, miałem w głowie nie tylko swój strach, ale przede wszystkim lęk o nią. Że to jej nazwisko wyczyta Effie Trinket, czy jakakolwiek inna „opiekunka” z Kapitolu, a ja będę musiał patrzeć na jej śmierć. Teraz zrobię wszystko, bym nie musiał, nawet jeśli będę musiał zabić. Wchodząc powoli na scenę, widzę, że mnie rozpoznała. Krótka, przypadkowa chwila, która na zawsze połączyła nasze drogi. 

Trzy obrazy – trzy wydarzenia z mojego życia, które nadały mu kształt, które na zawsze połączyły nasze losy – Katniss i mój.

– Cholera – słyszę obcy, bardzo zdenerwowany głos, jakieś piszczenie, dziwne szumy – jego śledziona jest w strzępach. Jeszcze moment i go stracimy, zróbcie coś z tym krwotokiem! – czuję dziwne szarpnięcie w boku, przez moment lekko mnie łaskocze.
– Nawet nie chcę myśleć, co się stanie jak go stracimy – ten sam głos, mówi coraz ciszej, jakby z oddali. – Ona nadal tam jest? – zastanawiam się o kim on mówi i dlaczego to słyszę.
– Jest – odpowiada inny męski głos – nie ruszyła się z krzesła nawet na centymetr. A jeśli jego nie uda się uratować, to za chwilę ją też będziemy mieć na sali.
Ciemność…
 
Po raz kolejny otwieram oczy, znów panuje cisza. Nadal jestem w galerii – tym razem mam przed sobą tylko jeden obraz, inny niż poprzednie. Widać na nim tylko beżowe spodnie i skórzane buty. Ale doskonale wiem do kogo należą – tamtych kamieni też nie byłbym w stanie pomylić z niczym innym. To moment gdy Katniss znalazła mnie nad rzeką. Byłem pewien, że to już mój koniec, że za chwilę, może za kilka godzin, a maksymalnie dzień, wystrzał armatni ogłosi moją śmierć. Jednak odnalazła mnie… Wtedy po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że może jednak jestem dla niej choć odrobinę ważny. Ależ mnie wtedy zmaltretowała – wiem, że nie było innego wyjścia, ale to turlanie, przesuwanie, rozbieranie, mycie… Robiłem co mogłem, żeby nie zorientowała się jak bardzo mnie to boli, ale nie udało się. Doskonale pamiętam też przerażenie w jej oczach, kiedy zobaczyła moją nogę. Próbowała to zamaskować, ale przez te wszystkie lata bacznego obserwowania jej, nie była w stanie mnie oszukać. Wiedziałem, że umieram – wiedziałem o tym od zakończenia walki z Cato. Jednak od momentu, gdy się pojawiła, umierałem szczęśliwy. Nie musiałem się zastanawiać, czy kolejne wystrzały nie oznaczają przypadkiem jej śmierci, a sama jej obecność łagodziła wszystko. Do tego smak jej ust, który uwielbiam i będę uwielbiał zawsze… Jedynym zmartwieniem było to, by sama nie wystawiała się na niebezpieczeństwo. Do dziś jestem wściekły na Haymitcha za to, że pomógł jej mnie uśpić. Żal i strach o nią, gdy zorientowałem się, że słodycz nie pochodzi z żadnych cukrowych jagód, tylko z syropu nasennego. Nie musiałem pytać, by poznać plan. Nie zdążyłem już zareagować. Racja, pewnie by mnie tu nie było, gdyby nie poszła po to lekarstwo. Ale tylko niesamowity zbieg okoliczności i honor Tresha sprawiły, że żyjemy oboje. Bardzo niewiele brakło, by Zwycięzcą został Cato. A może Clove?… Ciekawe, które byłoby szybsze…

Znów słyszę to piszczenie, ale tym razem jest długie i nieustające… Gasną wszystkie światła…
 
Otwieram oczy momentalnie spoglądając na dłoń. Czyżbym się pomylił? Byłem pewien, że czuję dotyk jej ręki, ale nic takiego nie ma miejsca, choć mógłbym przysiąc… Stoję przed kolejnym obrazem – jedno spojrzenie i ogarnia mnie błogie ciepło. Pamiętam tamten pocałunek, wspominam go chyba najlepiej. Pierwszy, w trakcie którego mnie, ani jej nie trawiła gorączka, czy dreszcze. Po prostu pierwszy prawdziwy. Przez moment wydawało mi się, że w jej oczach widzę, że ma ochotę na więcej, że się jej podoba, ale przestraszyłem się swojej reakcji, tego, co może się wydarzyć za moment. I noc, pierwsza noc, którą spędziła w moich ramionach. Jak przez mgłę kojarzę, że przytulaliśmy się już wcześniej, ale mary gorączki sprawiły, że niewiele z tego pamiętam. Ale tę po pocałunku pamiętam dobrze… To dziwne, że Snow, z całą swoją inteligencją i przebiegłością nie zorientował się, że ten właśnie pocałunek wspominam najlepiej. Nie te wszystkie wcześniejsze i późniejsze, ale właśnie ten. Nigdy nie użył go przeciw mnie, pozostawiając wspomnienie o nim nienaruszone. To chyba stało się jednym ze źródeł siły, która pomaga mi pokonywać błyszczące szaleństwo…

Dziwny szum wdziera mi się do uszu, świdruje w głowie. Podnoszę się szybko, szukając jego pochodzenia, ale napotykam tylko kolejne malowidła. Pierwsza noc w jej przedziale w czasie naszego tournee, splecione pod stołem dłonie, w czasie kolacji w Siódemce… Przy kolejnym obrazie zatrzymuję się na dłużej – Katniss śpiąca w moich ramionach, wtulona w nie tak mocno, że przez całą noc bałem się poruszyć, by jej nie zbudzić. Leżałem przy niej, pozwalając by moje ciało cierpło coraz bardziej. Fizyczna niewygoda nie miała znaczenia – upajałem się jej zapachem, dźwiękiem jej oddechu. Pamiętam dobrze tamto popołudnie, gdy strażnicy „zaprosili” mnie i Haymitcha do domu Katniss. Strach w oczach jej matki i długie godziny gdy nie wracała. Podejrzewałem, że uciekła, choć zastanawiało mnie czemu nie zabrała matki i Prim… Gdyby ich zostawiła, w najlepszym razie wzięliby je na przesłuchanie. W najgorszym – trafilibyśmy wszyscy do więzienia. I to raczej nie w Dwunastce, a w Kapitolu. Dziś wiem, że to miejsce jeszcze znacznie mniej przyjemne niż wówczas podejrzewałem. Strażnicy byli coraz bardziej zadowoleni, my coraz bardziej przerażeni. Próbowałem wymyślić sposób na wydostanie z domu choć Prim, ale każdy pomysł miał wady. Nie była tak sprawna jak jej starsza siostra, obezwładnienie uzbrojonych strażników też było kiepskim pomysłem. Kiedy wreszcie Katniss się pojawiła, kiedy nie zdjęła ośnieżonych butów, od razu wiedziałem, że coś się stało. Syk bólu, gdy ją dotknąłem, choć dobrze zamaskowany, dla mnie, stojącego tuż obok, był bardzo czytelny. Nieźle się wtedy potłukła, a kiedy wnosiłem ją na górę do sypialni, wtuliła się we mnie, wzmagając niesamowitą ochotę, by znów ją pocałować – tak naprawdę, nie na pokaz. I ta prośba, bym z nią został, choćby do czasu nim zaśnie, ponowiona gdy odpływała, znów dała mi nadzieję. Nadzieję na to, że mimo całego zamieszania, mimo odgrywanej farsy, stałego podsłuchu, ona jednak coś do mnie czuje. Że może planowany ślub nie skaże nas na wieczną obojętność pod jednym dachem…

To zadziwiające ile w mojej głowie jest dokładnych wspomnień. Te obrazy przedstawiają tylko malutkie wycinki, fragmenty życia, ale z nimi łączy się znacznie więcej. Wspomnienia przed i po, zapachy, głosy, grę świateł i uczucia. Te chwile, które teraz widzę, ukazują mi coś, co wiem od dawna – moje życie jest ściśle związane z Katniss, poprzez moje myśli i uczucia jest nią przepełnione, od najmłodszych lat.
Świat ciemnieje…

– Pora wstawać, ile można spać? – rozpoznaję głos Paula, stoi koło mnie. I znów nie mam pojęcia gdzie jestem, ale nim mam czas go zapytać, czuję smak ust Katniss…

Nagle przeszywa mnie silny ból i zimno. Nie mam siły otworzyć oczu, nie mam siły się bronić. Czuję się jak w Kapitolu – marzę tylko, by tortura się skończyła. I próbuję skupić myśli na czymś innym, by nie stracić zmysłów. Decyzja, którą podjąłem gdy Snow ogłosił formę Trzeciego Ćwierćwiecza – to ja musiałem iść na arenę. Haymitch wiedział jak rozmawiać ze sponsorami i innymi mentorami, ja nie miałem o tym pojęcia. Jedyną szansą na utrzymanie jej przy życiu był układ – ja na arenie, Haymitch poza nią. Ból w boku staje się przez chwilę nie do zniesienia, dziwne piski, krzyki… Widzę znów jej oczy – pełne przerażenia, ale też rozczarowania i chyba złości – moment gdy zgłosiłem się na trybuta, zastępując Haymitcha.

Znów cisza. Przede mną kolejny obraz. Tym razem to noc przed Siedemdziesiątymi Piątymi Igrzyskami – kilka godzin, które znów spędziłem z nią. Byliśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy jawą, a snem, milczący. Każde z nas próbowało odrobinę odpocząć, a tylko wzajemny dotyk pozwalał na choćby krótkotrwały sen. Jednak jedną rzecz pamiętam dobrze – miała w sobie pewną determinację, gotowość do poświęcenia się, do śmierci. Ona gotowa była umrzeć, ale ja z kolei wiedziałem, że jej na to nie pozwolę.

Nagle pokój trybuta znika, przechodząc w zachód słońca na plaży i noc, która po nim nastąpiła… Od początku byłem przekonany, że tak jak ja chronię ją, ona będzie chronić mnie. Ale nie było szans, by tym razem Kapitol pozwolił wygrać nam obojgu. Dlatego musiałem ją jakoś przekonać – zdjęcia ukryte w medalionie były najskuteczniejszą bronią. Ale i ona miała swoją – nie spodziewałem się usłyszeć najsłodszych słów, jakie powiedziała – „Jesteś potrzebny mnie”. Cudowny pocałunek, wtedy chyba pierwszy raz sama sięgnęła do moich ust. Nie uciekła też, kiedy moja dłoń sama zaczęła powoli poznawać jej ciało. To było niemal jak odruch – tak dobrze nie było mi nigdy wcześniej. Jej dłonie w moich włosach, ciało tak blisko mojego. I to narastające we mnie podniecenie. Pochylam na chwilę głowę do przodu, pozwalając spokojnie płynąć miłym myślom…

Gdzieś w oddali widzę otwierające się drzwi, a pokój, w którym teraz jestem nie jest już tak bardzo jasny – zatopił się w półmroku. Powoli wstaję – czuję się lekko, nic mnie już nie boli. Idę w stronę otwartych drzwi, gdzie przez chwilę widzę scenę w Dwunastce – rozmowę z Patrickiem, moment, w którym się okazało, że moi bracia i rodzice żyją… Uśmiechając się idę dalej…

Kolejne pomieszczenie jest żółtopomarańczowe, na ścianach pojawiają się kolejne prace… Katniss stojąca na progu mojego domu w drugą rocznicę Dożynek, Katniss zaskoczona na widok pierścionka zaręczynowego, Katniss naga, po ognisku zaręczynowym Paticka… Katniss przyparta przeze mnie do drzwi, gdy wizyta w Kapitolu znów uaktywniła te przeklęte błyszczące mary, po raz kolejny pokazująca mi, że miłością jesteśmy silni. Katniss po wielu miesiącach znów mówiąca, że mnie kocha (ubrana w przepiękną sukienkę od Cinny)… Obrazy zmieniają się coraz szybciej, aż wiruje mi w głowie…
– Katniss! – nagle wyrywa mnie z tego czyjś krzyk. Znam ten głos, znam go na pewno, ale nie widzę osoby, do której należy. Nie zdążam zobaczyć twarzy krzyczącego, bo znów robi się ciemno…

Ból znów przeszywa każdy, nawet najmniejszy skrawek mojego ciała. Czuję dziwne konwulsje, których nie mogę opanować. To trwa i trwa – nie daję rady skupić się na niczym innym… Nagle wszystko się kończy – powoli ból odchodzi, robi mi się ciepło, błogo, przyjemnie. Nic mnie już nie boli…

21 myśli na temat “111. Galeria

  1. O Boże to jest piękne! Jesteście niesamowite!! Tylko błagam Was niech on nie umrze wiem że o jest w takim stanie że umiera ale proszę!! Proszę dajcie szybciej notkę bo nie wytrzymam do wtorku 🙁

  2. Peeta nie umrze- to wszyscy wiemy, ale takie trzymanie nas w niepewności wskazuje na to, że uwielbiacie dręczyć ludzi:D
    Rozdział boski, chyba jedeb z piękniejszych. Pokazuje tą miłość Peety do Katniss, tą chęć ocalenia jej. Naprawdę, mistrzostwo. Po za tym dobry moment na narrację Peety:) Fajnie pomysł z galerią, kojarzy mi się z ostatnią częścią Pottera.
    Za czym tęsknię? EFFIE… Wiecie, że żyję tylko dla niej i jej zwariowanych kreacji i pomysłów, ale na nią jeszcze przyjdzie czas- tak mi się wydaje. Tak na marginesie, słyszałam, że w Kosogłosie ma nie być Fulvii, a zamiast niej Effie O-o Może to tylko plotki…

    Wracając do tematu, świetna notka i czekam na kolejną:*

  3. Peeta nie umrze- to wszyscy wiemy, ale takie trzymanie nas w niepewności wskazuje na to, że uwielbiacie dręczyć ludzi:D
    Rozdział boski, chyba jedeb z piękniejszych. Pokazuje tą miłość Peety do Katniss, tą chęć ocalenia jej. Naprawdę, mistrzostwo

  4. Po prostu płaczę, nie mogę się opanować ! Piękna notka ale chyba najbardziej smutna ze wszystkich… Ale Peeta, on ma żyć , jasne ?! :c

  5. Najlepszy rozdział ever! <3 najlepszy, smutny i pokazuje jak bardzo peeta kocha katniss. Ej no czemu kolejny dopiero we wtorek

Komentarze są zamknięte.