122. Zmiany, zmiany…

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy prawdopodobnie w czwartek późnym popołudniem lub wieczorem.

Pozdrawiamy A. & A.



Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego ustrojstwa – marudzę pod nosem, przykładając kciuk do czytnika i wbijając ciąg pięciu cyfr. Zawsze serce przyspiesza mi w tym momencie – czy to na pewno właściwe cyfry? A jeśli mi się pomyliły? Albo za słabo przyłożyłam palec, jak zdarzało mi się na początku? I co zrobię jeśli ten mechanizm się zepsuje i nie dam rady wejść do środka? Zostanę przed drzwiami…
Oczywiście, jak zwykle, po kilku sekundach drzwi cicho się rozsuwają, dając mi dostęp do mieszkania. Gdy tylko przekraczam próg, zrzucam z nóg buty na wysokim obcasie, powoli człapię w głąb pomieszczenia i opadam ciężko na kanapę. Chłód cielęcej skóry dotykającej rozgrzanego ciała, tylko potęguje moje wrażenie – nie znoszę tego mieszkania. Wynajmujemy je z Peetą już pół roku, a ja ciągle mówię o tym miejscu tylko „mieszkanie”. Nigdy „dom”, zawsze „mieszkanie”. Nawet mama zwróciła już na to uwagę, pytając Peetę, czy źle się tu czuję. Sugerowała nawet, że może powinniśmy poszukać czegoś innego, jakiegoś miejsca, w którym poczujemy się dobrze. Tylko, że tu każde inne lokum będzie takie samo. Urządzone w wystawnym, kapitolińskim stylu… Wokół mnie wszystko wykonane jest ze szkła, metalu oraz delikatnych i drogich materiałów, wszystko w intensywnych, rażących kolorach. Sypialnia jest czarna (co za pomysł!), kuchnia – biała, a salon – czerwony. Ciężko jest gdzieś dłużej wysiedzieć, zawsze już po kilkunastu minutach wiercę się i szukam innego miejsca. Nawet łazienka nie daje odpoczynku dla oczu, mieniąc się intensywnym granatem hojnie zdobionym srebrem. Z kolei w kuchni oczy mnie bolą od odblasków – w białych blatach i drzwiczkach światło odbija się bardzo intensywnie. Nic nie jest przytulne, nic nie jest moje… To nasze służbowe mieszkanie od samego początku nie zrobiło na mnie, ani na Peecie dobrego wrażenia. Ale ma jedną, zaletę, którą trudno przecenić – znajduje się w małym, zaledwie kilkupiętrowym budynku, tuż za bramą Pałacu Prezydenckiego. Dzięki temu nasza droga do pracy zajmuje mniej niż kilka minut, będąc pewnym ułatwieniem w tej bardzo niewygodnej sytuacji, jaką jest mieszkanie w Kapitolu, którego żadne z nas nie lubi. Niemniej, ze względu na obowiązki, jakie zgodziliśmy się podjąć, nie mieliśmy wyjścia… Asystenci Pary Prezydenckiej – ciągłe podróże, uśmiechy do kamer… Taką rolę zaplanował dla nas Beetee. Mimo lekkiego ocieplenia wizerunku Johanny, nie należała do ulubienic ludzi w dystryktach, nawet we własnym. Z kolei Paul był kojarzony dotąd tylko jako „narzeczony Zwyciężczyni”, ew. „kuzyn Peety Mellarka”, więc jego pozycja, jako prezydenta, była bardzo słaba. Z tego względu musimy wspierać ich oboje nie tylko rzadkimi słowami, czy wystąpieniami, ale stałą obecnością. W ten sposób wzmacniamy ich pozycję, a równocześnie uspakajamy pojawiające się niepokoje. Czyli – tam gdzie są Paul i Johanna, tam i my – całą czwórką, lub (znacznie częściej) – ja z Johanną, a Peeta z Paulem. To trwa już pół roku… Widujemy się rzadko – Paul niemal za punkt honoru postawił sobie poprawienie nastrojów w dystryktach, dlatego obaj z Peetą są niemal ciągle w rozjazdach. Z kolei my z Johanną podróżujemy rzadko, a częściej – jak to mawia moja przyjaciółka – bywamy w mieście. Początkowo plan przygotowany przez Beetee’ego był inny – mieliśmy rzadziej odwiedzać dystrykty, korzystając więcej z transmisji telewizyjnych, ale szybko okazało się, że ludzie reagują zupełnie inaczej, gdy obaj kuzyni pojawiają się między nimi. Nagle problemy stają się mniejsze, a wspólne rozmowy prowadzą do akceptowalnych rozwiązań… Nowi burmistrzowie (powołani niemal we wszystkich dystryktach) też chyba znacznie bardziej starają się, gdy widzą, że prezydent spotyka się z nimi nie tylko na comiesięcznych zjazdach w stolicy, ale także co najmniej raz w miesiącu jest w każdym z dystryktów. I rozmawia bezpośrednio z ludźmi…

W tej sytuacji na mnie i Jo spadło przekonywanie do zmian socjety Kapitolu, co jest bardzo trudnym zadaniem, bo wprowadzone prawa są Kapitolińczykom bardzo nie na rękę. Utrzymaliśmy, a później podwyższyliśmy płacę minimalną, obniżony został wiek emerytalny, a młodzież może pracę rozpocząć dopiero po przedstawieniu świadectwa ukończenia szkoły. Kapitol nie dostaje niczego darmo – musi zakupić owoce pracy ludzi z dystryktów. Ale zmiany dotknęły nie tylko Kapitolińczyków, ale także nas, Zwycięzców. W drugim tygodniu swojego urzędowania Paul podpisał uchwałę, która pozbawiła nas wypłat należnych nam za wygranie Igrzysk. Już nigdy żadne z nas nie dostanie za to pieniędzy. Paul początkowo wahał się czy ma prawo nam odbierać coś, co było rodzajem zabezpieczenia naszej przyszłości; wynagrodzenie, za które niemal każde z nas zapłaciło wysoką cenę. Jednak pod wspólnym naciskiem piątki Zwycięzców, którzy od ręki gotowi byli podpisać zrzeczenie się tych pieniędzy, ustąpił. Prawo nie ominęło nawet Annie, ale o jej i Nathaniela byt, a także setek innych sierot, zadbaliśmy w inny sposób. Zgodnie z pomysłem Paula, wszystkie dzieci, których rodzice polegli w czasie rewolucji i innych walk o wolność, a także w więzieniach Kapitolu za zachowania buntownicze, uzyskały prawo do renty. Dodatkowo renta została także zapewniona osobom, które działania poprzednich władz trwale pozbawiły zdrowia, uniemożliwiając pracę.

Tak naprawdę nasza sytuacja nie zmieniła się drastycznie. Oboje z Peetą pełnimy określone role, jesteśmy w randze doradców prezydenta, przyjmując wynagrodzenie, które spokojnie wystarcza nam na znacznie więcej niż tylko bieżące potrzeby. Beetee otrzymał stanowisko, które pełnił już kiedyś w Kapitolu – jego rola polega na tworzeniu nowych praw, zbieraniu i analizie setek informacji, na wsparciu nas w grach politycznych. Dodatkowo ma stały dostęp do wyposażonego laboratorium, w którym, w wolnym czasie, pracuje nad swoimi wynalazkami. Annie, dzięki rencie, skupiła się na wychowaniu Nathaniela. Nadal mieszka w Czwórce, regularnie rozmawia z nami przez telefon, a kiedy mamy w planach jej dystrykt, zawsze staramy się spędzić u niej kilka dni, albo choć kilka godzin. Haymitch… Gdy poznał decyzję Paula co do swojej osoby, wpadł w szał, a my śmialiśmy się do rozpuku. Jednak z perspektywy czasu widzimy, że Paul wykazał się niesamowitą intuicją w tym zakresie – dziś nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł lepiej sprawdzić się w tej roli. Nawet mama, z reguły dość powściągliwa w tym zakresie, bardzo chwaliła jego osiągnięcia w Dwunastce. Uspokoił bardzo szybko buntownicze nastroje, odnowił budynek szkoły, zbudował na jej terenie obszerny plac zabaw dostępny dla wszystkich. Za jego decyzją powstał również nowy szpital, w którym dziś pracuje mama. Na ulicach nie widać chorych i umierających z głodu ludzi – ofiary wypadków górniczych mają do dyspozycji specjalny ośrodek, w którym mogą zamieszkać, jeśli sytuacja nie pozwala im się samym utrzymać. Przyznam, że nie wiem co wywołało takie zmiany w Haymitchu – może ślub z Effie (Peeta utrzymuje, że prawdopodobnie większość jego decyzji jest przez nią inspirowana), może syn, którego ma teraz na co dzień, a może córka, którą uwielbia równie bardzo jak Josha? Nie wiem i nie pytam – ale takiego Haymitcha bardzo lubię.

Uśmiecham się na myśl o naszej ostatniej wizycie z Dwunastce. Wracałyśmy z Johanną z Trzynastki i jakoś tak wyszło, że postanowiłyśmy zajrzeć do mojej mamy, a także zobaczyć Elizabeth. Wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy malutkiej córeczki Haymitcha i Effie. Nie mogę narzekać na brak jej zdjęć, akurat o to Effie dba. Regularnie przesyła nam ujęcia zmian w wyglądzie Eli. Choć muszę przyznać, że są one chyba widoczne tylko dla niej…
Poprosiłyśmy o przystanek w Dwunastce i szybkim krokiem udałyśmy się do nieodnowionego budynku Pałacu Sprawiedliwości (z daleka widać, że o ten jeden budynek burmistrz Abernathy dba najmniej). Na miejscu poprosiłyśmy grzecznie jego asystentkę – córkę jednego ze sklepikarzy w miasteczku – o spotkanie z burmistrzem. Rozpoznała nas od razu i bardzo ucieszyła się na nasz widok, ale od razu poinformowała, że zbliża się pora kąpieli i ona obawia się, że pan burmistrz nas nie przyjmie. Zniknęła w jego gabinecie, a krzyki, które po chwili zaczęły stamtąd dobiegać, potwierdziły wspomniane przypuszczenia. Wściekłość, jaka rysowała się na twarzy Haymitcha przez kilka sekund, gdy otworzył na oścież drzwi, dała nam jasno do zrozumienia, że jesteśmy nie w porę.
– A to wy – powiedział już trochę ciszej. – Nie mówiłyście, że przyjeżdżacie. 
– Bo tego nie planowałyśmy, chciałyśmy tylko zobaczyć Elizabeth – spokojnie odpowiedziała mu Johanna.
Po tych słowach Haymitch momentalnie się rozpromienił, szerokim machnięciem ręki kazał nam iść za sobą. Zaskoczyło mnie to, że potrafi prowadzić samochód, ale  – choć z pewnymi obawami – wsiadłam, kątem oka widząc tylko, że i Johanna zastanawia się, czy to na pewno bezpieczne.

Kiedy tylko przekroczyłyśmy próg domu w Wiosce Zwycięzców, momentalnie w jego objęciach znalazło się malutkie zawiniątko. Elizabeth cicho kwiliła, kiedy Haymitch gdzieś ją zabrał, a my wpadłyśmy w ramiona Effie.
– Kąpie ją codziennie, potem przynosi mi do karmienia. A sam idzie odrabiać lekcje z Joshem. To cudowny ojciec – Effie uśmiechnęła się ciepło, patrząc za mężem. 
Tamtego wieczoru zjadłyśmy kolację u Abernathych, noc spędziłyśmy u mojej mamy, a śniadanie było u rodziców Peety…

Jedyną Zwyciężczynią, o którą się martwię, jest Enobaria. Od wybuchu zamieszek nikt nie wie co się z nią dzieje – nawet Beetee’emu nie udało się jej nigdzie namierzyć, co sprawia, że – choć z dużym oporem – zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że może nie żyć, że nie miała tyle szczęścia co my…

Przesuwam się delikatnie, wyciągając się na kanapie. Głowę opieram o podłokietnik. Dopiero teraz czuję jaka jestem zmęczona… Jeszcze tylko pięć dni, jeszcze tylko pięć dni – te słowa wypowiadałam dziś chyba z milion razy, w myślach i na głos. Strasznie mnie męczą te całe przygotowania – suknia, buty, dodatki, kwiaty, tort, menu, sala, garnitury, zaproszenia, lista gości – mam dość. Nie lubię ślubów, nigdy za nimi nie przepadałam, a teraz widzę, że ich organizacja to jakiś koszmar. Jestem tak zmęczona całodziennym bieganiem po sklepach, cukierniach, kwiaciarniach, że po prostu w momencie odpływam w sen.
 
Jego usta delikatnie muskają moje ramię, czuję to przyjemne ciepło, które powoli rozchodzi się po moim ciele. Przechylam głowę, próbuję się w niego wtulić…
Jest środek nocy, a w takich sytuacjach dzwoniący telefon nigdy nie oznacza niczego dobrego. Peeta jeszcze raz szybko muska moje ramię i podchodzi do aparatu. Już po chwili w jego głosie słyszę narastającą irytację. Odkłada słuchawkę, siarczyście klnie, czym wzbudza we mnie tym większy niepokój, walczący teraz o dominację ze snem i wchodzi do naszej sypialni.
– Ubieraj się, jedziemy do Dwunastki.
– Po co? – jestem zdezorientowana jego tonem, wciąż myśli plączą mi sen i zmęczenie.
– Po księżniczkę – opowiada wściekły.
– Skąd wiesz, że tam jest? – pytam zrzucając z siebie sukienkę, a zamiast tego wciągam spodnie i bluzę z długim rękawem.
– A masz inny pomysł na to gdzie może być? Uciekła ze szkoły. Znowu. Ale wcześniej… – Peeta na moment zawiesza głos, lecz nie kończy zdania, bo telefon dzwoni ponownie.
– Widzisz – mówię – pewnie się znalazła.
Rose zamieszkała w Kapitolu, zapisaliśmy ją do szkoły z internatem na jego obrzeżach, aby dokończyła naukę. Ona chce zostać nauczycielką, a pieniądze jej brata pozwalają na to, by się edukowała. W świetle nocnej lampki widzę, że Peeta blednie rozmawiając z kimś. 
– Co mama mówi? – zaskoczony wspiera się na krawędzi stolika. – Już jedziemy – odkłada z trzaskiem słuchawkę i spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami. 
– Ale afera – wyciąga w moją stronę dłoń, a następnie śpiesznie wychodzimy z mieszkania.

19 myśli na temat “122. Zmiany, zmiany…

  1. Jestescie boskie. Hahha. Coś tak czułam że Haymitch zostanie burmistrzem. 🙂 i jaki przykładny ojciec. 🙂 „księżniczka” mnie rozwalilo hahhha. Uwielbiam Was, poprawilyscie mi humor. 🙂

  2. WOW! O_o Zamurowało mnie. Tyle zmian, jak w tytule notki. SZOK! Ślub! Nareszcie. Ale trochę ich szkoda… Cóż, taki los „doradców”. Fajny przeskok czasowy, szkoda tylko, że nie wrzuciłyście notki na „drugim blogu”, bo po poprzedniej notce fajnie by się wpasowała… Ale się rozpisałam! To ten Wasz blog tak na mnie wpływa!

    MD

  3. Na samym początku uśmiechałam się takim głupkowatym uśmiechem… Jedyne o czym myślałam to takie ” Ojejuuuu Haymitch i Effie mają córeczke jak słodko ojsiaodbbsalqoqjaa….” Po czym ” Heh… Abernathy burmistrzem… nie powiem ciekawie” A na koniec ” Co ta Rose znowu odwala ;-;” Ja zaraz będe musiała chodzić do jakiegoś specjalisty… Tyle emocji w jednym rozdziale 😀 Dobra… ja tu się nie chce rozpisywać wię tak skrótowo

    – Jeeju jak słodko, i fajnie

    – Naprawde ciekawie

    – Rose- najbardziej nieprzewidywalna i dziwna osoba na świecie ( Oby nic się jej nie stało :/ )

  4. I właśnie… ślub 😀 ” Będzie, Będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało, będzie głośno, będzie radośnie, znów przetańczymy razem całą noc” <—- jak nie będzie tekst tej piosenki się zgadzać z ich ślubem to się obraże na was 😛

  5. SLUB SLUB SLUB! TAK TAK TAK! Rose piczko dostaniesz kopa pod zebro i patyki między oczy!!!!! Mała Liza hehe Jakoś wolę Liza niż Eli nwm czemu ale jakoś tag :3 Supczi pupczi, cud miód i orzeszki <3

  6. Na reszcie ślub… tyle nowego w jednej notce. Haymich bardzo pasuje na burmistrza ale ostatnio na prawdę przesadzacie z tą polityką… ogólnie to ja nie za bardzo interesuje się przwem i tym całym… żądzeniem więc jestem pełna podziwu co do waszego wykształcenia jeżeli chodzi o prawo… jestem ciekawa co się stało czeeekkkaaaammmm

  7. Super notka. Nareszcie powoli zaczyna wszyatko biegnac jak normalne zycie. Po piersze slub *.* asdfghjkl po 2 . Elizabeth po 3. Rose buntowniczka~~~ mega ciekawe :D. Nie moge sie doczekac nastepnej notki <3

  8. ciekawe tylko czyj ślub 😛 bo tu nie ma dokładnie napisane że Peety i Katniss więc może Jo i Paula albo Asta i Ivon ^^ a wiecie że Anny lubią nas zaskakiwać xD

  9. Notka świetna. Burmistrz dwunastki- ciekawy i intrygujący pomysł. Zastanawia mnie też to czyj to ślub. Co do Rose nie wiem czemu ale mam przeczucie że zaszła w ciążę z Astem. Choć zapewne się mylę. Nie mogę doczekać się nn.

  10. #NaBogato!

    Żeby tyle zmieścić w jednym rozdziale…

    1. Jak Effie się pojawia to zawsze jest super.

    2. ELIZABETH… Uwielbiam was za nią!

    3. Przykładny ojciec i burmistrz ;_; Ten tego… ;_; iekawe

  11. Zapomniałem o najważniejszym…

    ŚLUB:D

    Chcę małego Mellarka:D Nie mogę się doczekać kiedy Katniss będzie w ciąży i powie Peecie:D

Komentarze są zamknięte.