161: Bajka na dobranoc

Witajcie. Serdecznie zapraszamy do czytania i dalszego komentowania. Kolejna notka powinna być w sobotę, choć nie obiecuję. Rozwiązanie konkursu i zwycięzcy zostaną podani za dwie notki, wtedy też zwycięzcy otrzymają nagrodę.

Pozdrawiamy ciepło – A. & A.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, na skraju lasu, w małym domku mieszkał stary sprzedawca balonów. Nie miał żony, ani dzieci, tylko mieszkał zupełnie sam. W każdą sobotę i niedzielę jeździł po okolicznych wsiach i miasteczkach odwiedzając odpusty, festyny i kiermasze, sprzedając tam napompowane helem balony. Miał je różne – kolorowe i podłużne, okrągłe i pstrokate, białe i zielone.

Był niedzielny wieczór – stary sprzedawca balonów właśnie wrócił z kolejnego festynu. Siedział w kuchni, przy kwadratowym stole i pił gorącą, miętową herbatę. Siedział i myślał. Dzisiaj udało mu się sprzedać wiele balonów, a że lato dobiegało już końca, a on ostatnio miał naprawdę dużo pracy, jego zapas kończył się. Nic to – pomyślał – trzeba jutro wstać skoro świt i jechać do fabryki po nowe balony. A musicie wiedzieć, że to wcale nie była łatwa wyprawa. Stary sprzedawca musiał najpierw przejechać pięć kilometrów na rowerze do stacji kolejowej w pobliskim miasteczku, tam przesiadał się na pociąg, którym jechał blisko dwie godziny. Potem czekał na autobus nr 47, by wreszcie przesiąść się na tramwaj nr 3, którym jechał 6 przystanków. A to jeszcze nie był koniec – musiał jeszcze przejść polną drogą dwa kilometry… Niestety, tylko tak można się było dostać do fabryki balonów. Ale była to stara fabryka, w której stary sprzedawca kupował od zawsze. Nie znał innych fabryk i nigdy nie chciał poznać. Mężczyzna westchnął, powoli wstał z za stołu i poszedł spać.
Kiedy następnego dnia dotarł na miejsce, był bardzo zaskoczony – od ostatniej wizyty fabryka bardzo się zmieniła. Miał wrażenie, że urosła, stała się większa, potężniejsza. Przyglądając się tym zmianom, stary sprzedawca wszedł powoli do przyfabrycznego sklepu i odetchnął z ulgą na widok znajomej twarzy sprzedawczyni. Jak zawsze, kupił to, co było mu potrzebne – bez udziwnień, bez specjalnych wzorów. Przez wiele lat swojej pracy wiedział co dzieciom podoba się najbardziej i nie chciał tego zmieniać. Już miał wychodzić, kiedy młoda ekspedientka podała mu mały, niebieski balonik:
– To na próbę – powiedziała z uśmiechem. – Nasz nowy produkt, może spodoba się panu i dzieciom. Jeśli tak, zapraszam po więcej.

Stary sprzedawca nie chciał się z nią kłócić, podziękował więc grzecznie, schował balonik do swojej starej kurtki i wrócił do domu.
Nadeszła sobota, był piękny, pogodny dzień. Stary sprzedawca pakował na swój wózek butlę z helem, małe składane krzesełko i termos z miętową herbatą. Szykował się do drogi przez las, ponieważ pięć kilometrów od jego domu, w małym miasteczku urządzano dziś festyn. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć sprzedawcy balonów. Kiedy dotarł na miejsce, dochodziło południe. Inni sprzedawcy – zabawek i waty cukrowej – rozkładali już swoje stoiska, więc i stary sprzedawca wybrał najlepsze dla niego miejsce, w cieniu, pod starym dębem i rozłożył swój kram. Dzień minął szybko, wszystkie zabrane balony zostały sprzedane. Kiedy mężczyzna pakował się do domu, podszedł do niego mały chłopczyk z mamą. Miał nie więcej niż pięć lat, ładnie uczesane blond włosy, zielono- czarne okulary na nosie i uśmiechał się szeroko do starego sprzedawcy.
– Proszę pana, poproszę balon – chłopczyk popatrzył na sprzedawcę przez okularki, uśmiechnął się znów, a staremu sprzedawcy ścisnęło się serce.  Nie lubił odmawiać dzieciom, nie chciał sprawić mu przykrości, ale wszystkie balony zostały już sprzedane. Bezwiednie włożył ręce do kieszeni kurtki i znalazł tam ten jeden, podarowany mu kilka dni temu przez sprzedawczynię w przyfabrycznym sklepie. Całkiem o nim zapomniał, a w tym momencie ten drobiazg sprawił mu niesamowitą radość – wyjął go ucieszony i szybko napompował. Balonik okazał się być naprawdę piękny – niebieski, z namalowanymi oczami i uśmiechem. Sprzedawca wręczył go chłopcu, mówiąc, że to prezent. Nie chciał brać pieniędzy za coś, co sam dostał za darmo. Oczy chłopca zaświeciły się ze szczęścia, podziękował ładnie i odszedł z mamą w stronę centrum miasteczka. Sprzedawca patrzył przez chwilę na chłopca, trzymającego w ręce mały niebieski balonik, uwiązany na białym sznurku. Patrzył jak odchodzą i nie wiedział, że ten balonik jest zaczarowany.

Ich oddechy są miarowe i równe, wstaję powoli z podłogi, poprawiam kołderki i wychodzę. Nathaniel i Flora zasnęli szybko – nie wiem, czy byli znudzeni moją opowieścią, czy może raczej – tak jak ja kiedyś  – zasnęli, zasłuchani w opowieść. Tę bajkę opowiadał mnie i Prim tato, jak byłyśmy małe. Pamiętam, że miałam po niej piękne sny… Marzyłam o tym, żeby do nas też przyjechał ktoś taki sprzedający balony i podarował Prim takie cudeńko. Zamyślona cicho zamykam za sobą drzwi ich tymczasowej sypialni i potykam się o czyjeś nogi. Spoglądam zaskoczona w tamtą stronę i widzę Peetę, Johannę i Annie, siedzących wygodnie na ziemi, z głowami opartymi o ścianę. Patrzę na nich zdziwiona, gdy nagle słyszę szept Johanny:
– I co z tym balonikiem? – obejmuje kolana ramionami.
– Co? Pytasz o zakończenie?
– A czemu nie? – prycha, wstając powoli.  – To jedna z lepszych historii, jakie słyszałam. Jutro, jak będziesz opowiadać im resztę, zawołaj mnie, z chęcią posłucham.
– Ja też – Annie podnosi rękę do góry.

Tymczasem Peeta zdążył się już pozbierać. Jego ciepła ręka oplata mnie w talii, przyciągając mnie do siebie i delikatnie całuje we włosy.
– Będziesz wspaniałą mamą – szepcze cicho.
– Peeta – wciągam powoli powietrze.
– Ja cię do niczego nie zmuszam, mówię tylko, że będziesz wspaniałą mamą. Mnie nikt nie opowiadał takich bajek.
– Ale tak się czuję, jak dookoła ciągle słyszę, że ładnie mi z dziećmi, że słodko wyglądam z maleństwem, że będę dobrą mamą. Przy kolejnej osobie wybuchnę. Nawet jeśli będziesz to ty – patrzę na niego twardo. Naprawdę mam dość dookólnego namawiania mnie na dziecko. Nie chcę na razie ani syna, ani córki, za to mam wielką ochotę wykrzyczeć, by się ode mnie odczepili.
Peeta milczy przez chwilę, w końcu bierze mnie za rękę:
– Masz rację, nie pomyślałem, że tak to wygląda z twojej strony… – całuje mnie w policzek, a potem powoli schodzimy na dół.

Cały stół w kuchni zajmują najróżniejsze ciasta, ojciec Peety, w białym fartuchu, właśnie wyjmuje z piekarnika kolejne pachnące cudo. Peeta podwija rękawy koszuli i wraca do dekorowania tortu weselnego, a ja idę w kierunku salonu, skąd macha już do mnie Johanna.

Układanie kwiatów w malutkie bukieciki nigdy nie było moją mocną stroną, a po minie Johanny widzę, że nie jest też w jej guście. Annie, Amanda i Rose są w tym świetne – ich zwinne palce raz po raz odkładają do wielkiego kosza drobne misterne konstrukcje, podczas gdy ja nadal próbuję stworzyć pierwszy.
– Dobrze, Katniss – mama wzdycha teatralnie. – Widzę, że ani ty, ani Johanna nie powinniście się tym zajmować. Może… – zawiesza głos, jakby szukała jakiegoś zajęcia dla nas.
– Może poustawiacie krzesła na dworze? – podpowiada mama Peety.
– Tak – moja mama klaszcze w dłonie – to idealne zajęcie dla was.
Obie z Johanną patrzymy na nie z udawanym niesmakiem, ale tak naprawdę z chęcią wstajemy, by pomóc Astowi i Patrickowi w ustawianiu krzeseł. Wiemy, że nie ma sensu kłócić się z jutrzejszymi pannami młodymi…
– Możemy ratować świat z opresji, ale nie robić głupie bukiety – szepcze Johanna, kiedy tylko mijamy próg, wychodząc na zewnątrz.
– Cicho bądź – fukam cicho. Po chwili dodaję – pewnie, ze wolę prace fizyczne, niż tę całą florystykę.
– No właśnie, co to w ogóle…  – zaczyna Johanna, ale jej przerywam.
– Jutro moja mama bierze ślub, a rodzice Peety odnawiają przysięgę – dajmy im spokój, niech mają to, czego chcą. Po prostu…
– Zejdźmy im z drogi? – Johanna gładko uzupełnia moją wypowiedź, patrząc na mnie z ukosa.
– Dokładnie.
– To jeden z twoich lepszych pomysłów – odpowiada mi w końcu z uśmiechem.

Powietrze jest zimne i rześkie, przy każdym oddechu moje płuca wypełniają się specyficznym zapachem jesieni. Jest październik – dni są piękne i ciepłe, noce – raczej chłodne, ale mimo to przyjemne. Ast i Rose odłożyli ślub co najmniej do czasu ukończenia przez nią szkoły, a ze względu na śluby naszych rodziców, jakoś umilkły pytania o datę mojego i Peety.
Siedzimy na placu przed domem, na równo ustawionych krzesłach. Jutrzejsza uroczystość ma się odbyć tutaj, w Wiosce Zwycięzców… Niebo jest piękne, granatowe, usłane milionem migających światełek, a zimno mi nie przeszkadza, gdy czuję ciepło jego dłoni. Siedzimy w milczeniu, wraz z Johanną i Paulem, Astem i Rose oraz Patrickiem z Amandą. Jest cicho, jest ciemno, jest pięknie.

W ciszy, jaka panuje, kroki słychać już z daleka, zwłaszcza, że nie są niczym tłumione. Dziwne, wszyscy mający wziąć udział w jutrzejszych obchodach, od dawna są już tutaj. Peeta i Paul powoli wstają, moje mięśnie momentalnie także się napinają. Fakt, że nie spodziewaliśmy się już nikogo, napawa mnie lękiem – nie mam pojęcia, kto to może być i jakie ma zamiary. Ostatnio napięcia w dystryktach znów przybierają na sile, jesteśmy na półmetku pierwszej kadencji Paula… Jedni go chwalą za to, co zrobił, inni wypominają to, czego nie zrobił. Peeta robi krok naprzód, idę za nim prosto do bramy oddzielającej naszą Wioskę od reszty dystryktu. Nasze dłonie ocierają się o siebie, słyszę ciężkie kroki Patricka tuż za nami.

Młoda kobieta ubrana jest w długi płaszcz. Jej rozwiane wiatrem włosy okalają twarz, przesłaniając ją. Mrużę oczy, próbuję w świetle księżyca rozpoznać jej rysy. Podchodzi do nas pewnie, twardym krokiem.
– Nie spodziewaliśmy się ciebie – mówię do niej z uśmiechem gdy jest już tak blisko, że nie mam wątpliwości kim jest.
– Zostałam zaproszona – odpowiada, próbując walczyć z wiatrem rozwiewającym wciąż jej włosy.
– Nikt tego nie neguje – zwraca się do niej Peeta, otwierając przed nią bramę Wioski Zwycięzców.

32 myśli na temat “161: Bajka na dobranoc

  1. No takich ślubów to ja się nie spodziewałam! Wydaje mi się,że to Kate będzie,no nie? 😉 Notka jak zwykle cudna i w ogóle i w szczególe i pod każdym innym względem też 😀 A teraz wracam do geografii 😛

  2. Notka jak zawsze śliczna. Opowieść o baloniku całkiem ciekawa – w sam raz dla dzieci. Już wiem, co będę opowiadać kuzynce, jak troszkę podrośnie 🙂 Tylko czekam na zakończenie xD
    Pozdrawiam
    MD

  3. A ja może zaskoczę, ale jako mi się skojarzyło z tym:
    https://www.youtube.com/watch?v=KDV8zQUPpsE&list=UUFqPkVLBUbLLf3rhhVLRYUw
    Może niektórzy znają 🙂 Notka świetna, ale to już tutaj chwalebny standard. Przyjemnością jest czytać i komentować tak misternie budowaną całość. Macie własne sprawy i życie w „realu”, a jednak trzymacie rygor terminów nie pozwalając na to, żeby notki były dla samego bycia. No cóż więcej? Dzięki, że mnie pozbawiacie stresu przed obroną- W PONIEDZIAŁEK TRZYMAĆ KCIUKASY 🙂

  4. ciekawy pomysł z tą historyjką 😀 ale o co chodzi z zaczarowanym balonikiem?! XDDD no i czyżby
    Kate przybyła? myślę, że jednak nie ;-; ugh znowu piszę tak chaotycznie 😀 byle do soboty!

  5. Czytałam tą bajkę jak zaczarowana. Przypomniało mi się jak dziadek opowiadał mi bajkie o lisku, piesku i kogucie. Po prostu zatęskniłam za tymi czasami gdy zbierało się kamyki i skakało się po belach siana. Chce ciąg dalszy opowiadania o starszym panie i jego balonikach;—-; czekam na następny rozdział c;

  6. No nie w takim momencie! Do soboty to ja nie wytrzymam 😀 Notka genialna! Bajka wspaniała! Wszystko- nie do opisania. Cudownie piszecie!
    DO SOBOTY! 🙂

  7. To o to chodziło wtedy na facebooku. Wiedziałam, że będzie przysięga ponowna. Może nie do końca tych osób, ale wiedziałam

  8. A może zajmiecie się pisaniem bajek dla dzieci…
    Teraz chcę wiedzieć jak skończyła się bajka… 🙂 I kim jest ta kobieta? Tyle pytań… Tak mało ofpowiedzi. 🙂

  9. Opowieść o balonika była cudna. Szkoda że mi jak byłam mała nikt nie opowiadał tak pięknych bajek. Czyżby tą osobą co przybyła na ślub była Kate ?

  10. Mam wrażenie że mineła cała wieczność od ostatniej notki…… Może dodacie coś dłuższego? Wiecie tak żebym nie musiała się uczyć? Czekam na następną notke. Buziaczki :*

  11. Cudowna jest ta bajka <3 I nie jestem pewna, czy to właśnie Kate jest tym "wędrowcem", bo kto zapraszałby ją na ślub mamy Katniss, skoro sama Katniss chciała utrzymywać z nią kontakt, jak na razie, tylko poprzez listy. hmm…

  12. Uwielbiam opowiadać moim dzieciakom bajki na dobranoc dzyń dzyń dzięki wam kolejną w kolekcji mam 🙂 przyjemne z pożytecznym 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *