134: Śnieżna bitwa (Let it snow)

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w środę – miłej niedzieli.

Pozdrawiamy ciepło,
A. & A.

——-
Delikatne promienie słońca przebijają się powoli, acz uparcie przez moje zamknięte powieki, budząc mnie. Przeciągam się powoli, napełniając płuca powietrzem i od razu się uśmiecham. Otacza mnie delikatny zapach domu – mieszanka woni Dwunastki, świeżo wypranych ubrań i ciasta, które najwyraźniej upiekła mama. Powoli otwieram oczy, mrużąc je od razu, ale pozwalam sobie leżeć jeszcze chwilę w ciepłej i miękkiej pościeli, wracając powoli do rzeczywistości.

Ubrana w dopasowane spodnie i ciepły kremowy golf, wchodzę do kuchni. Shen siedzi za stołem, czytając gazetę. W odpowiedzi na moje „dzień dobry”, unosi wzrok i uśmiecha się do mnie ciepło.
– Wyspałaś się? – w głosie słyszę wyraźne nuty rozbawienia.
– Tak – siadam na drewnianym krześle. Teraz, za dnia, mam czas na rozejrzenie się po nowym mieszkaniu mamy. Malutka kuchnia z najbardziej potrzebnymi sprzętami, w rogu kominek, z którego ciepłem bucha ogień. Dalej, za plecami Shena, jest salon z miękką, wygodną kanapą i niewielkim, niskim stolikiem kawowym. Na postawionej po przeciwnej stronie komodzie stoją zdjęcia naszej rodziny: pamiątka ślubu rodziców, roześmiana Prim, rodzinne zdjęcie znalezione w archiwach fotografa, Peeta i ja, oraz moja mama z Shenem. Dom ma jeszcze dwie sypialnie – główną, którą zajmuje mama wraz z narzeczonym i dodatkową – tę, w której dziś spałam. W pewnej chwili na ramieniu czuję czyjąś dłoń – za mną stoi roześmiana mama. Całuje mnie delikatnie w czoło, a kiedy się nachyla, płatki śniegu, które osiadły na jej włosach, spadają mi na twarz.
– Brrr – reaguję natychmiast, co wywołuje serdeczny śmiech mamy.
– Wyspałaś się? – pyta rozbawiona.
– Tak, już mówiłam. Co was oboje tak bawi? – wodzę wzrokiem od jednego do drugiego. Oczywiście dobrze, że dopisują im humory, ale mam wrażenie, że z jakiegoś powodu to ja jestem ich przyczyną.
– Nic, kochanie – mama ledwie powstrzymuje śmiech. – Chyba za dużo ostatnio pracujesz. Albo za długo rozmawiasz nocą przez telefon – przygląda mi się uważnie. Oczywiście, moje nocne rozmowy z Peetą nie mogły zostać niezauważone przez jego rodziców, a co za tym idzie- informacja o nich dotarła także do mojej mamy.
– Sporo pracuję i sporo rozmawiam – prycham, bo denerwuje mnie jej zachowanie.
– Głodna? – wtrąca się cień adaptacyjny Peety. Chyba zorientował się, że narasta we mnie napięcie i zmienia temat.
– Jak wilk – odpowiadam. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że mój żołądek skręca się z głodu.
– Masz ochotę na śniadanie, czy może raczej… – milknie, a na jego twarzy wykwita promienny uśmiech.
– Czy może raczej co? – coraz bardziej denerwuje mnie ta sytuacja – te uśmiechy, jakieś niedopowiedzenia. Czuję się jakbym znów była w szkole.
– Czy może poczekasz godzinę i zjesz z nami obiad? – odpowiada mama i parska śmiechem.
Natychmiast obracam się i spoglądam na wielki zegar powieszony nad drzwiami kuchni. Jest za dwadzieścia pierwsza. Popołudniu. Podchodzę bliżej, upewniając się, że dobrze widzę. Spałam ponad dwanaście godzin – gdy to do mnie dociera, sama zaczynam się z siebie śmiać.

Gorąca kawa i przepyszna jajecznica, którą specjalnie dla mnie przygotował mój przyszły ojczym, przyjemnie ciążą mi w brzuchu, kiedy szczelnie opatulona długim, ciepłym szalem, zmierzam w stronę Pałacu Sprawiedliwości. Choć nie, to miejsce nie nazywa się już „pałacem”. Chwilę zastanawiam się jak Haymitch kazał na nie mówić i w końcu przypominam sobie – „ratusz”. Znalazł to słowo w jakiejś starej książce, z odkrytej przypadkiem, podczas remontu siedziby burmistrza, biblioteki (wreszcie zgodził się wyasygnować na to środki) i od tej pory zażyczył sobie, by tak mówić. Idę do Haymitcha, by omówić z nim program wizyty Pary Prezydenckiej w Dwunastce. Johanna i Paul postanowili w tym roku przywitać pierwszy dzień nowego roku właśnie tu, w miejscu, które obojgu jest bliskie. Jednak został nam tylko tydzień, a czeka nas sporo przygotowań, dlatego przyjechałam tu wczoraj, żeby wszystko zorganizować. Choć tak naprawdę moja misja tutaj jest o wiele poważniejsza – muszę przekonać Peetę, że w tym czasie musi być z nami. Tylko nie mam pojęcia jak mam to zrobić…  Od czasu gdy opuścił Kapitol i przeniósł się do domu rodziców, nikt, poza jego najbliższymi, nie ma pojęcia, jak poważne są skutki wypadku na starej arenie. Mieszkańcy Dwunastki wiedzą, że jest tutaj, w dystrykcie, ale oni też nie mają do końca świadomości o jego stanie zdrowia. Natomiast gdyby zapytać jakiegokolwiek Kapitolińczyka, czy innego mieszkańca Panem, gdzie aktualnie przebywa Peeta Mellark, odpowiedź byłaby jedna – w Kapitolu. Moje publiczne wystąpienia na żywo zostały ograniczone do niezbędnego minimum (co jest mi bardzo na rękę), więc nikt nie zwraca specjalnej uwagi, że Peeta także nie występuje, a jego przemówienia w telewizji, czy podpisane notki prasowe publikowane przez Pałac Prezydencki, świadczą dobitnie o jego obecności w stolicy. Beetee stanął na wysokości zadania – na podstawie dawnych zdjęć i nagrań Peety, tworzy bardzo przekonujące materiały, na których Peeta mówi o bieżących wydarzeniach. Wychodzi to tak dobrze, że udało nam się nabrać nawet Gale’a. Po emisji pierwszego przygotowanego w ten sposób montażu, mój dawny przyjaciel zadzwonił do mnie i z nieukrywaną radością stwierdził, że z Peetą musi być dużo lepiej, skoro występuje w Kapitol TV. Natomiast obywatele Dwunastego Dystryktu zostali osobiście poproszeni przez Haymitcha i jego rodziców o zachowanie w tajemnicy miejsca pobytu Peety, a oni wszyscy, mając na uwadze jego zasługi, (o których on nadal nie pamięta), przystali na to.

Mijając kolejne pokryte warstwą lepkiego śniegu ulice, pogrążona we własnych myślach, prawie jej nie zauważam. Ivon, pchająca przez sobą granatowy wózek na dużych kołach, musi aż krzyknąć, by zwrócić moją uwagę. Jestem zaskoczona jej wyglądem – jest niewyspana, ale równocześnie wygląda bardzo promiennie. Uśmiecha się ciepło, a mojej uwadze nie umyka to, że jej brzuch po raz kolejny się powiększa. Z ciekawością zaglądam do środka gondoli – chłopczyk, który w swoim czasie wywołał spore zamieszanie, śpi słodko, z paluszkami w buzi. Ubrany jest w śliczny, puchowy kombinezon z szarego futerka, w którym wygląda jak mały króliczek.
– Jak się miewasz? – pytam ją z uśmiechem. Od czasu kiedy ona związała się z Eddym, a Ast z Rose obydwoje wydają się być o wiele szczęśliwsi.
– Dobrze, choć ten maluszek męczy mnie o wiele bardziej – gładzi się po brzuchu, dając tym samym potwierdzenie moim przypuszczeniom. – A ty? Jak się czujesz z tym wszystkim? – świdruje mnie wzrokiem. Najwyraźniej macierzyństwo sporo w niej zmieniło, chyba trochę spoważniała.
– Czasami bywa ciężko – odpowiadam jej szczerze.
– To śmiesznie oglądać Peetę w tym kapitolińskim stroju, stojącego z tobą lub Paulem, a po chwili widzieć go chodzącego, jak gdyby nigdy nic, po dystrykcie.
– Nie mamy innego wyjścia.
– I według mnie i mojego męża – przygląda mi się uważnie, jakby chciała odczytać z mojej twarzy reakcję na to jedno zdanie – dobrze robicie. Nie wszyscy muszą wiedzieć o tym jak źle się to skończyło. My, mieszkańcy dwunastki, tak wiele zawdzięczamy tobie i Peecie, że o cokolwiek poprosicie, zawsze zostanie spełnione.
– Już nie przesadzaj – sama słyszę w swoim głosie zniecierpliwienie. Nie bardzo jest uzasadnione, więc szybko staram się je pokryć – jak twoja mama zareagowała na wnuka i ślub córki?
– Mama ze mną nie rozmawia. I nie chce widywać Sama – Ivon momentalnie poważnieje. – Tak ma na imię nasz synek – uzupełnia w reakcji na moją zaskoczoną minę i dodaje – a to przecież nie jego wina.
– Rozumiem – mogłam się tego spodziewać  – mogę ci jakoś pomóc?
– A wiesz, że możesz – przechyla głowę i uważnie mi się przygląda. – Może ty i Peeta przyszlibyście dziś do nas na kolację? To mogłoby…
– Będziemy o ósmej – nie daję jej dokończyć, doskonale wiem co ma na myśli. Jeśli jej matka zobaczy, że jej przebaczyliśmy, na pewno popatrzy na nią łaskawszym wzrokiem. Mnie przychodzi do głowy jeszcze jeden pomysł, ale na razie nie mówię o nim głośno. Muszę poprosić o pomoc przyszłą teściową i Amandę.

Jestem już bardzo blisko głównego placu dystryktu, kiedy dochodzi mnie śmiech. Ostatnio w Dwunastce słychać go częściej, ale tym razem jest tak wesoły, że nogi same niosą mnie w tamtą stronę.
Gdy dochodzę, widzę regularną bitwę na śnieżki. Peeta, schowany za jakąś deską, mając piekarnię rodziców za plecami, rzuca w Josha i Peetera śnieżnymi kulkami. Oni, pozostawieni na otwartej przestrzeni, mają o wiele gorszą pozycję do obrony, przez co obrywają śniegiem raz po raz. Stoję z boku i przyglądam im się uważnie. Co więcej – nie tylko ja, ale także kilku ludzi z miasteczka również patrzy na to z rozbawieniem. Powoli się schylam, by nie robić zbędnego zamieszania i nadal pozostać niezauważoną. Nieśpiesznie toczę w dłoniach śnieżną kulę, potem kolejną i następną. Kiedy moja amunicja jest już gotowa, Peeter i Josh są totalnie przemoczeni, podczas gdy Peetę dosięgły nie więcej jak dwa, może trzy celne strzały. Podnoszę kulkę, robię zamach i trafiam w ramię Peety – jego zaskoczenie, nawet dezorientacja, daje mi znacznie więcej czasu na kolejny atak niż sądziłam. Chłopcy są szybsi – od razu domyślają się, że chcę im pomóc i podbiegają do mnie. Ja w tym czasie trafiam kilka razy w tułów Peety. Idzie spokojnie w moją stronę – śnieżne kulki rozbijają się o jego ciało, ale on nic sobie z tego nie robi, tylko wciąż sunie pewnie w moją stronę.  Gdy jest już blisko, nagle kończy mi się amunicja. Mogłabym jeszcze zdążyć ulepić jedną kulkę, ale zatracam się w jego oczach. Patrzy na mnie z figlarnym uśmiechem, świdruje mnie oczami, a świat wokół przestaje istnieć. Łapie mnie w ramiona, mocno przytula jednocześnie unosząc delikatnie do góry i nagle, całkiem znienacka… wrzuca mnie w śnieżną zaspę za nami.
– Ładnie to tak? – siada na mnie, niemal uniemożliwiając mi ruch – atakować z zaskoczenia? – widzę, że wolną ręką sięga po śnieg.
– Peeta, nie! – zaczynam krzyczeć, bo doskonale wiem, co ma zamiar zrobić.
Ludzie wokół nas zaczynają się głośno śmiać, kilku krzyczy, wskazując gdzie Peeta powinien mi wrzucić śnieg. Rozpraszają go w ten sposób i ten krótki moment nieuwagi wystarcza mi, żeby złapać garść puchu i rzucić mu w twarz. Miękki biały pył rozsypuje mu się na twarzy, pojedyncze płatki osiadają mu na brwiach i rzęsach, a mój wyczyn powoduje wśród zebranych jeszcze większe rozbawienie.
– Osz ty – mówi Peeta z udawaną złością i wykonuje ręką krótki ruch. Zamykam oczy, wiem co zaraz nastąpi – cały zebrany w jego dłoni śnieg, wyląduje na mojej twarzy. Ale zamiast zimnej wilgoci czuję przyjemne ciepło jego ust. Kiedy kończy mnie całować, otwieram powoli oczy i spoglądam na niego, w błękit jego oczu. Uśmiecha się łagodnie, a zebrani wokół nas ludzie biją brawo.
– Dzień dobry – mówi bezgłośnie.
– Dzień dobry – odpowiadam w ten sam sposób.
Podnosi się powoli, a potem wystawia w moją stronę dłoń, pomagając mi wstać. Przyciąga mnie do siebie, jednocześnie biorąc mnie w ramiona.
– Tęskniłem za tobą – szepcze mi do ucha. – Dlaczego nie powiedziałaś, że przyjedziesz?
– Chciałam ci zrobić niespodziankę – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– I zrobiłaś – kwituje.
Jego kolejne słowa wywołują u mnie szok, pozbawiają możliwości jakiegokolwiek ruchu. Chyba dokładnie o taką reakcję mu chodziło, bo uśmiecha się szerzej i ciągnie mnie w kierunku piekarni.

16 myśli na temat “134: Śnieżna bitwa (Let it snow)

  1. Hahahahaahahahaha wyobrazilam to sobie i chciałabym też się porzucac z nimi sniezkami 😀 Ivon widze nie pauzuje i znowu z brzuszkiem 😀 Ja nadal wytrwale czekam na małą Mellark’ową 😀 Let it snow let it snooooooow!

  2. O jak słodko ♥ W czasie czytania wyobraziłam całą tę sytuację z Katniss i Peetą ♥ Jest tak piękna i urocza.. Fajnie tak czytać, że u nich coraz lepiej. Uwielbiam ten rozdział. Fantastyczny ♥ ♥ ♥

  3. W końcu jakieś miłe chwile do nich przyszły!! Mam nadzieje że nie odejdą tak szybko nich się sobą nacieszą w końcu 🙂 Pięknie 🙂

  4. Skoro Peecie wraca pamiec to chyba szykuje sie notka na zakazanym blogu 😀 moze tym razem bedzie cos zupelnie innego niz dotad. Moze (oczywiscie to tylko pomysl i za zgoda autorek) [ciach by Anna] peeta dostalby moze jakies rady od doswiadczonego patricka albo paula…

    1. Karrbar, wyedytowałam komentarz (i nicka) – bloga czytają nie tylko dorośli i starsze nastolatki, ale także dzieci – stąd moja decyzja.

      1. Jej, moja kuzynka (tez czyta tego bloga) wlamala mi sie do telefonu i wstawila taki komentarz (kompromitujac mnie) -,- Z gory przepraszam za nia i jej wyobraznie. Zaznaczam ze to nie byl komentarz mojego autorstwa tylko jej (juz mi sie przyznala co napisala). Oczywiscie zdaje sobie sprawe, ze tego bloga czytaja dzieci. Jeszcze raz przepraszam 🙂 a notka wspaniala i dziekuje za wykorzystanie pomyslu z tym obrazkiem

  5. Tak, to zdjęcie co było na grupie, idealnie pasuje 😀 Kotna i Peeta <3 Rawww… słodziaki ^.^
    Jeny tak coś mnie naszło… może Josh poszedłby z radami do Peety bo podoba mu się jakaś dziewczyna ^.^ Ahahahah… Mer, niepoprawna romantyczka 😛 No ale by było zabawnie xD
    Ivone zaszalała ^.^ coś mi się wydaje że to będzie dziewczynka… Lub bliźniaki? Byłoby ciekawie, nie powiem 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *