183. Starzy znajomi

Witamy,
Bardzo się cieszymy, że całkiem sporo z Was wierzyło w nas i wróciło nas czytać 🙂 Nieodmiennie tęsknimy za Waszymi komentarzami, więc piszcie ich jak najwięcej. Kolejna notka – w kolejnym tygodniu. A jeśli jedna z nas w najbliższym czasie trafi w swej wędrówce na Jen, Josha, Willow, albo Liama – obiecuje poprosić o autograf dla Was 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dworcu biegają dzieci, rodzice głośno je wołają, a ja cały czas zastanawiam się, gdzie podział się Haymitch. Kiedy zeszłam na dół, już ze spakowaną walizką, jego już nie było, a w kuchni zobaczyłam Peetę, który nadal siedział przy kuchennym okrągłym stole, zasłanym obrusem w biało-czerwoną kratkę. Mama ma ich chyba z 10 – każdy kolejny jest taki sam, jakby chciała zapewnić sobie jakąś stabilność. Może dzięki takiej niezmienności czuje się bezpieczniejsza?

Peeta powoli sączył kawę i po raz nie wiem który przeglądał dokumenty, wciąż coś podkreślając, zaznaczając… Wokół leżało mnóstwo papierów. Właściwie były rozrzucone, ale po kolejnych ruchach wiedziałam, że on wie która kartka leży w której części i nawet lekki wiatr, który nimi poruszał, nie przeszkadzał mu. Shen, oparty o futrynę drzwi, przyglądał mu się, choć nie mam pewności czy widział Peetę, czy może przed oczami miał coś całkiem innego. Spoglądałam przez chwilę na ojczyma, a on tylko pokręcił głową i westchnął, wzbudzając we mnie niepokój. Czyżby martwił się tym, że mój mąż tak szybko wrócił do pracy, czy raczej o jej ilość? Nie zdążyłam go jednak zapytać, bo poczułam na ramieniu dłoń mamy. Odwróciłam się, żeby ją przytulić, a ten nagły ruch wyrwał Peetę z jego transu. Spojrzał na zegarek i przeklął cicho pod nosem. Shen nie dał rady ukryć zaskoczenia – nie znał go takim. Dla mnie było to jednak tylko bolesne potwierdzenie, że moje chwile z Peetą – mężem już się skończyły, że znów stał się Peetą – doradcą prezydenta. Ostatnio często przeklina, choć  głównie w pracy, ale nadal mnie to razi, tym bardziej, gdy słyszę to także u Paula.

– Gotowa? – padło tymczasem z ust mojego męża.
– Gotowa – odpowiedziałam mu smutno, bo wiedziałam, że taka noc jak dzisiaj, nie powtórzy się zbyt szybko. Wrócimy do naszych obowiązków, będziemy odbywać osobne podróże i nieprędko będzie nam dane znów być razem.

Kiedy Shen przytula mnie na pożegnanie, a w oddali słyszę nadjeżdżający pociąg, pytam go cicho, gdzie jest nasz mentor. Odpowiada mi tylko wzruszeniem ramion. Mama ostatni raz nas obejmuje, życząc po raz kolejny szczęśliwej podróży,  Shen ściska rękę Peety, a skład z głuchym łoskotem wjeżdża na stację. Peeta z uwagą przygląda się biletom, a potem obserwuje wagony, szukając naszego. Nagle, tuż przed nami zatrzymuje się wagon specjalny. Wyróżnia się od pozostałych, biało-zielonych, swoją czerwoną barwą. Duże, złote litery WS na rozsuwanych drzwiach potwierdzają tylko moją teorię, że Paul z Johanną przysłali po nas służbową salonkę. Całość została zaprojektowana tak, by zapewnić prezydenckiej parze możliwość bezproblemowej pracy w podróży – bezpośrednie łącze z Kapitolem, telefon, dostęp do komputera… Co prawda wewnątrz jest także 4 wygodne sypialnie, ale jakoś nie mam przekonania, że decyzja Paula była umotywowana tak dalece naszą wygodą. Do tego nie potrzeba było tego wagonu… Zaskoczenie na twarzy Peety mówi mi, że nie wiedział o tym i nie miał z tym nic wspólnego.

– Tak właśnie myślałem, że to wy, cóż za spotkanie – słyszę głos mentora zlewający się lekko z sykiem rozsuwanych drzwi.
– Haymitch? – pytamy jednocześnie.
– Witajcie – odpowiada z uśmiechem, wyskakując lekko z wagonu. Dostrzegam, że zdążył się przebrać, teraz ma na sobie oficjalny garnitur i wygląda jakby – w roli burmistrza Dwunastki – jechał służbowo do Kapitolu, a nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe. Tymczasem podchodzi do nas powoli, uważnie się nam przyglądając. Znam to spojrzenie, mamy podjąć grę. I jak zwykle to Peeta pierwszy przejmuje pałeczkę.
– Witaj – mocno łapie mnie za rękę, drugą wyciągając do Haymitcha. Ten z kolei podaje rękę także mojej matce, a potem Shenowi, pytając:
– Jak budowa?
– Doskonale – odpowiada spokojnie ojczym. – Dzięki pomocy Katniss park przygód rośnie w oczach.
– To świetnie – Haymitch kiwa lekko głową, a jego słowa zagłusza gwizdek konduktora, dający znak do zbliżającego się odjazdu. Jeszcze ostatni raz krótko przytulam Shena, całuję mamę i daję się pociągnąć do wagonu. Drzwi zamykają się tuż za mną, a pociąg nabiera prędkości.

– Park przygód? – Peeta przygląda się Haymitchowi.
– Mhm – mruknięcie wydaje się jedyną odpowiedzią, gdy burmistrz zapada się w miękkim fotelu, a potem opiera nogi na stoliku. W końcu jednak podejmuje wątek:
– Katniss, o co pytałaś Shena, jak mijaliście ogrodzony plac budowy?
– Co to za budowa? – odparowuję zaskoczona. Faktycznie, idąc na dworzec, mijaliśmy ogrodzony plac. Wskazując na niego zapytałam ojczyma o niego, ale miast odpowiedzi, cicho kazał Peecie zerknąć i przytulić mnie. Peeta to zrobił, ale w jego dotyku wyczułam, że jest tak samo spięty jak ja, jak ja nie wie w co mamy grać.
– Pięknie – Haymitch puszcza do mnie oko, a do mnie nagle dociera skąd on to wie.
– Kamery… Wspominałeś o kamerach! – patrzę przerażona. Park, który ponoć rośnie dzięki mojej pomocy, plac budowy, który widziałam po raz pierwszy…
– Wspominałem – odpowiada rozbawiony Haymitch.
– Problem w tym, że żadnej nie widzieliśmy – warczy na niego Peeta. – Ten wagon, twoje zachowanie, to wszystko wygląda jak jakieś przedstawienie. Możesz nam to wytłumaczyć?
– Mogę – odpowiada bardzo spokojnie, ale ciąg dalszy jego wypowiedzi przerywa pracownik obsługi, wsuwając głowę w drzwi:
– Zaczyna się – informuje krótko.
– Dziękuję – odpowiada Haymitch, biorąc do ręki pilota i uruchamiając zainstalowany pod sufitem telewizor, który płynnym ruchem zjeżdża na środek pokoju, jednocześnie rozświetlając ekran. O zgrozo, zaczyna się Kapitol Buzz – program poświęcony kapitolińskim celebrytom, podejmujący głównie takie tematy jak moda, trendy w restauracjach i dyskotekach. I wpadki. Tak, wpadki Kapitolińczyków to temat przewodni tego magazynu.

– Musimy patrzeć na te głupoty? – Peeta ma takie samo zdanie na temat plotek z Kapitolu, jak i ja.
– Musicie – Haymitch nie przyjmuje odmowy. Mam przeczucie, że gdybym spróbowała przejść do innego przedziału, złapałby mnie za rękę i kazał usiąść. Tymczasem na ekranie prezenterka, ubrana we wściekle różowy kombinezon z lateksu, szczerzy się do kamery. Bolą mnie od tego oczy…

– Kochani widzowie – mówi piszczącym głosikiem z przesadzonym, kapitolińskim akcentem – dziś mamy dla was prawdziwą perełkę, jeszcze ciepłą – w tym momencie puszcza oko do kamery.
– Nasi szpiedzy – mówiąc to wykonuje palcami obu rąk gest rysowania cudzysłowia – odnaleźli Najgorętszą Parę Dekady w Czwórce – widzę jak nasze twarze wypełniają ekran za nią.
– Najgorętsza Para Dekady – Haymitch zanosi się śmiechem, a ja zastanawiam się, czy znów nie zaczął pić. A równocześnie dociera do mnie, że nie zauważyłam na dworcu kamerzysty. I chyba Peeta także… A przecież zawsze ich widzieliśmy…

– Jak już wcześniej informowaliśmy – kontynuuje prezenterka – w czasie, kiedy Peeta Mellark jeździł z Prezydentem i jego żoną po dystryktach, Katniss Mellark pomagała w budowie parku przygód, dla dzieci z Dystryktu Czwartego – w tym momencie na ekranie pojawia się moje zdjęcie, wskazuję coś pracującym na budowie robotnikom.
– Beetee – wzdycha Peeta.
– Ano – kwituje Haymitch, ocierając łzy śmiechu z twarzy.

Kamerzysta zarejestrował całą drogę z domu mamy na dworzec, nasze pożegnanie, a  nawet rozmowę z Haymitchem. Scena, która przykuwa najbardziej moją uwagę, to przejście koło wspomnianej budowy parku. Z tej perspektywy rzeczywiście wygląda to tak, jakbym wskazywała coś Peecie, jednocześnie spoglądając na Shena. Wreszcie materiał kończy się, a monitor znów świeci na różowo.
– Oglądajcie nas, wkrótce przedstawimy wam powrót Katniss i Peety do Kapitolu! A może nawet uda nam się zamienić z nimi kilka słów. Do zobaczenia! – prezenterka rozpływa się niemal w zachwycie, a Haymitch wreszcie wyłącza telewizor.
– Jak? – pytam cicho.
– Powinnaś raczej zapytać – przerywa mi wściekły Peeta – gdzie oni są?!
– O co znowu gołąbeczki są złe? – Haymitch spogląda na nas uważnie.
– Niech pomyślę – zaczyna Peeta. – Może o to, że nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy nagrywani? Że mogliśmy narobić niezłych głupstw?
– Ale nie narobiliście – wpada mu w zdanie zaskakująco spokojnie burmistrz Dwunastki.
– Nie mogłeś mieć takiej pewności – syczę. Tak, to nie Peeta narobiłby głupstw, tylko ja… Rozglądaliśmy się dyskretnie za kamerzystą, szukaliśmy też Haymitcha. Wstrzymuję oddech, gdy dociera do mnie, że przecież Kapitol Buzz może mieć nagranie Haymitcha wychodzącego od mojej matki… Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Albo co gorsza poszło, i odbije nam się czkawką, jak już wrócimy do Kapitolu.

– Miałem, skarbie – ucina Haymitch. – Naprawdę myślicie, że przekazalibyśmy im niesprawdzony materiał?
– Wy to przekazaliście?! – Peeta podniósł głos.
– Oczywiście. I jeśli nie przyszło ci to do głowy, jesteś nadal bardzo naiwny – odparowuje mentor.
– Ale jak? – Peeta trochę się uspokaja, mam wrażenie jakby był zrezygnowany. Opada na miękką kanapę obok mnie i nie spuszczając wzroku z Haymitcha.
– To proste – Haymitch wzrusza ramionami. – Zatrudniliśmy wam osobistego kamerzystę i reżysera, którzy oficjalnie pracują w redakcji… tego czegoś – krzywi się tak komicznie, że z trudem powstrzymuję uśmiech. – Cokolwiek zostanie puszczone w telewizji o was, będzie przez nas przygotowane i zmontowane w taki sposób, żeby nie trzeba było potem niczego odkręcać.
–  A jaką masz pewność, że ten twój kamerzysta i reżyser nie nakręcą czegoś. co nie powinno trafić do mediów?
– Dobre pytanie, skarbie – Haymitch na moment zawiesza głos, a w końcu dodaje – może sama ich o to zapytasz.
– Są tu? – pytam zaskoczona.
– Oczywiście, mówiłem przecież, że musimy wszystko omówić – stwierdza jakbym pytała o kolor nieba.
– Może do nas dołączycie? – krzyczy przez ramię Haymitch, a ja czuję dziwny niepokój. Nasza rozmowa z ostatnich kilku minut nieźle mogłaby nam zaszkodzić, a gdyby ją odpowiednio zmontować, zmanipulować…

Najpierw pojawia się ona. Niby nic się nie zmieniła, a nie wiem, czy poznałabym ją na ulicy. Włosy jej urosły, teraz są związane gumką w luźny kok, a kilka pasm, które uwolniły się z niego, delikatnie opada na twarz. Ma na sobie czarne, luźne spodnie i białą koszulkę. Na biodrach zawiązała kraciastą koszulę. On nieodmiennie nosi się w czerni, lekko przytył, ale nadal ma ciepłe oczy i łagodny uśmiech.
– Pollux, Cressida – szepczę i czuję jak łzy szczypią mnie pod powiekami.

Peeta wstaje, chyba nie bardzo wie jak się zachować. Normalnie nie ma z tym problemu, nawet wobec obcych, ale teraz widocznie jest zagubiony. Nie dziwię mu się – żadne z nich nie poznało Peety przed osaczeniem, znają go z czasu po uwolnieniu z Kapitolu. Znają człowieka pełnego sprzeczności – z jednej strony chcącego oddać za mnie życie, a z drugiej – chcącego mi to życie odebrać. Ja też stoję jak wmurowana, uświadamiam sobie, że ani razu się nimi nie zainteresowałam, nigdy nawet nie zapytałam, czy przeżyli, choć walczyli ze mną przeciw kokonom ramię w ramię. Jest mi wstyd.

– Witajcie – mówi cicho Cressida, przechylając lekko głowę. Wciąż ma wygoloną część głowy, choć nie aż tyle co kiedyś, nadal też widać tatuaże. Po krótkiej chwili Pollux trąca ją w ramię i zaczyna coś pokazywać. Cressida tłumaczy na głos:
– Witajcie, dobrze was widzieć.

Robię to niemal instynktownie – podbiegam do nich i mocno obejmuję każdego z nich. Peeta staje za mną, ściskając im dłonie. Pollux znów zaczyna coś migać, a Cressida tłumaczy jego słowa:
– Cieszę się Peeta, że udało ci się pokonać twoje demony.
– One nadal we mnie są – odpowiada cicho mój mąż – ale dzięki Katniss udaje mi się je pokonywać każdego dnia.

Każde z nas chce powiedzieć coś jeszcze, ale drzwi cicho się rozsuwają i do wagonu wjeżdża stolik z kawą i ciasteczkami.

23 myśli na temat “183. Starzy znajomi

  1. Szczerze powiedziawszy, jakoś nie wpadło mi do głowy, że chodzi o nich. Chyba chemia źle na mnie działa…
    Rozdział jak zawsze świetny. Dobrze, że w końcu wróciłyście!

  2. Nie nasyciła mnie ta notka. Taka jakaś blada w tym tygodniu. Zmierzacie do czegoś konkretnego?
    Nie mówię, że jest źle, ale czekam na akcję 🙂

  3. Ale byłam zaskoczona gdy dowiedziałam się że chodziło o Cressidę i Polluxa nigdy bym na to nie wpadła serio. Zawsze mnie zaskakujecie.

  4. Bardzo fajny rozdział. Cieszę się, że wróciłyście 🙂
    Jak była mowa o tym, że zatrudnili im kamerzystów, od razu się domyśliĺam, że to oni 😉
    Jak to poprosicie o autograf Jen, Josha i innych…? Czyżbyście były w…?
    Viks

  5. Czesc jestem Tu nowa ale zagoszcze na dluzej Bo super piszecie dziewczyny czytalam pare innych blogow ale zaden z nich nie byl tak wciagajacy I napisany tak profesjonalnym jezykiem jak Wasz brawo chyle czola iiiiiii czekam na nastepny wpis pozdrowienia

  6. Aww… Jak długo was nie było tak teraz nas rozpieszczacie 😀 uważajcie bo jeszcze za bardzo się do tego przyzwyczaimy xD

  7. Dopiero teraz odkryłam Twój blog i bardzo sie z tego cieszę ^^ Piszesz świetnie ! Twoje teksty niesamowicie wciagają 😉

    1. Postaramy się niedługo. Pierwsza wersja już jest od tygodnia, tylko jestem teraz za wielką wodą i przyznaję, że jak wracam do hotelu o 20-22, to padam na łóżko 🙁 Ale postaram się…

      1. Nie wiedziałam że jesteście zagranicą , więc przepraszam za moje dopytywanie się „kiedy notka”. Życzę miłego pobytu i dzięki za szybką odpowiedź :D.

        1. Spoko, nie ma problemu 🙂
          (to: „A jeśli jedna z nas w najbliższym czasie trafi w swej wędrówce na Jen, Josha, Willow, albo Liama – obiecuje poprosić o autograf dla Was ” było na poważnie. Ale jeszcze na nich nie wpadłam, niestety :()

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *