127: Powrót na arenę

Witajcie,

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

 

Powoli otwieram oczy, budząc się leniwie. Dziś mamy wolne – to dzień, w którym nie musimy biegać, rozmawiać z obcymi ludźmi. Dzień, który możemy spokojnie spędzić razem… Razem… W tym momencie żołądek zwija mi się w kulkę – dociera do mnie z całą mocą przyczyna naszego wolnego – to żaden urlop, żaden odpoczynek. Natychmiast skacze mi adrenalina, wyzwalając chęć ucieczki, czuję przeraźliwy strach i pragnienie, które ciężko będzie zaspokoić. Powtarzam sobie szeptem, że nic nam się nie stanie, nic nam nie grozi, jesteśmy bezpieczni… Ale sama w to do końca nie wierzę – przecież wracamy na arenę. A dla nas to nigdy nie było bezpieczne miejsce, nawet po zwycięstwie…

Podnoszę się lekko na łokciach, chcę sprawdzić czy Peeta już się obudził i widzę, że rzeczywiście on też już nie śpi. Napięcie mięśni twarzy zdradza, że czuje to, co ja, choć wzrok ma wbity w sufit – prawdopodobnie po to, bym nie widziała jego przerażenia. Jak zawsze, próbuje mnie chronić, choćby minimalizując przekazywanie negatywnych emocji. Dzisiejszy dzień odwlekaliśmy tak długo, jak było to możliwe – od ślubu Johanny i Paula minął już prawie miesiąc… Jednak oboje wiemy,  że musimy to w końcu załatwić – zwłoka tylko pogłębia problem. Protesty przybrały na sile, ludzie się buntują, wymachują transparentami z chorymi dla nas hasłami:
– Nie niszczcie świątyni miłości!
– Zostawcie jaskinię w spokoju!
– Zbudujmy im tutaj dom!
Kapitolińczycy są święcie przekonani, że dla nas to miejsce jest cudowną „świątynią miłości”, naszym pomnikiem. Nie wiedzą, że czujemy coś całkowicie przeciwnego – lęk i obrzydzenie. Co prawda gdyby się zastanowili, to wyciągnęli jakieś wnioski choćby z tego, że nigdy tam nie jeździmy, nie wspominamy, a każdą próbę rozmowy na ten temat w wywiadach ucinamy natychmiast. Ale czego można wymagać od zaślepionych mieszkańców Kapitolu – oni nie patrzyli na umierające dzieci własne, bądź sąsiadów, tylko na „bohaterów”… Głupcy…

Przytulam się do Peety, dokładnie tak jak wtedy na arenie, w jaskini. Obejmuje mnie ramieniem i całuje w czoło:
– Damy radę? – pyta cicho.
– Chyba nie mamy wyjścia, tylko my możemy ich przekonać, że nie cierpimy tego miejsca i na pewno nie marzymy o tym, by tam zamieszkać.
– Jak oni mogli w ogóle o tym pomyśleć? – patrzy na mnie z niedowierzaniem. Wczoraj wieczorem, kiedy oglądaliśmy skrót wiadomości, to właśnie hasło o arenie jako naszym przyszłym domu dało nam jasno do zrozumienia, że dłużej nie możemy odkładać tej wizyty. Haymitch chciał jechać z nami, nawet Johanna i Paul wyrazili chęć wsparcia nas w tym zadaniu, ale doskonale wiemy, że to nasza sprawa i to my ją musimy załatwić. Obecność innych osób tylko to utrudni.

Pomysł Beetee’ego, który popieramy z całego serca, a który protesty wstrzymują, jest bardzo dobry – arena zostanie zburzona, jak wszystkie pozostałe, ale na miejscu tej konkretnej powstanie pomnik upamiętniający wszystkich poległych trybutów, którzy oddali swoje życie przez 75 lat trwania Głodowych Igrzysk.

Powoli wstajemy z łóżka, ubieramy się. Nawet nie myślimy o śniadaniu – boję się, że jeśli cokolwiek bym zjadła, bardzo szybko mogłabym zwrócić posiłek już na sam widok Rogu Obfitości. Z opisu miejsca i migawek telewizyjnych wiem, że nadal są tam plamy krwi Cato. I Peety…

Całkowite pustkowie, daleko za granicami Kapitolu. Arena ma kształt kwadratu wytyczonego barierkami – gdyby nie one, pewnie obóz obrońców tego reliktu okrucieństwa byłby w środku, a nie na zewnątrz. Ludzie wiwatują na nasz widok… Dobrze, że Peeta mocno trzyma mnie za rękę, nie wiem czy inaczej dałabym radę stawić temu wszystkiemu czoła. Główna organizatorka protestów – kobieta w średnim wieku, z bardzo krótko ostrzyżonymi po bokach włosami i fikuśnym zielonym kucykiem na środku głowy, ściska nasze dłonie.
– Witam państwa bardzo, bardzo serdecznie. Tak się cieszę, że dołączają państwo do naszego protestu…
– My do niczego nie dołączamy – przerywa jej stanowczo Peeta. Jego twardy głos sprawia, że kobieta momentalnie cofa się o krok. Nie tego spodziewała się po naszym przyjeździe.
– O czym pan mówi, panie Mellark? – patrzy szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż wierzyła, że jego reakcja to jakieś nieporozumienie.
– Mówię – Peeta nie zmienia tonu – że chcemy, by arena została wyburzona. Popieramy obecne plany Kapitolu – stworzenie tutaj pomnika pamięci poległych. I nie życzymy sobie żadnych protestów.
– Ale… – nasza rozmówczyni na moment się zapowietrza. – Przecież to świątynia państwa miłości…
– To cmentarz – przerywam jej, z trudem powstrzymując odruch zwrotny. – Zginęło tutaj 22 osoby, oddając swoje życie dla rozrywki Kapitolu i politycznych rozgrywek. A łącznie, na takich arenach jak ta – setki. Oddajmy im należyty szacunek. To nie lunapark! – nie umiem powstrzymać podnoszącego się głosu. Peeta ściska mocniej moją dłoń, próbując mnie uspokoić. Twarz Kapitolinki przybiera jakiś dziwny wyraz – sama nie wiem, czy to nadzieja, czy raczej jakiś pomysł, który się właśnie urodził w jej głowie.
– Zapraszam państwa na wycieczkę. Jeśli to, co wam pokażę, nie zrobi na was wrażenia… możecie zrównać to miejsce z ziemią – pierwsze zdania wypowiada z żarliwością, kolejne już lekko płaczliwym głosem, jakbyśmy rozbijali jej marzenia. Spoglądam na Peetę, on na mnie, a zielonowłosa kobieta odwraca się i pewnie przemierza drogę w kierunku wejścia na arenę.
– Nie – szepczę i czuję jak strach mnie całkowicie paraliżuje. Nie dam rady się ruszyć, nogi mam jak z ołowiu, nie słuchają mnie. Stopy wrosły w ziemię, nie dam rady ich podnieść, ani nawet przesunąć, choćby o milimetr. Zapadam się głębiej, choć wiem, że to niemożliwe…
– Będę przy tobie – Peeta jest lekko zielonkawy na twarzy, bardzo mocno ściska moją rękę, powoli czuję, że odcina mi dopływ krwi do palców, ale z tym też nie mogę nic zrobić. – Będę cały czas, nie spuszczę cię z oczu nawet na sekundę.
– Nie – mówię coraz ciszej. Mam silne przeczucie, że nie powinniśmy tam wchodzić. Już raz weszłam na arenę z własnej woli, kolejny raz nie dam rady.
– Wyjdziemy na tchórzy – Peeta zdążył się zebrać w sobie. Nie zaciska już tak mocno dłoni, ale robi krok do przodu, pociągając mnie delikatnie za sobą. Z olbrzymim trudem robię krok za nim. I kolejny. I następny. Aż przekraczamy wrota areny.

Delikatny wiatr owiewa moją twarz, a pierwszy rzut oka na miejsce, w którym się znajduję, znów wywołuje u mnie panikę. Staję w miejscu, wymuszając zatrzymanie Peety. Patrzy na mnie z lekko uniesionymi brwiami:
– Tutaj się poparzyłam – odpowiadam mu szeptem, a on przyciąga mnie lekko bliżej, tak, że czuję jego ciepło.

Nasza przewodniczka czuje się tutaj jak ryba w wodzie – prowadzi nas po dobrze znanych jej ścieżkach. Niestety – my znamy je równie dobrze, mijane miejsca przypominają mi twarze i sylwetki poległych trybutów. Nasze splecione dłonie są całkowicie mokre od potu, twarze mamy blade, a mięśnie spętane strachem, który siedzi w nas tak głęboko, że chyba nigdy się go nie pozbędziemy.

Do jaskini zostało zrobione specjalne tylne wejście, umożliwiające zwiedzającym dostanie się do środka bez potrzeby pełzania. Na ziemi nadal widać ślady naszej krwi, jest tu znacznie zimniej niż to zapamiętałam. Mimo ogromnego lęku, staram się zachowywać normalnie. Spoglądam w ciepłe oczy mojego narzeczonego i zastanawiam się przez krótki moment, czy jemu też przypominają się nasze pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk.
– Pokazała nam pani już chyba wszystko, czy teraz możemy wrócić do wyburzania? – Peeta spogląda chłodno na organizatorkę protestu.
– Ale… Nic nie czujecie? Nie macie wspomnień, ciepłych uczuć związanych z tym miejscem? – jest wyraźnie zaskoczona, a w jej głosie słyszę traconą nadzieję.
– Czujemy – odpowiada Peeta spokojnie – obrzydzenie, że ktoś ma ochotę zwiedzać miejsce, w którym tyle wycierpieliśmy.
– Przecież to świątynia waszej miłości – powtarza jak zacięta płyta i tupie nogą na znak protestu.
– Nie dla nas – odpowiadam jej groźnie, chcąc uciąć temat i uciec stąd jak najszybciej.
– Spokojnie kochanie – zwraca się do mnie Peeta i po chwili znów przenosi wzrok na naszą towarzyszkę – mówi pani, że to nasza świątynia, tak?
– Tak – odpowiada mu uszczęśliwiona. W tunelu naszych odmów zobaczyła światełko…
– W takim razie możemy tu zrobić co tylko chcemy? – nie do końca wiem do czego mój narzeczony zmierza, ale ufam mu całkowicie.
– Tak, tak! Możecie tu zamieszkać, wybudować dom, albo czasem bywać i pozwolić ludziom zwiedzać ten teren, Możecie organizować spotkania, albo wiece. Co tylko zechcecie – patrzy tak rozpromienionymi oczami, że na krótki moment robi mi się jej żal. Oddała swój czas i serce sprawie, która jest okropna i której nie chcemy. Niezależnie od jej wyraźnej samolubnej miłości do nas.
– Chcemy to zburzyć i postawić tu pomnik poległym. Na tym skończmy już i chodźmy stąd, bo przemarzliśmy oboje – mówi stanowczo i wychodzi z jaskini na zewnątrz, prowadząc mnie za sobą.

Z opisu Beetee’ego wiemy, że drugie wyjście z areny jest przy Rogu Obfitości, tam też stoją zablokowane maszyny burzące – nogi same nas tam niosą. Koryto rzeki znów jest pełne czystej wody, kątem oka widzę nawet pływające w nim ryby. Przekraczamy linię lasu, jesteśmy na otwartej przestrzeni, tuż przy rogu. I wtedy słyszę ciche brzęczenie. Rozglądam się szybko wokół siebie i widzę, że na policzku Peety siada osa. Wszystko dzieje się jak na zwolnionym filmie – nie zdążam nic powiedzieć, ani zareagować, gdy on – czując łaskotanie i słysząc wibracje pochodzące ze skrzydeł owada, odruchowo podnosi rękę i odtrąca go. Uderzona osa wraca natychmiast i wściekła w sekundzie kąsa go w lewą skroń. Źrenice Peety kurczą się do wielkości łebków od szpilek, on sam zasysa głośno powietrze, zaciska dłoń na mojej w żelaznym uścisku i pada na ziemię. Nieprzytomny.

—-

Ta notka była graniczną podczas przeprowadzki naszego bloga, z tego względu na razie komentarze do niej można przeczytać tu – http://poigrzyskach.blox.pl/2014/07/127-Powrot-na-arene.html#komentarze 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *