128. Wybuch

Witamy serdecznie w nowym miejscu :),
Tradycyjnie – zapraszamy do czytania i komentowania. Następna notka – we wtorek wieczór 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

——

Padam na kolana, cisza wokół aż wibruje… Dotykam spoconego czoła Peety, przesuwam dłoń w kierunku szyi – rozpaczliwie chcę wyczuć na niej puls, chcę mieć pewność, że on żyje. On musi żyć… Po co tu przyszliśmy, trzeba było słuchać przeczuć, które szeptały, że to niebezpieczne, zdradliwe. Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie…
Jest. Jest puls…
Na moment przytomnieję. Coś wyrwało mnie z rozmyślań, z tego dziwnego letargu w przerażeniu i gonitwie myśli. Błysk, który znów następuje. Podnoszę powoli głowę, przede mną stoi jakaś para. Ich fikuśne, kolorowe, lekko przyciasne stroje doskonale odzwierciedlają pochodzenie tych ludzi. Oboje patrzą na nas jak zauroczeni i robią zdjęcia. Jakbyśmy byli eksponatem, albo atrakcją turystyczną. Przenoszę wzrok na naszą przewodniczkę i widzę w jej oczach jakieś dziwne, dla mnie niezrozumiałe zadowolenie. Powinna mi pomóc, powinnyśmy ratować Peetę, który leży bezbronny i nieprzytomny na tej wysuszonej ziemi. Przecież on może umrzeć. A ona patrzy tylko…
– Peeta – szepczę przez łzy, bo właśnie dochodzi do mnie jak duży błąd popełniliśmy. Przyjechaliśmy tu sami – bez ochrony, ani nawet jakiejkolwiek asysty. Zanim uda mi się z kimś porozumieć, poprosić kogoś o wsparcie, miną cenne minuty. Na zebranych tu ludzi nie mam co liczyć – oni traktują wszystko, co się w tej chwili dzieje, jak jakieś fantastyczne doświadczenie.
– Katniss – obracam się przerażona, jeszcze jego tu brakuje. Głos Plutarcha brzmi jakby dochodził z chmur, albo z powietrza wokół. – Katniss, obejrzyj ranę i przede wszystkim wyciągnij żądło, to najpilniejsze. Poduszkowiec już po was leci – jego głos, wyraźnie zdenerwowany, niesie się po całej arenie 74 Głodowych Igrzysk.
– Lekarz – mówię przez zaciśnięte gardło, drążącymi dłońmi usiłuję złapać śliski kolec. Sama mam wrażenie, że ledwie mnie słychać, więc pewnie do Plutarcha i tak nie dociera mój szept.
– Spokojnie, wszystko jest przygotowywane… – a jednak usłyszał. Nie kończy zdania, gdy na ramieniu czuję dotyk czyjejś dłoni. Wzdrygam się i natychmiast gotowa do walki przyjmuję pozycję obronną. Hoult patrzy na mnie zaskoczony.
– Spokojnie, to tylko ja – mówi powoli, jakby bał się, że szybsza wypowiedź wyzwoli we mnie agresję. – Czy mogę go zabrać? – wskazuje głową na Peetę. Ulga sprawia, że nie jestem w stanie nawet odpowiedzieć, kiwam tylko głową. Hoult szybkim ruchem przerzuca sobie Peetę przez ramię i wynosi go z areny, czemu towarzyszy wyraźny jęk zawodu wydawany przez obserwujących nas ludzi.
– Chodźmy stąd – Zack delikatnie łapie mnie za łokieć, pomagając wstać.
– Jak? – patrzę na niego pytająco.
– Kamery – Zack wskazuje ruchem ręki cały teren. – To miejsce nadal jest nadzorowane. Plutarch produkuje tu jakieś dziwne programy. Nigdy ich nie oglądałem – momentalnie zastrzega się. – To on powiadomił pana Beetee’ego, że weszliście na arenę. Na szczęście – wypuszcza powoli powietrze.

Mimo, że Beetee – ja zwykle – wszystko szybko zorganizował, mimo, że tak naprawdę transport nieprzytomnego Peety do Kapitolu zajmuje zaledwie pół godziny, dla mnie trwa to całą wieczność… Lekarze już na nas czekają i przejmują pacjenta. Teraz czekanie pozostaje mnie – nic innego nie mogę już zrobić…

Siedzę pod salą, w której badają Peetę, gdy dołącza do mnie Johanna. Paul pojawia się chwilę później. Znów czekamy. Nienawidzę tych wlokących się niemiłosiernie minut, bezczynności i natłoku myśli… Wreszcie gdy lekarz wychodzi z sali, podrywam się z krzesła z nadzieją, ale już po jednym jego spojrzeniu wiem, że jest bardzo źle.
– Jad rozprzestrzenił się bardzo szybko. Niestety, nie znamy sposobu na skuteczne usunięcie go z organizmu. Pozostaje nam tylko czekać, aż sam sobie z nim poradzi. Na wszelki wypadek podajemy mu duże dawki środków uspakajających, nie chcemy, by męczyły go koszmary – zatrzymuje na chwilę wzrok na mojej twarzy, delikatnie kiwa głową i w końcu odchodzi.

Wchodzimy do sali – blady i pogrążony we śnie Peeta po raz kolejny leży na szpitalnym łóżku. Jego oddech jest spokojny, miarowy, ale gałki oczne bardzo szybko poruszają się pod powiekami. Instynktownie wiem, że nie zwiastuje to niczego dobrego. Powoli do niego podchodzę – tym razem jego dłoń nie jest tak zimna jak ostatnio, choć nie czuję także znanego mi ciepła. Odczuwam nieodpartą potrzebę przytulenia się do niego, przysiadam na skraju łóżka i znów, jak wtedy, ściągam buty. Johanna i Paul wymieniają krótkie spojrzenia i kierują się powoli do wyjścia, gdy do szpitalnej sali wchodzi Hoult. W ręce trzyma przenośny telefon, który stanowi specjalny sposób łączności z prezydentem. Numer pozwalający się z nim połączyć mają tylko wybrane osoby i ma być używany tylko w nagłych przypadkach. Paul wysuwa po niego rękę, ale Hoult go powstrzymuje.
– Z całym szacunkiem Panie Prezydencie, ale burmistrz Abernathy chce rozmawiać z panną Everdeen.
Bez zbędnych formalności przejmuję od niego telefon i ochrypłym głosem witam się z Haymitchem.
– Czy wyście kompletnie zwariowali?! – nasz mentor nie bawi się w zbędne powitania. – Po jaką cholerę – krzyczy coraz bardziej – właziliście na tę cholerną arenę? Co wam strzeliło do łba?
– To Peeta chciał – odpowiadam cicho i momentalnie robi mi się głupio, że całą winę zwalam na niego.
– To trzeba go było powstrzymać – warczy. – Niby dorośli, a dzieci, które trzeba pilnować na okrągło. Lecę do was. A tobie radzę odebrać telefon od teściowej – syczy. – Ale najpierw zobacz jakieś wiadomości, bo nakręcono z wami niezwykle ciekawy materiał – kończy rozmowę.
Spoglądam zaskoczona na Paula i Johannę – Haymitch wrzeszczał tak głośno, że słyszeli wszystko. Widzę rosnącą w ich oczach wściekłość.

Okazało się, że byłam tak zaaferowana tym, co stało się z Peetą, że nie zauważyłam, iż ta dziwna para nie była naszymi „fanami”, tylko pracownikami telewizji. Nakręcili całą relację z wydarzeń, w których wzięliśmy udział i zdążyli kilkakrotnie wyemitować, nim Beetee zdążył to zablokować.

Rozmowa z matką Peety nie należała do przyjemnych, choć ona sama nie krzyczała na mnie. Ale wiem, że każdy, z kim dziś rozmawiam, ma do mnie pretensje o to, że dałam się namówić na wejście na arenę. Że go nie powstrzymałam, że zgodziłam się iść tam bez ochrony. Ale byłam pewna, że nic nam nie grozi, że wszystkie niebezpieczne i zmodyfikowane genetycznie zwierzęta zostały z niej usunięte dawno temu, nim dopuszczono do zwiedzania obiektu. Okazało się, że osy przeniosły swoje gniazdo do dziupli drzewa, a dawno nie widziany błysk flesza aparatu, najprawdopodobniej je wywabił…

Haymitch i Johanna towarzyszą mi, kiedy w mroku wieczoru udajemy się ponownie na arenę. Komunikaty o konieczności natychmiastowego jej opuszczenia podawane są już od jakiegoś czasu. Protestujący stoją jednak zwartym szykiem przed jej wejściem, nadal gotowi bronić tego przeklętego miejsca.
– Strasznie mi przykro z powodu wypadku – zaczyna powoli przywódczyni protestu – ale nie rozumiem pani zdenerwowania, pani Everdeen – mówi wyniośle, najwyraźniej mając do mnie o coś żal. – Przecież pan Mellark był już w czasie Igrzysk pogryziony przez te paskudne owady i nic mu się nie stało. Ta utrata przytomności to pewnie przez upał – mówi z porozumiewawczym uśmiechem.
– O czym ona mówi? – wyrywa mi się.
Mocne szarpnięcie Haymitcha odciąga mnie na bok.
– Oni nic nie wiedzą. Informacja o osaczaniu Peety nie została nigdy podana do publicznej wiadomości. Nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji – mówi cicho wprost do mojego ucha.
– Rozumiem. I nie powinni się dowiedzieć – odpowiadam mu równie cicho. Przez ostatnie kilka miesięcy Peeta nauczył paru rzeczy nie tylko Paula, ale również mnie. Dlatego nabieram powoli powietrza i bardzo spokojnie, choć w środku cała drżę, zaczynam mówić:
– Proszę państwa, mój narzeczony bardzo dużo pracuje, jest przemęczony. Dziś mieliśmy wolny dzień, dlatego postanowiliśmy się z wami spotkać. Niemniej warunki jakie panują na arenie, nie wpłynęły na nas zbyt dobrze. Dlatego Peeta zemdlał – to prawdopodobnie reakcja na to, co działo się w naszym życiu w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Dodatkowo jeszcze ta osa – przywróciła złe wspomnienia. Tak, złe – dodaję w reakcji na zaskoczone miny zebranych wokół mnie ludzi. – Arena to miejsce narodzin i rozkwitu naszej miłości. Ale przede wszystkim to miejsce śmierci dwudziestu dwóch osób, miejsce gdzie cierpieliśmy głód, pragnienie, ból i strach. Dlatego decyzją sprzed roku postanowiliśmy wyburzyć wszystkie areny, włącznie z tą. I z tego względu proszę was – odsuńcie się, pozwólcie nam to bezpiecznie zrobić. Wróćcie do swoich domów, a – przez moment zastanawiam się czy to dobry pomysł, ale wydaje mi się, że Peeta postąpiłby tak samo – a za dwa tygodnie zobaczycie zdjęcia z najważniejszego wydarzenia w naszym dotychczasowym życiu.
– Co masz na myśli? – dochodzi z tłumu.
– Peeta i ja bierzemy ślub, wszystko jest już prawie gotowe. Dodatkowo zaraz po powrocie z podróży poślubnej udzielimy wywiadu telewizyjnego.
– Brawo skarbie – mówi cicho Haymitch, kiedy protestujący powoli opuszczają teren wokół areny.

Niebo przybrało barwę głębokiego granatu, na tle którego migocze milion gwiazd. Ktoś podaje mi małe prostokątne urządzenie z czerwonym guzikiem umieszczonym na środku. Jeszcze raz spoglądam na arenę, która budzi ponownie we mnie masę sprzecznych uczuć. Z jednej strony te ciepłe, jakich doświadczyłam w czasie pobytu z Peetą w jaskini, szczęście kiedy znalazłam go nad strumieniem. Ale i strach o jego życie, kiedy leżał chory, kiedy jego rana otworzyła się po walce z Cato, kiedy dziś padł nieprzytomny na ziemię. Bez mrugnięcia okiem naciskam czerwony przycisk. Po krótkiej chwili ciszy, siła wybuchu sprawia, że cofam się o kilka kroków, a w uszach dzwoni mi nieprzyjemnie. Arena płonie trawiąc nasze złe wspomnienia, dając mi przy tym dziwne uczucie satysfakcji.

Ojciec Peety siedzi na prostym krześle, ściska delikatnie rękę syna.
– Ślicznie powiedziane, dziecko – uśmiecha się do mnie delikatnie, a ja patrzę na niego zaskoczona. Wskazuje brodą telewizor.
– Relacjonowali to na żywo? – pytam go zaskoczona.
– Oczywiście – odpowiada mi przysuwając kolejne siedzisko do łóżka Peety.

Nawet nie wiem kiedy zasypiam. Budzi mnie ciepłe światło dnia i widok pięknych niebieskich oczu wpatrzonych we mnie.

17 myśli na temat “128. Wybuch

  1. Szkoda, że jutro nie ma notki 🙁 mam wtedy urodzinki :3 Mam pytanie: Czy blog z notkami specjalnymi zostaje na bloxie?
    Pozdrawiam i piękna notka 🙂

  2. Och… KOCHAM WAS! Jak dobrze, że Peeta już się obudził! Uwielbiam tę notkę, jak wszystkie poprzednie i nie mogę wprost się doczekać na ślub i podróż poślubną <33

  3. Cudo 🙂 Strasznie sie wzruszyłam. Mam nadzieje że Peecie nic nie będzie. Haymitch dobrze zrobił że ich ochrzanił! Mogli iść z obstawą, to może nic by się nie stało. Cieszę się, Kat wreszcie zaczęła mówić do ludzi i nawet dobrze jej to idzie. Oby Peeta wydobrzał do ślubu….oby ślub się w ogóle odbył. Podsumowując: świetnie napisane, w sumie jak zwykłe 🙂 Czekam z niecierpliwością do wtorku 🙂

  4. NA STOS Z KAPITOLEM! PATELNIAMI ROZGRZANYMI PO TWARZACH!! Ślub za dwa tygodnie <3 o w mordkę <3

    1. Pff… stos to za mało!!! Kasia, chodź nazbierać łykołaku i nałapać os gończych. Upieczemy im coś xX Nie dość że zarobimy za babeczki to jeszcze ich się pozbędziemy. a przed śmiercią będą mieć masakryczne halucynacje jak po osaczeniu *maniakalny śmiech*
      Też się jaram tym ślubem… MUSI BYĆ IDEALNIE <3

  5. kurcze jest problem z dodawaniem komentarzy i już się zdenerwowałam 😀 dobrze, że niebieskie, ale jak mu coś odbije, albo jej nie pozna 😮 martwię się o Peetciorke 🙁 rozdział geniusz, rewelacja! <3 kocham was za niego i nie wiem czy do wtorku wytrzymam 🙁 😛 gratuluję nowej strony, tak się cieszę, że się udało! jest świetna i na pewno będzie nam tu lepiej i wygodniej :* <3

  6. No właśnie czy to już nie za dużo: „Peeta po raz kolejny leży na szpitalnym łóżku” ??? Mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze bo to, że się obudził jeszcze tego nie oznacza…. Puiękna niespodzianka 🙂 strona już zapisana w ulubionych 😀

  7. Dobrze, że Peeta się obudził, ale wy jesteście zdolne do wszystkiego, więc nie wiem czego się mam spodziewać 😀

  8. Super notka tylko zawsze konczycie jak się obudził 🙂 Czekam na następna z nie cierpliwością 😉

  9. Rozdział genialny (jak zawsze), już nie moge się doczekać ślubu ! No i oczywiście świetna jest nowa strona 🙂 Z niecierpliwością czekam na kolejne notki 😉 Tylko czy ”drugi blog” nadal będzie na blox.pl ?

    1. Zuza, zobaczymy jeszcze co z drugim blogiem. Szukam wtyczki, żeby scalić oba blogi w jeden, ale na razie nie mam nic sensownie działającego. Niemniej – wtyczek są tysiące, więc jeszcze jest spora szansa 🙂

  10. Czemu mi się wydaje, że -jak na Was- to wybudzenie poszło zbyt „gładko”? Oby moje przypuszczenia się NIE potwierdziły:-) Bo rozumiecie jest lato, pogoda ładna i trzeba dać sobie odpocząć, a nie ciągle nerwowo myśleć : Co będzie dalej? Co będzie dalej? Co do przenosin- tylko chwalić należy 🙂

  11. Mam nadzieje że to oczy peety, tylko żeby było romantycznie i o ślubie bo nie zniose dłużej ich kłótni i rozłąk. Mam nadzieje na długi i romantyczny rozdział 🙂

  12. Cześć.
    Kochane jestem nowicjuszką na Waszym ZAJEBIASZCZYM blogu. Innego słowa nie znajdę. On jest po prostu ZAJEBIASZCZY!!! Dopiero teraz mogę komentować, bo do tamtej notki komentarze są zamknięte. Czytam ciągle! 😉 Ale i zapraszam do siebie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *