50: Przesłuchanie

Witajcie. Zakończenie ostatniej notki. Dziś wieczorem będzie kolejna. Taka o jaką prosiliście. Zapraszam do czytania i oczywiście komentowania.  

Siedzimy i czekamy. Jesteśmy w biurze strażników. Znajduję się ono na tyłach Pałacu Sprawiedliwości. Strażnicy, którzy nas tu przyprowadzili jeszcze w czasie drogi, próbowali poddać nasze słowa w wątpliwość. Ale na szczęście, nie udało im się to.  Ich słowa brzęczą mi w uszach. – Wszyscy proszę za mną- no to poszliśmy- wszyscy. Wszyscy winni. Tak ja jestem winna, porwania i przetrzymywania wbrew woli doradcy Pani Prezydent. Ale nie tylko ja. Winna jest też Johanna i Peeta i Beetee i oczywiście Haymitch. Każde z nas uparcie, bez zastanowienia podawało imiona. Każde z osobna i wszyscy razem. Próbowali nas przechytrzyć. Ale zapomnieli z kim mają do czynienia. Łatwo nie oddamy swojej skóry. A raczej skóry pozostałych. To my jesteśmy winni. My i tylko my. Podchodzi do nas pięciu mężczyzn. Każdy z notatnikiem. I każdy z nich prosi jednego z nas do innego pomieszczenia. I zaczynam się denerwować. Do głowy mi nie przyszło  by ustalić jakąś wspólna wersję. Widzę zaskoczenie w oczach Johanny i pozostałych. I już wiem, że nas razem trudno jest oszukać, przechytrzyć, zaskoczyć. Ale każdego z osobna? Już nie jesteśmy tacy silni.  

– Proszę, niech Pani siada Panno Everdeen- mówi do mnie barczysty strażnik, z obfitym zarostem na twarzy. Obok niego, siedzi chudy chłopak, na oko w moim wieku. Patrzy na mnie zagadkowym wzrokiem. Nie umiem sobie przypomnieć, skąd go znam. Ale znam na pewno. Siadam na krześle, naprzeciw nich. I czekam.

– Proszę nam powiedzieć, dlaczego porwaliście i przetrzymywaliście Gale’a Hawthorne?

– My go nie porwaliśmy- odpowiadam spokojnie. Obrałam taktykę, będę mówić prawdę ale pominę obecność Daniela i Asta w tym wszystkim.

– W takim razie, w jaki sposób znalazł się w piwnicy Pani domu?

– Po tym jak chciał zastrzelić mojego narzeczonego, postanowiliśmy go tam zamknąć. I poczekać na Was.

– Nie zostaliśmy o tym powiadomieni.

– Pewnie dlatego, że w tym samym czasie, odwiedziła nas Paylor.

– Kto?

– Paylor- Prezydent Panem.

– Jesteście Panie na per ty?

– Tak wyszło.

– Co chciała od Was Pani Prezydent?

– Ostrzegała nas przed Hawthornem.

– Ale dlaczego?

– Dzień wcześniej, po głosowaniu mnie zaatakował. Chciała nas ostrzec, że uciekł.

– Czy czułą się Pani zagrożona. To znaczy, czy bała się Pani, że Hawthorne może Pani coś zrobić.

– Tak.

– Rozumiem, ale czego bała się Pani konkretnie.

– Konkretnie, to bałam się, że nas powystrzela. Miał broń, celował w mojego narzeczonego. Bałam się o życie bliskich i gości.

– Ale to Panią zaatakował, czemu bała się Pani o życie innych a nie swoje?

– Bo kiedy czekał na Peete, i się nie doczekał, mierzył do Annie Odair.

– Coś jej się stało?

– Nie ani jej ani dziecku, które trzymała na rękach.

– Czyli mogę założyć, że będąc w domu Pana Mellarka, nie zaatakował ani Pani, ani Pani bliskich i gości.

– Nie. Zaatakował mnie, mierzył do Peety i do Annie Odair i jej dziecka. Zastrzelił eskortę Pani Prezydent.

– Nie zgłosiliście Państwo tego. I Pani Prezydent, też nie zgłaszała, żeby ucierpiała jej ochrona.

– Słucham?

– Nie zgłosili…

– Nie to, to o ochronie Paylor.

– Pani Prezydent, nie zgłaszała strat w ludziach.

– To ciekawe.

– Ma Pani coś na ten temat do powiedzenia?

– Raczej nie- wiem, że i tak mi nie uwierzy. Zastanawiam się tylko, dlaczego Paylor zataiła zabójstwa Gale’ego.

– Dobrze, jak zginął Rory Hawthorn?

– Zastrzelił go Gale.

– Co Rory robił w domu Pana Mellarka?

– Z tego co mi wiadomo, po tym jak strażnicy z Kapitolu przeszukiwali miasteczko w poszukiwaniu Gale’a, zapukali też do drzwi jego matki. Ta się wystraszyła, bo nie wiedziała o co chodzi. Nikt jej nic nie mówił.  Postanowiła przyjść do nas i zapytać co się dzieje. Dlatego wzięła dzieci i udała się do wioski Zwycięzców. Tam rozmawiała z moją matką i Panią Mellark. Rory usłyszał, jak Gale otwiera drzwi i wybiegł mu naprzeciw. I tyle.

– Czy to było zabójstwo z premedytacją?

– Raczej wypadek. Wątpię by chciał zabić swojego brata.

