152. Bart Mullvaden

Witamy,
Dziękujemy za komentarze i prosimy o kolejne – one nas motywują niemało do dalszego pisania 🙂
Następna notka – w piątek.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Na salę wchodzi wysoki, lekko szpakowaty mężczyzna w czarnej todze, łańcuch na jego piersi symbolizuje władzę, jaką posiada. Omiata przelotnym wzrokiem salę, ale tak naprawdę chyba na nikogo nie patrzy. Podchodzi do stołu sędziowskiego i powoli siada na wysokim, obitym bordowym aksamitem, krześle. Na sali panuje cisza, ale sędzia i tak uderza drewnianym młotkiem w podstawkę, rozpoczynając rozprawę.
– Proszę oskarżonych o powstanie – mówi pewnym i stanowczym głosem, a czterej mężczyźni, odgrodzeni od pozostałych zebranych w sali rozpraw drewnianą barierką, zgodnie, niemal równocześnie wstają. – Ogłaszam wyrok… – sędzia zawiesza na chwilę głos, a ja zamykam oczy. Boję się, tak bardzo się boję, że nam się nie udało…
– Sąd uznaje oskarżonych winnych popełnienia przestępstwa…

Czuję się, jakbym cofnęła się w czasie, jakbym znów przeżywała wydarzenia ostatniej godziny…
Ledwo udało nam się wraz z adwokatem przecisnąć przez tłum dziennikarzy zebranych pod budynkiem. Kilka kroków od wejścia, kątem oka, zauważyłam Effie, która też próbowała się przepchnąć przez zbitych ludzi. Na szczęście jej twarz – wbrew pozorom – nie jest tak silnie kojarzona przez pismaków z brukowców, jak moja, więc poza trudnościami z przejściem, nie była przynajmniej atakowana przez nich pytaniami i aparatami fotograficznymi. Wyciągam rękę i mocnym szarpnięciem przyciągam ją do nas. Ma podkrążone i przekrwione oczy, pewnie żegnając się z Haymitchem też wylała niemało łez.
– Wiesz, co on mi powiedział? – mówi do mnie konspiracyjnym szeptem. Pewnie w normalnej sytuacji słyszałabym ją bez trudu, ale w tym harmidrze mam spore trudności, by zrozumieć, co do mnie mówi. W końcu domyślam się i kręcę przecząco głową, a ona znów nachyla się do mnie i tym samym tonem, z jakąś nutką oburzenia, szepcze:
– Kazał mi znaleźć sobie nowego męża, rozumiesz? – odsuwa się i patrzy na mnie z uniesionymi brwiami.
– Zmówili się chyba – stwierdzam. – Peeta powiedział mi to samo.
Effie prycha, a drzwi sądu zamykają się za nami. Idziemy obok siebie w milczeniu, słychać tylko głośny stukot szpilek Effie i wtórujący im znacznie ciszej stukot moich obcasów na kamiennej posadzce. Wchodzimy na salę rozpraw, ale dzisiaj siadamy gdzie indziej. Tym razem będziemy mieć sędziego naprzeciw siebie. Jesteśmy same – Paul i Johanna postanowili wziąć udział w oficjalnej uroczystości w Trzecim Dystrykcie, aby – ze względu na powiązania rodzinne – uniknąć ewentualnych podejrzeń, co do manipulacji przy wyroku.

Czekamy. Wprowadzają ich po dłuższej chwili, podobnie jak wcześniej skutych, w tych samych pomarańczowych kombinezonach. Mam tylko wrażenie, jakby zapadli się w sobie, jakby świadomość końca zmieniła ich postawy. Czuję jak drobna dłoń malutkiej Effie zaciska się na mojej – chyba nie ma nawet świadomości, że to robi, a ja nie mam serca powiedzieć jej, że zaczyna mnie boleć. Nie wiedziałam nawet, że ma tyle siły… Czuję czyjeś spojrzenie i kiedy podnoszę głowę widzę zaskoczenie Peety – musiał być pewien, że będę siedzieć blisko niego, ale jest inaczej…

Na salę rozpraw wchodzi sędzia, a za nim pełnomocnicy obu stron. Szybkie mrugnięcie okiem adwokata w naszą stronę sprawia, że obydwie na krótki moment oddychamy z ulgą. Udało się – sędzia wyraził zgodę na przesłuchanie jeszcze jednego świadka, choć nie musiał tego robić, bo teoretycznie postępowanie zostało zamknięte. Ale zgodził się, a teraz cała nadzieja w tych zeznaniach.
– Bardzo proszę o uwagę – sędzia szybko zaprowadza spokój na sali, a ja za plecami znów słyszę znienawidzony dźwięk migawek aparatów. – Ze względu na ujawnione przed momentem okoliczności, wyłączam jawność rozprawy – ton mężczyzny jest bardzo stanowczy, ale oświadczenie – tak różne od dotychczasowego przebiegu, sprawia, że na kilka sekund milkną wszyscy, a potem natychmiast podnosi się wrzawa ze strony reporterów. Nie dziwi mnie to – ich redakcje prawdopodobnie w każdej minucie czekają na ogłoszenie wyroku. Szczególnie popołudniówki liczyły pewnie na szybkie zamknięcie i publikację tego jeszcze dziś…
Po szybkiej interwencji ochrony sądu sala pustoszeje. Zostaje tylko sędzia, prokurator, adwokat i oskarżeni. Oraz my i pani Neve z córkami.
– W dniu dzisiejszym obrońca oskarżonych zgłosił świadka obrony. Co prawda zrobił to bardzo późno, ale po konsultacji z prokuratorem, dopuściłem dowód z jego zeznań – adwokat tłumaczył mi już, że to taka forma informowania przez sędziego, ale nadal dziwnie się czuję, bo nie opuszcza mnie wrażenie, że nie wiem, do kogo on się zwraca. Do oskarżonych, do nas, czy do rodziny Snowa…
– Panie mecenasie, proszę zaczynać – zwraca się w stronę naszego adwokata. Ten wstaje, krótko odchrząkuje i prosi o wprowadzenie do środka Barta Mullvadena.

To dość niski, szczupły mężczyzna. Ubrany jest na czarno, w przylegającą do ciała koszulkę z krótkimi rękawami i luźne spodnie. Do tego ma krótko przystrzyżone czarne włosy. Wygląda na silnego i wysportowanego. I choć większość świadków występuje w garniturach, lub choćby marynarkach, to on chyba nie wyglądałby w takim stroju naturalnie. Gdzieś w głębi budzi mi się wspomnienie Paula w takim samym stroju. Choć różni ich wzrost i kolor włosów, wyglądał… zaskakująco podobnie. Jakby mieli coś wspólnego. Choć wiem, że nie mają…
– Proszę się przedstawić.
– Bart Mullvaden – głos ma pewny, niski.
– Panie Mullvaden, proszę powiedzieć kim pan jest z… – adwokat przez moment zastanawia się – z zawodu? – kontynuuje gładko kończąc pytanie.
– Nim na to odpowiem, chcę mieć absolutną pewność, że nasza umowa jest aktualna – wyraźnie zwraca się do adwokata, ale patrzy na sędziego. Jakby miał świadomość, że tylko jego decyzja ma tu znaczenie.
– Jak najbardziej – sędzia potwierdza bez wahania – otrzymuje pan status świadka koronnego i tuż po złożeniu przez pana zeznań, zostanie pan przewieziony w wybrane przez siebie miejsce, gdzie zamieszka pan pod zmienionym nazwiskiem.
– Dziękuję – odpowiada świadek. – Jestem jedną z osób z listy płac nieżyjącego prezydenta Snowa, a później – jego syna.
– Rozumiem. Proszę wyjaśnić czym dokładnie się pan zajmował, jakiego rodzaju usługi świadczył pan obu panom Snow?
– To, co umiem najlepiej – odpowiada kąśliwie świadek.
– To znaczy? – adwokat nie daje za wygraną.
– Jestem zawodowym zabójcą – na sali panuje cisza od wprowadzenie świadka, ale mam wrażenie, że teraz jest jeszcze większa. Jakby nikt nie śmiał się poruszyć. Widzę tylko, że Peeta, Hoult, Connor i Haymitch wyprostowali się na swoich miejscach i wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. A pani Neve i Kate cicho wzdychają, zakrywając sobie usta dłońmi. Nie dziwię im się – podejrzewam, że nie posiadały takiej wiedzy…
– Czy może nam pan opowiedzieć o ostatnim zleceniu, jakie otrzymał pan od Snowa Juniora?
– Moim ostatnim wykonanym zleceniem było postrzelenie Peety Mellarka. Zresztą nawet nie do końca opłaconym. Część wynagrodzenia straciłem za karę, za postrzelenie tej małej z Jedenastce. Nie dostałem nic z drugiej transzy, bo zleceniodawca był na mnie za to wściekły. I potem przez jakiś czas nie dawał mi żadnych zleceń.
– Powiedział pan, że „przez jakiś czas”. Czy możemy rozumieć, że później się to zmieniło?
– Tak. Byliśmy po wstępnych rozmowach, ale zapłacić miał mi dopiero dzień po tym, jak go zabito. Byliśmy umówieni w małej kawiarni w okolicach centrum. Wtedy – jak zawsze – miałem dostać zaliczkę, a po wykonaniu roboty resztę.
– Co pan zrobił, jak dowiedział się, że on nie żyje? – dopytuje nasz adwokat.
– Spanikowałem – odpowiada bez zastanowienia Mullvaden. – Dla mnie komunikat był jasny – jeśli kogoś zabijają w ciemnej uliczce, jednym strzałem w głowę, to z reguły znaczy tylko jedno. Ktoś wiedział, co on planuje i postanowił temu zapobiec.
– Co pan zrobił potem? – wtrąca się nagle prokurator. Sędzia wykonuje jakiś ruch ręką, który chyba jest jakimś upomnieniem, ale adwokat nie reaguje, wręcz zachęca świadka do odpowiedzi.
– Wyjechałem natychmiast. Nawet nie wracałem do domu po rzeczy, tylko ruszyłem z tym, co miałem na sobie i z paroma groszami w kieszeni, pojechałem do Piątki.
– Dlaczego akurat tam? – drąży adwokat.
– Bo tylko na taką podróż starczyło mi pieniędzy – odpowiada Bart, wzruszając ramionami. Jego proste odpowiedzi są niesamowicie wiarygodne, a przy tym kompletnie nie wyglądają na wyuczone…
– Kogo miało dotyczyć zlecenie – adwokat wraca do tematu – za które miał pan otrzymać zaliczkę tamtego dnia w kawiarni?
Mullvaden powoli odwraca się, spogląda na mnie uważnie i lekko mruży oczy. Wreszcie znów zwraca się do sędziego i spokojnie odpowiada.
– Miałem dostać zaliczkę za zabicie Katniss Everdeen.
Cicha jest aż namacalna, słyszę bicie własnego serca i mam wrażenie, że wszyscy je słyszą. Czuję na sobie spojrzenia wszystkich, także Peety, ale nie chcę na niego patrzeć, nie teraz. Wpatruję się, jak zahipnotyzowana, w plecy Barta, kiedy pada kolejne pytanie, znów ze strony prokuratora.
– Jak pan sądzi, panie Mullvaden, czy pan Mellark i pozostali oskarżeni mogli dowiedzieć się o tym, co planuje Snow Junior?
– Myślę, że tak – zapytany przerywa na chwilę, jakby zastawiał się nad czymś – ten idiota omawiał ze mną wstępne szczegóły w domu pani prezydent Paylor, a z tego, co mi wiadomo, mogło to w prosty sposób przeniknąć do panny Everdeen i jej narzeczonego.
– Co ma pan na myśli?
– Już wtedy podejrzewałem, że pani Paylor zbyt łatwo wprowadza w różne pomysły swojego narzeczonego, który jest znany z przyjaźni z panną Everdeen… i panem Mellarkiem – cała sympatia, jaką udało mu się we mnie wzbudzić, pierzchła momentalnie. Jakimś cudem nawet gdy mówił o postrzeleniu Peety, jeszcze byłam tak szczęśliwa, że tu jest, że reszta nie miała dla mnie znaczenia. Ale to krótkie, jakże wymowne zawieszenie głosu, wyrwało mnie z jakiegoś letargu.
– Ale na potwierdzenie tego nie mamy żadnych dowodów, to tylko pana domysły, prawda? – oponuje prokurator.
– Tak się akurat składa – przerywa mu gestem dłoni mecenas – że mamy.
Podchodzi do swojej aktówki i wyjmuje z niej dwie zapisane kartki.
– Mam tu odręcznie spisane zeznania pana Hawthorne’a i pani Paylor, potwierdzające, że Snow Junior wspominał byłej pani prezydent o swoich planach. I choć ona ich nie popierała, uważając za zbyt ryzykowne, to dotarły one do pana Hawthorne’a inną drogą, a on rzeczywiście przekazał te informacje panu Mellarkowi.
– No dobrze – prokurator nie daje łatwo za wygraną. – A jak znalazł się pan ponownie znalazł w Kapitolu?
Bart krótko się śmieje i odpowiada:
– Burmistrz Ósemki mnie odnalazł i… grzecznie poprosił o złożenie zeznań.
Po tym oświadczeniu następuje chwila ciszy, aż przerywa ją sędzia:
– Czy mają panowie jeszcze jakieś pytania? – obaj przesłuchujący świadka mężczyźni kręcą przecząco głowami.
– Dobrze, więc ja mam jeszcze jedno pytanie – sędzia uważnie przygląda się świadkowi. – Czy wszystko, co pan powiedział, było prawdą?
– Tak – odpowiada Mullvaden stojąc mocno na nogach i prostując plecy.
– Rozumiem – sędzia kiwa głową – nim uruchomię całą procedurę przesiedlenia i ukrycia pana, potrzebuję jeszcze jednej rzeczy. Musi się pan zobowiązać, że dostarczy nam pan listę wszystkich osób, za których śmiercią pan stoi, a także listę zleceniodawców.
– Proszę o białą kartkę – odpowiada spokojnie Bart. Domyślam się, że te warunki zostały ustalone wcześniej, bo nie czuł się w żaden sposób zaskoczony oczekiwaniami. Sędzia kiwa głową, kiedy dwóch mężczyzn wyprowadza świadka bocznym wyjściem.

Gdy drzwi zamykają się, sędzia spogląda na oskarżonych, unosi pytająco brwi i głośno zadaje pytanie:
– Panie Mellark, czy był pan świadomy zagrożenia życia swojej narzeczonej, panny Everdeen?
– Tak, wysoki sądzie – odpowiada Peeta, wstając.
– Panie Haymitch, w jakim celu pan i pan Connor poszliście razem z panem Mellarkiem pod tamten klub?
– Aby zapewnić mu bezpieczeństwo i asystę w czasie wykonywania wyroku – odpowiada pewnie Haymitch, również wstając.
– A kto wydał wyrok? – wydawało mi się, że sprawy idą w dobrym kierunku, ale słyszę, że sędzia jest zirytowany i znów wpadam w jakiś rodzaj paniki, że wszystko poszło na marne, że się nie uda.
– Była to decyzja najwyższego rangą Dowódcy w całym Panem – wtrąca się Connor. – Jak wiadomo, jest ona jednoznaczna z wyrokiem.
– Mówi pan o?
– O dowódcy naczelnym Mellarku – dopowiada Hoult wstając jako ostatni.
– Dlaczego to pan pociągnął za spust? – sędzia postanowił dokładnie poznać wszystkie okoliczności, które dotąd zgodnie ukrywali.
– To był mój obowiązek, jako żołnierza dowódcy Mellarka – nie słyszałam Houlta przez całą rozprawę i chyba w ogóle niewiele mówił, bo głos ma bardzo chropawy, ale mimo to pewny.
– I było panów czterech?
Żaden z nich nie odpowiada, widzę tylko, że Haymitch skinął głową. Dzięki temu nie skłamał, choć sędzia domyśla się, że nadal coś ukrywają. Kręci głową i w końcu zadaje kolejne, równie celne pytanie:
– Szybki sąd wojskowy w obronie narzeczonej? – jest bardzo poważny…
– Nie, wysoki sądzie. W obronie Kosogłosa – odpowiada Haymitch patrząc w oczy sędziemu.

Wspomnienie tych słów Haymitcha wyrywa mnie z wspomnień, nagle dochodzi do mnie, że sędzia coś mówi, że odczytuje wyrok i dopiero po chwili dochodzi do mnie znaczenie jego słów:
– Sąd odstępuje od wymierzenia kary, powołując się na obronę konieczną, w tym wypadku obronę Kosogłosa, symbolu wolnego państwa Panem. Osobiście napiszę do prezydenta Mellarka wniosek o ułaskawienie panów. Zamykam rozprawę.

Mężczyzna w wojskowym mundurze podchodzi do ławy oskarżonych, zdejmuje kajdanki każdemu z nich, a później staje naprzeciw nich na baczność, unosi prawą dłoń do góry i salutuje im. Peeta  odpowiada na ten gest, po czym spogląda na mnie. Słowa przychodzą same, choć nie wypowiadam ich na głos, tylko poruszam ustami:
– Ja nigdy, przenigdy, nie będę z nikim poza tobą. Kocham tylko ciebie i jedyną osobą, z którą mogę być, jesteś ty.
Peeta w odpowiedzi przeskakuje barierkę, dwoma szybkimi susami dopada do mnie, bierze moją twarz w swoje dłonie i  cicho mówi:
– Zamknij się już, nie mów nic więcej – jego oczy są pełne szczęścia, jego dłonie nadal drżą po tym co usłyszał i co się tu wydarzyło, a w końcu cicho dodaje – chodź tu do mnie. – A potem długo i namiętnie mnie całuje.
Bardziej słyszę niż widzę, że Haymitch i Effie robią dokładnie to samo.

26 myśli na temat “152. Bart Mullvaden

  1. cudownie!!:* będą wolni, żywi i wszystko będzie już dobrze<3 chyba, że nasze Anie znów wymyślą jakiś zwrot akcji;* pozdrawiam. 🙂

  2. Dzisiejszy dzień jest moim najszczęśliwszym dniem 😀
    *Do czytelników*
    Widzicie? widzicie? Mówiłam że plan Gale’a będzie jedwabisty i genialny, a teraz uważam że Gale chyba zostanie mym bogiem do wymyślania genialnych planów.
    *powrót*
    Jeny jak ja na początku się bałam że spadnie na nich wyrok, a potem BUM pojawia się świadek koronny i wszyscy świętują.
    „Bardziej słyszę niż widzę, że Haymitch i Effie robią dokładnie to samo.” Ahh to spostrzeżenie Kotnej. You make my day bro xD No ale co się im dziwić, każdy z nas by się cieszył jak dziecko gdyby usłyszał że wyrok został oddalony (poza mną gdyż jestem forever alone ;–; </3
    Aaaaaa…. Jeszcze raz wielkie dzięki za naprawde genialny początek dnia 😀 Notka GENIALNA i nie wiem czemu ale mam przeczucie że w 12 szykuje się niezła impreza 😀
    ps. Ej zaraz ma być chyba kolejna rozprawa z Claudią 🙂 Ja tak tylko przypominam 😀
    ps2. I mam nadzieje że będzie jędza gnić w więzieniu
    ps3. I mam nadzieje że dowiem się jak tam mój kochany Nathaniel, Josh i Eli 😀

  3. OMFG :O jesteście genialne, mega, biste i nie wiem jeszcze jakie! Teraz czekam na śluuuuuuuuuuub 😀 NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ, WOLNOŚĆ I SWOBODA! NIECH ŻYJE MŁODOŚĆ U DZIEWCZYNA MŁODA! XD CHYBA TAK TO LECIAŁO…

  4. Ale superrr 🙂 No i znowu razem !!! 🙂 Teraz poproszę notkę na drugim blogu ;)Plisssss 🙂 Czekam moje kochane Aneczki 😉 Ale się ciesze hehe 😀

  5. Czytam i cztam i po raz kolejny czytam bo nie moge przestac czytac, tak mi sie podoba to co czytam….. moje drogie wpadam ze skrajnosci w skrajnosc poprzednia notka placz teraz wielki usmiech…. ale tak wole sie usmiechac… jedynie jestem ciekawa co na to panna Kate…

  6. Dziękuję, że piszecie 😉 A ja komentuję dopiero dziś, bo nie miałam dostępu do Internetu, a teraz leżę chora w łóżku… No ale i tak poprawiłyście mi znacznie humor! 😉
    MD pozdrawia Kochane Anie i Czytelników Bloga z łóżeczka :/

  7. Jeny nawet nie wiecie jak się cieszę, że u nich wszystko git. Czytajac waszego bloga mam wrażenie jakbym stała obok tych wszystkich postaci. ;))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *