123: Co się zdarzyło w Dwunastce

Witajcie.

Na wstępie przypominam o jutrzejszym spotkaniu- zaczynamy o 17:30 w Krakowie, Rynek Główny 11- Malaga 🙂 Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy !!! 

A teraz zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę wieczorem. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

Jednym z plusów pracy dla Prezydenta jest niemal nieograniczony dostęp do poduszkowca, z którego – o ile jest na miejscu – możemy skorzystać o każdej porze dnia i nocy. Wyszliśmy z mieszkania w dużym pośpiechu, więc dopiero kiedy już spokojnie siedzimy, zapięci pasami, spoglądam uważnie na Peetę. Nie muszę nic mówić, sam zaczyna.
– Dzwoniła ze szpitala twoja mama. Powiedziała, że Ivon urodziła i… I że powinniśmy przyjechać. 
– Peeta – spoglądam na niego unosząc brwi. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że moja mama uznała, że nasza obecność jest konieczna tylko ze względu na narodziny potomka Ivon. Szczególnie jej. Na dodatek jego odpowiedź, jaką słyszałam w trakcie rozmowy telefonicznej, nijak nie pasuje do prostego stwierdzenia, jakim mnie teraz obdarza. Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
– Co naprawdę powiedziała moja mama?
– Katniss, to co usłyszałem, było dziwne… Nieprawdopodobne nawet – wypuszcza powoli powietrze. – Sami przekonamy się, czy dobrze usłyszałem, czy może coś źle zinterpretowałem.
Strasznie mnie to irytuje – wie coś, ale mnie nie chce powiedzieć. Na dodatek strzępki rozmowy, jego mina… W tym momencie od mojego zgryźliwego komentarza ratuje go jeden z członków załogi, informując nas, że Beetee chce z nami rozmawiać. Przez kolejne kilka minut tłumaczymy dlaczego wzięliśmy najszybszy poduszkowiec. Na koniec Peeta wspomina niemal mimochodem, że zależy nam, by informacja o naszej nieobecności została możliwie tajną. 
– Za pięć dni ślub, a wy znikacie? – pyta nas lekko rozbawiony. – Odważni jesteście. 
– Rose uciekła – odpowiada mu śmiertelnie poważnie Peeta.
– Rozumiem – Beetee natychmiast poważnieje. Niestety, to nie pierwszy numer Rose – w takim razie znajdźcie ją szybko, a ja w razie potrzeby powiem, że pojechaliście do Dwunastki po rodziny, zgoda?
– Jesteś wielki – odpowiadam za nas, bo pomysł Beetee’ego w swojej prostocie jest niemal genialny. Praktycznie wszystkie przygotowania do ślubu są już zakończone, co boleśnie odczuwam w stopach i niemal każdym skrawku ciała. Spoglądam na Peetę, ale on unika mojego wzroku, patrzy przez okno, jakby zamyślony, ale po pracujących mięśniach wokół szczęki widzę, że jest poważnie wytrącony z równowagi. Widzę jednak, że nie powie mi o co chodzi, więc postanawiam lot wykorzystać na krótką drzemkę zamiast przekomarzać się z nim.
Gdy lądujemy na polach w pobliżu szpitala w Dwunastce, mama już na nas czeka. Widzę, że drżą jej lekko ręce, czego nie widziałam już od długiego czasu. Jest roztrzęsiona, ale głos ma pewny i od razu, nie bawiąc się nawet w słowa powitania, komenderuje nami. 
– Może wam uda się z niej coś wyciągnąć. Nie wiem co zrobiła, nie mam pojęcia co sobie myślała, ani na co liczyła. W każdym razie Ast się załamał. Najpierw nie chciał uwierzyć własnym oczom – mówi szybko, równocześnie prowadząc nas w stronę budynku –  potem dopytywał się, czy to jest możliwe…
– Ale o co chodzi? – wyrzucam z siebie, wykorzystując moment, gdy mama nabiera powietrza, bo obawiam się, że za chwilę znów zacznie się kolejna tyrada nawiązująca do czegoś, co wiedzieć powinnam, ale czego mój narzeczony mi nie przekazał. Mama zatrzymuje się na chwilę, spoglądając na Peetę.
– A co jej miałem powiedzieć? Sam nie wiedziałem czy dobrze zrozumiałem. Po co miałem coś pokręcić – tłumaczy się pod bacznym wzrokiem mamy.
– Peeta – w głosie mamy słyszę lekką dezaprobatę – chodź, pokażę ci niedowiarku. Myślisz, że sama nie byłam zaskoczona? Ale na pewno nie przekazałabym ci takiej informacji, gdybym nie była całkowicie pewna – przyznaje już trochę łagodniej.
Chłopczyk jest śliczny – ma niebieskie oczy, tłuściutkie nóżki, kępkę czarnych jak sadza włosków na małej główce. Leży spokojnie, zawinięty szczelnie w niebieski kocyk. Uśmiecham się na jego widok, a on odpowiada mi poważnym spojrzeniem małego dziecka. W końcu spoglądam na mamę, w oczach     mam pytanie o powód pokazania nam tego chłopczyka. Przed momentem bardzo się śpieszyliśmy, a teraz nagle mamy czas. Czyżby w jakiś pokrętny sposób chciała nam dać do zrozumienia, że marzą się jej wnuki?
– Jest śliczny mamo, ale chyba nie mamy na to czasu. Skoro już tu jesteśmy, to może zobaczymy dziecko Asta i Ivon?
– Katniss – mama lekko marszczy brwi – to właśnie jest dziecko Ivon.
Z wrażenia wspieram się na ramieniu Peety. On też patrzy na malucha z niedowierzaniem, nawet nie wyciągnął ręki w jego stronę, choć widziałam to wcześniej bardzo często. Zaczynam głośno, niekontrolowanie chichotać – jak zwykle w sytuacjach stresowych… Mama patrzy z pewnym niedowierzaniem, Peeta ze zrozumieniem. W końcu biorę tego chłopca za jego małą rączkę – leżąc w mojej białej dłoni wydaje się być jeszcze bardziej czekoladowa. W tym samym momencie przychodzi opamiętanie – dochodzi do mnie tragedia Asta. Związał się z Ivon, bo była z nim w ciąży. Później spotkał Rose, ale jego wcześniejsze działania rozdzieliły ich. Oboje ciężko przeżyli rozstanie i naszą decyzję o jej przeprowadzce do Kapitolu. Nagle teraz wszystko widać w innych barwach. Ciemnych jak skóra tego chłopczyka…
– Zostań tutaj – Peeta ma w głosie twarde nuty, choć widzę, że jest mu ciężko – idę z nią porozmawiać.
Nie czekając na moją reakcję szybko wychodzi z sali dla noworodków. Przez chwilę stoję na środku, zastanawiając się co powinnam zrobić. Iść za nim? A może nie powinnam się tam pojawiać – nie przepadamy za sobą, więc jej reakcja może być różna. Spoglądam na mamę, ona tylko bezradnie wzrusza ramionami, odkładając malucha do łóżeczka. Wychodzimy razem na jasno oświetlony korytarz i wtedy dochodzi do nas podniesiony głos Peety:
– Mów prawdę Ivon! – czuję na plecach dłoń mamy, która lekko mnie popycha, dając mi znak, bym interweniowała. Sama mam ochotę zrobić jej krzywdę za to, że tak perfidnie nas oszukała, ale jest środek nocy, a to jest szpital. Krzyki nie są tu mile widziane.

Kiedy przekraczam próg sali, w której leży Ivon, widzę, że kurczy się pod szpitalną kołdrą, jakby chciała zniknąć, albo choć pozostać niezauważoną. Choć na to już dawno za późno. Spogląda na mnie przerażona, przekonana, że ja też zacznę zaraz krzyczeć.
– To Eddie, prawda? – wymieniam imię przystojnego czarnoskórego chłopca z Dwunastki. Ivon nie odpowiada, naciąga tylko kołdrę na twarz i coś pod nią mamrocze. Peeta szybkim ruchem ściąga jej ją z głowy.
– Mama mnie zabije – po jej twarzy płyną łzy.
– Od kiedy wiedziałaś, że to nie dziecko Asta? – Peeta cedzi przez zaciśnięte zęby.
– Nie wiedziałam. Myślałam… Miałam nadzieję… – Ivon zanosi się płaczem.
– Miałaś nadzieję? Wiesz co zrobiłaś?! Masz świadomość, że…  
– On mnie nigdy nie kochał – przerywa mu Ivon.
– O kim mówisz? Pogubiłem się już w twoich kochankach – masz na myśli Asta, Eddy’ego, czy może jeszcze kogoś innego? – zakrywam dłoń Peety swoją. Ta dziewczyna jest głupia, ale robienie tu sceny nie ma sensu.
– Chodź, poszukamy Asta, nim zrobi coś nieodwracalnego.
– Peeta – Ivon najwyraźniej nie zrozumiała szansy, jaką chciałam jej dać, próbując wyciągnąć Peetę z sali. Domyślam się co chce powiedzieć…
– Nie Ivon – Peeta unosi ręce w obronnym geście. – Nie. Masz… niesamowity talent – mówi kręcąc głową – do niszczenia ludziom życia. Niesamowity. A ja nie mam ochoty po raz kolejny słuchać twoich kłamstw. 
Po tych słowach mocno łapie mnie za rękę i wyciąga na korytarz. Kiedy opuszczamy szpital rześkie, majowe powietrze pomaga nam się uspokoić. Peeta chodzi w kółko po placu przed szpitalem, raz po raz zatapiając dłonie we włosy. 
– Nie mam pomysłu gdzie mógł pójść – wyparowuje nagle niespodziewanie. Mam ochotę odpowiedzieć, że na razie nigdzie nie sprawdził, ale nie chcę go dobijać.
– A gdzie chodziliście, jak było wam źle? – skoro ja miałam takie miejsce, w którym się uspokajałam, którego pozwalało mi zebrać myśli, albo po prostu odciąć się od ludzi, to oni pewnie też. Peeta unosi do góry kącik ust i widzę błysk w jego oczach. Dałam mu nadzieję, że go odnajdzie nim będzie za późno.
 
Szkolny plac zabaw uległ całkowitej metamorfozie. Stare i odrapane sprzęty ustąpiły miejsca nowym, kolorowym i wygodnym. Domyślam się, że teraz to fantastyczne miejsce dla dzieciaków. Kiedy staję na czymś, co brałam za pomalowanym beton, okazuje się, że podłoże jest całkiem inne. Miękkie, sprężyste – pewno skutecznie łagodzi wszelkie upadki. Peeta też je zauważył – chodzi po nim śmiesznie, jakby sprawdzał sprężystość. Kucam, dotykam tej gumowatego podłoża i uśmiecham się promiennie. Haymitch świetnie się spisał – spędzanie tutaj przerw może być prawdziwą przyjemnością.

Peeta zatrzymał się i patrzy w dal. Podążam za jego wzrokiem i widzę Asta, który powoli, rytmicznie buja się na jednej z huśtawek. Podchodzimy powoli, gumowe podłoże maskuje dźwięk naszych kroków. Bez słowa zajmujemy miejsca koło niego, biorąc go w środek. Zauważa nas dopiero po dłuższej chwili. 
– Co tutaj robicie? – myślałam, że już się nie odezwie. Ma cichy i słaby głos – to, co się stało w ciągu ostatnich kilku godzin, na pewno było dla niego bardzo trudne.
– Przyszliśmy się pohuśtać – odpowiada spokojnie Peeta.
Ast gwałtownie odwraca głowę w jego stronę, skutkiem czego nie widzę jego twarzy. Tymczasem Peeta spokojnie i pewnie patrzy w oczy przyjaciela.
– Nie żartuj sobie ze mnie – głos Asta pobrzmiewa urazą, złością i rozpaczą.
– Nie zamierzam.
– Zapytam jeszcze raz – co tutaj robicie?
– Jesteśmy – inna odpowiedź, znacznie bardziej na miejscu niż poprzednia, wywołuje zupełnie inną reakcję. 
– Co ja mam teraz zrobić? – głos Asta się łamie.
– Nie mnie ci doradzać, moje rady ostatnimi czasy nie były zbyt trafne. Ale jeśli chcesz, mogę powiedzieć, co ja zrobiłbym na twoim miejscu. 
– Chyba nie chcę – cedzi Ast. Ale po chwili zmienia zdanie – no dobra, mów.
– Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym się nad sobą użalać. Spakowałbym się i poleciał jutro do Kapitolu. 
– Do Kapitolu – prycha Ast. – Niby po co mam lecieć do Kapitolu?
– Wiesz, w Kapitolu brakuje nam dobrych pracowników, a ty zawsze miałeś umiejętności organizatorskie. Niedawno z Pałacu Prezydenckiego odszedł główny zarządca, a ja muszę znaleźć kogoś na jego miejsce. 
Propozycja Peety jest dość nieoczekiwana, ale rzeczywiście to Ast, jako przewodniczący klasy, odpowiadał za różne akcje i zbiórki przeprowadzane w szkole. Nie mam pojęcia jak to robił, ale wszystko, co przechodziło przez jego ręce, zawsze było świetnie zorganizowane i zaplanowane. 
– To propozycja, panie Mellark? – chciałabym słyszeć cień uśmiechu w jego głosie, ale nie mam przekonania, czy sobie tego nie wymyśliłam.
– Tak. Pytanie tylko czy ją przyjmiesz.
– Przyjąłbym, tu nic mnie nie trzyma. Ale jak będę w Kapitolu, w Pałacu Prezydenckim, mógłbym przypadkowo spotkać Rose. Co wtedy?
– Może wtedy moja kuzynka znów zacznie się uśmiechać… 

Rose znajdujemy u Amandy i Patricka. To właśnie Amanda, pomagająca przy porodzie Ivon, powiadomiła o czarnoskórym synku kuzynkę swojego męża. Rose natychmiast wsiadła w pociąg do Dwunastki, ale nie znalazła Asta ani w szpitalu, ani w jego domu. Teraz rzucili się sobie w objęcia, mając nadzieję, że los pozwoli im znów na odwzajemnioną miłość. Choć to dopiero początek, a Rose ma charakter, który nie jest łatwy i pewnie jeszcze nieraz wystawi oboje na próbę.

Poranek i popołudnie spędzamy z rodzicami Peety, którzy dawno nie mieli możliwość spędzenia z nim kilku godzin, bo nawet jak był w Dwunastce, to wpadał do nich dosłownie na kilkanaście minut. Z kolei kolację jemy z moją mamą, która od razu proponuje nam nocleg, ale my wolimy spędzić tę noc w naszym domu. Prawdziwym domu. 

15 myśli na temat “123: Co się zdarzyło w Dwunastce

  1. Hehe dziewczyny musiałam zrobić wróć :)Żeby się upewnić hehe :)Super nareszcie jakiś pozytyw 🙂 A ja poproszę o notkę sam na sam Katniss z Peeta bo dawno nie było 🙁 Buziaki :*

  2. Ehhh… a ja w Krakowie będe tylko nie wtedy co trzeba ;-;

    Dobra, powrót do rozdziału…

    Ivon. od początku jej nie lubie. jest jak wszystkie przezemnie znienawidzone osoby w jednej ;—-;

    Ja już taka myśl ( sama nie wiem czemu) że Ivon nie chce dziecka i Katniss z Peetą zaadoptują 😀 Boże… co ja wymyślam ;——-;

Komentarze są zamknięte.