– Według zeznań Pana Haywthorna- do których mamy dostęp- broń sama wystrzeliła.

– Rory go zaskoczył. Jakoś nie chce mi się wierzyć, w to by broń sama wypaliła.

– Tak czy siak, twierdzi Pani, że to był wypadek?

– Tak.

– Dobrze, Pan Hawthorne prosił by Pani przekazać, że ze względu na długoletnia przyjaźń, odejdzie od roszczeń względem Pani i Pani podobnych.

– Słucham?

– Pan Hawthorne nie składa wobec wszystkich Państwa obecnych w domu Pana Mellarka, żadnego oskarżenia. Nie wnosi również sprawy o pobicie względem Pana Daniela i Asta. Są Państwo wolni. – dodaje z uśmiechem. A we mnie krew się gotuje. Nie mam pojęcia jak on to zrobił. Ale uszło mu to wszystko na sucho. Coś czuje, że Paylor to wszystko zatuszowała, tylko dlaczego? Dlaczego ona to zrobiła? Wychodzę z pokoju gdzie mnie przesłuchiwano. Johanna morduje wzrokiem, Beetee siedzi ze spuszczoną głową. Peety i Haymitcha nadal nie ma. Siadam na ławce koło Johanny.

– Wobec Ciebie- zaczyna mówić cicho, głosem przepełnionym jadem- też był taki wspaniałomyślny?

– Mhm.

– Zabiję go gołymi rękami.

– To zrób to, ale nie mów tego głośno. Zwłaszcza tutaj.

– A żebyś wiedziała, że to zrobię, za to co zrobił Danielowi- mówi do mnie patrząc mi w oczy. Są przepełnione złością i nienawiścią.

Spoglądam na Beetee. Kręci delikatnie głową, dając nam do zrozumienia, żebyśmy były już cicho. Po chwili drzwi otwierają się z trzaskiem. Wychodzi przez nie rozwścieczony Haymitch. Spogląda na nas pytająco. Wszyscy kiwamy głowami. Siada obok nas. I czekamy. Na Peete. Czuję powoli lęk, dlaczego tak długo go przesłuchują. Nie wiem co Gale, mógł mówić na jego temat. Doskonale zdaję sobie sprawę, z tego, że jedno jego słowo, może sprawić, że Peeta zniknie na długo z mojego życia. W więzieniu lub innym okropnym miejscu. Tylko dlatego, że ja wybrałam właśnie jego. Minuty ciągną się niemiłosiernie. Powoli niebo, które widzimy przez brudne okno, zaczyna szarzeć. A my nadal czekamy. Czuję dłoń Johanny, próbuje dodać mi otuchy. Wstaję i zaczynam chodzić w kółko. Macham rękami, próbuję zrzucić z siebie ciężar strachu. Jest już ciemno, pomieszczenie oświetla jedna mała lampa podwieszona przy suficie.

– Jak długo tu jesteśmy- pytam przez zaciśnięte strachem gardło.

– 5 godzin- odpowiada mi nieznajomy głos. Spoglądam w tamtą stronę, to ten młody chłopak, który był przy moim przesłuchaniu. Patrzę na niego pytającym wzrokiem, gdy podaje każdemu z nas kubek wody.

– Spokojnie Katniss, Peecie nic nie będzie, biorą go na przetrzymanie. Dopiero dziesięć minut temu zaczęli zadawać mu pytania.

– Kim jesteś, nie pamiętam skąd Cię znam?

Uśmiecha się delikatnie, zanim odpowiada.

– Jakoś mnie to nie dziwi. Chodziłem z Wami do klasy, ale żadne z Was nie zwracało na mnie uwagi. Choć nie, Peeta ze mną czasem rozmawiał. A Ty w sumie z nikim nie rozmawiałaś. Więc można powiedzieć, że dobrze się znamy.

– Nie pamiętam Cię- odpowiadam zupełnie poważnie i jest mi głupio.

– Wyobraź sobie mnie z dodatkowymi 20 kilogramami i ciągle nieuczesanymi włosami- odpowiada z uśmiechem.

– Andy?

– No brawo Katniss, jednak mnie pamiętasz.

– No teraz już tak- odpowiadam uśmiechając się do niego i chcę jeszcze coś dodać, gdy przez drzwi wychodzi Peeta. Jest blady, spocony i ma bardzo dziwny wyraz twarzy. Podchodzi do nas, bierze mnie za rękę:

– Cześć Andy- zagaduje go z przelotnym uśmiechem, po czym zwraca się do mnie- chodźmy do domu- już się nie uśmiecha, jest widocznie zdenerwowany.

– Idźcie, idźcie- mówi do nas Andy, machając nam na pożegnanie.

Bardzo szybko wychodzimy, żadne z nas nie odzywa się słowem do czasu, kiedy nie jesteśmy na opustoszałej drodze do wioski Zwycięzców.

– Czy ktokolwiek z Was- Peeta cedzi słowa przez zaciśnięte zęby- rozumie coś z tego co się stało?

– Peeta- Haymitch mówi ironicznie- powinniśmy się cieszyć Pan Hawthorne łaskawie darował nam wolność.

– Chyba z wdzięczności wyśle mu kwiaty- warczy Peeta i mocno ciągnie mnie w stronę domu.

 

 

5 myśli na temat “50: Przesłuchanie

Komentarze są zamknięte.