67: Prezent od Cinny i Portii

Witajcie. 

Poniższa notka powstała przy współpracy z Anną, za co jej bardzo dziękuję. Kolejna notka powinna być jutro. Ale jeszcze nad nią pracujemy:) 

A tymczasem zapraszam do czytania i komentowania. 

Pozdrawiam. A. 

 

– Nooo – mówi przeciągle, z dziwnym uśmiechem na ustach. – Wstawaj, mamy mało czasu.

– Johanno, co ty kombinujesz? Kto ci powiedział, że ślub jest przełożony? Ja nic o tym nie wiem! – Johanna wie, a ja nie? Niemożliwe, znów coś pomyliła.

– Peeta dziś rano do nas dzwonił.

– Dzwonił do ciebie? O której? Jest ósma rano, przyjazd tutaj zajął ci przynajmniej godzinę. Coś kręcisz – siedzę na łóżku, coraz bardziej poirytowana tym, co się dzieje. – Do mnie nie dzwonił, nic mi nie mówił…

– Katniss, to nie jest teraz ważne, o której dzwonił, kiedy dzwonił, do kogo i czy w ogóle. Ważne jest to, że za cztery godziny jest ślub. Poduszkowiec czeka. Ubieraj się, pakuj, jedziemy potańczyć!

– Nie ruszę się stąd, dopóki ktoś wiarygodny nie potwierdzi mi tej informacji – mówię stanowczo i udaję, że zakopuję się w pościeli.

– To ja nie jestem wiarygodna?! – zaczyna na mnie krzyczeć.

– W tej kwestii nie! – odpowiadam jej tym samym.

– To wiesz co, mam cię w… w… w nosie – chyba zdusiła w sobie znacznie większą obelgę. – Zostań sobie tutaj, my jedziemy na wesele. Ale nie miej potem do nikogo pretensji, że pani świadek rezerwowy zgarnęła ci sprzed nosa Peetę! – po tych słowach wychodzi z sypialni. Zostawia mnie samą, nie odpowiadając na moje wątpliwości. W końcu wyskakuję z łóżka, biegnę za nią i odnajduję ją w salonie, spokojnie rozmawiającą z moją mamą.

– Mama? Nie jesteś w pracy?

– Nie, Melania do mnie dzwoniła, że młodzi przesunęli ślub na dzisiaj. Przyszłam spakować jeszcze kilka drobiazgów.

– Drobiazgów? Kilka? Po co? – coś mi tu bardzo, bardzo nie pasuje. Przecież mama nie wybierała się ze mną do Dwunastki.

– Ach, bo ja ci nie mówiłam… Ja i Enobaria jedziemy z wami. Zaopiekujemy się Nathanielem, kiedy Annie będzie na weselu – należy się dziewczynie chwila zabawy – uśmiecha się do Annie, siedzącej obok Johanny. – Może nawet spędzimy kilka dni razem – mówi spokojnie. Za spokojnie – jakby ta odpowiedź była przygotowana już od dawna.

– To czemu się nie pakujecie? – patrzę na nią i Enobarię, które – jakby nigdy nic – siedzą i piją herbatę. Przecież powinny teraz działać co najmniej w pośpiechu.

– Bo spakowałyśmy się już wczoraj – odpowiada Enobaria, strzepując jakiś niewidzialny pyłek ze swoich kolan.

– Czy któraś z was będzie uprzejma powiedzieć mi o co tu, do cholery, chodzi? – zaczynam spokojnie, ale już po chwili krzyczę. One wiedzą od wczoraj? I żadna mi nie powiedziała? To, że coś knują jest aż nazbyt oczywiste. Na dodatek z jakiegoś powodu żadna z nich nie reaguje na moje słowa.

– W takim razie – bawcie się dobrze, ja nigdzie nie jadę – oświadczam im głośno i odwracam się w stronę drzwi wyjściowych. Wtedy zatrzymuje mnie głos:

– Posłuchaj półmózgu, masz natychmiast udać się do swojej sypialni, spakować najpotrzebniejsze rzeczy i nie dyskutować z nami. Czasami ludzie postanawiają pomóc pewnej dwójce idiotów i to jest właśnie taki czas. Więc nie dyskutuj z łaski swojej i nie podnoś wiarygodności pewnych rzeczy i osób, tylko się ubieraj. Już! – patrzę na nią bykiem, chyba dlatego dodaje znacznie milszym tonem, puszczając do mnie oko – Nie pożałujesz.

Otwieram usta, by znów zapytać ją, co się dzieje, ale chór składający się z mamy, Enobarii i Annie uniemożliwia mi to:

– No już!

Wracam do sypialni, pakuję rzeczy, które tu ze sobą przywiozłam, ogarniam się trochę i wychodzę. Johanna przygląda mi się uważnie, studiuje mój strój, uczesanie i makijaż. I uśmiechem daje mi do zrozumienia, że jest dobrze.

 

Całą podróż poduszkowcem do Dwunastki spędzam na zabawie z Nathanielem. Stęskniłam się za tym małym łobuzem, po jego reakcji na mnie widzę, że on też. Już ich nie wypytuję o co chodzi – wiem, że nic mi nie powiedzą. Mam tylko nadzieję, że to, co wymyślili, nie jest zbyt szalone. Mam nadzieję… Skoro mama bierze w tym udział, to powinno być dobrze…

Jednak wydarzenia, które mają miejsce kilka chwil po lądowaniu w Dwunastce, upewniają mnie w przekonaniu, że należy wrócić do starej zasady – nie ufaj nikomu. Nikomu.

 

– Witam, mam na imię Paul, jestem bratankiem wujka Artura. Mam panie bezpiecznie i w miarę szybko odprowadzić na miejsce przygotowań do uroczystości – zagaja nas przystojny blondyn. Od razu domyśliłam się, że musi być jakoś spokrewniony z Peetą. Ma podobną budowę ciała, blond włosy i błękitne oczy.

– Radzę się pośpieszyć, uroczystość zaczyna się za godzinę i dziesięć minut – mówi zupełnie spokojnie, a ja próbuję odnaleźć wzrokiem Johannę. Jednak gdy widzę jak wpatruje się w Paula, opuszczam ramiona – zabicie jej pozostawię sobie na później.

 

Zastanawiam się co to za uroczystość. Nie wierzę w to przeniesienie ślubu – przecież powiadomiliby mnie wcześniej. Na pewno miało mnie to tylko wyciągnąć z domu. Odpowiedź na to pytanie przeczy wszystkim moim myślom – Paul prowadzi nas do Pałacu Sprawiedliwości, wskazuje drzwi, a kiedy je otwieram, moim oczom ukazuje się Amanda. W sukni ślubnej. Już gotowa…

– Katniss, zdążyłaś – rozpromienia się na mój widok i obejmuje mnie mocno. – Tak się bałam, że ci się nie uda.

– Co się tutaj dzieje? – czuję, że mam szeroko otwarte oczy, jestem naprawdę zdezorientowana.

– Wychodzę za mąż, przecież wiesz – odpowiada mi z uśmiechem od ucha do ucha.

– Tak, to widzę – przełykam ślinę – ale czemu dziś? Nie mogliście poczekać tych czterech dni?

– Och Katniss, siódemka to taka szczęśliwa liczba, więc po prostu zmieniliśmy plany. A teraz – przebieraj się – uśmiecha się lekko. – Bałam się, że nie zdążysz, ale na szczęście jesteś. Będę mieć wspaniałych, wymarzonych – mówi z naciskiem – świadków.

– Jakoś wątpię – odpowiadam jej naprawdę zła i opadam na pobliskie krzesło. – Nawet nie mam w co się przebrać.

Amanda blednie, teraz ona szeroko otwiera oczy i chyba chce coś powiedzieć, ale czyjś piskliwy, wyniosły głos przerywa jej:

– Amando, kuzynko droga, jestem gotowa – tę niebrzydką blondynkę widzę chyba po raz pierwszy. A może nie…? Kogoś mi przypomina… Ona jednak chyba mnie rozpoznała – patrzy na mnie z dziwną mieszaniną nienawiści i satysfakcji. – Zgodnie z umową – będę twoim świadkiem.

– Ale… ale miałaś być tylko w momencie, gdyby Katniss nie zdążyła dojechać… – widzę, że Amanda jest bliska łez. Mimo, że nic nie rozumiem, mam ochotę powiedzieć coś, co ją pocieszy. Jednak nim mam czas, by wymyślić coś mądrego, drzwi otwierają się i widzę w nich głowę Peety.

– Katniss, jesteś, zdążyłaś – mówi z nieskrywaną ulgą i uważnie mi się przygląda. Zakładam ręce na piersi i nadal siedząc na krześle, odpowiadam mu:

– Jasne, zdążyłam. Tyle, że nigdzie nie idę.

– Ale dlaczego? – widać, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał.

– Bo wiesz, tak się składa, że ktoś zapomniał mnie powiadomić o przesunięciu terminu ślubu. Dzięki tej osobie nie mam się w co ubrać, bo zakupy miałam zrobić jutro – odpowiadam mu zaczepnie i unoszę brwi. Oczywiście to przytyk w jego stronę – rozmawiał ze mną codziennie i zapomniał o tak ważnej rzeczy? Patrzy na mnie uważnie, mruży oczy, ale nagle jego twarz się zmienia, jakby wpadł na jakiś pomysł. Uśmiecha się delikatnie mówiąc:

– Którą sukienkę ci przynieść? Masz ich dużo – chyba zauważył, że nie rozumiem do czego zmierza, bo dodaje – mówię o tych, które ubierałaś w czasie naszego tournee. Wszystkie są śliczne. 

– Peeta – mówię nadal poirytowana, choć w myślach przeszukuję już moją szafę w Wiosce Zwycięzców – jest piętnaście po jedenastej, ślub ma być za czterdzieści pięć minut. Nie zdążysz, nie ma szans.

– Zdążę – mówi spokojnie. – Dla ciebie… – milknie, odwraca głowę, jakby coś usłyszał, po czym z uśmiechem na twarzy znów patrzy na mnie. Dobiega nas głośny stukot – dźwięk wydawany przez kogoś, kto bardzo szybko biegnie na szpilkach. Przechylam głowę, patrzę pytająco na Peetę, a jego twarz się rozpromienia. Widzę, że chce mi coś powiedzieć ale w tym momencie odpycha go Effie, która wchodzi do pokoju z pokrowcem w jednej ręce i butami w drugiej.

– Spokojnie Katniss, mam wszystko przygotowane – musiała słyszeć moje pretensje. – Ta sukienka przyjechała tu ze mną z Kapitolu. Miała być na trochę inną okazję, ale cóż – mówi odpinając powoli zamek pokrowca – nic się nie stanie, jeśli założysz ją dzisiaj.

Kiedy wyjmuje sukienkę, od razu poznaję rękę projektanta. Spoglądam na nią zaskoczona, a ona tylko delikatnie kiwa głową. W myślach widzę jak jego dłoń delikatnie przesuwa się po błękicie materiału wygładzając go lekko, jak układa całość na manekinie. I na mnie. Czuję, że do oczu napływają mi łzy wzruszenia – tylko jedna osoba zawsze doskonale wiedziała w czym będę wyglądać i czuć się pięknie. Peeta spogląda na mnie, w jego oczach widzę pytanie, na które oboje doskonale znamy już odpowiedź. Przytakuję mu głową, a Effie uśmiecha się delikatnie.

– Zostawił to dla ciebie. Miała być na inną okazję, ale ta też będzie dobra. Na pewno nie miałby mi za złe tego, że daję ci ją dziś – przerywa na moment, po czym powraca do roli Effie, jaką doskonale znam – komenderującej resztą. – A teraz – przebieramy się, Katniss, mamy mało czasu. A ty co tutaj jeszcze robisz? – zachowuje się tak, jakby dopiero teraz zobaczyła Peetę. – Zmykaj do Haymitcha, ty też musisz się przebrać.

– Effie, ja jestem gotowy. Co najmniej od godziny – odpowiada jej spokojnie.

– Jesteś tego pewien? – pyta go z zagadkowym uśmiechem. Czyżby nie tylko dla mnie przywiozła niespodziankę?

Widzę, że Peeta ma wątpliwości, ale wie – równie dobrze jak ja – że z Effie w tym stanie nie warto dyskutować. Kiedy naciska klamkę, by wyjść, odwraca się w moją stronę, przygląda mi się jeszcze raz z lekkim uśmiechem i mówi prawie bezdźwięcznie:

– Stęskniłem się – jego uśmiech jest mieszaniną radości, ulgi i tego, co miałam już możliwość podziwiać, kiedy byliśmy naprawdę sami.

– Ja też – odpowiadam mu równie cicho.

 

Kiedy jestem gotowa (słysząc w tle nieustająco uwagi Ivon, że to jednak ona powinna być świadkiem, w końcu jest rodziną, a nie jakąś obcą), kiedy staję przed lustrem, po raz kolejny uświadamiam sobie jak wspaniałym projektantem był Cinna. Wyglądam pięknie. Błękit jest prawie identyczny jak oczy Peety, nie wiem jakim cudem Cinnie udało się znaleźć materiał w takim odcieniu. Szerokie ramiączka z ramion zsuwają się na dekolt, krzyżując się pod biustem – całość podkreśla całą moją sylwetkę, dodatkowo mocno uwypuklając talię. Buty, pewnie też wybrane przez Cinnę, są idealne – wygodne, miękkie sandałki na delikatnym obcasie, na którym czuję się bezpiecznie. Effie zaczyna upinać mi włosy, ale po jakiejś uwadze wyszeptanej jej przez Johannę, rozpuszcza je, zbierając tylko boki. Delikatny makijaż wieńczy całość, a furia w oczach Ivon – tylko upewnia mnie w przekonaniu, że dobrze wyglądam. Powoli udajemy się do miejsca, gdzie ma się odbyć ślub, podczas gdy Amanda zostaje ze swoimi rodzicami na górze, czekając, aby ojciec sprowadził ją na dół.

 

Podchodzę do bardzo eleganckiego mężczyzny. Ciemnopopielaty, idealnie skrojony garnitur fantastycznie podkreśla jego ciało, a koszula – w identycznym kolorze jak moja sukienka – współgra z jego oczami. Uśmiech, który przywołuje na twarz widząc mnie, sprawia, że mam ochotę się na niego rzucić.

– Portia? – nie wiem po co pytam, skoro znam odpowiedź.

– Cinna? – odpowiada mi przekornie.

Mam tak nieodpartą potrzebę dotknięcia go, że zaczynam poprawiać kołnierzyk jego koszuli. Delikatnie muskam przy tym jego szyję, a on obejmuje mnie w talii. Patrzy mi głęboko w oczy, nachyla się i bardzo cicho mówi:

– Prowokujesz mnie, kochanie – słyszę w jego głosie te nuty, które sprawiają, że przechodzą mnie dreszcze. Tęskniłam za tym…

– Nic z tych rzeczy, kochanie. Ja po prostu pracuję nad szczegółami – po tych słowach całuję go w policzek, tuż przy uchu. Jego ręka zaciska się mocniej na mojej tali.

– Miałem na myśli trochę inne szczegóły – delikatnie całuje mnie w policzek.

– Ja też – odpowiadam mu tym samym.

Peeta bierze głęboki oddech, moje usta są gotowe na pocałunek, który za chwilę nastąpi. Ale on znów tego nie robi, czuję tylko, że przyciska mnie do siebie jeszcze mocniej, jakby bał się, że mu ucieknę. To co mówi, sprawia, że kolana lekko się pode mną uginają, jego silne ramiona utrzymują mnie jednak.

– Kocham cię, Katniss – kiedy spogląda mi w oczy, widzę, że czeka na odpowiedz. Długo na to czekałam, bardzo długo, zdążyłam nawet zwątpić. Oboje jesteśmy bardzo poważni, choć mój głos drży, kiedy odpowiadam mu:

– Ja ciebie też – nachyla się powoli, ale nagłe ciche kaszlnięcie za jego plecami sprawia, że obydwoje spoglądamy w tamtą stronę.

– Musimy zaczynać – widzę łzy wzruszenia w oczach jego matki. Nie ma wątpliwości co wydarzyło się między nami, choć na pewno nie mogła nic usłyszeć. – Przykro mi synu – puszcza do niego oko, kiedy powoli ruszamy w ślubnym orszaku.

14 myśli na temat “67: Prezent od Cinny i Portii

  1. Nie no ten rozdział jest obłedny,ta Wasza wspólpraca…. Aniu,Anno dziekuje i …. czekam na kolejny 🙂

  2. Boooskie naprawę wszystkie twoje wpisy mnie zaskakują nie mogę się doczekać jutra , i nawet nwm czy jutro zasnę mam taką nadzieję , że staie sia tak jak wszyscy przewidują ;** Pozdrawiam ! I życzę weny !

  3. Wspaniałe. Nie mogę się doczekać kolejnej notki *.*

    Coś czuję, że jeszcze kilka wpisów i obiecana notka walentynkowa <3

Komentarze są zamknięte.