148. Przesłuchanie

Witamy,
Dziękujemy za komentarze i reakcje – bardzo lubimy je czytać 🙂 życzymy miłego czytania i czekamy na kolejne 🙂
Następna notka – we wtorek.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Peeta obejmuje mnie, zamykając w ramionach. Zapewnia mi w ten sposób poczucie bezpieczeństwa, ale to tylko pozory – instynktownie czuję, że nie o to mu chodzi. Czuję, że mi się wymyka, że żegna się ze mną, by wraz z nimi dać się zamknąć w jakimś więzieniu i czekać na pewny wyrok śmierci.

– Jesteście proszeni o wejście do pałacu – obok nas słychać zaskakująco twardy głos Zacka. Odwracam się powoli w jego stronę i widzę, że na jego twarzy też maluje się przerażenie wywołane aresztowaniem, ale również jakiś dziwny upór, jakieś zdecydowanie, którego się nie spodziewałam.
– Oczywiście, Zack – Peeta zwraca się do niego – zaprowadź Katniss do pałacu, ja muszę jeszcze coś załatwić.
– Nie – ton Zacka jest bardzo stanowczy, wręcz… rozkazujący. Chyba po krótkiej chwili zreflektował się, że to nie do końca było na miejscu, bo dodaje – Peeta, mam wyraźne polecenie eskortować cię do pałacu. Prezydent polecił mi cię nawet obezwładnić, gdybyś stawiał opór – patrzy na niego pewnie, a równocześnie mocno stoi na ziemi, ręce ma opuszczone wzdłuż ciała, ale widzę napięcie mięśni. On naprawdę jest gotów to zrobić, choć nie wątpię, że niesubordynacja wobec ukochanego dowódcy sporo go kosztuje. Peeta przez chwilę patrzy na niego zmrużonymi oczami, ważąc w sobie decyzję o dalszym działaniu. W końcu wypuszcza powoli zatrzymane powietrze i szybkim krokiem idzie w kierunku pałacu, zostawiając nas za sobą.
– Co jest? – pytam Zacka trochę zdezorientowana, zarówno jego postawą, jak i działaniem narzeczonego.
– Prezydent nie życzy sobie zbędnych poświęceń – odpowiada krótko, ręką wskazując mi, bym też ruszyła, a potem słyszę jego szybki krok chrzęszczący na żwirze.

Scena, jakiej jestem świadkiem, kiedy tylko drzwi pałacu zatrzaskują się za mną, wbija mnie w podłogę nie mniej, niż obserwowane przed chwilą aresztowanie. Paul najpierw szarpie się z Peetą a potem wymierza mu celny cios w szczękę. Peeta ma doświadczenie w zapasach, ale Paul jest znacznie szybszy – aż mrugam oczami, żeby upewnić się, czy scena jest prawdziwa.
– Siadaj! – warczy Paul. – Do jasnej cholery, ile jeszcze razy chcesz przez swoją głupotę pakować się w tarapaty? – stoi nad Peetą, który pocierając szczękę, siada na krześle przy małym, okrągłym stoliku, służącym chyba tylko jako podstawka dla bukietu niebiesko – żółtych kwiatów, zajmującego całą szklaną przestrzeń.
– Chciałem to naprawić – syczy Peeta patrząc bykiem na kuzyna.
– Niby jak? – prycha Paul. – Idąc tam? I co powiesz? Proszę ich puścić, to faktycznie Hoult strzelał, a Haymitch i Connor rzeczywiście byli tam obecni, ale tylko, by mi pomóc. A, i jeszcze był tam Paul Mellark, ale prezydenta zostawcie w spokoju. Resztę też puśćcie wolno, tylko mnie aresztujcie! – ostatnie słowa wykrzykuje głośno. – Jesteś skończonym idiotą, jeśli myślisz, że ktoś w to uwierzy. Albo – co gorsza, rzeczywiście ktoś uwierzy i dopiero rozpętasz piekło.
– To co?! Mam niby mam patrzeć, jak ci ludzie idą za mnie przed pluton egzekucyjny? – Peeta podnosi się gwałtownie z krzesła i też wrzeszczy na Paula. Słychać ich chyba w całym pałacu, a nie od dziś wiemy, że ściany mają uszy. Powinnam wkroczyć między nich, ale nie mam pomysłu jak to zrobić – przekrzyczeć ich nie dam rady, oberwać przypadkowo też nie mam ochoty.
– Tak – Paul nie zmienia tonu – i w dodatku masz trzymać język za zębami!
– Po moim trupie! – wrzeszczy mój narzeczony i rusza w kierunku drzwi.
– Ani kroku dalej, Mellark – Johanna mówi spokojnym, opanowanym, całkowicie pozbawionym emocji głosem. Jest tak odmienny od tego, w jaki sposób przed momentem rozmawiali ze sobą Peeta i Paul, że aż zamieram w bezruchu. Peeta też. Przez chwilę stoi, jakby czekał na ciąg dalszy, ale Johanna milczy, więc w końcu odwraca się powoli do niej.
– Teraz – dopiero w tym momencie Johanna kontynuuje – weźmiesz Katniss i pójdziecie oboje do podziemi, do sali, którą niedawno odkryliśmy, gdzie będziecie bacznie obserwować przebieg przesłuchania Haymitcha i Connora. Potem pomyślimy co dalej – kiedy kończy, nie czeka na reakcję, tylko spogląda na męża i wystawia dłoń w jego stronę, a następnie oboje kierują się – prawdopodobnie – do wspomnianej piwnicy. Nie mam ochoty na kłótnię, więc szybko robię to samo – sięgam po dłoń Peety. On waha się przez moment, ale później łączy swoje palce z moimi i razem idziemy za parą prezydencką.

Piwnica na pierwszy rzut oka wygląda tak samo jak wszędzie. Dopiero po lekkim wciśnięciu i przekręceniu przełącznika światła w odwrotnym, niż normalny, kierunku, ściana zastawiona butelkami wina przesuwa się, ukazując wyposażoną salę telewizyjną. Za stołem siedzi Beetee – pogrążony w myślach, nawet nie zauważa naszego przyjścia. Na dużym ekranie, umieszczonym na środku wyłożonej wygłuszającymi płytami ściany, widzę Haymitcha. Siedzi przy prostym, kwadratowym stole, z rękami przykutymi kajdankami do podłokietników krzesła. Rozmawia z jakimś mężczyzną, ubranym w czarny wojskowy mundur.
– Czy był pan na miejscu zbrodni? – pada pytanie, a Haymitch przez ułamek sekundy spogląda na nas. Najwyraźniej przez ten pozornie krótki czas, jaki spędził w sali przesłuchań, zdążył rozpracować kamery. Jestem prawie pewna, że wie, że na niego patrzymy.
– Byłem – odpowiada powoli.
– Kto był z panem? – żołnierz kontynuuje przesłuchanie.
– Panowie Hoult i Connor.
– Kto jeszcze? – dopytuje wojskowy.
– Nikt, tylko my – odpowiada spokojnie Haymitch.
– Nasze źródła donoszą, że było tam pięć osób – przesłuchujący nachyla się nad naszym mentorem. Dłonie, zwinięte w pięści, mocno opiera na blacie, a mnie, z przerażeniem, przychodzi do głowy, że zaraz uderzy Haymitcha, a ten przyjmie cios bez jakiejkolwiek możliwości obrony, bo ręce ma przypięte kajdankami.
– Skoro wasze źródła tak donoszą, to może niech podadzą wam także brakujące nazwiska, bo ja ich nie znam. Nie mam pojęcia kogo zobaczył na miejscu wasz… świadek.
– A może ty mi powiesz kto tam jeszcze był?
– Odpowiedziałem – nikogo innego nie pamiętam. Może twój świadek zobaczył jakiegoś przechodnia, albo doliczył Snowa i jego kumpli. Albo może… rozmnożyliśmy mu się w oczach – Haymitch śmieje się ironicznie, wyraźnie sugerując, że świadek był pijany. Pięści żołnierza mocno uderzają o blat.
– Lepiej sobie przypomnij, bo zeznający jest cholernie wiarygodny. I był trzeźwy.
– Cóż, to ja mam amnezję – Abernathy śmieje mu się prosto w twarz. – To poważny uraz, nie da się, ot tak, przywrócić komuś pamięci – nie wiem, czy nie ulegam złudzeniu, ale chyba szybko, niemal niezauważalnie, mrugnął do nas okiem.
– Tak, jasne. Dlaczego więc zabiliście Snowa? Czy to może też zatarło ci się w pamięci? – mężczyzna siada naprzeciw Haymitcha, uważnie mu się przyglądając. Mam wrażenie, że on też zauważył to przelotne zmrużenie.
– To akurat pamiętam. Bo na to zasłużył – odpowiada Haymitch spokojnie, podkreślając ostatnie słowo. Nie wiem, czy to sensowna linia obrony. Po co się przyznaje?
– Ciekawe. A kto zdecydował, że na to zasłużył? Bo jakoś nie widziałem go przed sądem. A co ze sprawiedliwym wyrokiem? – widać, uznał, że od aresztowanego nie uzyska już informacji na temat pozostałych uczestników tamtego zdarzenia.
– Cóż… – Haymitch zaciąga powietrze – czasami trzeba dokonać wyboru, nieważne jak trudnego.
– Tamten wybór będzie kosztował cię życie. Mam nadzieję, że było warto je poświęcić. I osierocić dwójkę dzieci – odpowiada ironicznie mężczyzna. Widzę, że ostatnie zdanie było celne, Haymitch na moment się garbi, ale gdy tylko do pomieszczenia wchodzi dwóch rosłych, zamaskowanych mężczyzn, prostuje się natychmiast. Gdy, stojąc po obu stronach, odpinają kajdanki z poręcz krzesła, Haymitch bezgłośnie mówi, patrząc w kamerę:
– Dotrzymam obietnicy, Katniss.
Czuję się, jakby ktoś mocno uderzył mnie w brzuch. Cały czas, gdzieś głęboko w sobie, miałam zakorzeniony żal do Haymitcha, że wtedy z areny zabrał mnie, a nie Peetę, choć obiecał mi coś zupełnie innego. Jak widać, teraz postanowił to naprawić. Spoglądam z boku na Peetę – jego spuszczona głowa, zgarbione ramiona, dłonie zatopione we włosach – chyba załamał się, bo właśnie doszło do niego sedno planu Haymitcha, Connora i Houlta. Oni nadal są wierni Kosogłosowi, a to oznacza, że chcą za wszelką cenę utrzymać Peetę przy życiu i nie dopuszczą do postawienia żadnego z Mellarków przed sądem. Nawet jeśli zapłacą za to życiem.

