144. Flora

Witamy,

Nieodmiennie cieszymy się z rosnącej liczby komentarzy i czekamy na kolejne 🙂 Następna notka będzie w sobotę.

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

– Zawsze – szepcze, patrząc mi w oczy. Rozpaczliwie chcę wierzyć, że wrócił do mnie, że jest tu ze mną naprawdę, że… Że odzyskał pamięć. Jednak równocześnie boję się w to uwierzyć, boję się, że nastawię się na coś, co znów okaże się marą, niespełnioną nadzieją. Nie mam już siły na kolejną, na życie wciąż pomiędzy radosnym oczekiwaniem, a kolejnym rozczarowaniem. Nigdy nie byłam mocna w słowach, więc nie dziwi mnie, że nie wiem o co zapytać, co powiedzieć.
Mam wrażenie, że czas się zatrzymał, gdy mocne szarpnięcie oddziela nas od siebie. Spoglądam w stronę napastnika i widzę czerwoną ze złości twarz Haymitcha, który trzyma w mocnym uścisku ramię Peety i syczy cicho, przez zaciśnięte zęby, z głową spuszczoną w dół – tak, by nie wyłapały tego rozstawione mikrofony:
– Dostałeś instrukcje, szczegółowe jak cholera. Dlaczego się ich nie trzymasz?
Peeta patrzy na niego uważnie. Kilka razy otwiera usta, ale zaraz je zamyka. Widać sam szuka odpowiednich słów, nawet jemu ich zabrakło.
– Odpowiadaj – warczy cicho Haymitch.
– Nie dajcie się zabić – Peeta ma opanowany głos, jego dłoń nadal trzyma moją, ale uścisk nie jest już tak mocny. Kolana mi się uginają, tego zdania nie mógł usłyszeć na taśmach, to swego rodzaju hasło – klucz, które pozostało między nami. Początkowo oboje traktowaliśmy je jak zbędną radę pijaka, później stało się dla nas ważne. Czuję, że za chwilę nie dam rady utrzymać się na nogach, za chwilę upadnę, ale Peeta reaguje natychmiast. Bierze mnie w ramiona i szybko wynosi ze sceny, a drzwi Pałacu Sprawiedliwości po raz kolejny zamykają się za nami, niemal znów jak pięć lat temu. Na zewnątrz zostają zdezorientowana Effie i blady jak kreda Haymitch.

Peeta sadza mnie delikatnie na jednym z krzeseł, sam kuca przed nim, dzięki czemu twarz ma na podobnej wysokości, jak ja. Patrzę na niego z otwartymi ustami – nie wiem co robić. Setki razy wyobrażałam sobie tę chwilę, układając w myślach różne scenariusze, dialogi, marząc o każdej sekundzie. A teraz czuję się kompletnie bezradna. Podnoszę powoli dłoń, lekko dotykam jego gładkiego policzka, a on od razu wtula twarz w moją rękę. Przymyka oczy… Łzy płyną powoli, niosąc ulgę i dziwną radość. Wszystko, co wydarzyło się przez ostatni rok, w tej jednej krótkiej chwili staje się nieważne. Mam go z powrotem. A przynajmniej w to wierzę.

Drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem i do środka wchodzi Haymitch. Ruchem ręki daje komuś znak, by pozostał na zewnątrz. Podchodzi do nas powoli i nie odrywając wzroku od Peety, zwraca się do mnie:
– Wszystko w porządku, skarbie?
Kiwam tylko głową, gardło wciąż skutecznie ściska mi wzruszenie – nie ma szans, bym wydobyła z siebie jakiekolwiek słowo. Czekam, a właściwie chyba obydwoje czekamy na jakieś potwierdzenie, na jeszcze jeden gest lub słowo, które da nam pewność, że jest tu z nami, że to nie była jakaś chora manipulacja, albo kolejny pojedynczy przebłysk.
Peeta zatapia dłoń we włosach gestem, który świetnie znam, wzdycha ciężko i w końcu cicho pyta:
– Czy mamy jakiekolwiek szanse na to, żeby wyciągnąć Houlta z tego, w co go wpakowałem?
– Boisz się, że cię wyda? – Haymitch chyba nadal nie wierzy w przemianę.
– A kiedykolwiek bałem się odpowiedzialności za swoje czyny? – głos ma smutny, ale spokojny. Wie, że Abernathy ma sporo racji stawiając takie pytanie. – Jeśli to cokolwiek pomoże, to w tej minucie pójdę na najbliższy posterunek i…

Nie daję mu dokończyć, zamiast tego rzucam się na niego i siłą rozpędu powalam na podłogę. Leżę na nim, całuję każdy centymetr jego twarzy, a równocześnie nie umiem powstrzymać szlochu. Słone strumyczki płyną obficie po mojej twarzy, ale żadne z nas nie zwraca na to uwagi. Haymitch siedzi na posadzce obok nas i śmieje się w głos. Po chwili Peeta bierze moją twarz w swoje dłonie, spogląda mi przez chwilę uważnie w oczy i mocno do siebie przyciąga. Słodycz pocałunku miesza się ze słonym posmakiem, a mnie brakuje tchu. Jednak nie chcę tego przerwać, nie chcę stracić tej chwili, na którą czekałam ponad rok.

– Haymitch? – głos pana Mellarka odrywa nas od siebie. Nie podnosząc się z podłogi, odwracamy głowy w jego stronę. W drzwiach stoi kilka osób, uważnie nam się przyglądając. Wszyscy są niezwykle zaskoczeni sceną, której są świadkami, widzę po ich twarzach, że zastanawiają się jak powinni zareagować.
– Co? – Haymitch powoli podnosi się, otrzepuje spodnie, a na twarz ma szczery uśmiech. – Coś się stało, Arturze?
– Co oni wyrabiają? – Effie przez moment uważnie przygląda się swojemu mężowi, jakby zastanawiała się, czy nie postradał zmysłów, a potem przenosi wzrok na nas. Peeta puszcza do mnie oko, całuje mnie jeszcze raz przelotnie i my też powoli wstajemy.
– Nie widzisz kochanie? – zwraca się do niej Haymitch. – Nasze gołąbeczki się całują. Właściwie nie rozumiem, co was tak dziwi, przecież często im się to zdarza. Powiedziałbym nawet, że z reguły ciężko ich od siebie oderwać…
– Wszystko w porządku, córeczko? – zatroskany głos mamy, połączony z wyrazem jej twarzy uświadamia mi, że przecież oni nie mają pojęcia, że Peecie wróciły wspomnienia, że wróciła mu pamięć. Z ich perspektywy do jego ułomności dołącza moje szaleństwo, a Haymitch zamiast wysłać nas oboje do lekarza, jeszcze nam kibicuje…
– W jak najlepszym, mamo – odpowiadam jej i zaczynam znowu łkać, jednocześnie śmiejąc się przy tym od ucha do ucha.
– Peeta? – ton mojej mamy jest chłodny, ale jednocześnie słychać w nim jakiś cień troski o niego.
– Jeśli chodzi o to, jak się czuję, to wszystko ze mną w porządku… mamo – odpowiada  jej Peeta, patrząc na nią szczerze, z lekkim uśmiechem. Mamie nie potrzeba już niczego więcej – jej oczy rozszerzają się, nabiera szybko powietrza, przykrywa dłonią usta i… Nie sądziłam, że jest w stanie tak szybko do niego dobiec, tak mocno go do siebie przytulić.
– Ale jak? – szepcze wciąż go tuląc i drugą ręką przyciągając mnie do siebie. Kątem oka widzę jeszcze jakieś niedowierzanie, niepewność na twarzy jego rodziców. Prawdopodobnie, tak samo jak ja kilka minut temu, boją się uwierzyć w coś, co za chwilę ponownie uleci, zostawiając bolesne rozczarowanie.
– Właściwie… – Peeta na moment milknie i nad czymś się zastanawia – to działo się od pewnego czasu, miewałem jakieś dziwne przebłyski, w głowie pojawiały mi się pojedyncze sceny, które wydawały się być znajome… Jakieś odczucia, które nie miały uzasadnienia w okolicznościach. Ale dziś, od rana, coś było nie tak… – przygląda nam się uważnie. – Trudno w to uwierzyć, ale znów pomogła mi Prim. Jej widok, to, jak szła w stronę sceny, jak poprawiała bluzkę, wkładając ją za pasek spódniczki – to sprawiło, że nagle wszystko wróciło i ponownie poukładało się w mojej głowie. Jakby wszystkie wspomnienia znów znalazły swoje miejsce…

Szloch, który słyszymy chwilę później, uświadamia mi, jak bardzo przez ostatnie miesiące cierpiała jego matka. Podtrzymywana przez równie zapłakanego męża, wyciąga w stronę syna otwarte ramiona.

Siedzę na podłodze, oparta o ścianę. Emocje, które mnie dopadły, sprawiły, że bezpieczniej czuję się siedząc spokojnie, z oparciem za plecami. Patrzę jak Mellarkowie tulą do siebie odzyskanego wreszcie syna – ze wszystkimi jego wspomnieniami, uczuciami – całą przeszłością, dobrą i złą.
– Odzyskałaś go – mama siada koło mnie, układając gładko szarą długą spódnicę i niemal niezauważalnie robiąc to samo z moją sukienką. Nawet nie zauważyłam, że z jednej strony cała się zawinęła.
– I już go nie wypuszczę, nie dam znów mu odejść… – odpowiadam cicho, trochę do niej, a trochę jakby w przestrzeń, zaklinając przyszłość, w nadziei, że mnie posłucha…

Dłonie opieram luźno na barierce białego łóżeczka, patrzę na jej spokojną buzię. Oddech Peety drażni mnie przyjemnie w ucho, kiedy on sam zaplata ręce na mojej talii, przytulając mnie mocno i razem ze mną przypatruje się nowemu pokoleniu Mellarków. Na wstążeczce niesionej przez kosogłosa, pojawiło się wypisane złotymi literami imię „Flora”, bardzo pasujące do naszej przyszłej chrześnicy. Ma blond loczki, charakterystyczne dla Mellarków, które teraz delikatnie mierzwią się na jej malutkiej główce, tłuściutkie rączki zacisnęła w piąstki i spokojnie oddycha, przywodząc na myśl małego aniołka. Jest tak śliczna, tak spokojna w tym szalonym świecie… nie mogę oderwać od niej oczu. Właśnie zasnęła, utulona do snu przez swoją mamę, która – jak mu wszyscy – ledwie była w stanie uwierzyć w wypadki dzisiejszego dnia. Teraz oboje – Amanda i Patrick – czekają na nas w salonie. Chcemy ustalić szczegóły chrztu, który ze względu na Peetę, był już dwukrotnie przekładany (Patrick upierał się przy tym, wciąż wierząc, że jego brat w końcu odzyska pamięć, a z nią nie tylko wspomnienia, ale i swoją osobowość).
– Tyle śmierci było wokół nas… Tylu ludzi zginęło z mojej ręki… – ból w jego głosie jest aż namacalny. On cierpiał nie pamiętając tego wszystkiego, ale nawet nie chcę myśleć, jak olbrzymi ból muszą sprawiać mu teraz te wszystkie odzyskane wspomnienia.
– Ale miewaliśmy też szczęśliwe chwile – znów wilgotnieją mi oczy. – Sam zobacz ile małżeństw zawarto, ile dzieci się urodziło, a dzięki walce, dzięki zmianom, jakie dokonały się po rewolucji, mają zapewnioną bezpieczną przyszłość.
– Masz rację – odpowiada po namyśle – ale dlaczego tyle złego musiało się przy tym wydarzyć?
– Na to chyba nigdy nie poznamy odpowiedzi – odwracam się powoli w jego ramionach, przytulam się mocno do jego piersi. Mam niesamowitą, chwilowo niezaspokojoną potrzebę bycia tak blisko niego, jak to możliwe.
– Powinniśmy tam zejść – szepcze w moje włosy, nie ruszając się jednak przy tym, jakby czekał aż ja podejmę taką decyzję.
– Wiem – wzdycham ciężko. Nie mam na to wcale ochoty, ale zwalniam uścisk i idę powoli w kierunku drzwi. Od razu zrównuje się ze mną, a jego dłonie ponownie mnie oplatają. Sprawia mi to przyjemność i radość, w jego ramionach czuję się bezpiecznie.
– Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? – zatrzymuje mnie, nim przekraczam próg.
– Już ci wybaczyłam – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Przez ostatnie miesiące nie byłeś sobą, teraz nareszcie do mnie wróciłeś. I wiesz… Strasznie za tobą tęskniłam.
– Myślisz, że uda nam się naprawić to, co zepsułem przez ten rok? – nie wiem, czy ogarnął wszystko, co się wydarzyło, ale ma świadomość, że było tego niemało. Na szczęście większość jest odwracalna. Nad resztą będziemy musieli popracować.
– Jeśli tylko będziemy tego wystarczająco mocno chcieć…
– O niczym innym nie marzę – całuje mnie we włosy, a później podnosi prawą dłoń i na niej też składa pocałunek, zatrzymując przez chwilę wzrok na pierścionku.

Data chrzcin zostaje ustalona na początek sierpnia. Do tego czasu musimy pozałatwiać wszystkie pilne sprawy w Kapitolu, jak zgrabnie Peeta określił proces czekający Houlta, a później wrócimy tu na urlop. Choć jego ojciec zażartował, że ciekaw jest, czy Peeta go dostanie, biorąc pod uwagę jego ostatni rok zawodowy. Niezależnie od wszystkiego, to był wspaniały wieczór i tylko Peeter nie wydawał się być uszczęśliwiony faktem, iż jego brat wraca ze mną do Kapitolu i nie będzie już spał z nim w jednym pokoju.
– Fajnie było mieć znów brata dla siebie – stwierdził nagle. Zabolało mnie to stwierdzenie – nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak bardzo nieszczęśliwy może być Peeter. Jego bracia rozwinęli się prawidłowo, podczas gdy on nadal jest dzieckiem, a jego jedynym przyjacielem jest Josh…
– Kto wie, może pewnego dnia zamieszkasz z nami – odpowiedział mu Peeta poważnie, ukradkiem spoglądając na rodziców. – A tymczasem – może dasz się zaprosić na wakacje do Kapitolu?
– Kiedy? – Peeter wydawał się być szczęśliwy , wyjazd na wakacje i to w dodatku do stolicy od razu przypadł mu do gustu.

– Jak załatwimy parę bieżących spraw – wtrąciłam się do rozmowy – to przyślemy po ciebie poduszkowiec, obiecuję – wzięłam go za rękę z uśmiechem.
– Zgoda – aż skakał ze szczęścia.
– Bo od września idziesz do szkoły, kolego – stwierdził z delikatnym naciskiem Peeta. – Ja już nie będę mógł cię uczyć, ale myślę, że uda się to tak ułożyć, byś mógł iść do jednej klasy z Joshem – Haymitch nieznacznie skinął w odpowiedzi głową.

Do Kapitolu wracamy pociągiem, Haymitch też jedzie z nami, bo pojutrze rozpoczyna się kolejna Rada z udziałem wszystkich burmistrzów. Effie, która odprowadza nas na dworzec, podejrzanie milczy, a kiedy pociąg wjeżdża na stację cicho mówi:
– Nie zepsujcie tego, co macie, nie zdajecie sobie sprawy jak wspaniale było patrzeć na was i widzieć w waszych oczach znów tę samą miłość, co kiedyś.
Peeta uśmiecha się blado, delikatnie ją obejmuje, a potem bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę pociągu, pozwalając tym samym małżonkom pożegnać się w samotności.

45 myśli na temat “144. Flora

  1. Mój Boże, jaki piękny :3 Popłakałam się na początku, a potem na końcu. W końcu wrócił Peeta ! Jak tylko zapytał co z Houltem to odrazu było inaczej niż jak zachowywał się przez ostatni rok, pięknie ! Kocham was Anie, nawet nie wiecie jak teraz mam dobry humor, dziękuje 🙂

  2. O mój boże jakie to piękne. Po prostu kolejna notka a ja znowu płaczę. W końcu wrócił Peeta!!!
    Czekam na następną notkę. Mam nadzieję, że równie świetną jak ta. Co ja mówię przecież wszystkie wasze notki są świetne. Czyli nie muszę się martwić.
    To do czwartku.

  3. Aaaa wszystko piękne ! Ale co będzie z tą Kate :/ Czekam na sobotę ,może będę miała wesołe urodziny jak przeczytam :DD Anie my po prostu was kochamy :* Nie wiem czemu,ale Flora mi się ze syrenką kojarzy xdd

  4. Jeeeeeeeeeeeej. Peeta i Katniss! *-* Spaliłabym Kate na stosie i po problemie. Takie tam rozpalili ognisko bo Peeta kocha Katniss i przybiega zła Kate i wpada do ogniska i BUM nie ma Kate. 😉

  5. Swietna notka. Peeta nareszcie odzyskal pamiec 😀 dobrze ze wszystko sie dobrze ulozylo ^^ wiedzialam ze bedzie to dziecko patricka i amandy. Czekam na sobotnia notke 🙂

  6. W końcu Peeta odzyskał pamięć i razem z Katniss są szczęśliwi 😀 już nie będzie trzeba pisać gróźb skierowanych do Peety 😉

  7. Dobra… przy scenie gdzie zaczęli się cał… nieee… raczej pożerać, zaczęłam się śmiać xD Jezu jeszcze wszyscy wleźli tam w tym samym monencie x.x i ta uwaga Haymitcha xD Rypłam… xD jeny jak mi ich brakowało, naszych kochanych „gołąbeczków” mrrr…
    Imie córeczki Patricka i Amandy… Flora, jest cudowne :3 nie wiem czemu ale pierwsze skojarzenie było z bajką Winx xD Ahh… ja i te moje skojarzenia 😀 Nie, dobra pomińmy ten temat…
    Hoult, Hoult, nasz biedny Hoult… Trzymaj się stary! Anny już coś na twój problem poradzą 🙂 No!

      1. Nie czepiajcie sie Flory z Winx, ma jedne z lepszych kostiumow 😉 moje pierwsze skojarzenie bylo jednak z ta mitologiczna Flora 🙂

      1. Winx to taka bajka o grupce czarodziejek- Technie, Bloom, Stelli, Musie, Layli oraz FLORY, które uczą się w magicznej szkole Alfea w wymiarze Magix. Wszystkie dziewczyny polubiły się i stworzyły klub Winx. Razem walczą ze złem.

  8. Witajcie:* Przepraszam, że mnie tak długo nie było;/ Ale już jestem i powiem wam, że to naj dramatyczniejszy rozdział ever. Popłakałam się;_; Błagam tylko nie Haymitch… Ten fragment o wezwaniu Effie na pożegnanie mnie wytracił z równowagi;/ I o osieroceniu Josha i Elizabeth D; Czekam na nexta, ale się boję, że się załamię…;/

    1. To chyba pod Przesłuchaniem miało być 😉 Co do następnej… Cóż, do końca serii jeszcze trochę, dopiero się zaczęła…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *