64: Ja też tęsknię…

Witajcie.

Notka powstała przy współpracy z Anną- dużej współpracy i proszę bez protestów:) 

Kolejna notka będzie we wtorek, jeszcze nie wiem czy rano czy wieczorem. Ale obiecuję będzie długa. Chciałam też wydać oświadczenie:

-” Pamiętam o notce walentynkowej :)”

Jeśli chodzi o udostępnianie linków- to proszę bardzo. Nie mam nic na przeciwko. Poproszę tylko o dokładny link do strony. 

A teraz zapraszam do czytania i komentowania. 

 

Siedzę na schodach przed domem, patrzę na ciemne niebo z milionem gwiazd. Dopiero tutaj zaczęłam dostrzegać ich piękno, zachwycać się nim. Staram się skupić myśli na czymś nieistotnym, byle tylko nie myśleć o jutrze. Od samego początku wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Ale dlaczego tak szybko, dlaczego już?

 

Wydarzenia ostatnich dni uświadomiły mi też, jak bardzo brakuje mi mamy. Nie rozmawiałam z nią, bo musimy podtrzymać teorię mojego unieruchomienia, a tak dużo chciałabym jej powiedzieć. To dziwne – nigdy nie odczuwałam potrzeby zwierzania się jej z czegokolwiek, a teraz, gdybym mogła, pobiegłabym zaraz do Czwórki, by wszystko jej opowiedzieć. Cieszę się, że już niedługo będę mieć okazję spotkać się z nią – za trzy dni będziemy na chrzcinach. Od dawna układam sobie całą historię w głowie – praktycznie co wieczór, leżąc w łóżku, rozmawiam z nią w myślach. A czasem nie do końca z nią, a z kimś równie mi bliskim, z kimś, za kim bardzo tęsknię. Z kimś kto na pewno zrozumiałby mnie.

 

Siostrzyczko – im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem pewna, że dobrze się stało. Oczywiście nie to, że tak głupio i na tak długo się rozstaliśmy, ale to, co stało się z nami teraz. Nigdy nie byłam na randce, a teraz chodzę na nie co dzień. Co dzień wstaję rano, ubieram się, maluję – staram się być piękna – dla niego. Chodzimy na spacery i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy. Poznałam historie z jego dzieciństwa, on z mojego, opowieści rodzinne. Dopiero podczas tych wielogodzinnych spacerów, na których często towarzyszy nam Nathaniel, zdałam sobie sprawę jak mało o sobie wiedzieliśmy. Arena pozbawiła nas możliwości normalnego poznania się, budowania związku powoli, od spojrzeń, drobnych gestów, przelotnych dotyków, przez pierwsze pocałunki aż do…

 

Równocześnie pewnie dlatego jest nam ciężej – znam smak jego ust i ciepło zbliżeń i bardzo za tym tęsknię. Jednak doceniam to, co dzieje się między nami teraz. Nie rzucamy się sobie w ramiona, nie całujemy się na każdym kroku. Uczymy się siebie nawzajem – czasami, kiedy wracamy do domu, jego dłoń dotyka mojej. Potem bardzo powoli bierze mnie za rękę, jakby się bał, że ucieknę. Ale ja nigdzie nie uciekam, czekam na każdy jego gest, na każdy dotyk, na jakiekolwiek wyznanie.

 

Uwielbiam na niego patrzeć – jak bawi się z Nathanielem, jak głośno śmieją się robiąc samoloty, ścigając, bawiąc. Jak piecze i jak rozmawia z innymi. Jak pomaga Johannie i Annie. Ale też co noc czekam, że może jednak zapuka do mojej sypialni. Jednak on tego nie robi. Raz sama próbowałam pójść do niego, ale muszę przyznać, że Johanna i Annie potrafią być przekonywujące. Siłą zaprowadziły mnie do łóżka i skończyło się tym, że spaliśmy w czwórkę. Rano tylko Nathaniel wydawał się być z tego zadowolony.

Nasłuchałam się wtedy od nich – o roli mężczyzn, o tym, że to oni powinni robić pierwszy krok, że to oni powinni zdobywać. Kiedy je zapytałam, co mam zrobić, bo jakoś nie widzę, by Peeta miał zamiar zrobić ten pierwszy krok – obie wybuchły śmiechem, jakby zapytała o coś oczywistego. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg – prowokować. Masz go sprowokować, Katniss. Jasne, łatwo powiedzieć – trudniej zrobić.

 

– Przeziębisz się – okrywa mi plecy ciepłym kocem. – Noce nie są jeszcze zbyt ciepłe – za to ciepło, które widzę w jego oczach, gdy siada naprzeciwko mnie, spokojnie mogłoby mnie zagrzać. Jednak ma rację – pomimo tego, że koniec marca zmienił się w połowę kwietnia, noce nadal są bardzo zimne.

– Spakowany? – wtulam się mocno w koc, dopiero teraz czuję, że już zmarzłam.

– Dużo tego nie było – odpowiada uśmiechając się. – Przyjedziesz po chrzcinach do Dwunastki pomóc w przygotowaniach do ślubu? – pyta mnie bardzo cicho.

Wiedziałam, że to pytanie w końcu padnie. Peeta jutro z samego rana wraca na jeden dzień do domu. Jak sam mówi – musi zabrać odpowiednie ubranie na uroczystość i  pokazać rodzicom, że jeszcze żyje. Potem jedziemy do Czwórki, a po chrzcinach on wraca do Dwunastki pomóc w organizacji wesela, a ja… Niestety – mam trochę inne plany.

– Jadę do mamy, nie widziałam się z nią od bardzo dawna.

– A kiedy będziesz w Dwunastce?

– 10 rano, tak zaplanowałyśmy.

– Czyli dopiero dzień przed weselem? – jest naprawdę zaskoczony.

– Skoro wesele jest 11 maja, to wygląda na to, że tak – będę dzień przed – próbuję się uśmiechnąć, ale czuję, że mi to nie wychodzi.

– Trochę późno – słyszę zawód w jego głosie.

– Muszę kupić sukienkę, a umówiłam się z Effie w Kapitolu – wzruszam ramionami. – Ja nie mam tak dobrze jak ty. Weźmiesz po prostu garnitur i jesteś gotowy. Wiesz może co Effie dla mnie planuje? – mówię już z uśmiechem.

– Powiedz jej, że nie potrzebujesz ekipy przygotowawczej, bo i tak jesteś najpiękniejszą kobietą na ziemi – delikatnie unosi brwi i uśmiecha się lekko, jakby chciał sprawdzić moją reakcję.

– Idziemy wybrać jej suknię ślubną. A, jak wiesz, Johanna i ja mamy być jej druhnami. Obawiam się, że wciśnie nas w jakieś różowe sukieneczki – nie wiem czemu, ale czuję, że się rumienię, jego uwaga o mojej urodzie była bardzo miła.

– Johanna w różu, masz rację, muszę to zobaczyć – zaczyna się głośno śmiać, czym szybko zaraża i mnie.

 

Peeta śmieje się jeszcze dobre kilka minut, a kiedy powoli się uspokaja, kładzie rękę na stopniu w odległości jakiegoś centymetra od mojej dłoni. Czuję, że chce mnie wziąć za rękę, może nawet przytulić. Wtedy, w świetle lampy oświetlającej drzwi wejściowe, zauważam znowu to, o co chciałam już kilka razy zapytać, ale jakoś nigdy nie było okazji. Siatkę blizn.

– Co ci się stało w ręce?

Poważnieje natychmiast. Przeczesuje włosy dłonią, jak zawsze wtedy, gdy się denerwuje. Patrzy mi prosto w oczy i mówi bardzo cicho:

– To przez tę wariatkę.

– Co? Jaką wariatkę? O czym ty mówisz? – nie pamiętam opowieści o żadnej wariatce.

– Ivon…

– Ivon ci to zrobiła? Ale jak, kiedy? Przecież to niemożliwe, Peeta?

– Mówię prawdę, Katniss. Acz rzeczywiście to nie Ivon mi to zrobiła, tylko zrobiła coś, co zapoczątkowało cały splot wydarzeń.

– Coś kręcisz, możesz mówić normalnie? – czuję, że zaczynam się denerwować.

– Dobra, ale się nie śmiej – mówi poważnie, a ja zastanawiam się jak mogłabym się z tego śmiać, niezależnie co się wydarzyło. – Ojciec zamówił szyld do piekarni, szklany, kolorowy, wyrazisty – naprawdę ładny. Z moją nogą nie bardzo mogę chodzić po drabinach, więc wieszał go razem z Patrickiem, a ja miałem mówić tylko „prawo, lewo, góra, dół”. Rozumiesz – ojciec z Patrickiem na drabinie, w rękach ciężki kawał szkła. Ja stałem pod drabiną, a ta wariatka objęła mnie nagle z tyłu. Wystraszyłem się, krzyknąłem. Wtedy z kolei ojciec się wystraszył i cała tafla wyślizgnęła mu się z ręki, upadając na ziemię. Jedyne, co zdążyłem zrobić, to zasłonić twarz.

– Żartujesz? – czuję, że brakuje mi powietrza, gdy wyobrażam sobie rozpryskujące się odłamki szkła. Nie chcę w to uwierzyć. Peeta nie odpowiada, tylko kręci głową.

– Nic ci się nie stało? – patrzę w jego twarz, a on w odpowiedzi pokazuje mi dłonie i ręce. Teraz rozumiem skąd te wszystkie ślady. Dziesiątki szklanych ostrych odłamków… Zamykam oczy, próbuję usunąć z myśli tę wizję…

– Często cię tak obejmuje? – zmieniam temat, by skupić się na czymś innym.

– Mówiłem ci, że płacę wysoką cenę za tamten błąd – mówi lekko przechylając głowę.

– Jak wysoką?

– Cholernie wysoką Katniss. Ivon chodzi po całym dystrykcie i opowiada, że jesteśmy parą. Woła za mną „skarbie ty mój” – śmiesznie przedrzeźnia dziewczynę. – Nie umiem się jej pozbyć, choć powiedziałem jej, że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy razem. Ale ona nie przyjmuje tego do wiadomości, choć nic między nami nigdy nie zaszło.

– Oj, to pewnie teraz biedactwo tęskni za swoim skarbem – mówię. Z jednej strony próbuję powstrzymać śmiech, z drugiej czuję jakieś irracjonalne ukłucie zazdrości. On jest mój, nie jej.

– Pewnie tęskni – patrzy na mnie uważnie, uśmiecha się lekko i wstaje. Nagle, jakby zmienił zdanie, kuca przy mnie, spogląda mi głęboko w oczy i mówi:

– Ja też tęsknię, ale jakoś nikt sobie z tego nic nie robi – po czym nachyla się i całuje mnie w szyję. – Dobranoc Katniss – znika w domu, zostawiając mnie zaskoczoną, ze wspomnieniem jego ciepłych ust na mojej szyi.

16 myśli na temat “64: Ja też tęsknię…

  1. Uroczo. Jak ja kocham Peete <3 Ta historia z szyldem była interesująca, ja myślałam, że on się ciął po stracie Katniss… a tu się okazuje, że szyld spadł XD
    Kobieto masz niesamowity talent i oby tak dalej. Pozdrawiam i życzę weny ;-******

  2. Witaj 🙂

    Rozdział świetny 🙂 Peeta zawiedziony ze Katniess tak późno wraca do do 12.
    Fajnie że między nimi wszystko tak stopniowo wraca do normy 🙂

    Czekam na ciąg dalszy 🙂

  3. Zerwalam się trsdycyjnie o 5:40 przeczytac nowy wpis….. A tu nic nie było 🙁 Rozdzial swietny,tylko brakuje mi ich tych czulosci jakie sobie zawsze okazywali.Rozumiem ze wiele się zdarzylo ale oni az za bardzo trzymaja dystans moim zdaniem oczywiscie.Aczkolwiek mam nadzieje ze w koncu się to zmieni 🙂 I jak tu wytrzymac do wtorku… TRAGEDIA 🙁 pozdrawiam cieplo

  4. Cudowny rozdział <3 w końcu wszystko się wyjaśnia 😉 i to ostanie zdanie że on tęskni za Katniss i ten pocałunek – takie romantyczne <3 czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział 🙂

  5. A nie da rady jutro coś dodać ????,chocby wieczorem ale jutro?.Wtorek to tak odlegly termin że nasza ciekawosc moze tego nie przezyc 🙂

  6. A jakiś mały bonusik dziś może być ? 😉 rozdział boski, a końcówka cudna <3 takie to wszystko jest teraz delikatne <3 idealne wyczucie !!! 🙂

  7. hej znacie jeszcze jakiś blog o igrzyskach gdzie peeta i katniss żyją szczęśliwie jak tak to dajcie linka bo mam ferie i siedze w domu i mi się nudzi

Komentarze są zamknięte.