47: Zapłata za śmierć

 Witajcie. Zapraszam do czytania i komentowania. Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam. Kolejna notka na głównej stronie w poniedziałek. Nie dam rady wcześniej. Życzę wszystkim udanego odpoczynku w weekend. A.

 Wieczór jest upalny. Tutaj, w jedenastym dystrykcie, gdzie w naszą zimę jest wiosna, odczuwam to bardzo mocno. Czuję się jakbym ponownie wróciła na arenę Ćwierćwiecza. Spoglądam na Peete, ociera pot z czoła i delikatnie się do mnie uśmiecha.

– Chyba o nas nie zapomnieli? – Pyta mnie zupełnie poważnie.

– Może jesteśmy za wcześnie?

– Raczej jesteśmy spóźnieni. Trochę za długo szykowaliśmy się do wyjazdu. Gdyby Annie nas nie zatrzymała, to bylibyśmy szybciej.

– Już nie przesadzaj, to nie jej wina. Po prostu za długo się ubierałeś.

– Ja się za długo ubierałem?- pyta mnie rozbawionym tonem- a kto zasypiał na łóżku?

– Zasypiałam, bo tak długo się szykowałeś. A poza tym, nie zauważyłam żeby Ci przeszkadzało to, że

– Dobry wieczór Państwu- nie zauważyłam kiedy podszedł do nas ojciec Rue.

– Dobry wieczór odpowiadamy jednocześnie- czuję jak się rumienię, zastanawiam się ile z naszej rozmowy słyszał. Dobrze, że nie zdążyłam powiedzieć tego, co chciałam mu odpowiedzieć.

– Bardzo mi przykro Panie Mellark, ale niestety nie udało mi się zorganizować tego o co Pan prosił.- Po tych słowach spuszcza głowę, widać jest mu wstyd z powodu tego co się stało.

– Ale dlaczego, co się stało- Peeta jest widocznie podenerwowany.

– Właściciel nie uwierzył mi, że Pan za wszystko zapłaci, i zażądał zaliczki. A niestety nie mieliśmy z żoną takiej kwoty- odpowiada i czerwieni się po same uszy.

– Rozumiem- odpowiada mu spokojnie- może mnie Pan zaprowadzić w tamto miejsce. Z chęcią porozmawiam z właścicielem.

– Ale moja żona przygotowała kolację w domu. Jest skromna, ale powinna wystarczyć- odpowiada coraz bardziej zażenowany.

– Peeta miał na myśli, że chcemy zamienić słowo z właścicielem- postanawiam włączyć się do rozmowy- a co do kolacji, to z chęcią przyjmiemy zaproszenie- dodaje z uśmiechem.

– Dokładnie to miałem na myśli kochanie- ciepły uśmiech Peety sprawia, że robi mi się ciepło na sercu, a ojcu Rue poprawia się nastrój.

Zaskakuje mnie, że jest tu takie miejsce. W dwunastym dystrykcie nie mamy czegoś takiego. To duża, okazała sala. Bardzo ładnie wykończona. Najwyraźniej można tam również spędzić noc- bo na górze znajdują się pokoje.

– Niech Pan tutaj na nas poczeka- mówi do niego Peeta- my za moment wrócimy.

Powoli zbliżamy się do drzwi budynku. Peeta naciska klamkę, jednak ona nie ustępuje. Spogląda na mnie:

– Pukamy, czy odchodzimy?

– Wydaje mi się, że musimy się spotkać z właścicielem. Powinien wiedzieć, że ojciec Rue mówił prawdę.

– Masz rację. Gotowa?

– Gotowa.

Peeta mocno uderza pięścią w drzwi. Po paru minutach- i dużej ilości uderzeń- drzwi się otwierają. Stoi w nich młoda kobieta. Spogląda na nas zaskoczona. Nasze twarze muszą być doskonale widoczne, w świetle lampy znajdującej się tuż nad naszymi głowami.

– Mamy tutaj zamówioną kolację. Dlaczego drzwi są zamknięte?- głos Peety jest stanowczy, słyszę w nim również nutkę złości.

– Och dobry wieczór Państwu- odpowiada zaskoczona dziewczyna- ojciec nie mówił, o żadnej kolacji.

– To niech go Pani woła, ale szybko- ja nie kryje się ze swoją złością. Przez wiele lat traktowano mnie, zupełnie tak samo jak tego biednego mężczyznę. I to tylko dlatego, że nie było mnie stać na wiele rzeczy. To okropne, że wartość człowieka wyznaczają pieniądze w jego kieszeni.

– Tato- dziewczyna jest wystraszona. Słychać to wyraźnie w jej głosie, gdy woła swojego ojca.

Najpierw słyszę mocne tupanie po schodach. Potem jakieś buczenie i w drzwiach staje Pan właściciel. Najpierw widzę jego olbrzymi brzuch, z resztkami jakiegoś jedzenia na podkoszulku. Ma sumiastego wąsa- na którym również znajduje się jedzenie- czuję obrzydzenie na jego widok. Peeta widać wyczuwa, moje myśli bo mocno bierze mnie za rękę. Kiedy zaczyna rozmowę z właścicielem zajazdu, przekonuję się, po raz kolejny o tym, że Peeta nie jest już tym Peetą z przed lat. Jego głos jest bardzo stanowczy, a nawet groźny. Tak bardzo kontrastujący z tym, którym mówi do mnie kiedy jesteśmy sami, lub tym którym zwraca się do syna Annie. Przez moje plecy przebiega delikatny dreszcz. Coraz bardziej podoba mi się ten mężczyzna, który trzyma mnie za rękę.

– Dziś wieczorem, ja i moja narzeczona, mieliśmy zjeść tu kolację w towarzystwie rodzin naszych zmarłych towarzyszy. A to Pani- wskazuje na młodą dziewczynę, która otworzyła nam drzwi- mówi, że nic o tym nie wie. Może Pan nam pomoże i powie co się dzieje?

– A Pan to kto?- mówiąc to wydłubuje sobie z zęba- palcem resztkę jedzenia.

– Tato- dziewczyna wydaje z siebie dziwny pisk- to przecież jest

Jednak Peeta powstrzymuje ją ruchem ręki.

– Faktycznie, może nas Pan nie poznał. Pozwoli Pan, że wejdziemy do środka i tam wszystko omówimy- i nie czekając na odpowiedz- wchodzi do zajazdu, nadal mocno trzymając moją rękę.

Pomieszczenie, w którym się znajdujemy jest bardzo jasne i chłodne. Brzuchaty mężczyzna spogląda na nas przez moment. Jego twarz przybiera nagle biały kolor. Próbuje złapać powietrze, i po chwili mówi usłużnym głosem:

– Och witam serdecznie. Pan Mellark, Panienka Katniss. Jak mi miło Państwa gościć. Nikt mnie nie uprzedził, że będą mieli Państwo ochotę skorzystać z naszych usług. Jeśli dadzą nam Państwo kwadransik wszystko będzie gotowe- oblizuje obrzydliwie usta. Jego oczy zaczynają świecić, widać wyczuł łatwy zarobek.

– Nikt, zupełnie nikt  w ciągu ostatnich dni, nie był u Pana i nie zamawiał kolacji na nasz koszt?- ironię w głosie Peety znam doskonale. I już wiem, że za moment wydarzy się coś takiego, czego ten człowiek nie zapomni do końca życia.

– No był jeden, ale wie Pan. Tak to sobie każdy może gadać. – Peeta Mellark zamawia kolację na jedenaście osób- wyraźnie przedrzeźnia głos ojca Rue.- No nie uwierzyłem. Nawet na zaliczkę nie miał biedak jeden. Zarobek jest ważny Panie Mellark. Pewny zarobek.

– No ma Pan absolutną rację- złość w jego głosie nawet mnie zaczyna trochę niepokoić, ale widać właściciel nie zdaje sobie z tego sprawy- to niech mi Pan powie. Kolacja na jedenaście osób, nocleg dwóch osób i jutrzejsze śniadanie, ile to będzie razem?

Właściciel wydaję się być uszczęśliwiony, pod nosem zaczyna wymieniać jakieś kwoty. Gdy w końcu mówi na głos:

– Kolacja na tuzin osób, dwie sypialnie i śniadanie niech będzie w cenie, niech stracę to będzie

– Nie proszę Pana- przerywa mu Peeta- kolacja na jedenaście osób, jedna sypialnia z śniadaniem w cenie- słucham Pana ceny?

