151. Pożegnanie

Witamy wszystkich ciepło 🙂
Dziękujemy za komentarze, czekamy na kolejne i życzymy miłego czytania. Następna notka – we wtorek.
Pozdrawiamy,
A & A

Gorąca woda delikatnie pieści moją skórę, jej strumień sprawia, że moje zmęczone wielogodzinną naradą ciało, powoli się odpręża, choć notuję to bardziej przy okazji. Myśli wciąż mam zajęte czymś zupełnie innym…
Wychodzę spod prysznica, osuszam ciało miękkim ręcznikiem i powoli, powolutku wcieram w nie balsam pachnący czekoladą. To, co robię, jest pomysłem podrzuconym przez Johannę, w czasie naszej nocnej narady. Muszę zrobić wszystko, by nasze pożegnanie było jak najbardziej prawdziwe i piękne. By pamiętał…

Niemal dziewczęca sukienka w kolorze zachodzącego słońca delikatnie otula moje prawie nagie ciało. Sandałki na niewysokim obcasie dopełniają całości… Najchętniej znów wskoczyłabym w spodnie i kurtkę, ale to zepsułoby wszystko. Szybko suszę włosy i splatam je w prosty warkocz – to wywalczyłam, bo Johanna chciała, bym je rozpuściła. Ale mimo wszystko muszę pozostać sobą, choć trochę, inaczej mi nie uwierzy. Spoglądam po raz ostatni w lustro i jestem zadowolona z efektu. Tak, tak Peeta powinien mnie zapamiętać, by nasze ostatnie spotkanie ma mu się kojarzyć z zapachem czekolady i jego ulubionym kolorem.

Czeka na mnie w przestronnej sali. Kiedy wchodzę do środka, powoli podnosi głowę. Zgarbione plecy, opuszczone ramiona, przekrwione oczy mówią mi więcej, niż on sam by chciał. Widzę, że trudno mu z tym wszystkim, co się wokół dzieje, że trudno mu żegnać się ze mną na zawsze. Stojąc jeszcze przy drzwiach, przełykam ślinę i wbijam w dłonie paznokcie, by powstrzymać się przed pokazaniem emocji. Muszę być dzielna i nie wolno mi pokazać po sobie tego, co myślę i czuję.
– Pięknie wyglądasz – bierze mnie za rękę, gdy podchodzę do niego, przyciąga mnie do siebie i sadza sobie na kolanach. – I pięknie pachniesz – słyszę jak wciąga powietrze, całując równocześnie moje odsłonięte ramię.
– Chciałam, byś taką mnie zapamiętał – odpowiadam cicho, całując go delikatnie w czoło.
Peeta natychmiast sztywnieje, podnosi głowę i zaskoczony spogląda na mnie.
– O czym…
– Peeta – wtrącam się. Boję się, że gdy zacznie zadawać pytania, uda mu się wyciągnąć ze mnie wszystko, czego wcale nie chcę mu powiedzieć. Dlaczego to wszystko jest takie trudne… W nocy wydawało się łatwiejsze…
– Myślałam dużo, właściwie całą dzisiejszą noc myślałam o tym, co zrobiłeś. I co dalej robisz. I teraz już wiem, zresztą to Gale pomógł mi wszystko zrozumieć – wiem już, że nie mogłeś postąpić inaczej. Ale chcę, żebyś pamiętał o jednym – zrobię wszystko, absolutnie wszystko, żeby być przy tobie w chwili śmierci. I nigdy cię nie zapomnę. Bardzo cię kocham i nigdy nie przestanę – spoglądam mu w oczy. Maluje się w nich niedowierzanie, jakaś dziwna niepewność, jakby nie wiedział jak ma interpretować moje słowa. I na czym się skupić… Powoli dochodzi do siebie i wreszcie słyszę:
– Obydwoje wiemy, że wyrok w naszej sprawie już zapadł. Obydwoje też mamy świadomość, że żywy z tego nie wyjdę. Ale… mam do ciebie jedną prośbę – mruga szybko oczami i ucieka na chwilę wzrokiem w górę, jakby chciał ukryć, powstrzymać łzy, które już zebrały się mu się pod powiekami.
– Kiedy mnie już nie będzie, zaopiekuj się, proszę, moją rodziną, pomóż im przez to przejść…
Zwariował, ciekawe jak on to sobie wyobraża – w jaki sposób miałabym im pomóc? Ja bym tylko im o wszystkim przypominała. Zdziwiłabym się nawet, gdyby mnie nie obwiniali. O ile już mnie nie obwiniają – nie miałam odwagi zadzwonić do nich, a oni też nie dzwonili od aresztowania…
– I… – znów zawiesza głos, a ja mam ochotę zamknąć mu usta pocałunkiem. Nie chcę słyszeć, co jeszcze wymyślił… – i, bardzo cię proszę, nie noś długo żałoby po mnie. Zwiąż się z kimś, bądź szczęśliwa.
Żadna sztuczka, której nas uczyli, nie pomaga. Łzy toczą mi się po policzkach, nawet nie próbuję ich już powstrzymać. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Wiedziałam, że ta chwila będzie trudna dla nas obojga, ale tego nie przewidziałam. Cholera, nie dam rady…
– Peeta – szepczę ledwo słyszalnym głosem. Uspokajam oddech, żeby zmniejszyć żal i ból, jakie mnie w tej chwili wypełniają, odbierając mi jasność myślenia. – Ja nigdy, przenigdy, nie będę z nikim poza tobą. Kocham tylko ciebie i jedyną osobą, z którą mogę być, jesteś ty.
– Katniss – bierze w dłonie moją mokrą twarz. Dłonie ma, jak zawsze, ciepłe, delikatne, jakby pod tym względem nic się nie zmieniło. – Katniss, proszę…
– Nie – odpowiadam zaskakująco twardo. – Nie, Peeta.

Widzę, że chce mnie jeszcze przekonywać, ale czas przeznaczony dla nas szybko się kończy. Drzwi sali otwierają się z cichym skrzypnięciem i dołączają do nas pozostali. Po Haymitchu widać, że bardzo źle zniósł rozmowę z Effie – jasno obrazują to jego mocno zaczerwienione oczy i opuszczone ramiona. Oboje podjęli decyzję, że dzieci nie są gotowe na takie spotkanie, że mogą tego nie znieść, że nie dadzą rady im tego wytłumaczyć.

Siadamy wszyscy przy jednym stoliku. Po chwili ciszy, łapię utkwione we mnie spojrzenie adwokata, co przywołuje mnie do rzeczywistości.
– Panno Everdeen – zaczyna powoli – jest pani pewna, że chce pani uczestniczyć w tej rozmowie? – spogląda na mnie znad okularów.
– Jestem – odpowiadam spokojnie. Staram się, by mój głos brzmiał pewnie, ale stres i cała sytuacji przytłaczają mnie. W końcu przestaję walczyć z drżącymi rękami i poddaję się.
– Dobrze – kontynuuje – panowie, możemy mieć prawie absolutną pewność, że wyrok zapadnie na dzisiejszej rozprawie. Pan prezydent, na panów specjalne życzenie i z moją niechętną, ale jednak aprobatą przyznał, że jego angażowanie się w tę sprawę jest zbędne. Będzie wraz z małżonką obecny na sali rozpraw, ale obiecał nie zabierać głosu. Według istniejącego prawa, jeśli dziś zapadnie wyrok, egzekucja zostanie wykonana o świcie. Panów wojskowe przeszkolenie i stopnie, jakie w czasie rewolucji Kosogłosa panowie uzyskali, obligują do egzekucji wojskowej. Co za tym idzie, zostaną panowie postawieni przed plutonem egzekucyjnym – spogląda uważnie na nasze twarze, machinalnie robię to samo. Wszyscy czterej, mimo tego, że spodziewali się takiego obrotu spraw wydają się być przytłoczeni tą informacją. Pierwszy dochodzi do siebie Haymitch, jego zamglony na chwilę wzrok, jakby przytomnieje, a w głosie słychać pewność:
– Kiedy tutaj szliśmy, powiedział pan, że ma pan dla nas dwie wiadomości. To była pierwsza, czekamy na drugą – w tej właśnie chwili dochodzi do mnie paradoks całej sytuacji. Rozmawiają o swojej śmierci w pełni pogodzeni z sytuacją. Nie walczą, nie szukają rozwiązań, czekają na nią – jakże odmiennie od czasów rewolucji, gdy czyhała na każdym kroku, a wszyscy byliśmy zdeterminowani przeżyć.
– Dostałem dziś rano spis osób, które zgłosiły się do plutonu egzekucyjnego. Lista nie jest długa, ale jedno nazwisko powinno państwa zaciekawić
– Mianowicie? – Peeta odzywa się po raz pierwszy, jego spokojny głos jest tak różny, od tego, jakim rozmawiał ze mną.
– Zack Karel – coś to panom mówi? – dłoń Peety zaciska się nagle na moim kolanie. Wiem, że w ten sposób odreagowuje to, co usłyszał, bo i mnie mrozi ta informacja
– Nie zgadzam się – Hoult reaguje natychmiast – nie może pan do tego dopuścić – kontynuuje, podnosząc głos.
– Wiem i już został usunięty z listy. Na szczęście to było łatwe – nie jest wojskowym, a istnieje przepis, że w plutonie egzekucyjnym mogą być tylko wojskowi. Niemniej… Panie Mellark, wiem, że to trudne, ale ten chłopak jest dla pana gotów na każde głupstwo. On zamierzał… Wydawało mu się, że jeśli strzeli wystarczająco szybko do kogoś z plutonu, to przerwą egzekucję, a to da wam czas na ucieczkę, lub inny ratunek. To raczej mało realne, a przy okazji sam też by zginął. Jeśli da pan radę – proszę z nim porozmawiać. Mnie nie słucha, co więcej – nawet groźba zwolnienia ze służby u prezydenta, którą zastosował pana kuzyn, chyba nie uświadomiła mu do końca powagi sytuacji… – przerywa na chwilę. Peeta zastanawia się nad czymś, nie odzywa się, więc mężczyzna kontynuuje:
– Dobrze, tymczasem panowie, pora się przygotować. Samochód, który zawiezie panów do sądu, będzie zaraz gotowy, a panna Everdeen i ja dojdziemy tam pieszo.

Bierze w rękę czarną, skórzaną aktówkę, coś w niej jeszcze sprawdza przed wyjściem i kiedy już zamierzam wyjść, kiedy Peeta ostatni raz całuje mnie w usta, adwokat mówi coś, co na zawsze pozostanie w mojej pamięci:

– Panowie, nie daliście mi za dużego pola manewru w waszej obronie. Przyznanie się do winy praktycznie zamknęło wszystkie możliwości i kruczki prawne, jakie mogłem wykorzystać. Jednak… Mimo wszystko nie zamierzam się poddać – wyrok jeszcze nie zapadł, możecie jeszcze próbować się bronić, a ja z całego serca obiecuję, że zrobię wszystko, by wam w tym pomóc.
– Ale my nie zamierzamy – przerywa mu Haymitch, ściskając jego dłoń. – Wiele miesięcy temu podjęliśmy bardzo określone ryzyko i każdy z nas miał świadomość, czym to grozi. Kiedy okazało się, że jednak nie byliśmy tak ostrożni, jak sądziliśmy, przemyśleliśmy wszystkie możliwości i podjęliśmy jedną, wspólną decyzję. Chcieliśmy bronić jednego idioty, który zrobił wszystko, by się nam to nie udało i dopiął swego. Ale cóż – to była jego decyzja, a ja, jako jego mentor, mogę mieć tylko żal do siebie, że za mało go nauczyłem, że nie pokazałem mu, jak cenne jest życie i że jeśli ktoś się dla ciebie poświęca, to należy to docenić i uznać, a nie ginąć razem z nim. Teraz, w chwili śmierci, będzie mieć przed oczami swoją piękną narzeczoną – zerka na mnie i, zaskakująco, lekko się uśmiecha. – Pięknie wyglądasz, skarbie – podchodzi powoli do mnie i mocno mnie przytula. – To był zaszczyt… Bycie twoim mentorem to był prawdziwy zaszczyt – całuje mnie w czoło i chce odejść, ale ja mocno przywieram do niego.
– Byłeś dla mnie jak ojciec – łzy znów płyną z moich oczu, a Haymitch ociera je szybko kciukiem.
– Nie czas na to, skarbie – w jego głosie wyraźnie słychać wzruszenie, widać moje słowa zrobiły na nim wrażenie. – Chcę zapamiętać cię uśmiechniętą. Albo choćby poważną, albo nawet obrażoną na cały świat, ale nie płaczącą.

Przytulam jeszcze raz każdego z nich, na ustach Peety składam przelotny pocałunek, a on mocno mnie od siebie przygarnia.
– Katniss – szepcze – proszę…
– Nie, Peeta – mówię stanowczo – nie proś o to więcej.

Kiedy wychodzimy na zalaną słońcem ulicę, dochodzi do mnie, jak wiele kosztowały mnie ostatnie minuty. Idziemy powoli uliczką w kierunku wejścia do sądu, a ja w końcu mam czas zadać to najważniejsze w dniu dzisiejszym pytanie:
– Udało się? – spoglądam niepewnie w stronę adwokata, w uszach słysząc jak wali mi serce w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Tak – odpowiada krótko, jakby wiedział, że to muszę najpierw usłyszeć, a po chwili dodaje – Trzynastka jest gotowa na przyjęcie gościa, choć pani burmistrz nie była zachwycona, ale niewiele mogła zrobić w obecnej sytuacji. Będzie dobrze, panno Everdeen. Poradzi sobie pani, jestem tego pewien.
– Oby – mówię tylko, bo pod budynkiem sądu już czekają dziennikarze.

18 myśli na temat “151. Pożegnanie

  1. Płaczę jak bóbr. Wiem, że oni przeżyją – inaczej kontynuowanie bloga chyba miałoby mały sens – ale nie potrafię przestać płakać. To jest takie smutne. I takie piękne zarazem. Potraficie grać na emocjach… Nie mogę doczekać się piątku. Chcę, żeby ta seria jak najszybciej się skończyła! :'(
    Załamana MD pozdrawia Bezlitosne Anie :'(

  2. Nie, nie, nie… Wy wiecie jak mnie złamać ;—; Czemu, czemu, CZEMU! To pożegnanie :'( wy to chcecie żebym z załamaniem nerwowym wylądowała w psychiatryku ;—; No wiem, wiem… Nie zmienicie Epilogu. Peeta i Kotna będą razem, ale to takie smutne :'(

    Trzynastka chyba już na zawsze pozostanie dystryktem dla zbiegów czyż nie? 🙂
    Co nie zmienia faktu że rycze jak bóbr 🙁

  3. co??? już nic nie rozumiem 🙁 już nic nie wiem 🙁 mam się teraz cieszyć czy płakać??? jeju chyba kocham ten rozdział… jest przepiękny! taki poruszający… teraz nie wiem jak tu czekać na kolejny rozdział, bo ten zakończyłyście wielką niewiadomą, bo właściwie co wymyślił Gale i czemu Kat się w takim razie z nimi żegnała?? żądam natychmiastowych odpowiedzi!

  4. Mam chore wrażenie, że Wy znowu chcecie wymazać mu pamięć. Bo te niektóre fragmety na to wskazują. Bo przecież jak umrze to nie będzie pamiętał. Ale jak zniszczycie wspomnienia to nie będzie pamiętał o Katniss, o spotkaniu. Zresztą to nie miało by sensu. Nie wiem. Naprawdę nie wiem, ale proszę aby wtorkowa notka była długa i wyjaśniła wszystkie wątpliwości. Kocham Waszego bloga. Z każdym rozdziałem rozwija się cudowną historia. Dziękuje, że piszecie to opowiadanie. Serio, wielkie dzięki.
    Buziaki. Jula..<3

  5. O mamuniu! Ale się pozmieniało.. Pamiętam jak zakończyłam czytać książkę i poczułam ogromny niedosyt. Znalazłam wówczas tego (wcześniej o innym adresie) bloga, który moją ciekawość zaspokoił;) Pierwsze (wtedy jeszcze 60) postów przeczytałam jednym tchem… Później, po setnym poście, niestety musiałam zrobić mały „odwyk” – brak czasu:( Teraz po kilku miesiącach wracam tam, a właściwie tutaj- i takie zmiany:)
    Teraz muszę zabrać się za siebie i nadrobić zaległości;) Mam nadzieję, że kolejne posty są równie wciągające jak poprzednie:)

    Pozdrawiam serdecznie i niewątpliwie – do ponownego zobaczenia w komentarzach:)
    nadziewiatympietrze.blogspot.com

  6. O jejku dlaczego oni musieli się pożegnać ;( I Peeta z tymi swoimi pomysłami ;/ Jak może o nim zapomnieć Katniss nie rozumiem :/

Odpowiedz na „Mystery_DreamsAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *