120: Prezydent Mellark

Kochani – korzystając z okazji- Anno- wszystkiego naj, najlepszego w dniu urodzin. 

A Was wszystkich zapraszam do czytania i komentowania. Kolejna odsłona w sobotę. Pozdrawiam ciepło.

A. & A. 

Samochód powoli zatrzymuje się na placu przed Pałacem Prezydenckim. Im wolniej jedzie, tym mocniej czuję zaciskające się wewnątrz obcęgi strachu. Zastanawiam się, czy to po mnie widać, czy powinnam to jakoś lepiej ukryć. Czy nie zdradzę siebie i nas wszystkich jakąś miną, jakąś nieprzemyślaną odzywką, spojrzeniem… Mam wrażenie, że Peeta i pozostali poradzą sobie lepiej ode mnie. Chyba tylko Johanna może wypalić z czymś niespodziewanym, ale obiecała się nie odzywać, więc słabym ogniwem pozostaję ja. Jeśli Paylor zechce mnie sprowokować… Nie, nie dam się, będę się trzymać ustaleń…
Zastanawia mnie tłum na placu – jest tu zaskakująco dużo ludzi. Czyżby Paylor zwołała zgromadzenie? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Choć z drugiej strony to akurat dość dobry układ, sprzyja naszym planom…

Zack otwiera przede mną drzwi i lekko się do mnie uśmiecha. Kiedy podaje mi rękę, pomagając wysiąść, cicho szepcze:
– Jest w sali obok, czeka tylko na wasz znak.
– Dziękuję – odpowiadam spokojnie, co z zewnątrz wygląda na kurtuazyjną wymianę uprzejmości.
 
Powoli wchodzimy po schodach, kierując się do przesadnie długiej sali, pełnej krzeseł przy prostokątnym stole. Paylor nie ma jeszcze, więc siadamy na wybranych miejscach i czekamy na nią. Wiem, że jej spóźnienie ma nam dać do zrozumienia, że jej pozycja jest wyższa niż nasza, że nie musi się z nami liczyć. Albo po prostu zdenerwować nas, żebyśmy łatwiej stracili panowanie nad sobą, dając jej możliwość przeprowadzenia własnych planów z mniejszą przytomnością umysłów.
– Witajcie – wchodzi zamaszyście, napełniając salę zapachem mięty, czyniąc przy tym wiele bardzo zbędnego hałasu. Wygląda zaskakująco elegancko, upięła włosy w wymyślny kok, ciemnopopielaty kostium nadaje jej szyku. Coś mi w tym wszystkim nie gra.
Paylor siada na honorowym miejscu i przygląda nam się przez moment, wygładzając delikatnie spodnium. Wreszcie spokojnym głosem zwraca się do nas:
– Zapoznaliście się z moimi propozycjami?
– Tak – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, w naszym imieniu mówi Beetee.
– Jakie jest wasze stanowisko? – uważnie i powoli przesuwa wzrok po nas wszystkich, jakby chciała sprawdzić, czy jest spójne, czy ktoś z nas przypadkiem się nie wyłamie, dając jej podstawy do dalszych zmian.
– Chcemy byś wiedziała, że bardzo uważnie przeanalizowaliśmy twoje sugestie. Nie możemy się zgodzić na żadną z nich – odpowiada pewnie patrząc jej w oczy. Uśmiecham się w duchu – Paylor to niezły polityk, Beetee to geniusz. Szkoda, że ta rozgrywka nie może być dłuższa, bo mogłaby być naprawdę ciekawa…
– Dlaczego? – Paylor niby wydaje się być zdegustowana naszą odpowiedzią, ale odnoszę wrażenie, że widzę cień uśmiechu przebiegający przez jej twarz. Jest pewna, że nas przechytrzy, zaskoczy.
– Paylor, nie możemy zgodzić się na twój powrót do władzy. To by oznaczało powrót do sytuacji sprzed kilku tygodni, która była dramatyczna. Anulowanie traktatu o Radzie Zwycięzców jest nierealne choćby ze względu na jego wewnętrzne zapisy – ani Prezydent, ani sami Zwycięzcy nie są uprawnieni do samowolnego wprowadzania zmian do tego aktu. Nie zgadzamy się również na twoją propozycję oddania władzy w ręce ludu Kapitolu – to chyba najbardziej absurdalny pomysł, jaki znalazł się na tej liście. Nie będę pytać, który z doradców go wymyślił, ale zwolnij go natychmiast. Jednocześnie musimy przyznać, że masz rację w jednym przypadku – stan wyjątkowy nie może trwać wiecznie. Władza w rękach wojska nie wpływa pozytywnie na nastroje nigdzie – ani w Kapitolu, ani w dystryktach. Im dłużej trwa, tym bardziej podsyca niepewność i niepokoje. W tej sytuacji muszę zapytać, czy masz jakieś inne propozycje? – teraz okaże się, czy Gale nie okłamał Peety, albo czy sam nie został wprowadzony w błąd. Czy informacje, które nam przekazał, mają pokrycie w rzeczywistości. Paylor lekko się rozpogadza, prawdopodobnie przekonana, że wszystko idzie po jej myśli. Pomysły, które przedstawiła wczoraj były tak absurdalne, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wyraziłby na nie zgody. I jesteśmy przekonani, że właśnie o to chodziło – o to, byśmy odrzucili jej sugestie, a równocześnie zaczęli się zastanawiać nad innym rozwiązaniem tej patowej sytuacji. Nie mamy też wątpliwości, że ma dla nas jakąś propozycję, która – po stanowczym odrzuceniu dotychczasowych, powinna – w jej rozumieniu – być przez nas łatwiej przyjęta, jako rozsądna i dobrze rokująca. Beetee wczoraj tłumaczył nam, że to dość znany mechanizm psychologiczny, choć zdążyłam już zapomnieć jego nazwę. 
– W takim razie, pewnie zgodzicie się ze mną, że Panem potrzebuje prezydenta.  I to pilnie – zaczyna mówić spokojnie i pewnie. – Potrzebuje kogoś, kto stanie na jego czele, kogoś kto, może z waszym udziałem, a może nie – nie może sobie nawet w tej chwili odpuścić uszczypliwości – będzie rządził krajem i wyprowadzi go jakoś na prostą, co wam przez ostatnie tygodnie niezbyt się udało. Tak się składa, że to ja mam nieszczęście być ustępującym prezydentem i zgodnie z prawem Panem, mogę wybrać swojego następcę.
– A my – przerywa jej Beetee.
– Jeszcze nie skończyłam – muszę przyznać, że Paylor potrafi być władcza. W trzech słowach, bez krzyku, bez szarpania, osadziła Beetee’ego, nie dając sobie przerwać. I rozumiem dlaczego pociągnęła za sobą ludzi 2 lata temu. Jest młoda i choć w tej chwili znajduje się na przegranej pozycji, do końca się nie poddaje. Wstaje z krzesła.
– To ja wybieram swojego następcę. I czy się wam to podoba, czy nie, według aktów prawnych dotyczących Prezydenta i Rady Zwycięzców, musicie go poprzeć – patrzy na nas z góry, chyba czeka na sprzeciw. Ale jestem pewna, że dokładnie wszystko sprawdziła i nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości sprzeciwu.
– Dobrze więc – głos przejmuje Haymitch – kogo proponujesz?
– Chcę, by na stanowisku Prezydenta Panem, zastąpił mnie Mellark – pada z ust Paylor. Pora na przedstawienie – przechodzi mi przez myśl. Wszyscy staramy się wyglądać na zaskoczonych, udajemy, że nic o tym nie wiedzieliśmy. Moja rola jest tu duża, bo to ja muszę wyglądać na nieprzekonaną i wcale nieucieszoną…
– Chcę też – Paylor, wyraźnie zadowolona z naszej reakcji, kontynuuje swoją wypowiedź – by oficjalnym powodem mojego odejścia, był mój stan zdrowia. Zabraniam wam mówić, że istnieje jakakolwiek inna przesłanka. Rozumiemy się? 
– Jak sobie życzysz – odpowiada za nas Beetee. Spodziewaliśmy się tego i naszą intencją nie jest robienie jej wbrew, jeśli nie musimy. To zresztą niewielkie żądanie, które nijak nie psuje naszych planów. – Kiedy chcesz to ogłosić? – stara się, by jego głos brzmiał na zrezygnowany, jakby ta informacja nie była dla niego zadowalająca, ale musiał się z nią pogodzić.
– Dziś. Od wielu dni nie czuję się najlepiej, a utarczki z wami nie pomagają mi ani trochę. Chciałabym to już zakończyć i móc odpocząć – uśmiecha się sztucznie. – Niemniej – nie ma go tutaj, a jego obecność jest konieczna, więc musicie go sprowadzić. Ile czasu potrzebujecie? – ostatnie zdanie wypowiada bardzo szybko, ponownie siada i przytyka sobie chusteczkę do ust.
– Właściwie – Haymitch powoli wstaje i podchodzi do drzwi. Otwiera je i wpuszcza do sali konferencyjnej stojącego za nimi Peetę – to już jesteśmy gotowi.
Widzę, że z trudem powściągnął triumfalny uśmiech. Cholera, nie możemy się jeszcze zdradzić przed Paylor, jeszcze nie… Paylor, wyraźnie zaskoczona uważnie nam się przygląda. Mam nadzieję, że nie popełniliśmy błędu, może trzeba było poczekać te kilka godzin…
– Witaj Paylor – Peeta delikatnie skłania głowę. – Masz rację, załatwmy to od razu. Jestem przekonany, że masz już napisaną przemowę, prawda? – ton jest spokojny, wyważony, choć słowa nie do końca. Paylor przez chwilę przygląda się uważnie Peecie. Taksuje jego strój – granatowy mundur, jaki mają na sobie wszyscy Zwycięzcy, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Nie sądzisz, że powinieneś założyć coś innego?
– Paylor, jestem Zwycięzcą i jestem dowódcą. W chwili obecnej to najbardziej odpowiednie ubranie. Ale możesz być spokojna – na uroczystość zaprzysiężenia ubiorę garnitur.
– Skoro tak twierdzisz… Paylor zawiesza głos, wciąż nieprzekonana. Nawet ją rozumiem – przejęcie władzy w mundurze to dla wielu osób brak zmiany władzy. I kontynuacja stanu wyjątkowego. Chyba Peeta rzeczywiście nie powinien go mieć teraz na sobie – ale teraz już tego nie zmienimy.
– Chodźmy, ludzie czekają – na twarzy Paylor znów miga zaskoczenie. Dociera do mnie, że to nie ona zorganizowała ten tłum. A jeśli tak, to musiał to być Beetee. Sprytnie, choć wiem już, że w naszym planie było sporo luk. Czuję, że serce mi przyśpiesza, dłonie mam mokre. Wycieram je dyskretnie o spodnie pod stołem. O czym jeszcze nie pomyśleliśmy? W którym momencie polityczny umysł Paylor, przyzwyczajony do tajnych gierek, zorientuje się, że nie tylko ona pogrywa z nami, ale i my z nią? I w którym momencie uniemożliwi nam wyłożenie naszych kart?
Na szczęście Paylor decyduje się na dołączenie do Peety, który przepuszcza ją w drzwiach prowadzących na balkon, będący także obszerną mównicą. Równocześnie wyciąga dłoń w moją stronę, a potem, w ślad za Paylor, razem wchodzimy na taras.

Stoję u boku Peety i nagle dochodzi do mnie z całą świadomością, że już zawsze tak będzie, już zawsze będę stała u jego boku, bez względu na to, czy będę tutaj, czy w dystryktach, czy gdziekolwiek indziej. Już zawsze będę przy nim – tak mają nas postrzegać ludzie – jako parę nie tylko w życiu, ale również w obowiązkach, które dla nas zaplanowano.

Słońce oświetla jasno cały plac i nas. Po chłodnej nocy, niemal upalny dzień jest niesamowitą zmianą. Ale wolę taką pogodę, niż mgłę i zimno. Dzięki temu mogę stać spokojnie, a nie kulić się smagana wiatrem i wilgocią…  
– Obywatele Panem – Paylor zwraca się zarówno do ludzi stojących pod balkonem, jak i do wszystkich mieszkańców kraju – w dniu dzisiejszym poinformowałam Radę Zwycięzców, iż mój stan zdrowia nie pozwala mi na dalsze sprawowanie urzędu. Spodziewam się dziecka – zgodnie z przewidywaniami, rozlegają się oklaski. Przez chwilę zastanawiam się czy to dobrze, czy źle – ale publiczne rozstanie z Paylor w złej komitywie nie dałoby nam niczego dobrego, więc nie widzę powodu, dla którego ta chwila radości miałaby jej być odebrana.
– Z tego względu – kontynuuje, a ja czuję jak Peeta napina mięśnie. Wie doskonale, że od tej chwili zależy wszystko. Każde słowo ma znaczenie… – zgodnie z obowiązującym w Panem prawem, które dało mi możliwość wskazania swojego następcy, chcąc do końca ponosić odpowiedzialność za kraj i za was, jak czyniłam to ostatnie dwa lata, po długim namyśle – przerywa na chwilę, znów przykładając do ust chusteczkę – postanowiłam przekazać władzę, a co za tym idzie i urząd prezydenta, w ręce pana Mellarka… – Paylor patrzy na Peetę, przełyka ślinę. Wyraźnie chce jeszcze coś powiedzieć, ale nim do tego dochodzi, Haymitch bierze ją pod rękę i wyprowadza z balkonu. Sytuacja bardzo nam sprzyja – Paylor jest bardzo blada, a jej twarz jest mokra od potu. Nie dziwię się temu – poza jej dolegliwościami, wysoko zapięta pod szyją bluzka i żakiet na pewno nie sprzyja jej w tej temperaturze. Paylor opiera się, nie do końca tak to sobie wyobrażała, ale dzięki zbliżeniu, jakie kamera przed momentem dała na jej twarz, całe Panem widziało to co ja – kobietę w ciąży, która zaraz, na tej mównicy, zemdleje. Wyprowadzenie jej było widoczne jako pomoc, a nie siłowe usunięcie, czym naprawdę było…

Zebrany pod balkonem tłum milczy, czujemy nerwowe wyczekiwanie wśród zebranych. Kapitolińczycy nie bardzo wiedzą jak mają zareagować na jej słowa, na naszą reakcję, panuje konsternacja. Po krótkiej chwili Peeta puszcza moją dłoń, dając mi znak, bym też się wycofała, a sam podejmuje przemowę:
– Obywatele Panem, z przyjemnością ogłaszam nowego prezydenta Mellarka – Peeta przerwał na krótko, dla podkreślenia dalszych słów, a ja słyszę zdziwiony głos Paylor:
– Sam siebie ogłasza? To już ty powinnaś to zrobić, jak nie mieliście innego pomysłu – patrzy na mnie ze skrzywionymi ustami. Wiem, jak to wygląda w jej oczach.
– Paula Mellarka – głos Peety, wzmocniony głośnikami, niesie się echem po całym placu.
– Co? – wyrywa się Paylor, kiedy Paul i Johanna wchodzą na balkon. Jej oczy są okrągłe ze zdumienia. Dopiero teraz zrozumiała, że nie tylko ona prowadziła grę, że sama została wmanewrowana w układ, którego nie przewidziała.
– Mellarków ci u nas dostatek – syczy ironicznie Haymitch, kiedy Paylor ciężko opada na krzesło stojące najbliżej niej.

Cisza, która zapadła na placu, nie wróży niczego dobrego dla Paula, ale nie może teraz dać po sobie tego poznać. Paul, ubrany w szary garnitur, powoli podchodzi do balustrady, Johanna, w prostej, zielonej sukience, stoi krok za nim, wpasowując się w rolę pierwszej damy. Paul zaczyna drżącym głosem swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. A może pierwsze w życiu?…
– Obywatele Panem, sam jestem zaskoczony rolą, jaką nałożyła na mnie ustępująca Pani Prezydent. Obiecuję, że będę ją wypełniał najlepiej jak potrafię. Zarówno ja, moja narzeczona, jak i nasi doradcy dołożymy wszelkich starań, aby poprawić jakość życia w całym państwie. Jednocześnie pozwolę sobie złożyć podziękowania Paylor za trud włożony w ostatnie lata sprawowania władzy i życzyć szczęśliwego rozwiązania – Paul kończy swoją krótką przemowę delikatnym skinieniem głowy i tylko my wiemy ile ona go kosztowała.
– Panie Prezydencie – Peeta z promiennym uśmiechem na twarzy podchodzi do kuzyna, ściskając mu dłoń.
– Nie możecie – warczy Paylor, która chyba dopiero teraz odzyskała mowę.

– Możemy – odpowiada jej spokojnie Beetee – ani razu nie użyłaś imienia Mellarka, którego desygnowałaś na swoje stanowisko, a to oznacza, że wybór Paula jest ważny – mówi, kiedy wszyscy wychodzimy z sali by przygotować się do dalszych obowiązków. Tymczasem za drzwiami czekają na nas Connor i pozostali byli towarzysze broni Paula, którzy stojąc na baczność, salutują nowemu prezydentowi Panem.

18 myśli na temat “120: Prezydent Mellark

  1. Ach, cóż mogę rzec? WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!! Szczęścis, zdrowia, weny i wszystkiego tego czego byś chciała.. Notka jak zwykle zaskakująca i genialna. Jo napewno zadowolona z bycia Pierwszą Damą.

  2. Jestem głupim człowieniem i przeczytałam spojler na grupie ;-; dziękuje… ale tak poza tym to super, zarąbiście i w ogóle. Gdybym nie wiedziała o Paulu to na prawde nie spodziewałabym się tego 🙂 No i wszystkiego najlepszego 😀 pisałam już, no ale się powtóże 😛 Mam nadzieje że Jo nie będzie miała jakiś odpałów jako pierwsza dama, co jednak nie znaczy że macie mi ją zmieniać! Co to to nie 😀

  3. Dzis rano szykowalam sie do szkoly, patrze jeszcze na telefon a tam notka! Czytalam na przystanku 😀
    Jak zwykle genialna <3 Szczerze mowiac to zastanawialo mnie caly czas uzycie nazwiska Mellark bez imienia. Ale Paul przyszedl mi ostatni do glowy. 😀

    Wszystkiego najlepszego Anno! :))

  4. Hahahaha.. !

    ale ją załatwili. !

    skubańce.. dobrze jej tak. ale jakoś nie wyobrażam sobie Paula na tym stanowisku.. i Johanna w roli damy to już w ogóle. Zamiast torebeczki dać jej siekiere ! xdd

  5. Dziękuję wszystkim za życzenia :):)
    Co do polityki – ich życie z tym też jest trochę związane, więc czasem wkracza w ich życie nawet jak nie do końca chcą 😉

  6. Znowu widze tu kilka bledow , zarowno ortograficznych i stylisycznych. A to ,ze inny Mellark zostanue wybrany podejrzewalem kilka rozdzialow temu. Jednak nie tego sie apodzi

  7. Przepraszam za koncowke mojego komentarza , przez przypadek wyslalem go , bo pisanie na telefonie nie jest moja najlepsza strona .chodzili mi o „Jednak tegi sie nie spodziewalem”.

  8. Maniusiek, odpowiedz na komentarz pod poprzednim postem, a także tu proszę o konkrety, szczególnie o wskazanie błędów ortograficznych. Nie umiem ich znaleźć, ale liczę się z tym, że we własnym tekście ich mogę nie zauważyć, więc będę wdzięczna za wskazanie konkretu – fragmentu tekstu, gdzie jest błąd. Dziękuję.

Komentarze są zamknięte.