– Jak jedna sypialnia?- jest wyraźnie zaskoczony, a może nawet zły, na czujność Peety.

– Zwykle sypiam z narzeczoną w jednym łóżku, druga sypialnia nie jest nam potrzebna- odpowiada mu z uśmiechem.

– To będzie, to będzie, niech pomyśle

– To niech Pan myśli, a jak już Pan wymyśli to niech Pan się zastanowi, co by Pan zrobił z tymi pieniędzmi, których przez własną głupotę Pan nie zarobił. Tymczasem dziękujemy. Dobrej nocy.- po tych słowach odwraca się na pięcie i ciągnie mnie za sobą. Pozostawiając zaskoczonego właściciela i jego córkę za plecami.

Kiedy jesteśmy już na zewnątrz. I podchodzimy do ojca Rue, właściciel nas dogania:

– Ale jak to, nie robić tej kolacji?

Patrzymy na niego zaskoczeni. Tego nawet po nim się nie spodziewałam.

– Nie- odpowiada mu Peeta- nie zjemy u Pana niczego, nie przenocujemy u Pana i w ogóle nie chcę mieć z Panem nic wspólnego. A za to jak Pan potraktował tego człowieka, jeszcze kiedyś się odwdzięczymy. Chociaż nie, najlepszą karą dla Pana i tak jest strata pieniędzy, które zamierzałem dziś u Pana wydać- dodaje z ironicznym uśmiechem.

– To co, zapraszam do nas. Babka i siostra Tresha już pewnie u nas są- mówi z satysfakcją ojciec Rue.

Odchodzimy bez słowa. Kiedy wchodzimy już w dzielnicę mieszkalną, to właśnie ojciec Rue przerywa ciszę:

– Bardzo państwu dziękuję. Jego mina wynagrodziła mi z nawiązką upokorzenie jakie od niego zaznałem.

– Nie ma nam Pan za co dziękować- mówię do niego spokojnie- mnie też kiedyś tak traktowano.

Dom Rue jest taki jakim go sobie wyobrażałam. Mały, ciasny ale czysty, pełen miłości i dzieci. Zastanawiam się jak oni się tu mieszczą, ale wolę nie zadawać tego pytania. Kolacja stoi już na stole. Jej zapach sprawia, że przewraca mi się z głodu w brzuchu. Widzę wpatrzone w siebie oczy piątki dzieci. Spoglądam na Peetę, uśmiecha się do nich delikatnie:

– Cześć, jak się macie- mówi ciepłym, spokojnym głosem.

Rodzeństwo Rue nie odpowiada. Uśmiechają się tylko, spoglądając na tobołki w naszych rękach.

– Pewnie zastanawiacie się, co mamy w tych torbach? To prezenty dla Was. Jak tylko zjemy, te pyszności, które przygotowała Wasza mama, będziecie je mogli rozpakować.

– Dzieci już jadły Panie Mellark- mówi cichym głosem ich matka. – Nie chciałam by nam przeszkadzały.

Nie bardzo chcę mi się wierzyć w jej wyjaśnienia. Ale nie pozostaje mi nic innego jak tylko przystać na jej propozycję. Kolacja mija w miłej atmosferze. Zarówno ja i Peeta, staramy się jeść jak najmniej. Mimo, że mój żołądek skręca się z głodu, w pamięci cały czas pozostaje mi to, jak kiedyś my musiałyśmy się liczyć z każdym kawałkiem jedzenia. Rodzeństwo Rue, jest wyraźnie zadowolone z zabawek, które dla nich wybraliśmy. Jedynym niesmakiem, po tej kolacji na zawsze pozostanie dla mnie ich reakcja na pieniądze. Bardzo długo ja i Peeta, musieliśmy ich przekonywać do ich przyjęcia. Padło wiele słów, wiele przykrych wyjaśnień. Ponownie musiałam się zmierzyć z jej śmiercią. Moje łzy wywołały u nich zmieszanie. I już na zawsze w mojej pamięci, będą słowa babki Thresha:

– To tak jakby, płacili nam Państwo za ich śmierć.

5 myśli na temat “47: Zapłata za śmierć

  1. Mocny tytuł – tak myślałam, że babka Tresha mogłaby to powiedzieć… I wiesz chyba właśnie znalazłaś sposób na pokochanie przez nas poniedziałków 😉

Komentarze są zamknięte.