149. Było nas czterech

Witamy ciepło,
Czas mija szybko, wakacje, które nie tak dawno zaczynaliśmy spotkaniem w Krakowie, już dobiegły końca, ale Katniss i Peeta nadal będą u Was gościć 🙂
Czekamy na komentarze, życzymy miłego czytania i informujemy, że następna notka – w czwartek..
Pozdrawiamy,
A & A.

Przestronna sala z trzema rzędami podłużnych, prostych, drewnianych ławek bez oparcia, wypełniona jest po brzegi ludźmi. Wysokie białe ściany bez żadnych ozdób i okien, zwieńczone monumentalnym, zdobionym dziwnymi rzeźbami sufitem, przytłaczają mnie. Siadam na wcześniej przygotowanych dla nas miejscach, tuż za ławą oskarżonych, mocno owijam się skórzaną kurtką taty. Na zewnątrz jest upał, ale tu – na szczęście – jest chłodno, a zapach tej skóry daje mi jakieś poczucie stabilności. Po przeciwnej stronie jakiś mężczyzna ubrany w prosty, czarny garnitur i białą koszulę z wąskim niebieskim krawatem, rozkłada na stole przed sobą jakieś akta. Teczek jest dużo, zaskakująco wręcz dużo, biorąc pod uwagę, że ponoć byli ostrożni, zamaskowani, że wszystko było dobrze zaplanowane. Ta ilość dokumentów zasmuca mnie jeszcze bardziej i widzę, że Johanna reaguje podobnie. Na dodatek obie zastanawiamy się gdzie są Peeta i Paul. Obydwaj wyszli gdzieś z samego rana, nie informując nas o niczym i nadal ich nie ma.

Proces ma zacząć się punktualnie o 11, więc dwie minuty wcześniej wprowadzają ich na salę. Są skuci kajdankami zarówno na rękach, jak i na nogach. Serce mi się łamie na widok ich twarzy, ale jeszcze większy ból sprawia mi rysujący się na nich wyraz. Oni już pogodzili się z wizją śmierci, a przy tym równocześnie są zdeterminowani zabrać określone tajemnice ze sobą do grobu. Skupiona na ich wyprostowanych plecach, nawet nie zauważam, kiedy zjawia się Peeta i siada obok. Ubrany jest w czarny, idealnie dopasowany do jego sylwetki, kombinezon, golf szczelnie opina i niemal całkowicie zakrywa mu szyję. Przez moment na myśl mi przychodzi, że już ubrał się w żałobne barwy, na znak solidarności z naszymi przyjaciółmi, ubranymi w pomarańczowe stroje. Spoglądam na niego z niemym pytaniem, ale nie odpowiada mi, tylko bierze mnie za rękę i delikatnie całuje jej wnętrze. W tym samym momencie na salę wchodzi jakiś mężczyzna. Wszyscy wstają, co jest sygnałem, że to on wyda wyrok.

Prokurator bardzo długo rozprawia o tym, jak Hoult, Connor i Haymitch, pod osłoną nocy, w ciemnej uliczce, w okolicy dobrze znanego miejsca spotkań kapitolińskich obywateli, zaatakowali i zastrzelili syna byłego prezydenta, pana Corionalusa Snowa juniora. O tym, jak nabój został wyjęty z ciała denata, ale po zaskakująco dużych przeszkodach, śledztwo utknęło, a potem zostało zamknięte. Potem informuje wszystkich, że na wyraźne żądanie Zwycięzcy, będącego obecnie w randze doradcy prezydenta, śledztwo w tej sprawie zostało wznowione. Po ponownych testach, baza danych – jakże zaskakująco – wskazała na broń wydaną jednemu z członków bezpośredniej ochrony prezydenta, który już wówczas bez trudu został zidentyfikowany. A równolegle, dzięki ciężkiej, sukcesywnej pracy policji, odnaleziono świadka tej zbrodni. Mężczyznę, który ze względu na pogorszenie się sytuacji finansowej, musiał przeprowadzić się do kamienicy obok tamtej uliczki. I to właśnie on, wracając ze sklepu nocnego z butelką mleka, spostrzegł pięciu zamaskowanych mężczyzn dokonujących okrutnego aktu przemocy.

Pierwsze, co zauważam, to gruby brzuch wystający spod naciągniętej do granic możliwości kolorowej koszuli w delfinki. Do tego wymięte spodnie, spłowiała, wyświecona marynarka i błyszcząca w świetle lamp łysina – tak najkrócej można opisać tego mężczyznę. Podchodzi powoli do stojącej na środku sali barierki, zza której ma odpowiadać na pytania przesłuchujących go ludzi. Ale zanim do niej dociera, zbliża się do kobiety siedzącej na jednej z ławek. Ma bardzo ładną twarz, okoloną kruczoczarnymi włosami, spływającymi delikatnymi falami na plecy i ramiona. Wzrok ma skupiony na mężczyźnie, który właśnie całuje ją w rękę. Obok niej siedzą dwie dziewczynki – jedną rozpoznaję od razu, druga, młodsza, mocno wtula się w ramię – jak się domyślam – matki i jej twarz jest dla mnie niewidoczna. Kate Neve, bo to ona jest tą starszą dziewczynką, z dziwnym wyrazem twarzy spogląda na Peetę i na mnie. Na jej twarzy gości smutek i żal, ale nie podejmuję się zgadywać, czy powodem jest sprawa, w której toczy się proces, czy coś innego. Jestem prawie pewna, że wpatruje się w nasze splecione dłonie…

Przesłuchanie rozpoczyna się…
– Co dokładnie widział pan tamtej nocy? – prokurator, oparty lekko o stół z papierami, zwraca się do mężczyzny w przyciasnej koszuli.
– Szedłem do sklepu po mleko. Na rogu ulic minęło mnie pięciu zamaskowanych, ubranych na czarno mężczyzn. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jacyś nowi strażnicy, szli tak pewnie, wojskowym krokiem. Kiedy zrobiłem zakupy i wracałem do domu, znów ich zobaczyłem. Mijałem taką alejkę, w której znajduje się bu…, znaczy się klub dla bogatych ludzi i kątem oka dostrzegłem, że jeden z nich trzyma w ręku pistolet i mierzy do kogoś. O czymś rozmawiali, ale bardzo cicho, niczego nie mogłem usłyszeć, ale bałem się, że mnie zobaczą, że usłyszą jak idę, więc stałem tylko i czekałem na rozwój wypadków. I w pewnym momencie padł strzał, ale nie strzelił ten co trzymał broń, tylko inny. Wtedy już się nie zastanawiałem, tylko uciekłem bardzo szybko. Bałem się, że i mnie zastrzelą.
– W pełni pana rozumiem – prokurator uśmiecha się z wyrozumiałością, jakby chciał dodać mężczyźnie otuchy. – Czy byłby pan w stanie rozpoznać tamtych  mężczyzn?
– Tak – łysiejący mężczyzna rozgląda się po sali, a Peeta zaczyna kaszleć, jakby się zakrztusił – już to nawet zrobiłem.
– A kiedy pan to zrobił? – dopytuje prokurator.
– Pierwszego z nich, tego co strzelał, rozpoznałem już jakiś czas temu. A tych dwóch pozostałych panów skojarzyłem po zdjęciu w gazecie i od razu zgłosiłem to policjantom.
– Czy jest pan w stanie podać tożsamość dwóch pozostałych mężczyzn?
– Niestety nie – mężczyzna wydaje się być wyraźnie zawiedziony.
– A opisać ich?
– Było ciemno, oni stali najdalej ode mnie… Nie wiem, może jakbym ich zobaczył…
– Oczywiście, dziękuje panu bardzo – uśmiecha się ciepło prokurator, a Peeta krztusi się coraz bardziej. – Nie mam więcej pytań.
Wynajęty przez nas adwokat powoli wstaje, ukradkiem spoglądając na kaszlącego Peetę, gdy ja po cichu sugeruję narzeczonemu, żeby wyszedł z sali. Prawnik podchodzi powoli do przesłuchiwanego mężczyzny, chwilę mu się przygląda, a w końcu zaczyna go pytać.
– Proszę mi powiedzieć, od jak dawna mieszka pan w obecnym mieszkaniu?
– Jakiś rok – odpowiada tamten.
– A dlaczego musiał pan tam zamieszkać?
– Czy to ma związek ze sprawą? – przerywa prokurator, ale adwokat przenosi tylko wzrok na sędziego, lekko kiwając głową. Ten również potakuje, zezwalając na kontynuację wątku. Na twarzy świadka widzimy wyraźną niechęć, ale po chwili odpowiada:
– Po tym jak Paul Mellark, obecny prezydent, zmienił zasady dystrybucji produktów z Trzeciego i Czwartego dystryktu, moja firma splajtowała. Z powodu braku pieniędzy, musiałem się przenieść do tej nory.
– Rozumiem – odpowiada adwokat, podnosząc lekko głos, bo kaszel Peety staje się coraz bardziej denerwujący i głośny. – A czy nie jest to przypadkiem taka pana forma odwetu na prezydencie? Oskarżenie o zbrodnię osób blisko z nim związanych?
– No wie pan! Ja tu pod przysięgą zeznaję! – zarzeka się mężczyzna, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Peety, który przyciągnął uwagę wszystkich na sali. – Naprawdę ich rozpoznałem.
– Od kiedy pan nie pije? – pytanie jest szybkie i wytrąca świadka z równowagi.
– Od pół roku nie miałem alkoholu w ustach – odpowiada poirytowany i ponownie spogląda na Peetę. Ja też na niego patrzę, to, co się z nim dzieje jest wybitnie nienormalne. Mam nadzieję, że za chwilę sędzia każe mu wyjść na korytarz, bo mnie nie chce słuchać.
– I jest pan absolutnie pewien, że tych trzech mężczyzn było tam wtedy? Sam pan zeznał, że byli zamaskowani, a mimo to jakimś cudem ich pan poznaje? Nie jest może tak, że znał ich pan z prasy i telewizji i po prostu przeniósł pan ich wizerunek na tamtych mężczyzn, którzy faktycznie są odpowiedzialni za tamtą zbrodnię?
– Nie – odpowiada twardo mężczyzna – po strzale ściągnęli kominiarki i wtedy zapamiętałem ich twarze – już nie patrzy na adwokata, tylko cały czas na Peetę. Widzę, jak Haymitch powoli się odwraca, jak mruży oczy i wściekłość przechodzi przez jego twarz. Dopiero wtedy dochodzi do mnie, co właśnie robi Peeta. O sekundę za późno. A właściwie o minutę, albo więcej. Przesłuchiwany mężczyzna szeroko otwiera oczy, łapie szybko powietrze, przez co przypomina rybę wyrzuconą na brzeg, a potem macha ręką na prokuratora. Kiedy tamten do niego podchodzi, w skupieniu szepcze mu coś na ucho.

Kolejne minuty biegną bardzo szybko. Prokurator głośno dopytuje, czy mężczyzna jest pewien tego, co właśnie mu powiedział. Paul, z wściekłością wymalowaną na twarzy i zaciśniętą szczęką, milczy i patrzy przed siebie. Haymitch znów obraca się do nas i cicho syczy:
– Wypieprzaj stąd. Ale już.
Peeta nie odpowiada, tylko patrzy poważnie na niego. Connor i Hoult, którzy też na chwilę odwrócili się do tyłu, są zszokowani. Już wiedzą w jaki sposób Peeta postanowił im przeszkodzić w poświęceniu się za niego.
Kątem oka widzę, jak prokurator podchodzi do sędziego i rozmawia z nim krótko. Wreszcie sędzia zwraca się do świadka:
– Czy jest pan absolutnie pewien tego, co pan mówi? Nie chcę pana straszyć, ale jeśli się pan myli, konsekwencje mogą być nie do przewidzenia.
– Tak – odpowiada tamten stanowczo. – Cały czas wiedziałem, czułem, że skądś znam tamtego mężczyznę, ale dopiero teraz to do mnie dotarło. Proszę Wysokiego Sądu, jestem absolutnie pewien, że mężczyzną, który mierzył z broni do Snowa, był Peeta Mellark. On nawet był ubrany tak jak dzisiaj – dopowiada już szeptem, zagłuszanym przez wrzawę na sali.

Dwóch policjantów podchodzi do Peety, zapinają na jego wystawionych w ich stronę nadgarstkach kajdanki. Sędzia z niedowierzaniem spogląda na mojego ukochanego, kiedy pyta:
– Panie Mellark, czy to prawda? Czy kiedykolwiek mierzył pan do Snowa z broni?
– Tak – odpowiada pewnie Peeta. – Tamtej nocy ten gnój dostał to, na co zasłużył. Ale – spogląda na świadka – coś pan źle policzył. Było nas tam czterech, nie pięciu.
Mężczyzna mu nie odpowiada. Drzwi zamykają się za Peetą, kiedy inni policjanci wyprowadzają go z sali, wraz z resztą oskarżonych.
– Uparty gówniarz, zabiję go – klnie pod nosem Haymitch, mijając mnie.

21 myśli na temat “149. Było nas czterech

  1. Rozdział rozbrajający. Czekałam, czekałam i wreszcie! Ostatnie zdanie Haymitcha bardzo dobrane i wyszukane 🙂 „Uparty gówniarz, zabiję go” poprawa humoru pod koniec szkolnego dnia gwarantowana 🙂
    Mnie jednak dalej intryguje wątek Kate… Wydaje mi się, że Kate Snow (Neve? Ups, przepraszam.) skomplikuje sprawy Katniss i Peety. Ostatnio wróciłam do wielu starych notek, w tym do tej primaaprilisowej „Prezent urodzinowy dla Peety”. Przypomnę, że w notce wyżej wymienionej Katniss ma 30 lat i drugą ciążę. Do głównej bohaterki przychodzi Josh Abernathy z problem, który wywołał na uczelni im. Primrose Everdeen. Przytoczę kilka cytatów z wypowiedzi Josha: „Na jednych z pierwszych zajęć pewna profesorka zapytała o to, czy ktoś wie, dlaczego powołano ten Uniwersytet i czemu nosi imię Primrose. Jedna z dziewczyn, której zresztą strasznie nie lubię, powiedziała, że to kaprys prezydenta.” „Pani profesor natychmiast skontrowała, że zdałem egzamin tak samo jak tamta dziewczyna. Z tą różnicą, że ja za pierwszym razem, a ona za czwartym… A potem dodała coś jeszcze – że powinna się wyrażać o parze prezydenckiej z większym szacunkiem, bo gdyby nie ich decyzja sprzed kilku lat, to pewnie nie siedziałaby w ławie uniwersytetu, tylko za sprawą poczynań dziadka zginęłaby na arenie. Ta dziewczyna to wnuczka Snowa, ciociu…”
    Czyżby szykowały się problemy? Kate + Haymitch na głowie Peety jak pięknie 🙂 Liczę na odpowiedź co do moich podejrzeń na temat Kate.
    ~Igrająca

    1. hmm… z tym że ta notka to był tylko na prima aprilis i Anie już dawno napisały że to nie będzie zakończenie bloga i wszystko może sie potoczyć zupełnie inaczej…

  2. Trzasnę mu przez ten pusty łeb tefalem jak Boga kocham! No czy on rozum stracił?! Agrh! I jeszcze się idiota,celowo tak ubrał,no nie mam słów….Mam nadzieję,że go jakoś z tego wydostaniecie dziewczyny….Ale ogólnie notka fajna 🙂 Czekam z niecierpliwością na następną 🙂

  3. Nie wiem co powiedzieć, musicie ich jakoś z tego wyciągnąć, bo ja zwariuje ! Moi ulubienie bohaterowie nie mogą iść do więzienia, dziewczyny błagam, musicie ich jakoś z tego wyciągnąć. Notka cała świetna jak zawsze, nie wiem jak dotrwam do czwartku w tej niewiedzy. Pozdrawiam 🙂

  4. Japierdole… Nie dość że sam się pogrążył to jeszcze ich dobił ;—; W 100% zgadzam się z Haymitchem… Jak on do jasnej cholery mógł to zrobić!!! Nosz… nie.. spokój… wdech i wydech i znowu wdech i znou wydech…
    Po pierwsze dobrze że przynajmniej nie powiedział o Paul’u…
    Po drugie-Kate… Ta postać od początku mnie intrygowała… Ona jest niczym jej dziadek… Udaje miłą ale tak na prawde jest zwykłą ku… perfidnym kłamcą i manipulantem…
    Po trzecie, ten ich „świadek” Czy tylko mnie wydaje się że może on być wynajęty przez Kate czy jej matke? No co?! Was by nie zastanawiało gdzie wasz mąż/ojciec się podziewa? Pewnie same tam polazły i teraz nie chcą się przyznać bo boją się zemsty zwycięzców :3
    Po czwarte… Ciekawe co stanie się z Peetą, Connorem, Haymitchem i Houltem… Jezu… Nie rozwiałyście moich wątpliwości czy wysnuwać teorii spiskowych… nawet wręcz przeciwnie! Coraz więcej tego!!! Nie moge się doczekać kolejnej notki :O Mam nadzieje że wszystko się tam wyjaśni…
    ps. Może Kate, w geście desperackiej nieodwzajemnionej miłości do Peety przyzna się do winy? kto to wie… Chyba tylko nasze kochane Anny 😀

  5. O mój Boże niiiiiieeeeeeeeeeeeee 🙁 Błagam tylko niech ich oszczędzą 🙁 Co za głupek z Peety po co on się narażał 🙁

  6. I tak czeka go śmierć drogi Haymitchu wiec Twoja groźba jest bez sensu…. uparty osiolek z tego mojego Peety… zobaczymy jaki go teraz los czeka… biedna Katniss znowu sama…

  7. Ugghhh dziewczyny zróbcie coś, żeby wszyscy przeżyli! BŁAGAM!! Ja bez nich też umrę, moje życie straci sens. Nie będzie już o czym czytać bo przecież kto będzie wchodził Katniss i Peecie do sypialni jak się kochają JAK NIE HAYMITCH? Kto będzie bronił Katniss i Peetę JAK NIE HOULT? U kogo innego w ramionach Katniss znajdzie bezpieczeństwo i miłość JAK NIE U PEETY? No i jest jeszcze Connor nie znam go dobrze, ale chciał oddać życie za Peetę czyli jego życie jest dużo warte. 😀 Przestanę Was kochać jak ich uśmiercicie.
    Notka rewelacja jak zawsze (tylko znowu trochę, za krótka jak na 3 DNI CZEKANIA)!! 😀

  8. Smutam. Nie ma to jak wrócić po ciężkim dniu nareszcie do domu (szkoła, paskudny plan lekcji, o którym właśnie się dowiedziałam, neurolog, kilka innych spraw), przypomnieć sobie, że chyba miała być notka jakoś dzisiaj, konkretnie wieczorem i zastać na Blogu… TO. Już sam tytuł mnie rozbroił. Zastanawiałam się jeszcze tylko – Peeta czy Paul… Nie, to bezsens, na pewno Peeta. Czekam z utęsknieniem na koniec serii…
    Pozdrawiam
    Zmęczona, konająca, padająca z nóg i zasypiająca na stojąco MD

  9. a ja mam takie głupie wrażenie, że Kate wyciągnie z tego Peete bo czemu nie? kocha go, a to o jej ojca chodzi 😛 no zobaczymy co Anie wymyślą bo przecież ich nie uśmiercą! mam przynajmniej taką nadzieję… Peeta gamoń 🙁 wzruszył mnie ten rozdział i zdenerwował też 😛 czekam z niecierpliwością na kolejny!

  10. a no i te delfiny… wesoły akcent w smutnej notce 🙂 bardzo rozbrajający akcent xD Josh to taki trochę Kapitolończyk 9czy jak to tam napisać) co nie? xD

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *