118: Czarna piątka

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w poniedziałek. Pozdrawiamy ciepło

A. & A. 

 

– Wszyscy zgadzają się na ten plan? – Beetee patrzy na nas uważnie zza okularów. Czuję się jak wtedy na plaży drugiej areny, gdy pytał, czy akceptujemy jego plan wykorzystania piorunów uderzających w drzewo przeciw Brutusowi i Enobarii. I jak wtedy spoglądamy po sobie, w duchu czekając, by wypowiedział się ktoś inny. W końcu każdy kiwa głową. Największe przerażenie maluje się na twarzach głównych zainteresowanych. Przez moment zastanawiam się, czy ja też tak wyglądam – na cholernie przestraszonego, niepewnego jutra. Bo jutro tak naprawdę stało się jedną wielką niewiadomą. Nikt z nas nie wie, w jaki sposób Paylor zareaguje na plan Beetee’ego, co jeszcze ma w zanadrzu, ale z drugiej zaś strony jestem mu za niego wdzięczny. Włożył na mnie dużą odpowiedzialność – właściwie na każdego z nas, ale w razie jakichkolwiek problemów to my z Katniss możemy zapłacić za to najwyższą cenę. Niemniej jestem przekonany, że jeśli coś może zadziałać, to tylko to – nie ma innego rozwiązania, które dawałoby choćby cień szansy. A to daje więcej niż cień…

– Powinniśmy się porządnie wyspać – moje rozmyślania przerywa Haymitch. Spogląda na nas z ukosa, widzę na jego twarzy nieznaczny uśmiech. Podejrzewam, że nawiązuje do sceny, której był świadkiem godzinę temu. Wiem dlaczego został w pokoju podczas mojej rozmowy z Katniss, ale z drugiej strony… Mam wrażenie, że czuł się skrępowany, co dziwi mnie trochę – w końcu nieraz sam robił wszystko, by pchnąć nas w swoje ramiona, widział nas w podobnych układach, a nawet zdarzało mu się wkroczyć bez pukania do naszej sypialni. A może własne małżeństwo zmieniło jego podejście do intymności, może nie umie się już jej przyglądać jak obrazkowi w telewizji?…
– Idźcie spać – odpowiada mu spokojnie Paul, rzucając mi krótkie, przelotne spojrzenie. Wiem doskonale o co mu chodzi, nieznacznie kiwam głową na potwierdzenie, że nasza misja jest nadal aktualna. Obaj wiemy, że to ostatni wieczór, kiedy możemy ją zrealizować – jutro, gdy w nasze życie znów wkroczą kamery, gdy znów znajdziemy się w kręgu zainteresowania mediów i paparazzich,  będzie za późno.
– My musimy jeszcze coś załatwić – dodaje. Katniss, Johanna i Haymitch reagują natychmiast. Krótkie słowo „co” brzmi zgodnym, jak nigdy, chórem.
– Nic ważnego – musimy z kimś jeszcze porozmawiać – odpowiadam spokojnie, z uspokajającym uśmiechem, starając się, by mój głos brzmiał lekko, jakby to naprawdę była nieistotna rozmowa, którą trzeba odbyć raczej z powodów kurtuazyjnych lub grzecznościowych. Muszę przekonać Katniss, choć na razie nie mam pomysłu jak. Wiem, że zaraz usłyszę, że rozmowę można przeprowadzić przez telefon, że może poczekać, że muszę odpocząć, że stanowczo mam się nie narażać. Kłótnia to ostatnie, co jest mi teraz potrzebne, ale nie mam pojęcia jak powstrzymać furię Katniss. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie powstrzyma jej obecność przyjaciół, tym bardziej, gdy Johanna stanie po jej stronie. Zaskakująco, po krótkiej ostrej wymianie zdań, w sukurs przychodzi mi Haymitch:
– Katniss, pójdę z nimi. Peeta ma rację – ty nie spałaś od wielu godzin, a jutro za zmęczenie któregokolwiek z was możecie zapłacić błędami, których nie da się naprawić. Obiecuję ci, że jego też odstawię do łóżka najszybciej jak się da. – Widząc moją i Paula minę dodaje – nie puszczę nigdzie przyszłego prezydenta Panem samego, na dzień przed ogłoszeniem zmiany władzy. Nie ma takiej opcji, idę z wami – kończy tonem, który nie dopuszcza dalszej dyskusji.
W końcu nawet Katniss wzrusza ramionami:
– Rób co chcesz – fuczy obrażona na mnie i odwraca się plecami. 
– Kocham cię – szepczę w jej włosy, całując ją w tył głowy. 

Zimna mgła spowiła ulice Panem, dając nam dobrą osłonę. Mimo, że do centrum mogliśmy podjechać samochodem, ostatni kawałek musimy pokonać pieszo. Suniemy cicho ciemnymi uliczkami, nikt nawet na nas nie spogląda. Właściwie nie dziwię się – sam nie chciałbym mieć do czynienia z pięcioma ubranymi na czarno mężczyznami, w kominiarkach na twarzach. Lepiej odwrócić wzrok, lepiej udać, że się nie widziało. Bezpieczniej. Spokojniej.

Haymitch nie pytał o nic kiedy zjeżdżaliśmy windą do piwnicy, gdzie przywitał nas Connor z przygotowanymi strojami. Paul zorganizował wszystko dosłownie w ciągu kilku minut, zanim Katniss do nas dołączyła na placu przed Pałacem Prezydenckim. Szybko przebraliśmy się i dołączyliśmy do Houlta, który czekał na zewnątrz. Jeden z jego żołnierzy został odkomenderowany do cichej ochrony pozostałych Zwycięzców. W praktyce, domyślam się, że został wymieniony za Haymitcha – plan został rozpisany na pięć osób.

Kiedy dochodzimy pod wskazany adres, nie mam krzty wątpliwości, że musieliśmy dobrze trafić. Mimo, że to niby wciąż centrum Kapitolu, to boczna uliczka wygląda jak wyciągnięta z najgorszej dzielnicy na obrzeżach. Wolałbym się tu sam nie zapuszczać – brak oświetlenia, jedynie słaby blask dają neony – w większości czerwone. Podobny ma obskurny budynek z bardzo charakterystyczną witryną, do którego się zbliżamy. To na pewno o tym miejscu mówił Gale, gdy lecieliśmy poduszkowcem. Gdy tylko powiedziałem mu co planuję dla tego gnoja, który planował zabójstwo Katniss, powiedział, że nie może mi pomóc osobiście, bo natychmiast zostanie wykryty, ale pomógł w dostępny dla niego sposób. Podał mi adres i opis miejsca, w którym co bogatsi mieszkańcy Kapitolu oddają się „rozrywkom”. Umiejscowienie budynku sprawia, że paparazzi trzymają się z daleka od tego miejsca, a adres jest przekazywany tylko „zaufanym”. Gale sam przyznał, że na początku był tutaj kilka razy, żeby – jak to ładnie nazwał – odstresować się. Jako wysokiej rangi wojskowy bez trudu uzyskał status osoby zaufanej w odpowiednich kręgach. Ale od czasu, gdy związał się z Paylor, przestał bywać zarówno w tym, jak i w podobnych lokalach. I doskonale wiedział, że młodego Snowa, o tej porze niemal na pewno tu zastaniemy – odwiedzał to miejsce i pewną kobietę kilka razy w tygodniu.

Słabe oświetlenie ulicy, mnóstwo zakątków i bram dodatkowo ułatwia ukrycie się. Minuty wloką się niemiłosiernie… Czekając na rozwój wydarzeń, wprowadziliśmy Connora i Houlta w to, co ma się wydarzyć jutro. Connor był totalnie zaskoczony, Hoult, dużo bardziej doświadczony, łatwiej ukrył swoje odczucia. Mam zresztą wrażenie, że obaj nie do końca się polubili – dla Houlta wprowadzenie Connora – znacznie mniej wyszkolonego – do grupy, którą zawsze traktował, jako specjalną, jest chyba pewnego rodzaju ujmą. Z drugiej strony Paul za niego zaręczył i choć Connor nie ma dostępu do wielu informacji, mój kuzyn darzy go sporym zaufaniem. Będę musiał mu jednak zasugerować pewne rozdzielenie ich, jeśli wcześniej lub później nie chce zaryzykować konfliktu między nimi. Może da się jakoś uniknąć zbędnych tarć, dając każdemu poczucie docenienia.

Kilka fałszywych alarmów – wychodzący z lokalu, nierzadko pijani prawie do nieprzytomności mężczyźni, w mdłym świetle bardzo przypominali Snowa. W końcu jest… Wychodzi na mocno chwiejnych nogach, w asyście dwóch innych mężczyzn. Już po minucie obaj leżą w przejściu między rozwalającymi się budynkami. Hoult i Paul szybko się nimi zajęli. Snow chyba w tym momencie trochę wytrzeźwiał, na twarzy maluje mu się strach, którego nigdy nie miałem okazji widzieć u jego ojca. Dziwne – jest niezwykle podobny do byłego prezydenta, te same oczy, kości policzkowe, usta. Ale tamten nie miał takiego okrucieństwa wypisanego na twarzy, ani tchórzostwa. Był dumny i przekonany, że wszystko, co robi, robi dla Panem. Młody działa dla siebie. I tylko dla siebie. 
– Czy wy wiecie kim jestem? – pyta drżącym głosem, kiedy silnym szarpnięciem Connor prowadzi go za róg. – Czy wy wiecie…
– Wiemy – przerywam mu krótko zimnym tonem. Jego twarz momentalnie się zmienia. Widzę, że rozpoznał mój głos, choć chyba nie potrafi go dopasować do osoby. Jest zbyt wciąż na to zbyt pijany.
– Co więcej, to właśnie na ciebie czekaliśmy – dodaję spokojnie.
– Nie wiecie z kim zadzieracie – cedzi przez zęby, szarpiąc się w uścisku Connora, przez co wygląda wręcz komicznie. W końcu żołnierz puszcza go, popychając wcześniej na ziemię i – zgodnie z umową – cofa się za mnie. Stoimy naprzeciw Snowa we trzech – Haymitch, Paul i ja. Każdy z nas od zawsze jej bronił, każdy z innych powodów. Każdy z nas ma dziś broń, każdemu zdarzyło się zabić. Jednak tym razem jest trochę inaczej – nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Zimno pistoletu przebija się nawet przez rękawiczki na dłoniach. Kiedy powoli podnoszę do góry broń, kiedy mierzę w jego kierunku, Snow zaczyna coraz rozpaczliwiej rzucać słowa:
– Ktokolwiek wam zapłacił, ja dam wam więcej. Znam ludzi, mnóstwo ludzi, znam Prezydent Panem, jest praktycznie na moich usługach. Mogę wiele – nagle milknie. Nie wiem czy właśnie doszło do niego, że nie ma szans nas przekupić, czy może w końcu skojarzył mój głos z twarzą. W ciągu sekundy widzę jak odpływa mu krew z twarzy – w żółtym świetle ulicznej lampy widać to bardzo wyraźnie.
– Jakieś ostatnie słowa? – Haymitch rzuca w jego kierunku niemal obojętnie.
– Haymitch! Co ty tutaj robisz? Stałeś się wyrzutkiem na usługach rzezimieszków?
– Jakieś ostatnie słowa? – powtarza mój mentor bardzo powoli.
Snow pluje w naszą stronę, podnosi już otrzeźwiałą twarz i patrzy mi w oczy. 
– Coś mi się zdaje – krótko się śmieje – że mój ojciec cię nie docenił, Mellark. Nie sądziłem, że za twój malutki wypadek, postanowisz aż tak bardzo mnie ukarać. Dobra, nastraszyliście mnie, punkt dla was. Nie wierzę, byś miał zamiar mnie naprawdę zabić – nie z twoim zasadami. Więc teraz grzecznie rozejdźmy się do domów – robi krok naprzód, ale widząc, że żaden z nas nie rusza się nawet na centymetr, ponownie przywiera do ściany.

Odbezpieczam broń, nie spuszczając go z oczu nawet na sekundę. 
– Przecież ona nawet cię nie kocha – mówi ledwie słyszalnym szeptem. Widać pogłoski o jego inteligencji nie były przesadzone. Mimo upojenia, rozgryzł nasze powody.
– Pozdrów ode mnie ojca – mówię, kładąc palec na spuście. 

Pada strzał. Przez moment jestem zaskoczony, przecież nie pociągnąłem za cyngiel. Odwracam się gwałtownie – w zimnym powietrzu nocy, lufa pistoletu Houlta jeszcze dymi. Nikt nic nie mówi, patrzę na niego zaskoczony. 

Odchodzimy bardzo szybko, zostawiając martwe ciało z kulą w głowie pod obdrapanym murem. Tłumik – należało o tym pomyśleć, pewnie jak o wielu innych kwestiach. Ale przede wszystkim jedno nie daje mi spokoju.
– Dlaczego? – pytam go w końcu, kiedy krótko się z nami żegna. 
– Kiedyś zrozumiesz – odpowiada tylko, powoli odchodząc. Spoglądam zaskoczony na Haymitcha. Mam nadzieję, że on mi to wyjaśni, jednak odpowiedź pada z zupełnie innej strony. 
– Gdyby wyszło na jaw, że którykolwiek z nas jest w to zamieszany… – Paul na moment zawiesza głos – zrobił to, co musiał. 
– Zabił za mnie? – nie mieści mi się to w głowie.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz – mówi cicho Haymitch, kiedy kierujemy się w stronę domu Zacka. 

19 myśli na temat “118: Czarna piątka

  1. No jak super! Ciekawa jestem co potoczy się dalej 😉 Kiedy Katniss i Peeta będą znowu sami ? 😉

  2. Myślę, że następna albo „następna po następnej” notka będzie już na drugim blogu, co, dziewczyny? Bo w sumie teraz by to jak najbardziej pasowało 😉

    Pozdrawiam

    MD

  3. Zaskoczyłyście mnie! 😀 Świetna notka oczami Peety. Nie dziwię się Katniss, że odpowiedziała tak Peecie. Mam nadzieję, że wszystko będzie szło w dobrym kierunku. Bardzo mi brakuje Katniss i Peety razem 🙁

  4. Ol jeah w koncu znalazlem blad ! A mianowicie chyba za pierwszym razem na pewno bylo napisane razem ;P . A co do notki , coz ciekawa lecz czekam na nowego prezydenta xD.

  5. Wracam z wycieczki zmęczona, i co? I jest nowy rozdział więc odrazu ożywam ;P Jak zawsze świetna notka, jak zawsze brak mi Josha i Nataniela no ale wiem że pewnie za niedługo wpadną do Pary Prezydenckiej w odwiedziny 😛

    Zaczęłam tańczyć jak głupia, kiedy zabili młodego Snowa… Coś mi się wydaje, że Kotna będzie coś podejrzewać 😉

Komentarze są zamknięte.