133. Co pamięta Peeta

Witamy w dniu publikacji trailera Kosogłosa,

Miłego czytania i z niecierpliwością czekamy na Wasze komentarze. Następna notka będzie w poniedziałek (chyba, że zdążymy szybciej, to w niedzielę, ale ze względu na nasze imiona, może się to nie udać) 🙂

A & A

—–

– Panno Everdeen, zbliżamy się do lądowania – zwraca się do mnie informacyjnie pilot, a ja czuję, że zaczyna mnie ogarniać jakaś panika. Tak bardzo czekałam na to spotkanie – codziennie, praktycznie od momentu, gdy startujący poduszkowiec zabrał go ode mnie, kładąc się spać, miałam nadzieję, że następnego dnia Peeta poprosi mnie, bym przyjechała. Już wtedy, w tym samym dniu, spakowałam walizkę, która cały czas stała w naszej sypialni, gotowa, bym mogła od razu ją chwycić i wyruszyć w drogę, do niego. A teraz, kiedy już za krótką chwilę, najwyżej za kilka minut, ponownie zobaczę jego twarz, zaczynam się bać. Kilka godzin lotu uświadomiło mi, że nie wiem, jaki jest powód naszego spotkania. Może wcale nie taki, jak sądziłam biegnąc na lądowisko. Haymitch nie wspomniał mi ani słowem o tym, że Peeta obejrzał nagranie z 74 Igrzysk, ani tym bardziej o jego reakcji na to, co zobaczył. Wtedy też nie wyraził zainteresowania rozmową ze mną. Co takiego zobaczył na filmie z Ćwierćwiecza Poskromienia, że nagle zmienił zdanie? I to nie ograniczył się do rozmowy telefonicznej, ale poprosił, bym przyjechała? Ciśnienie mi wzrasta, gdy dociera do mnie, że Peeta od dawna stał na stanowisku, że trudne rozmowy należy przeprowadzać osobiście, a nie przez telefon. Że słuchawka to parawan, który pozwala się ukryć przed emocjami i bardzo często je wypacza, bo nie widać twarzy, a jakość połączeń bywa słaba, zniekształcając głos i kryjące się w nim uczucia. Te wszystkie myśli i pytania krążą mi po głowie, kiedy powoli, z walizką w dłoni, schodzę po malutkich schodkach poduszkowca. Wiatr przynosi znajome zapachy Dwunastego Dystryktu, na krótką chwilę czyniąc mnie szczęśliwą. Tęsknię za tym miejscem – za lasem, naszym domem w Wiosce Zwycięzców, za mamą, za rodzicami i braćmi Peety… i za Peetą. Za jego ciepłem, głosem, zapachem, spokojem…
Znów nachodzą mnie najgorsze myśli, ale ktoś skutecznie wyrywa mnie z zamyślenia:
– Kaaatnisss – jak zawsze przeciąga moje imię, jak zawsze wpada na mnie rozpędzony, niemal mnie przewracając i przytula mnie mocno, z całej siły.
– Peeter – uśmiecham się serdecznie, polubiłam go od pierwszego spotkania i jego też mi bardzo brakuje.
– Jak ty to robisz? – unoszę głowę, próbując popatrzeć nad ramieniem Peetera. Peeta stoi oparty o jedyne rosnące na lądowisku drzewo, o piękną starą jabłoń, która, odkąd pamiętam, rodzi soczyste, słodkie owoce. – Cała moja rodzina, na wieść o tym, że przyjedziesz, popadła w jakiś dziwny rodzaj euforii… – patrzy na mnie z delikatnym, ledwie zauważalnym uśmiechem.
– Masz na myśli coś konkretnego? – mój głos drży, serce chce wyskoczyć mi z piersi, czuję się jak zakochana nastolatka, która doznała zaszczytu rozmowy ze swoim ukochanym.
– W sumie mam – odpowiada Peeta delikatnie przechylając głowę. Znam dobrze ten gest, z reguły robi go, gdy się ze mną droczy, albo ma ochotę na czułości. – Mama nie wychodzi z kuchni, ojciec jej pomaga, Patrick i Amanda siedzą u nas od godziny, a on – wskazuje ręką na Peetera – nie umiał wysiedzieć w miejscu, tak bardzo spieszyło mu się do ciebie. Coś ty zrobiła mojej rodzinie, panno Everdeen? – dziwnie się czuję słysząc w jego ustach swoje nazwisko. Everdeen, żołnierzu Everdeen… Ale tego czasu raczej nie pamięta… Nie jest już przerażonym szesnastolatkiem, który opuszczał kapitoliński szpital trzy miesiące temu. Teraz jest pewny siebie, choć w jego oczach nadal widzę jakieś cienie. Może dlatego chce ze mną porozmawiać, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości?
– Cóż mogę ci powiedzieć – patrzę mu prosto w oczy – pokochałam twoją rodzinę i wydaje mi się, że oni też mnie trochę lubią.
– Trochę? – prycha, opuszcza głowę i kręci nią kilka razy. Gdy powoli ją podnosi, spogląda mi w oczy – dasz się zaprosić na spacer?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Tak bardzo przypomina mi teraz mojego Peetę, że pojawia mi się cień nadziei na odzyskanie go, który ściska mi wzruszeniem gardło. Kiwam potakująco głową, a on każe Peeterowi zanieść moją walizkę do domu i powiedzieć wszystkim, że będziemy za godzinę. Spoglądam na niego zaskoczona.
– Mama się ucieszy, że bezpiecznie wylądowałaś, a przy okazji będzie mieć jeszcze kolejną godzinę na przygotowywanie dla ciebie góry jedzenia – przygląda mi się uważnie. – Faktycznie schudłaś. Choć… – przerywa, jakby uznał, że nie powinien kończyć zdania. Zastanawiam się, czy spróbować go namówić na ciąg dalszy, ale nie chcę naciskać.
Idziemy powoli, ramię w ramię, dobrze znanymi mi, bocznymi ścieżkami. Zastanawiam się w milczeniu skąd on je zna. I nagle do mnie dochodzi- musiał je poznać w czasie swoich wielogodzinnych samotnych wędrówek. Kiedy zbliżamy się do budynku, który Haymitch zbudował dla ofiar górniczych wypadków, Peeta mówi, że musi coś załatwić i prosi, bym moment poczekała. Wchodzi do środka, a ja uśmiecham się na samą myśl, że wypadek na arenie nie zmienił jego charakteru – w tajemnicy przed wszystkimi pomaga jakoś tym biednym ludziom. Wraca do mnie po kilku minutach, wyraźnie z siebie zadowolony i ni stąd, ni zowąd bierze mnie za rękę.
W powietrzu czuć wilgoć, wszystko wokół oblepiają małe kropelki wody – najwyraźniej deszcz dopiero przestał padać. Czuję ciepło jego dłoni, słyszę lekko przyśpieszony spacerem oddech. Rozglądam się zaciekawiona wokół siebie – weszliśmy do sadu, w którym nigdy wcześniej nie byłam. I nagle jego usta stykają się z moimi. Jego dłonie obejmują moją twarz, a przyjemne ciepło w szybkim tempie rozpływa się po moim ciele. Peeta, nie zdejmując dłoni z moich policzków, robi krok naprzód, a ja odruchowo cofam się, napotykając plecami mokrą korę jakiegoś drzewa. Tym razem całuje mnie dłużej, mocniej, a jego ręka sunie wolno po moich plecach, zatrzymując się w talii.
– Nie jestem w stanie przestać o tym myśleć…
– Co masz na myśli? – pytam go szeptem, dostosowując ton.
– Nie pamiętam kompletnie niczego. Obejrzałem nagranie z 74 igrzysk, część z 75 i nic. Nie pamiętam żadnego wydarzenia, które tam było pokazane. Ale co noc, przed zaśnięciem, myślę tylko o twoich ustach. O tym jak… – przełyka głośno ślinę.
– Jak? – szepczę po chwili oczekiwania w napięciu.
– Pocałuj mnie – mówi szybko. Bez zastanowienia zarzucam mu ręce na szyję i przyciskam usta do jego ciepłych warg. Przyciąga mnie mocniej do siebie, obejmuje mnie w pasie, uginam jedną nogę w kolanie i opieram o konar drzewa. Momentalnie przywiera do mnie mocniej, jedną dłoń zsuwa z mojej talii i przenosi pod zgięte kolano. Znany mi ruch wywołuje we mnie natychmiastową, niemal bezwiedną reakcję – zaplatam nogę na jego biodrze, a on delikatnie masuje moje udo. Nasz pocałunek jest coraz bardziej namiętny, nasze języki po raz kolejny rozpoczynają taniec ze sobą, a mnie jest tak dobrze, że nie dopuszczam do siebie innych myśli. Nasze ciała nadal pasują do siebie idealnie, podniecenie rośnie we mnie w niezwykle szybkim tempie. Peeta odrywa usta od moich i zaczyna nimi muskać moją szyję. Odchylam głowę do tyłu, on przywiera do mnie mocniej i nie mam wątpliwości, że w nim podniecenie też buzuje. Delikatnie przygryza płatek mojego ucha, a z mojego gardła wydobywa się cichy jęk… I wtedy, nagle odskakuje ode mnie. Patrzę na niego zaskoczona, próbując skupić wzrok. To, co widzę, chłodzi mnie natychmiast – dziwny wyraz twarzy, oczy rozszerzone, ciemne jak niebo zasnute burzowymi chmurami. Ogarnia mnie przerażenie – jad wymazał mu wspomnienia o nas, ale najwyraźniej zostawił te błyszczące. Choć to prawie niemożliwe, ale kiedyś nie sądziłam, że właśnie on zechce mnie zabić, że zobaczy we mnie zmiecha, więc dobrze wiem, że nie wolno mi nic zakładać.
– Robiliśmy to już wcześniej? – przerywa moje rozterki dziwnym, lekko speszonym głosem, przyglądając się swoim dłoniom.
Unoszę pytająco brwi, a on patrzy na mnie przestraszony. Lekko oddycham z ulgą, nie zobaczył we mnie wroga, ale równocześnie dociera do mnie sedno jego zachowania. Jeszcze tego mi brakuje, żeby bał się fizycznego kontaktu za mną.
– Katniss, ja nie wiem co się dzieje – oddycha szybko, siada na mokrej trawie i chowa twarz w dłonie. Klękam przy nim i czekam. Po chwili unosi głowę, spogląda mi w oczy i mówi:
– Niczego nie pamiętam, niczego. Ale kiedy pocałowałaś mnie tam, w szpitalu, poczułem się pewnie. I trochę dziwnie. Kompletnie tego nie rozumiałem, aż do teraz.
– O czym ty mówisz?
– Posłuchaj – szybko się podnosi i jedną ręką próbuje zetrzeć wodę z całkiem przemoczonych spodni, drugą równocześnie ujmując moją dłoń, po czym kieruje się w stronę domu. – Obudziłem się w szpitalu, ty siedziałaś na krześle obok. W pierwszej chwili byłem niesamowicie szczęśliwy, że mogę na ciebie bezkarnie patrzeć, a ty nie uciekasz, nie chowasz się. To trwało do momentu, gdy odkryłem co straciłem, co mój mózg wyparł. Potem był już tylko strach i niepewność. Jedyna znajoma mi rzecz, choć doszło to do mnie dopiero w domu, to twoje usta. Ich smak, uczucie, jakie wywołał we mnie tamten pocałunek, były takie znajome, takie… moje. Było to bardzo dziwne, bo skąd niby miałbym to znać. Ale teraz wiem, że to tam gdzieś w środku jest. Kiedy tylko wysiadłaś z tego poduszkowca, miałem ochotę cię przytulić, pocałować. Nie mogłem dłużej się powstrzymać, nie myślałem nad tym co robię, nie analizowałem i… – znów milknie.
– I? – nie chcę znów się domyślać, zostawiać niedopowiedzeń.
– I teraz już wiem – kiedy jestem z tobą, kiedy mnie całujesz, czuję się… sobą. Choć przez moment – zatrzymuje się i patrzy mi w oczy. – Rozumiesz o czym mówię?
– Tak – choć pozornie to mało realne, to doskonale wiem co ma na myśli. Ja czułam dokładnie to samo – jakby nic się nie stało, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Jego usta, jego dotyk, reakcja naszych ciał – wszystko było tak, jak przed tą głupią wyprawą na arenę.
– Robiliśmy to już wcześniej? – ponawia pytanie.
– Tak – odpowiadam spokojnie.
– I? – wciąga ze świstem powietrze.
– I zawsze tak to właśnie między nami wyglądało – czuję, że na policzki chyba wypłynął mi rumieniec. Znacznie silniejszy, niżbym sobie życzyła.
– Ale moje ciało, ono… – ponownie urywa, jakby wstydził się tego, co chciał właśnie powiedzieć. Właściwie w obecnej sytuacji to chyba nawet normalne, że tak reaguje – takie wyznanie raczej niełatwo przyjdzie szesnastolatkowi w stosunku do ukochanej…
– Tak? – chcę, by powiedział to na głos, chcę to usłyszeć.
– Katniss – styka swoje czoło z moim i zamyka oczy – ja myślałem tylko o tym, żeby… – wypuszcza powoli powietrze i otwiera oczy, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce widzieć moją reakcję, czy nie. Nie chcę go spłoszyć, czekam patrząc na niego i biorąc go za rękę. Przełyka ślinę i wreszcie wyrzuca z siebie cicho, jakby bał się, że ktoś nas podsłucha:
– Myślałem tylko o tym, żeby kochać się z tobą.
– Ja też miałam na to ochotę – powstrzymuję uśmiech, widząc jego komicznie zszokowaną minę.
– Czy my…?
Kiwam głową.
– Naprawdę? – przed chwilą wydawało mi się, że jego oczy nie mogą się zrobić większe, ale myliłam się. Ponownie przytakuję bezgłośnie.
– Nie żartuj sobie ze mnie – w głosie drga mu coś dziwnego, jakby podrażnione ego zmieszało się z połechtaną dumą. Jakby chciał uwierzyć, ale bał się, że upadek z tej chmurki szczęścia będzie zbyt bolesny.
– Nie żartuję – szepczę mu wprost do ucha, a on delikatnie mnie obejmuje – tylko nie rozumiem, dlaczego wywołało to w tobie taki szok? – patrzy na mnie chwilę, jakby się zastanawiał co ma zrobić. Wreszcie podejmuje decyzję, która bardzo mi się podoba – całuje mnie w usta, najpierw delikatnie, a potem znów coraz bardziej namiętnie, pozwalając mi się cudownie zatracić w tej chwili.

Ciche kaszlnięcie za nami, sprowadza nas trochę brutalnie z naszego mikroświata na ziemię. Obracam głowę w tamtą stronę i widzę ciepło uśmiechniętą matkę Peety, stojącą na progu ich domu.
– No, nareszcie jesteście – zza jej pleców wyłania się Amanda – umieram z głodu.
Oboje z Peetą reagujemy na to śmiechem – „umierająca z głodu” ma w dłoni wypełnionego kremem eklerka. Podchodzę do niej przywitać się, a przez myśl mi przechodzi, że ślicznie wygląda z zaokrąglonym brzuszkiem, ciąża wyraźnie jej służy.

25 myśli na temat “133. Co pamięta Peeta

  1. O jeny jeny . Peeta i Katniss. Ale razem . Wreszcie. Tak jak trzeba. Jezu nie moge sie przestac usmiechac. W imie milosci. ^.^ nie wiem co powiedziec . Jest mi totalnie brak slow. :’)

  2. Widzę, widzę! Szczęście w następnej notce widzę!
    .
    .
    .
    Pewnie się okłamuję, znając nasze Andule. (Ja zua, mówię ‚Andule’)

    1. Zua jesteś, zua… Jako Andule musimy przemyśleć to szczęście w następnej notce. I w następnych 8…

        1. Nie 🙂 Julka (podpisała się Tefaaaal) wie, że ja nie lubię formy imienia Andule. Więc jak mówi do mnie Andule, to ja się zastanawiam, czy w następnych notkach będzie słodko i szczęśliwie 😉

  3. Kocham was 😀 Jedna z moich ulubionych notek <3 Niech w Kapitolu wymysla jakies antidotum czy cos, zeby Peeta sb wszystko przypomnial :c xd

  4. A ja jak rano, to przyszłam rano a tu już notka od 7 ;–; Ja podziwiam wszystkich którzy takim bladym świtem wstają :3
    no… co do rozdziału to bardziej uroczego, słodkiego i podnoszącego na duchu,( jak i dołującego że nadal jestem forever alone ;–; ) nie mogłabym sobie wymarzyć :* Peeta powoli, ale jednak chyba coś sobie tam przypomina. Jest dobrze i ma być tylko lepiej!!! 😀 No! Ostatecznie to Amanda jest w ciąży :3 żeby to był maluch podobny do Peety. Taki Peeta Junior 😀

  5. też taaak chce :3 ten rozdział był taki piękny i… słodki 😀 podoba mi się! jeden z najpiękniejszych rozdziałów <3

    i w końcu wiadomo kto jest w ciąży i cieszy mnie wybór tej osoby 😀 Peeta wujkiem!

  6. Oczywiście, to komputer rozwalił mój poprzedni podpis 🙂 To byłam ja, Mystery_Dreams 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *