126: Ślub

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Idziemy powoli, majestatycznie. Sala jest długa, po obu stronach zastawiona wygodnymi krzesłami z wysokimi oparciami, pośrodku zostawiono przejście. Tu też królują białe kwiaty, połączone ze świeżą zielenią wiosennych liści. Na szczęście nie ma ich tak dużo jak na korytarzu, dzięki czemu można oddychać bez przeszkód. Spoglądam na zebranych tu ludzi i po raz kolejny czuję ukłucie żalu. Tak niewielu nas zostało, zaledwie garstka tych, których nazywamy przyjaciółmi i rodziną. Gdyby nie wojna byłoby ich tu o wiele więcej – choćby Prim, Finnick… Z drugiej strony – czy gdyby rewolucji nie było, to kiedykolwiek zaprzyjaźniłabym się z „szaloną” Johanną i „pawiem” z Czwartego Dystryktu? Czy byłabym gościem na tym ślubie? Może Peeta, którego lubili od początku – tak, ale ja chyba nie. To tamte wydarzenia pozwoliły nam się poznać, zbliżyć do siebie, zrozumieć jak wiele nas łączy pod maskami, do których nakładania zmuszał nas Kapitol…

W rozmyślaniach i wspomnieniach dochodzimy do końca sali, gdzie na podwyższeniu stoi jakiś mężczyzna. Rozpoznaję go od razu, choć tym razem jest ubrany znacznie bardziej elegancko. Czarny garnitur, wyprasowana biała koszula z modnym kolnierzykiem, czerwony krawat – to wszystko nadaje mu szyku i powagi, ale niewiele zmienił się przez te miesiące.
– Dalton – mówię półgłosem.
– Katniss – odpowiada równie cicho, pochylając lekko głowę. Nim odwracam się do Peety, czuję na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, dlatego używam małego wybiegu, który jako pierwszy przychodzi mi do głowy, licząc, że mój narzeczony się domyśli:
– Będziesz Mistrzem Ceremonii na wszystkich ślubach Zwycięzców?
– Z największą przyjemnością – odpowiada spokojnie, równocześnie dłonią dając nam znak, byśmy zajęli swoje miejsca. Peeta, opuszcza ramię, przytrzymuje przez moment moją rękę, całuje dłoń i dopiero wtedy pozwala mi na zrobienie tych kilku kroków. Staję poniżej podestu, po prawej stronie, Peeta jest po lewej. Muzyka się zmienia i na dźwięk kolejnych taktów, zgodnie z planem, obracamy się powoli. Paul, ubrany w grafitowy garnitur, idzie pewnym krokiem w naszą stronę. Jest skupiony, ale uśmiechnięty, zdenerwowanie dosięga tylko jego oczu. Godziny spędzone na ćwiczeniach z Peetą i wieloma innymi osobami, przygotowania jakie podjął, przyniosły efekt. Podchodzi do podestu, tuż przed nim zwalnia, by wymienić jeszcze jakieś zdanie z Peetą, tak cicho, że nawet ja tego nie słyszę. Wreszcie robi mały krok i staje twarzą w twarz z Daltonem, mając Peetę za sobą.

Czekamy na kolejną zmianę muzyki i znów zwracamy się w stronę wejścia do sali. Jest – Johanna idzie podtrzymywana pod rękę przez moją matkę. Wygląda zdumiewająco, posągowa piękność… Po dziesiątkach przymiarek (i ona narzekała na Effie), w końcu wybrała suknię, którą zapamiętałam od samego początku. Wąski fason zaczyna się dekoltem w formie serca, mocno podkreślającym biust. Na górę nałożona jest delikatna koronka, w której wzorze ukryte są liście drzew z Siódemki – prezent od Effie, która ustaliła wymianę z salonem sukien jako niespodziankę dla Johanny (choć ostateczna decyzja należała oczywiście do dzisiejszej Panny Młodej). Misterny wzór spływa przez pas na boki bioder dodatkowo uwydatniając figurę kobiety. Talię podkreśla plisowany pas, zebrany biżuteryjną klamrą. To ukłon w stronę tradycyjnego stroju ślubnego z dystryktu Johanny, gdzie sztywne plisy nawiązują do faktury drewna. Suknia rozszerza się dopiero na wysokości kolan, umożliwiając Johannie poruszanie się, a na samym dole rozchodzi się w przepiękny półokrągły tren, obszyty tą samą co góra stroju, koronką. Już samo to wystarczyłoby, aby suknia zapierała dech, ale dla większego efektu została uszyta ze specjalnie tkanego materiału nazwanego rockiem – jak wytłumaczyła nam sprzedawczyni, splot w poziomie i w pionie nici o różnym kolorze sprawia, że w zależności od światła i ułożenia, suknia ma różną barwę – od kremu, przez złoto aż do bardzo jasnej, niemal niezauważalnej miedzi. Każdy krok, każdy ruch sprawia, że suknia wygląda inaczej, jakby była uszyta z dodatkiem magii, albo technologii Beetee’ego…


Uśmiecham się do niej najserdeczniej jak potrafię, kiedy oddaje mi bukiet. Niemal odruchowo wącham malutki, biało-zielony bukiecik. Uwielbiam zapach frezji – kwiatów, które rosną jakby rodzinnie, na wspólnej gałązce, rozwijając się powoli… Tym razem są przybrane gałązkami klonu tworząc prosty, cudny duet, który uzupełnia kreację, nie walcząc o pierwszeństwo, nie dominując nad strojem, ani panną młodą.

Johanna zatrzymuje się obok mnie, czekając na słowa Daltona:
– Witam wszystkich zebranych na tej podniosłej uroczystości – Mistrz Ceremonii zaczyna powoli pewnym i mocnym głosem. – Zebraliśmy się tu dziś, aby na zawsze połączyć losy tych dwojga – Johanny i Paula. Ale nim do tego dojdzie, tradycji musi stać się zadość. Pytam więc – kto oddaje rękę tej kobiety temu mężczyźnie?
– W zastępstwie jej rodziców – zaczyna moja mama drżącym ze zdenerwowania głosem – ja oddaję ją jemu i jego rodzinie.
– Kto – ponownie odzywa się Dalton – przyjmuje ją do swojej rodziny i obiecuje traktować jak jej członka, od teraz po wsze czasy?
– Ja – matka Paula tylko tyle jest w stanie z siebie wydusić. Łzy szczęścia i wzruszenia obficie płyną po jej twarzy, a moja mama symbolicznie „oddaje” Johannę Paulowi, wkładając jej rękę w jego dłonie.
– Moja matka i ja – kontynuuje Rose również wzruszonym i poddenerwowanym głosem – przysięgamy na honor własnej rodziny, że będziemy ją kochać i wspierać do końca naszych dni, jako naszą córkę i siostrę, którą dzięki temu małżeństwu się stanie.
Spoglądam zaskoczona na Peetę, nie jest to standardowy punkt ślubnej uroczystości. Krótka odpowiedź przyszłej teściowej wystarczyłaby w zupełności – matki zawsze w takim momencie się wzruszają, więc nikt nie oczekiwał niczego więcej. Wzrok Peety wędruje na krótki moment w stronę Asta, który w rogu sali, uśmiechając się delikatnie, odhacza jakiś punkt na podkładce, którą trzyma w ręce. Oczywiście, to on pomyślał o wszystkim.
– Paulu Mellark – Dalton bez mrugnięcia okiem kontynuuje uroczystość – czy w świetle słów wypowiedzianych przez twoją rodzinę, bierzesz za żonę obecną tu Johannę i przyrzekasz jej miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam ją kochać, szanować i trwać przy niej w zdrowiu i chorobie aż po kres moich dni – odpowiada Paul, a w jego oczach widzę szklące się łzy.
– Johanno Mason, czy przyjmujesz miłość obecnego tutaj Paula i przyrzekasz mu miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam kochać go, wspierać i trwać przy nim w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, aż po kres moich dni – odpowiada moja przyjaciółka.
– Mocą nadaną mi przez Panem z największą radością ogłaszam was mężem i żoną. Na znak przypieczętowania słów, które dziś wypowiedzieliście, wymieńcie się obrączkami – znów słyszymy spokojny głos Daltona, a w tym samym czasie Josh, ubrany w jasny garnitur, będący niemal kopią stroju Haymitcha, wchodzi na podest niosąc małą tacę, na której leżą dwa złote symboliczne krążki, z prostym grawerem z datą i inicjałami wewnątrz. Jest niesamowicie przejęty, a gdy mnie mija, słyszę jak cicho sobie powtarza:
– Najpierw wujek Paul, najpierw wujek Paul…

Paul wsuwa obrączkę na serdeczny palec prawej dłoni żony i delikatnie całuje jej rękę. Johanna robi to samo, ale na koniec całuje usta Paula. Wszyscy wstają, biją brawo, a Dalton mocnym głosem stara się przekrzyczeć burzę oklasków:
– Panie i Panowie – oto państwo Johanna i Paul Mellarkowie!
Brawa się nasilają, Johanna i Paul patrzą chwilę na zebranych, a później wpadają w nasze ramiona. Johanna ściska mnie mocno.
– Gratuluję kochana – mówię cicho, tuląc ją do siebie.
– Dziękuję – mówi coraz bardziej łamiącym się głosem.
– Hej, co jest – Johanna Mason płacze? – pytam ją rozbawiona, choć wzruszenie ściska i moje gardło.
– Mellark – odchyla się ode mnie – Johanna Mellark, półmózgu – ripostuje i odchodzi ode mnie z udawanym naburmuszeniem ale równocześnie puszcza do mnie oko. Kiedy składam gratulacje Paulowi, on patrzy na mnie chwilę, a potem zamyka mnie w uścisku i cicho mówi:
– Teraz wasza kolej, nie dajcie waszym matkom długo czekać.
– To nie tylko ode mnie zależy – odpowiadam z uśmiechem. – A dziś jest wasz dzień – jeszcze raz serdecznie gratuluję i życzę wam spokoju. I tej miłości, której dziś macie pod dostatkiem i takiego samego uśmiechu na twarzach…
– Dziękuję Katniss – patrzy mi uważnie w oczy – dziękuję za wszystko…

W piątkę przechodzimy do sali obok. Pośrodku stoi stół z przygotowanym do podpisu aktem małżeństwa, a tuż za nim – wycelowana prosto w nas kamera. Przez otwarte okno balkonu słychać zamieszanie na placu – oczywiście Kapitol zebrał się, by powitać nowe małżeństwo. Najpierw Johanna z Paulem (po dopowiedzeniu Daltona, że po raz ostatni Johanna ma się podpisać panieńskim nazwiskiem) podpisują akt małżeństwa, a po nich to samo robimy my, jako świadkowie. Na koniec swój podpis składa Dalton, poświadczając tym samym, że dokument i zawarte małżeństwo są ważne.

Za oknem wiwaty są coraz głośniejsze, ludzie domagają się wyjścia na balkon pary prezydenckiej. Raz jeszcze my składamy im gratulacje, tym razem słowami dokładnie przygotowanymi przez Asta i Peetę, a potem wychodzimy na zalany słońcem taras. Ludzi jest mnóstwo, krzyczą imiona młodej pary, mężczyźni rzucają w górę nakrycia głowy, a kobiety – kwiaty. Mimo wrzawy jeden mocny głos jakoś przedziera się i dociera do nas.
– Panie Prezydencie – to Connor zwraca się do Paula rozbawiony. Domyślamy się, że przyszykowali coś ponad ustalenia dokonane z Astem. – Panie Prezydencie, mamy coś dla Pana.
Wszyscy momentalnie spoglądamy w dół – na placu przed pałacem stoi Connor i kilku członków jego drużyny. W jednej ręce trzymają małe drzewko, to chyba sosna z korzeniami owiniętymi jakąś płachtą. Jeden z nich trzyma na sznurku coś jeszcze – małą bielutką owieczkę.  Johanna i Paul wybuchają gromkim śmiechem i szybko wychodzą z balkonu, chcąc udać się na plac. Spoglądam na Peetę, a on ściska moją dłoń i gdy chodzimy ze schodów, tłumaczy mi, że w Siódemce w dniu ślubu para młoda sadzi wspólnie młode drzewko, które symbolizuje później ich rodzinę, zaś w Dziesiątce rodzina i przyjaciele kupują młodym coś na rozpoczęcie hodowli – na ogół jest to jakieś źrebię, cielaczek lub owca.
– Owca? – Paul pyta Connora, tuż po tym, jak przyjmuje od niego gratulacje.
– Tak, bo ty i twoja żona jesteście łagodni jak baranki – puszcza do nich oko, kiedy wszyscy wybuchamy śmiechem. 

Johanna i Paul sadzą drzewo tuż przy murze Pałacu Prezydenckiego. Owieczka została zaprowadzona do jakiejś specjalnie na tę okoliczność przygotowanej przez Asta zagrody. Na szczęście poznał zwyczaje obu dystryktów i domyślił się, że prezent będzie zawierał nie tylko drzewko.

Peeta mocno mnie obejmuje, całuje w tył głowy. Stojąc za mną, zaplótł ręce na mojej talii, przez co możemy dokładnie podziwiać poczynania pary młodej.
– Ładnie ci w zielonym – mówi cicho.
– To butelkowa zieleń – odpowiadam mu z uśmiechem.
– Wiem, ale… – zawiesza głos.
– Ale…?
– Wolałbym cię w bieli.
– To może pora coś z tym zrobić?
– Może pora – zawiesza głos, bierze głęboki oddech. – Czerwiec to piękny miesiąc, nie sądzisz?
Obracam się szybko w jego stronę, uważnie mu się przyglądam. On patrzy na mnie wyczekująco.
– O czym rozmawiacie? – przerywa nam ojciec Peety, który wraz z resztą gości zszedł na dół, by wziąć udział w obrzędach z dystryktów.
– O czerwcu – odpowiada spokojnie Peeta.
– O czerwcu? – moja mama patrzy na niego zaskoczona.
– Tak – Peeta delikatnie się uśmiecha – co powiecie na czerwiec? – spogląda na nich uważnie, nadal trzymając mnie w objęciach.
– Ładny miesiąc – odpowiada jego ojciec – taki słoneczny.

Peeta delikatnie mnie odchyla i całuje w usta. A mnie ogarnia niesamowite poczucie radości.

16 myśli na temat “126: Ślub

  1. Rozczuliłam się,piękna uroczystość.Nie mogę się doczekać ślubu naszych „Gołąbeczków” juz tyle się wyczekali.Dobrze że czwrtek juz

  2. Dobrze że czwartek już za dwa dni bo weź tu człowieku wytrzymaj gdy ciekawość cię zżera

  3. Ale super!!! ^.^ pozostawienie ich w humorze, szczęściu. Przepiękny ślub jaki każdy my mógł sobie wymarzyc. :3

  4. cudowne, naprawde…rozczuliłam się 😉 W kilka dni przeczytałam cały blog- tak mnie wciągło 🙂 I chyba sie każdy zgodzi, że nie zawyżę, nazywając Was Polskimi Suzanne Collins 😉 I nie mogę się doczekać( „blogowego”) czerwca- w końcu to taki piękny miesiąc 😀

  5. ojej czerwiec 😀 :3 piękny rozdział, w dosłownie w każdym calu 😉 wszystko niesamowite dopracowane wow 🙂 a baranek i drzewko? genialny pomysł 😀 nie mogę się doczekać dalszej części 😉

  6. Omghfphhouewfgybufawscf…. Rozpłynęłam się <3.<3 Johanna Mellark. Będe musiała się do tego przyzwyczaić xD

    Jeziuuuuu Josh <3 tak oczyma wyobraźnie zobaczyłam takiego małego blondynka niosącego te obrączki <3 Aż się złapałam na głupkowatym uśmiechu :O

    No, no,no… już oficjalnie znamy miesiąc ślubu naszych „Gołąbeczków” ^^ fuck… jak ja uwielbiam to określenie :3 Pewnie po drodze jeszcze jeden ślub uda wam się wpleść 🙂 nieee ja nic nie sugeruje xD

    jak widać, się nieźle rozpisałam :O aż się sama siebie boje :0

Komentarze są zamknięte.