114: Kobieta w czerni

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy serdecznie- A. & A. 

 

Pierwszy śnieg tego roku spadł wyjątkowo wcześnie i był zaskakująco obfity, nawet jak na Dwunasty Dystrykt. Nie pamiętam kiedy mogliśmy rzucać się śnieżkami już 25 listopada. Wchodząc do domu strzepuję z butów resztki śniegu, który nie chciał się odkleić na zewnątrz.
– Już jestem – krzyczę głośno.
– To dobrze – odpowiada mi cichym głosem. Mam wrażenie, że głos dochodzi z kuchni i momentalnie robi mi się gorąco, a w myślach zaczynam żałować naszej decyzji pozostawienia go samego w domu podczas naszej nieobecności. Mama będzie do niego zaglądać, ale – zważywszy, że ma pod opieką jeszcze Effie – może być jej trudno.
– Co robisz? – pytam rozdrażniona. Prosiłam go, by się nie ruszał z kanapy…
– Herbatę – odpowiada krótko, jakimś dziwnym tonem – jakby zdegustowanym, jakby zirytowanym. Słyszę go już od pewnego czasu… Ostatnie cztery tygodnie okazały się dla nas bardzo trudne – Peeta ciężko znosi swoją rekonwalescencję. Przyzwyczajony do pracy, ciągłego zajęcia i tego, że to on we wszystkim zawsze mi pomagał, nie może pogodzić się z faktem, że na nic mu nie pozwalam. Tymczasem ja bardzo się o niego boję – jego rana, choć umiejętnie pielęgnowana przez mamę wygląda coraz lepiej, to w praktyce jest ledwie zabliźniona,. A słowa lekarza nie zostawiały wątpliwości – Peeta ma się oszczędzać, nie wolno mu wykonywać żadnych ciężkich prac przynajmniej przez dwa miesiące, nie wolno mu dźwigać, chodzić po schodach, nadwyrężać się. Najlepiej byłoby, żeby leżał i pozwolił organizmowi na zrobienie reszty. Przez pierwszy tydzień był posłusznym pacjentem, jednak kolejne są już koszmarem.
– Nie mogłeś na mnie poczekać? – pytam ostro, ale już po chwili robi mi się głupio, że na niego naskoczyłam.
– Nie wiedziałem kiedy wrócisz – wzrusza ramionami, ale w cichym głosie wyraźnie słyszę jakiś żal. – Poza tym nie przesadzaj – czajnik nie jest ciężki, szklanka też nie.  
– Możesz mi powiedzieć – podchodzę do niego i delikatnie się przytulam – o co ci chodzi? Co się dzieje, Peeta?
– Nic – odpowiada zrezygnowany, ale zamyka mnie w ramionach. W końcu słyszę – mam dość tego, że wszyscy obchodzą się ze mną jak z jajkiem. Ciągle ktoś coś za mnie robi… Czasami zastanawiam się czy – gdyby to było możliwe – chodzilibyście za mnie do toalety – spogląda na mnie z uniesionymi brwiami. 
– Peeta – lekko gładzę go po twarzy – każdy z nas bardzo się o ciebie boi – staram się mówić spokojnie, ale i tak w moim głosie słychać drżenie. – Kochanie, nie zdajesz sobie sprawy z tego co przeszliśmy, jak czuliśmy się patrząc na ciebie podłączonego do tych wszystkich rurek i urządzeń, nie mając pojęcia, czy jeszcze otworzysz oczy – na samo wspomnienie czuję pieczenie pod powiekami. Peeta reaguje natychmiast – przyciąga mnie mocniej do siebie i zaczyna całować.
– Katniss, ja to rozumiem, naprawdę. Ale mam dość tego ciągłego traktowania mnie jak obłożnie chorego. Chcę z wami jechać – słyszę to po raz kolejny w tym tygodniu. 
– Peeta, wielogodzinna podróż, nawet poduszkowcem, a potem wyczerpująca Rada, nie jest dobrym pomysłem w twoim stanie. Przykro mi, ale to już postanowione.
– Jak wolisz – rzuca krótko wypuszczając mnie z ramion i znika w swojej pracowni. 

– Coś taka zła?
– Nieważne – burczę. Wiem, to nie wina Johanny, to Peeta wprawił mnie w taki nastrój. Kolejny dzień spędził w swojej pracowni, zamykając wcześniej drzwi. Nawet nie wyszedł się ze mną pożegnać. Coraz bardziej się o niego martwię, a równocześnie mam poczucie, że zachowuje się jak dziecko, jakby nie rozumiał…
– Znów to samo? – Johanna dobrze zna całą sytuacją, więc kiwam tylko przytakująco głową.
Całą podróż do Kapitolu rozmawiamy o nim. Johanna jest tego samego zdania co ja – lekarz wyraźnie kazał mu się oszczędzać, dlatego Peeta powinien leżeć i odpoczywać, żeby rana spokojnie się zagoiła. Jego organizm jest wyczerpany po dwóch ciężkich operacjach i powikłaniach, więc musi mieć czas na powrót do normalności. Paul próbuje nas przekonać, że może trochę przesadzamy, choć przyznaje, że w takich sytuacjach lepiej zachować ostrożność. Za to Haymitch uparcie milczy.
– A może ty coś powiesz? – rzucam opryskliwie w jego stronę widząc ironiczny uśmiech.
– Nic się nie zmieniłaś Katniss. Czy choć przez moment zastanowiłaś się co on czuje? Choć raz zapytałaś go, jak on radzi sobie z tym co się stało? Jak możesz mu pomóc? Pewnie nie, ale teraz masz do niego pretensje – jego ostatnia uwaga sprawia, że momentalnie robi mi się wstyd. Ma sporo racji – co prawda pytam Peetę jak się czuje, ale… chyba go nie słucham. Skupiłam się na stronie fizycznej, nie przyszło mi do głowy zagłębiać się w jego psychikę, w jego odczucia.
– Podróż jest dla niego zbyt niebezpieczna – odpowiadam butnie, nie chcąc pokazać, że ostatnie słowa były bardzo celne.
– Pewnie masz racje – mentor patrzy na mnie z ukosa. Mam ochotę wykrzyczeć mu co myślę o tym ciągłym krytykowaniu mnie, ale w tym momencie rozsuwają się drzwi oddzielające pomieszczenie, w którym siedzimy od reszty poduszkowca. Wchodzi Hoult i bez słowa podaje każdemu z nas teczkę i słuchawkę. Patrzę na niego zaskoczona
– Pan Latier wyraźnie prosił, byście się państwo zapoznali z tym przed spotkaniem w Kapitolu – powaga i zdawkowość Houlta w połączeniu z naciskiem na słowa „przed spotkaniem” budzą we mnie natychmiast niepokój. Podobnie jak reszta, posłusznie otwieram szarą teczkę, a im dłużej czytam umieszczone w niej dokumenty, tym bardziej robi mi się gorąco. 
Praktycznie postrzału Peety wycofaliśmy się z wystąpień publicznych. Od powrotu do Dwunastki staraliśmy się być na bieżąco ze wszystkimi kwestiami, a najważniejsze decyzje i rozkazy wydawaliśmy przez telefon, bądź pisemnie. Byłam pewna, że w powstałych okolicznościach ludzie zrozumieją naszą decyzję… Podnoszę głowę, moje spojrzenie krzyżuje się ze wzrokiem Haymitcha, który przez po zakończeniu objazdu dystryktów, skupił się na Effie i Joshu. Widzę w jego oczach odbicie moich emocji.
– Hoult, dlaczego wcześniej nie dostaliśmy tego raportu? – Haymitch szybciej otrząsnął się z szoku wywołanego początkiem przeczytanego opisu. Twardy ton brzmi niemal jak rozkaz, a na pewno kryje w sobie pretensje.
– Kilku ludzi w Kapitolu, zwolenników dawnej władzy, najwyraźniej skutecznie blokowało przepływ informacji – odpowiada stając na baczność.
– Spocznij – wydaję krótką komendę, nie lubię gdy ktoś bez potrzeby pręży się przede mną. – Siadaj i mów wszystko co wiesz – nie mam pojęcia co jeszcze zaraz przeczytam i usłyszę, ale już widzę jedno – po raz kolejny daliśmy się łatwo podejść, po raz kolejny zapomnieliśmy, że w polityce – najgorszej z możliwych gier – nie ma współczucia, nie ma przerw. Oddaliśmy miesiąc naszym przeciwnikom, a oni wykorzystali go całkiem dobrze. 

W pierwszych czterech dystryktach trwa względny spokój. Co prawda słowem kluczowym jest „względny”, bo to raczej oczekiwanie niż pokój, ale jednak nie ma tam rozrób. W Piątce i Szóstce jest już znacznie gorzej – przynajmniej raz dziennie dochodzi do awantur, do protestów, do utarczek z policją. Ludzie nadal bardzo ciężko pracują, bo choć znieśliśmy obowiązek wielogodzinnej pracy i zabroniliśmy zatrudniania dzieci, to skrajna bieda wymusiła taką sytuację. Owszem, bogaci mieszkańcy Kapitolu, posiadający udziały w głównych fabrykach tych dystryktów, zgodnie z naszym zaleceniem podnieśli pensje, ale jednocześnie wprowadzili bardzo dużo nowych, nieznanych wcześniej opłat. Teraz robotnicy sami muszą płacić za robocze ubranie, za szafkę w szatni, za wyrobienie przepustki na teren fabryki, więc w praktyce ich pensje znacznie spadły. Aby mieli z czego żyć, z czego utrzymać rodziny – sami decydują się na znacznie dłuższą pracę, Z kolei mieszkańcy Siódmego Dystryktu, obrażeni na Johannę za „porzucenie ich” przejawione przez zmianę miejsca zamieszkania, połączyli się solidarnie z mieszkańcami Ósemki i Dziesiątki. Te trzy dystrykty stanowią największe zarzewie buntu – są przeciw nam, a jednocześnie mocno popierają Paylor, co jest dla mnie sporą niespodzianką. Ale to opis wydarzeń w Jedenastce dopiero uświadamia mi jak bardzo nasza wizja tego, co dzieje się w Panem, różni się od rzeczywistości. Tam nadal trwa poszukiwanie zamachowca. I, jak widzę w dokumentach, przybiera coraz brutalniejszy obrót, mimo, że doskonale pamiętam rozmowę Peety z burmistrzem Jedenastki. Zadzwonił tam jeszcze ze szpitala w Kapitolu tłumacząc, że nie obwinia nikogo z dystryktu, że ma świadomość, że snajper uciekł prawdopodobnie zaraz po całym wydarzeniu. Powiedział, że rozumie, że nie można po prostu zawiesić śledztwa, bo dałoby to przyzwolenie na takie działania w przyszłości, ale prosił, by skupić się na naprawdę wyraźnych poszlakach, by w żadnym razie nie odbiło się to na niewinnych ludziach. Tymczasem przerzucone tam służby przynajmniej raz dziennie prowadzą na okrutne i długotrwałe przesłuchania po kilkanaście osób. Bicie, płatne donosy na sąsiadów, głodujące na ulicach dzieci, których rodzice od kilku dni nie wracają z przesłuchania – trudno słowami wyrazić przerażenie, jakie w tym momencie czuję. Dlaczego, mimo wyraźnego zakazu, burmistrz postawił na swoim? I jakim cudem przez tyle tygodni to do nas nie dotarło?
– Witajcie – cichy głos w słuchawce odrywa mnie od czytania. – Annie już tu jest, a Nathanielem opiekuje się Shen, powinni już pewnie dotrzeć do Dwunastki. Enobaria nadal się nie odezwała, więc czekamy już tylko na was, wszystko gotowe – zwraca się do nas Beetee.
– Witaj – odpowiadam krótko, lecz niknie to w pozostałych słowach powitania.
– Jak Kapitolińczycy byli w stanie powstrzymać cię przed poinformowaniem nas o tym wszystkim? – Haymitch nie bawi się w uprzejmości.
– Ostatnie dwa tygodnie spędziłem w Trójce, dopiero wczoraj odkryłem, że przekazywane wam raporty były fałszowane i to jeszcze w czasie gdy byłem w Kapitolu. Ktoś bardzo się postarał…
– Ktoś? – włącza się Johanna.
– Tak i ten ktoś tu jest i na was czeka – słyszę w jego głosie nutę, która bardzo rzadko się ujawnia – Beetee jest wściekły
– Paylor – cedzi równie poirytowany Haymitch.

Głupia byłam przyjmując za pewnik słowa Gale’a. Zresztą, nawet nie zapytałam go co miał na myśli, deklarując, że Paylor nie będzie nam robić problemów. Niezależnie od wszystkiego to bardzo ambitna i twarda kobieta – nie odda łatwo władzy, nie podda się.

Kiedy lądujemy przed Pałacem Prezydenckim, czekają na nas nieznani mi strażnicy i żołnierze. Paulowi, który nie jest Zwycięzcą, zabroniono udziału w Radzie, więc w porozumieniu z Houltem, zostaje na zewnątrz. Myśleliśmy nad ustanowieniem w jego osobie zastępstwa za Peetę, ale Annie przypomniała nam analogiczną sytuację sprzed półtora roku. Brak Enobarii na Radzie byłby ponownie otwartą furtką do manipulacji głosami – lepiej do tego nie dopuścić.
W asyście, szybkim tempem, udajemy się na miejsce Rady, a w słuchawce słyszę głos Paula:
– Jestem w pogotowiu, Hoult i kilku innych też. Jedno wasze słowo i wkraczamy – uśmiecham się lekko – Paylor zapomniała, że i my mamy swoich zwolenników w wojsku.

Zawieszona Prezydent siedzi za stołem. Jest dziwnie blada, chusteczka, którą trzyma przyciśniętą do ust, sprawia, że w całym pomieszczeniu czuć delikatny zapach mięty. Za stołem siedzą już Annie i Beetee – dołączamy do nich bez słowa.

Drzwi otwierają się cicho. Do pomieszczenia wchodzi mniej więcej czterdziestoletnia kobieta, ma różowe włosy, czarną suknię z czerwonymi wstawkami i olbrzymie szponiaste paznokcie. Kiwa z szacunkiem głową w stronę Paylor, nas omija wzrokiem. Podaje Paylor jakieś kartki, po czym siada przy niej zakładając nogę na nogę i patrząc na nas z wyższością. 
– Wszystko tutaj spisałaś? – cichy, dziwnie łamiący się głos Paylor jest dla mnie co najmniej zastanawiający – nigdy jej takiej nie słyszałam.
– Tak Pani Prezydent – odpowiada jej nieznana nam kobieta głosem pełnym szacunku
– To dla was – Paylor przesuwa białe arkusze w naszą stronę. – Tutaj macie moje propozycje naprawienia tego, co nabałaganiliście. Oczywiście kończymy tę farsę z zawieszeniem, a wy grzecznie wycofujecie się do swoich dystryktów.

Prychnięcie więźnie mi w gardle, gdy rzucam okiem na leżący przede mną blankiet, wypełniony ręcznym pismem. Obracam powoli głowę w kierunku Johanny i na jej twarzy widzę ten sam lęk, który przeradza się we wściekłość. Kobieta w czerni także zauważa zmianę na naszych twarzach i bardzo szybko opuszcza salę. Tymczasem niewzruszona Paylor, pomimo całego zamieszania, monotonnym tonem kontynuuje swoją wypowiedź.
– Zamknij się! – Johanna, purpurowa na twarzy, podnosi się szybko z krzesła. – Żadne z nas do tego nie dopuści, nie mamy o czym rozmawiać. Paul – Johanna bierze w palce mikrofon przyczepiony do jej ubrania – zatrzymaj szybko kobietę w czarnej sukni. Mamy do niej parę pytań.

Annie patrzy na nas zaskoczona. Widząc w mojej ręce jedną z podsuniętych nam wcześniej kartek, sięga po tę leżącą przed nią, a z jej gardła wydobywa się krzyk przerażenia…

13 myśli na temat “114: Kobieta w czerni

  1. Boze Paylor to skonczona idiotka. Wyslijcie dziewczyny ja do psychiatry . Jezu XD ani chwili wytchnienia. Sie dzieje . Sie dzieje… // nszarynska

    mellarkeverdeen.blox.pl

  2. O kurcze to teraz jestem ciekawa co tam było napisane! Dlaczego byli tacy przerażeni? Kiedy następna notka? Mam nadzieje że Peetą i Katniss będzie wszystko w porządku 🙂

  3. Ta Paylor to idiotka, wszedzie musi wcisnąć ten swój tyłek. xd

    Obstawiam powrót do Igrzysk. 😛

  4. Super! Jestem ciekawa co będzie dalej.

    A tak przy okazji to zapraszam do mnie. Dopiero zaczynam i chciałabym abyście zajrzały i poradziły. miloscmlodychz12dystryktu.blox.pl

Komentarze są zamknięte.