Nie wiem co mam zrobić – żadne słowa pocieszenia nie będą tu na miejscu… Rozglądam się po sali i napotykam baczne spojrzenie Beetee’go. Mimo wszystkiego, co się wydarzyło, próbuję się blado uśmiechnąć. Od zawsze jego obecność dawała mi dziwne, niesprecyzowane poczucie bezpieczeństwa. Ale jego słowa nagle je rozwiewają…
– Początkowo chciałem – mówi powoli – żebyśmy utrzymywali, że to ktoś całkiem inny był na miejscu, że żaden z nich nie brał w tym udziału. I tej linii obrony trzymał się Hoult. Nie mam pojęcia co się zmieniło, czemu postanowili teraz postąpić inaczej. Zniszczyli cały mój plan – teraz nie mamy w ręku żadnych argumentów. Jedyne, co możemy, to stać za nimi murem. I chyba powinniśmy sprowadzić tutaj Effie z Joshem i Elizabeth, żeby mogli się pożegnać. Choć nie wiem, jak dzieci to zniosą. No i pewnie sprowadzimy pozostałe rodziny. A potem zostaje nam czekać na ich egzekucje.
– To… to jedyne możliwe wyjście? – tylko Paul dał radę się odezwać. Ja nie daję rady wydusić słowa, a na dodatek mam wrażenie, że Johanna i Peeta zachowują się dziwnie, jakby wręcz byli nieobecni.
– Pytasz mnie o to, czy to jedyne, co możemy zrobić, czy raczej o to, czy to jedyny możliwy wyrok? – Beetee spogląda uważnie, znad okularów, na prezydenta. Ten nerwowo oblizuje usta, opuszcza głowę i zadaje pytanie, które i mi chodzi po głowie.
– Może ich ułaskawię?
– Możesz, oczywiście. Tylko, że wtedy pewnie zaczniesz kolejną rewolucję, bo Kapitol i nowa 12 ci tego nie wybaczą, to będzie tylko ta iskra, która teraz ich pociągnie do walki. Chyba w obecnej sytuacji państwa nie stać na kolejną bratobójczą wojnę. Przykro mi, ale patrząc na koszty całego społeczeństwa, poświęcenie ich to chyba jedyne możliwe wyjście – odpowiada Beetee swoim spokojnym, wyważonym tonem, który sprawia, że te słowa są jeszcze bardziej tragiczne.
– To stąd nas obserwował?- głos Peety drży. Nie wiem o co pyta i jestem zła, że nie myśli o ludziach, którzy siedzą teraz w więzieniu. Odwracam się, by to skomentować i widzę, że nie patrzy na mnie, tylko na Johannę, która cała skuliła się w sobie. Wygląda na drobną, niewinną, a przede wszystkim – przerażoną.
– Tak… Tak myślę… – wydusza z siebie wreszcie.
– Dlatego… – Peeta nie kończy, ale widzę, że Johanna wie o co chodzi, bo kiwa tylko dwa razy głową. Spoglądam na Beetee’ego, licząc, że może on mi coś wyjaśni, ale zamiast tego on ruchem głowy daje mi znak, bym o nic nie pytała, a głośno mówi:
– Powinniśmy położyć się spać. Myślę, że dobrze będzie jak zostaniecie w pałacu – wskazuje na nas – a jutro… Musimy zacząć działać… – nie kończy, przerywa mu ciche pukanie. Do środka wchodzi Zack, trzymając w dłoni białą, opieczętowaną na czerwono kopertę. Podaje ją Paulowi i wychodzi, a prezydent szybkim ruchem rozrywa papier i wyjmuje białą, zapisaną drobnym maszynopisem kartkę. Przebiega ją szybko oczami, głośno wzdycha, i kładąc ją na stole, informuje nas krótko:
– Proces rusza jutro – wychodzi z piwnicy, a Johanna szybko rusza za nim.

Beetee wstaje i rozkłada ramiona. Po pierwszym szoku wywołanym spostrzeżeniem, że choć przez moment potrafi samodzielnie utrzymać się na nogach, wpadam bez zastanowienia w jego objęcia. On tuli mnie do siebie i szepcze:
– W tym pokoju Snow nadzorował tortury Peety i Johanny. Jestem prawie pewny, że patrzył też jak katowali pozostałych na śmierć, jak choćby Dariusa, o którym kiedyś wspominał Peeta… – najwyraźniej te kilkanaście sekund mocno go wyczerpało, bo szybko mnie puszcza i opada na swój wózek.
– Widzę, że rehabilitacja przynosi efekty? – zagaduje smutno Peeta.
– Jak widać – przytakuje sucho Beetee i również powoli opuszcza piwnicę.

Obejmuję mocno Peetę, a potem długo tulę, by odgonić okrutne wspomnienia i ukoić łzy nas obojga…

26 myśli na temat “148. Przesłuchanie

  1. Czego wy doprowadzacie do załamania nerwowego?! Jeszcze z Zamościa pojadę do Radecznicy bo tam szpital psychiatryczny jest….

  2. „- Tamten wybór będzie kosztował cię życie. Mam nadzieję, że było warto je poświęcić. I osierocić dwójkę dziec.”
    Złamałyście mnie… Do końca notki leciały ze mnie łzy… NIENAWIDZE WAS ZA TO!!! Jak wy tak do cholery możecie zrobić!!! Nieeeeeeeeeeeeee…. Jak on zginie to… Nie… Nikt nie zginie… mogą być nawet wygnani do… nie wiem gdzie, ale mają żyć!!! Kurde… Ja to bym tam wpadła, postrzeliła kogoś, żeby zwrócić na siebie uwage, poczym przyznała się za nich do winy, byleby oni żyli… ;—–;
    A jak narazie, dziękuje za załamanie nerwowe… 🙁

  3. Dziewczyny…… ;-; To jest okropne… Haymich nie…………. ZARAZ ZARAZ! ANIA JEDEN I ANIA DWA! POWIEDZIAŁYŚCIE MI ŻE W TEJ NOTCE NIKOGO NIE ZABIJECIE… CZYLI ŻE PLANUJECIE TO ZROBIĆ? ZABIJJEŻELI NIE URATUJECI HAYMICHA I RESZTY! no cholera!!!!!!!!!!!!!!!!

    1. No, pytałaś chyba, czy w najbliższej notce kogoś zabijemy, to powiedziałam, że nie… A co do reszty – temat na razie się rozwija, jak to często u nas 🙂

  4. Ale jak to ? Haymitch nie może umrzeć, to będzie okropne, musicie coś wymyślić, żeby ich ułaskawić, powiedzieć, że zabili go w obronie własnej czy coś. Ja tak lubie te postacie, popłakałam się na notce, świetna. Pozdrawiam 🙂

  5. Kara śmierci… To jest to, przeciw czemu walczę. No ale skoro w Panem najwyraźniej obowiązuje… To tylko się załamać i płakać. A może by tak znieść karę śmierci? No bo to przecież takie okrutne. Gdyby w Panem zniesiono karę śmierci, niezwykle szybko, Haymitch i reszta by przeżyli. Może posiedzieli by w więzieniu, ale by przeżyli, a z więzienia by się ich jakoś wyciągnęło. No ale dość już moich „wyjść alternatywnych”. Wierni Kosogłosowi, są gotowi zginąć w Jego obronie. Poświęcenie się nagradza. A błędy wybacza. Dlatego ufam, że nie zginą. Przynajmniej nie wszyscy. Dobra, zanudzam Was tym przydługim i dość filozoficznym komentarzem, więc już pora go skończyć.
    Pozdrawiam z kącika płaczu
    Załamana MD

  6. Haymitch nie może umrzeć! Effie się załamie! A Joch?! Elisabeth?! Jezu, nie nie nie!!:( Bez niego to nie będzie to samo. On jest super, rozwesela każdą notkę w której jest. Kto będzie przyłapywał Katniss i Peete w łóżku? ;c Haymitch robił to najlepiej!:P PS. to ostatnia wakacyjna notka:’)

  7. Nie, nie i nie! Ja się kategoryczne nie zgadzam! No weźcie no… ja sie nie zgadzam! Ptzez was nawet sensownego zdania nie umiem napisać!

  8. Jeżeli zabijecie Heymitch’a i resztę Collins Wam tego nie wybaczy ja z resztą też!!
    Tak lubię czytać o miłości Peety i Katniss, a teraz jest tego znacznie mniej niż w pierwszych notkach. Tylko jakieś problemy i spiski. :/
    Pozdrawia zrozpaczona Martyna. :/

  9. Znów zaczyna się akcja, a mi notka bardzo się podobała, wręcz ją „zjadłam”z niecierpliwością czekam na kolejną:) Przez brak internetu i czytanie z telefonu kilku notek nie komentowałam, mi tez brakuje uczucia Peety i Katniss, ostatnie ich namiętności jakoś nie mnie usatysfakcjonowały, chyba mi za mało było 😀 Ale myśle, że jak zostanie posprzątany bałagan Peety to będzie więcej „dobroci” 🙂

  10. o własnie patrze, że nie ma tu mojego komentarza, nie wiem czemu się nie dodał, ale na pewno był bardzo inteligentny 🙁

  11. Proszę nie zabijajcie Haymitcha i innych błagam !! Oni muszą coś wymyśleć !! Kto nas będzie rozśmieszał jak nie Haymitch 🙁 Notka jest super tylko bez tego zabijania 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *