117: Mellark na prezydenta

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w piątek. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

 

Jest ciemno i zimno, nieprzyjemny wiatr plącze mi się we włosach. Temperatury w Kapitolu zmieniają się szybko – ciepły dzień i bardzo chłodna noc są ponoć normą o tej porze. Dobrze, że choć nie ma tu śniegu, ale niestety, wojskowa kurtka, jaką założyłam, nie zapewnia takiej ochrony przed chłodem, jakiej bym chciała. Przyśpieszam kroku, licząc na to, że choć odrobinę się rozgrzeję, a im jestem bliżej bramy, tym większy ogarnia mnie niepokój i… wściekłość.
– Co ty tutaj robisz? – wyparowuję od razu, jeszcze będąc kilka kroków od obu czekających na mnie mężczyzn. Jego sylwetkę poznam wszędzie. Choć on jest ciepło ubrany – wylot z zimnej Dwunastki dał mu w tym momencie przewagę.
– Mamy problem – oświadcza tak spokojnie, jakby mnie informował, co jadł na śniadanie.
– O tak, z tobą! – syczę. – Czemu jesteś taki uparty, prosiłam cię byś został w domu! – gdyby nie to, że plac nie jest pusty, pewnie pozwoliłabym sobie na krzyk, ale nie chcę robić sceny, nie chcę dawać okazji do plotek. Równocześnie nie przypuszczałam, że może być tak nieodpowiedzialny. Chce mi coś udowodnić? Albo może sobie?
– Katniss – mówi ciepło, ale w jego oczach widzę smutek – naprawdę mamy problem. Zawołaj wszystkich, musimy znaleźć jakieś spokojne miejsce i porozmawiać.
– A tutaj nie możemy? – wskazuję mocnym wymachem ręki na Pałac Prezydencki.
– Tutaj na pewno nie, to byłby kiepski pomysł – odpowiada stanowczo. Czuję, że przechodzą mi ciarki po plecach, które wzmagają się, gdy Peeta dodaje – musimy mieć absolutną pewność, że nie jesteśmy podsłuchiwani. 
Patrzę na niego zaskoczona, Paul i Zack również. Nawet jeśli do niego też jakimś cudem dotarł raport Beetee’ego, to na pewno przed wylotem nie zdążył zobaczyć postulatów Paylor. Nadto one też nie byłyby wystarczającym powodem, by wyruszył do Kapitolu, mając świadomość, że jest tu wystarczająco silna grupa, by powstrzymać ambitną przywódczynię. Czyżby więc teraz pojawiła mu się jakaś kolejna obsesja?
– Peeta, domyślam się, że musisz mieć diablo ważny powód, skoro odważyłeś się złamać zakaz Katniss? – ciszę między nami przerywa Haymitch, podchodząc bliżej. Nawet ja rozpoznaję ironię w  jego głosie. Wiem, że trafia we mnie, nie w niego – dlatego mam ochotę odpowiedzieć w podobnym tonie, ale miny Johanny, Beetee’ego i Annie powstrzymują mnie. Peeta milczy – w przeciwieństwie do mnie, na nim najwyraźniej hasło Haymitcha nie zrobiło wrażenia. Albo… Cholera, albo jest prawdziwe. Jakimś cudem z nieprzeniknionego dla mnie wyrazu twarzy Peety, nasz mentor wyczytał znacznie więcej.
– Co w takim razie proponujesz? – ton głosu Abernathy’ego potwierdza tylko moje przypuszczenia – on wie, że Peetę musiało sprowadzić tutaj coś naprawdę ważnego. Chłopak przez chwilę się rozgląda, gdy nagle słyszymy:
– Zapraszam do mnie, mieszkamy skromnie ale… – Karel nagle przerywa, jakby uznał, że wyrwał się z czymś niestosownym.
– Dziękujemy. Prowadź – po minie Peety widzę, że na taką propozycję liczył. 

Idziemy powoli przez noc, ramię w ramię. Mimo wojskowych butów, jakimś cudem udaje się nam przejść stosunkowo cicho uliczkami Kapitolu. Jego ciepła dłoń delikatnie muska moją, powodując przyjemne łaskotanie. Chcę zapleść nasze palce, sięgam po jego rękę, ale po raz kolejny przypominam sobie, że jestem na niego zła i rezygnuję. W tym samym momencie czuję, że okrywa moje ramiona i plecy swoim szalikiem. W środku rozpływa mi się ciepło – jeszcze nie od szala, ale od prostego gestu, który oznacza, że o mnie dba, że nawet gdy się nie skarżę, wie, że zdążyłam zmarznąć. I robi cokolwiek, by mi pomóc. Znów się łamię, ale… To byłoby za łatwe, zbyt proste. Nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że ryzykuje, że o siebie nie dba…

Mieszkanie Zacka znajduje się w dużym szarym wieżowcu, na osiedlu pełnym takich samych bloków. Nigdy nie mieszkałam w czymś takim – domy w Dwunastce są niskie, nawet te w miasteczku nie przekraczają dwóch pięter. Z kolei apartamentowce w jakich zatrzymują się w Kapitolu Zwycięzcy, są zupełnie inne – to nie blokowiska, ale strzeliste błękitne budynki oddalone od siebie tak, by nie zasłaniały sobie widoku, w otoczeniu podkreślającym luksus, nawet gdy w oknach i tak można pokazać dowolny widok, jaki tylko mieszkaniec sobie wymarzy.
Jedziemy windą na 8 piętro do malutkiego mieszkanka. Dwa niewielkie pokoje, kuchnia i łazienka z niezwykle prostym umeblowaniem, bez zbędnych ozdób na ścianach – całość bardzo przypomina mój dom rodzinny, aż się uśmiecham. Nie sądziłam, że czasem Kapitol może być tak bliski Dwunastce, że życie nie wszystkich jego mieszkańców jest tak różowe, jak dotąd sądziłam. Nasz gospodarz, wyraźnie zakłopotany tym, jak niewiele posiada, chce coś powiedzieć, ale Haymitch jest o wiele szybszy.
– Idealnie, dziękujemy za gościnę.
– Zack, zostawisz nas samych? – dodaje spokojnie Peeta. 
Żołnierz kiwa tylko głową i bez słowa wychodzi, zabierając ze sobą siostrę. Cisza, która nagle zapadła po ich wyjściu, zaskakująco bardzo mi ciąży. W końcu przerywa ją Paul:
– Peeta? – nie mówi nic więcej, ale udało mu się zawrzeć w tym jednym prostym słowie wszystko, o co chcemy zapytać. 
– Lepiej usiądźcie – Peeta czeka chwilę nim wypełnimy jego prośbę, dając do zrozumienia, że czeka nas długa i poważna rozmowa. Siadam po turecku na podłodze, łokcie opieram na kolanach, a brodę na dłoniach. Patrzę w podłogę – nadal jestem na niego zła – a gdyby mu się coś stało, gdyby jego rana w czasie podróży się otworzyła? Mógłby nie zdążyć tu dolecieć, zamiast tego, po drodze, skutecznie by się wykrwawił… Co może być tak poważnego, żeby nie mogło zaczekać na nasz powrót? Żeby dla tego czegoś ryzykować życie?! Przenoszę wzrok na Peetę i z zaskoczeniem orientuję się, że stoi naprzeciw mnie. Dochodzi do mnie też, że musiał przed chwilą coś powiedzieć, a po twarzach pozostałych widzę, że nie było to nic dobrego.
– Co mówiłeś? – pytam odruchowo, ale już po chwili tego żałuję. Peeta patrzy na mnie uważnie, ale nie ma w tym spojrzeniu ciepła, do jakiego zdążyłam się przyzwyczaić. Haymitch i Johanna spoglądają na mnie z wysoko uniesionymi brwiami, Paul ciężko wzdycha, a Beetee patrzy w stronę okna. Wreszcie Annie odpowiada na moje pytanie:
– Gale przyszedł do Peety zaraz po waszym wyjeździe i zdradził mu parę istotnych dla nas wszystkich informacji, Katniss – chociaż ona mówi cicho i spokojnie. 
– Gale? – wyrywa mi się w zdumieniu.
– Tak – głośne westchnięcie Peety jest aż nadto czytelne. – Ale możesz na moment przestać o nim myśleć? Choć na chwilę, byłbym wdzięczny – nienawidzę tych nut w jego głosie. Tego chłodu, tej stanowczości podszytej wyższością.
– Nie myślałam o Gale’u – bronię się natychmiast, choć dociera do mnie, że w tym stanie chyba i tak go nie przekonam.
– To niby o czym, a może raczej… o kim? – nagle ton zmienił się na ten zniecierpliwiony, którego używał ostatnio w domu.
– O tobie, idioto – cedzę przez mocno zaciśnięte zęby. Gdy tylko kończę, wiem, że popełniłam błąd. To nigdy nie działało… Peeta śmieje się krótko.
– W to akurat nie uwierzę, Everdeen – czuję jak oczy mi się rozszerzają – nie pamiętam, kiedy ostatnio Peeta powiedział do mnie po nazwisku. Zaczynam się bać – już nie o niego, ale jego…
– Dobra gołąbeczki – Haymitch musiał zauważyć to samo, bo szybko podnosi się z krzesła. – Problemy między wami wyjaśnicie sobie potem, teraz mamy chyba poważniejsze sprawy.
– Nie ma żadnego „my”, Haymitch – lodowaty ton Peety upewnia mnie w moich podejrzeniach, w moim lęku.
– O czym ty mówisz? – wyduszam z siebie ledwie słyszalnie.
Peeta nawet na mnie nie patrzy, spogląda w okno naprzeciw siebie. Dłonie schował głęboko w kieszeniach, stoi pewnie na szeroko rozstawionych nogach. Wiem co się z nim dzieje, wiem, że muszę zareagować nim będzie za późno. Powoli wstaję i podchodzę do niego, stając naprzeciw, by wymusić spojrzenie na mnie. Mętny wzrok, chłód w oczach, rozszerzone źrenice – dokładnie tego się obawiałam… Przełykam głośno ślinę, oszczędnym gestem daję znać wszystkim, by wyszli. Nie wiem jak to się skończy, nie muszą być tego świadkami. Kątem oka widzę, że mnie posłuchali, pozostawiając nas samych. Nie, nie samych – uświadamiam sobie, że w pokoju jest Haymitch, stoi w lekkim rozkroku, poza polem widzenia Peety. Wie równie dobrze jak ja, że mój narzeczony jest o krok od zapadnięcia się, więc postanowił zostać, na wszelki wypadek. Widział swego podopiecznego w tym stanie już nieraz, nie będę się upierać, by wyszedł – jeśli będzie naprawdę źle, może być moim ratunkiem.
– Peeta – delikatnie dotykam jego ramienia. Nie reaguje, więc powtarzam jego imię, nie spuszczając z niego wzroku.
– Słucham – ma taką minę, taki ton jakby rozmawiał z kimś gorszym od siebie… 
– Jak to „nie ma nas”? – widzę, że jego wzrok na chwilę przytomnieje, łapię się nadziei, jaką mi to daje, choć słowa, które po tym następują ranią:
– A jesteśmy jacyś „my”? Katniss, jak wygląda to „nasze życie” przez ostatnie kilka tygodni? Myślisz, że jestem ślepy? Naiwny może, ale bez przesady! Najchętniej znikasz z domu, trzymasz się ode mnie z daleka, na każdą próbę zbliżenia się do ciebie reagujesz prawie jakbym był trędowaty. Jasno dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego! „Nasze życie” skończyło się w najlepszym razie po wypisie ze szpitala i przestań wreszcie udawać, że jest inaczej! – oczy znów mu ciemnieją, nie mam zbyt wiele czasu.
– Czyli to sobie wymyśliłeś w tej swojej główce, zamykając się na klucz w pracowni?! – palcem wskazującym uderzam go w czoło. Momentalnie łapie mnie za rękę i mocno odpycha na kanapę stojącą po lewej stronie. Instynktownie, chcąc uniknąć upadku, łapię go za nadgarstek. Jednak pchnięcie było mocne, nie jestem w stanie utrzymać równowagi. Tym sposobem upadam plecami na kanapę, a Peeta ląduje na mnie – zaskoczony nie zdołał utrzymać się na nogach. Jego twarz jest kilka centymetrów od mojej – czuję ciepły oddech, a moje ciało reaguje natychmiast. To właśnie dlatego przez ostatnie tygodnie unikałam takich sytuacji – niesamowicie tęsknię za jego dotykiem, za smakiem jego ust, za tym cudownym uczuciem, jakie daje mi kontakt z jego ciałem. Ale jednocześnie wiem, że to może mu tylko zaszkodzić, więc każdego dnia ze sobą walczyłam, dlatego uciekałam do lasu, dlatego wiele spraw zajmowało mi więcej czasu niż powinno. A teraz, w jednej chwili cały mój wysiłek, cała rezygnacja może pójść na marne. Jeśli Peeta przesunie się choć o centymetr, mogę nie być w stanie powstrzymać się. Słyszę jak głośno przełyka ślinę, widzę w jego oczach to, co widywałam nieraz, praktycznie każdej nocy, przez ostatnie trzy tygodnie. Rosnące pożądanie. 
– Jak to nie ma żadnego „my”? – ponawiam pytanie, tym razem szeptem. Haymitch, stojący w pobliżu drzwi nie musi słyszeć naszej rozmowy, a Peeta jest tak blisko, że na pewno mnie usłyszy.
– A jesteśmy? Unikasz mnie jak ognia, myślisz, że nie domyślam się jak bardzo jestem dla ciebie odpychający?
– A nie przyszło ci do głowy…
– Jedyna rzecz, jaka mi teraz przychodzi do głowy, to… Zresztą, nieważne – chce się podnieść, mocno wspiera się na ręce, a równocześnie delikatnie muska moje udo. Spogląda mi w oczy – widzę w nich odbicie moich odczuć i delikatnie unoszę głowę. Pierwsze muśnięcie jego ust jest delikatne, przelotne, niepewne. Kolejne, połączone z dłonią sunącą po moim udzie, rozpala mnie momentalnie. Ale refleksja o miejscu gdzie się znajdujemy przychodzi natychmiast, zaplatam dłonie na jego szyi i bardzo cicho mówię:
– Kocham cię.
– Ja ciebie też – odpowiada już ciepłym, dobrze mi znanym, głosem. Oczy też wyglądają normalnie – wrócił do rzeczywistości, do mnie.
– I nie chcę ci zrobić krzywdy – mówię spokojnie. 
– Ale ja bym chciał – odpowiada, przygryzając moje ucho. 
– Wrócimy do tej rozmowy później?
– Zawsze – szepcze, siadając obok mnie, a Haymitch otwiera drzwi wołając resztę. Widzę, że policzki Peety zaróżowiły się lekko – w przeciwieństwie do mnie, nie miał świadomości, że mamy świadka. Ale brak innej reakcji z jego strony pokazuje, że świetnie rozumie, czemu go mieliśmy.

Peeta delikatnie trzyma mnie za rękę kontynuując swoją opowieść. Gdy kończy, nikt się nie odzywa.
– Czyli Gale powiedział, że Paylor chce się zrzec władzy na twoją korzyść? – Beetee pyta w zamyśleniu. – Dokładnie tak – potwierdza Peeta.- Jutro ma ogłosić, że chce, by Mellark został prezydentem.

Delikatny uśmiech wypływa na twarz Beetee’ego. 

14 myśli na temat “117: Mellark na prezydenta

  1. No nareszcie sie „pogodzili”. xD

    Mam na dzieje, ze ten Mellark naprezydenta to Ojciec Peety, albo Patrick. 😀
    Wdlg mnie troche za wczesnie zeby Peeta byl prezydentem. ;/

  2. No jak super!! Mam nadzieje że już będzie między nimi wszystko dobrze 😉 Peeta prezydentem jak super!!! 🙂 Ale pewnie będzie wyjeżdżał ciągle 🙁 Super dziewczyny :*

  3. Czuje że Beetee ma jakiś iście szatański plan ^^

    No, mam nadzieje że Katniss z Peetą nie będą się tak kłucić ;P Chociaż ich kłutnie, nie powiem, są nawet hmm… interesujące 😀

Komentarze są zamknięte.