57: Stara fotografia

Witajcie.. Zapraszam do czytania i komentowania. Dzisiejszy rozdział powstał we współautorstwie ze wszystkim nam znaną Anną- za co pięknie dziękuję raz jeszcze. 

 

Wieczór powoli oddaje miejsce nocy. Josh i Nathaniel już dawno śpią, a my siedzimy razem, zebrani wokół dużego stołu na środku polany, na której stoi dom Johanny. Noc rozświetla blask ogniska i światło księżycowej nocy. Bezchmurne niebo pozwala nam się cieszyć pięknym widokiem pełni. Nie do końca wiem, dlaczego Peeta siada na drugim końcu stołu, ale teraz to nie jest najważniejsze. W sumie – cieszy mnie to, że mogę bezkarnie na niego patrzeć. Nie wiem tylko, które z nas częściej przyłapuje drugie na bezceremonialnych spojrzeniach, kiedy nasze oczy się spotykają, a nasze usta uśmiechają się do siebie. Czuję się jak za czasów, kiedy jeszcze chodziliśmy do szkoły. Wtedy też lubiłam na niego patrzeć, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy.

 

Jakimś cudem udało mi się uniknąć śmierci z rąk Johanny. Podejrzewam, że spory udział w tym miał Peeta ze swoim tortem. Johanna tak bardzo się ucieszyła, że ktoś w końcu robi coś tylko i wyłącznie dla niej, że pewnie zapomniała o moim niedopatrzeniu.

 

O ja naiwna…

– Peeta upiekł mi tort, Annie podarowała książkę, którą na pewno przeczytam. Effie i spółka dali mi perfumy, a Beetee kolczyki. A Ty? Masz zamiar coś mi podarować? – Johanna przygląda mi się uważnie.

– Wiesz Johanno, czasami przeraża mnie Twoja pewność siebie – skąd pomysł, że coś dla Ciebie mam?

– Bo mam dziś urodziny Katniss…

– Wiem. Mówisz o tym od tygodnia, ale ja już chyba wczoraj coś Ci o tym powiedziałam?

– Prezent – nachyla się nad stołem, przy którym siedzimy.

 

Uśmiecham się rozbawiona. Ot – cała Johanna. Peeta, siedzący po drugiej stronie stołu, patrzy na mnie równie rozbawiony:

– Masz coś dla niej? – pyta szeptem, ale tak, by wszyscy mogli go usłyszeć.

– A znasz kogoś żyjącego, kto przyszedł na urodziny Johanny bez prezentu? – staram się mówić tak jak on.

Nie odpowiada mi, tylko poważnie kręci głową. Wszyscy wybuchają śmiechem – wszyscy prócz Johanny, która nadal patrzy na mnie wyczekująco. Daję nura pod stół, a krótko po tym napotykam znów jej spojrzenie:

– To dla mnie? – wskazuje palcem na torebkę z prezentem.

– Tak – kiwam głową.

Wyciąga rękę, niemal wyrywa mi paczkę z dłoni i wychodzi spod stołu. Robię to równie szybko jak ona, bo chcę by zachowała kolejność otwierania. To ważne – dla mnie i dla niej. Mam nadzieję, że zrozumie. Niestety, bierze do ręki właśnie to, czego ma tutaj nie otwierać.

– Johanno, to potem, dobrze?

– Dlaczego? To kolejna książka?

– Nie, ale nie otwieraj tego teraz.

– Czy to bomba?

– Tak, rozgryzłaś mnie.

– Jest tam coś jeszcze? – pyta mrużąc oczy.

– Jest.

– To twoje szczęście Katniss – odpowiada mi z uśmiechem i sięga po kolejny prezent.

Kiedy go odpakowuje i zakłada na dłoń, dociera do mnie, że obawiam się jej reakcji. Kiedy zobaczyłam tę bransoletkę w sklepie, od razu pomyślałam o Johannie. A teraz boję się, że może się jej nie spodobać.

Przygląda się uważnie, kręci głową. Zgina i prostuje rękę.

– I jak wyglądam?

– Bardzo… niewinnie – odpowiada jej Peeta, próbując powstrzymać uśmiech.

– Tak… – przytakuje mu Haymitch – w tej bransoletce niewinność to twoje drugie imię.

– Katniss – zwraca się do mnie Johanna – czy wszyscy mężczyźni z twojego dystryktu to tacy idioci?

– Wiesz Johanno – odpowiadam jej pogodnie – nie znam zbyt dużo mężczyzn z Dwunastki, ale tak, ci których znam, to w większości idioci.

– My jesteśmy idiotami? My? – Peeta stara się mówić oburzonym tonem, ale i tak wyczuwam w nim rozbawienie.

– Pokaż mi proszę – mówi kąśliwie Johanna – gdzie ty widzisz tę niewinność?

 

Bransoletka ma pięć centymetrów szerokości, wykonana jest z bogato przystrojonego ćwiekami kawałka czarnej skóry.

– Ten prezent chyba najlepiej oddaje Twój charakter, Johanno – głos Beetee’ego, jak zawsze, jest wyważony i stonowany.

– To chyba oczywiste. To moja najlepsza przyjaciółka – odpowiada Johanna i spogląda na mnie z uśmiechem. I powinnam się domyślić co dalej zrobi.  Bardzo szybko, jednym ruchem, rozrywa papier na drugim prezencie. Spogląda na zdjęcie w ramce. Przy stole zapada idealna cisza – tylko Annie widziała co jeszcze mam.

– Skąd to masz?

– Znalazłam na strychu. Zimą, jak próbowałam wygonić tego szopa.

 

Kilka miesięcy temu do domu zakradł się szop. Wspomnienie jego małych nóżek, szorujących po deskach strychu, do tej pory przyprawia mnie o dreszcze. Ustaliłyśmy, że zrobimy losowanie, kto pozbędzie się niechcianego gościa. I wygrałam, mam jakieś wyjątkowe szczęście do losowań… Złapanie go zajęło mi mnóstwo czasu, przypłaciłam to paskudnymi zadrapaniami na dłoniach. I okropnym bałaganem na strychu. Był szybki – przewrócił jakieś kartony, potłukł kilka słoików, ale ostatecznie wylądował w naszym garnku – nie było innego wyjścia.

 

Zdjęcie znalazłam na dnie kartonu. Stara fotografia – ojciec trzymający na kolanach córkę i kobieta, pewnie matka, stojąca za nimi. Uśmiechnięci, szczęśliwi. Musiałam się porządnie przyjrzeć, by w tej ślicznej dziewczynce z dwoma warkoczykami rozpoznać Johannę.

– Pamiętam, że było w gorszym stanie.

– Bo to kopia, poprawiona i odrestaurowana.

– Nie jestem do końca przekonana, czy to dobry prezent – mówi powoli.

– A mnie się wydaje, że na tej fotografii jesteś szczęśliwa Johanno – Annie mówi bardzo spokojnie. Ona, tak jak ja, przygotowała się do tej rozmowy.

– Może takie chwile jednak warto pamiętać?

– To zdjęcie zrobiono w dniu moich dziesiątych urodzin… Ostatnie zdjęcie z tatą. Nawet mama była tu uśmiechnięta.

Widzę jak broda Johanny zaczyna się niebezpiecznie trząść. I chcąc ratować sytuację, zaczynam jej śpiewać piosenkę urodzinową. Kompletnie mi to nie wychodzi, czym doprowadzam ją do śmiechu. Ale w jej oczach widzę wdzięczność – tylko nie do końca wiem za co. Czy za prezent, czy może za to, że nie pozwoliłam jej się publicznie rozpłakać?

Ale przecież taką złożyłyśmy sobie obietnicę…

 

Była naprawdę straszna burza jak przyjechałyśmy do tego domu. Przemoczone i zmarznięte próbowałyśmy rozpalić ogień w kominku. Na samą myśl o tym, że pewnie Peeta zrobiłby to błyskawicznie, rozpłakałam się na dobre. Płakałyśmy obie, całą noc. A rano obiecałyśmy sobie jedno – nikt nigdy nie zobaczy już naszych łez. Będziemy silne, i razem stawimy czoło światu.

17 myśli na temat “57: Stara fotografia

  1. Super rozdział!;) czemu tylko tak szybko i bez żadnych pretensji, rozmów o tym co się stało się pogodzili:( teraz odejście Katniss wydaje się bez sensu jak jedno jego spojrzenie wystarczyło żeby mu wybaczyła bo mimo wszystko całował inną 🙂

  2. ale Adusia przecież trzymają dystans,nie rzucili się sobie bez pamięci w ramiona,a na rozmowe o tym co ich spotkało jeszcze najwyraźniej przyjdzie pora.Katnis wie też,JUŻ wie Peeta nie zrobil tego z premedytacja,kocha go i chce mu wybaczyc,zapomnieć i znów być szczęsliwa.A doskonale wie ze szczesliwa moze byc tylko przy nim,przy czlowieku który nauczyl ja czym jest milosc.Tak przynajmniej mi się zdaje 🙂 Super ze rozdzial dluzszy a nie trzeba bylo czekać i za to ogromne dzięki dla naszej autorki i Anny.No i oczywiście….. czekamy na nastepny 🙂 pozdrawiam

  3. Ania przesadziła z tym współautorstwem… Dostałam tekst do korekty (i tak już to wyszło wcześniej :)) i napisałam, że do mnie nie przemawia, bo jest mało opisów, tych detali, które u Niej uwielbiam, które budzą uśmiech, łzy, które budują emocje. Ale to Ania wszystkie je dodała :):)

  4. A kiedy kolejny?:o Wszyscy wiedzą tylko nie ja:((( Czy ja tu wyczuwam spisek?;) Nie no, zakładam że nn. o 19:)

    Puma

  5. Ja bym tu dodała, że Katniss jest w ciąży, to by dodało smaczku opowiadaniu, ale Twoja wersja bardzo mi się podoba i czekam na rozwój tej historii:)

  6. Zgadzam się z użytkownikiem mia, 159-205-61-25.adsl,inetia.pl Tylko w ciąży z Peetą, żeby nie było:)

    Puma

  7. ja też uwazam ze za szybko na ciaze,a pozatym zeby byla ciaza potrzebny jest sex a oni sie nie widzieli 7 miesiecy to kiedy mnieli by zmajstrowac tego bobasa 🙂 a gdyby zaszla przed rozstaniem to musialaby zaraz rodzic.bez sensu.Dajmy im sie nacieszyc soba po tak dlugiej rozlace 🙂 albo inaczej dajmy sobie szanse czytania jak znowu nie moga ani na chwile zostac sami 😉 pozdrawiam i juz sie nie moge doczekac na kolejny rozdział…..

  8. Protestuje, żadnej ciąży na razie 😀 poza tym kiedy miałaby w nią zajść? 😉 dajmy im trochę czasu razem, nie pakujemy ich jeszcze w pieluchy – maja Nathaniela do opieki 😉 (dobra, kończę, bo mi sie zrzedzęnie zaraz włączy ;))

Komentarze są zamknięte.