79: Rodzinne pamiątki

Witamy.

Serdecznie zapraszamy do czytania i komentowania. 

Kolejny rozdział jutro rano. 

Pozdrawiamy ciepło A. & A. 

 

Powoli przesuwa usta po mojej szyi i ramionach, by ponownie wrócić do warg. Kiedy przestaje mnie całować, głośno przełyka ślinę i zaraz potem, wyraźnie rozbawiony, mówi:

– Pachniesz czekoladą.

– Wiesz, chciałam się poczuć jak bogini…

– Co? – wybucha śmiechem, a potem siada na łóżku, ciągnąc mnie za sobą.

– Dostałam mus czekoladowy w prezencie od Effie i Haymitcha. Choć on go pewnie nie wybierał.

– I zamiast go zjeść, wsmarowałaś w siebie? – patrzy na mnie z niedowierzaniem i widzę, że robi wszystko, by się ponownie nie roześmiać.

– Nie – mówię bardzo stanowczo. – Na pudełku było napisane, że właśnie tak mam zrobić.

Jego broda zaczyna się dziwnie trząść, usilnie stara się powstrzymać śmiech, ale doskonale widzę go w jego oczach. Unoszę brwi i patrzę na niego pytająco. W końcu nie wytrzymuje, opada na łóżko i śmieje się do rozpuku. Podnoszę się momentalnie, staję nad nim i delikatnie, kolanem, szturcham go w nogę. Nie pomaga, więc robię to mocniej. Peeta z oczami mokrymi od łez wzbudzonych przez śmiech, podnosi się na łokciach i przechyla głowę, pytając:

– Tak, czekoladko?

Nie wierzę, że to powiedział. Na dodatek nie wiem, co go aż tak rozbawiło i robię nadąsaną minę. Peeta, najwyraźniej w reakcji na to, siada szybko na łóżku i obejmuje moje nogi ramionami, nie pozwalając mi na ewentualną ucieczkę.

– Nie obrażaj się – mówi cicho i szybko, zupełnie jakby się bał, że zaraz mu ucieknę – tylko żartuję. Pięknie pachniesz – odchyla się mocno do tyłu, kładąc się na łóżku i ciągnie mnie za sobą. Leżę na nim, na wyprostowanych rękach opartych tuż nad jego głową. Dopiero w tej pozycji dochodzi mnie bardzo silny zapach czekolady. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest aż tak wyrazisty. Drażni mnie, znów czuję się nieswojo we własnej skórze – tak nie pachnie Katniss Everdeen. Zaczynam rozumieć co tak śmieszy Peetę, ale nim mu to mówię, przypominam sobie inny zapach. Zapach świeżego chleba, który czasami wzbudzał moją radość, a czasami nieznośnie drażnił zmysły. Wszystko zależało od tego, czy miałam co zjeść na śniadanie… To Peeta przynosił ze sobą ten zapach do szkolnej klasy… Każde z nas, mimo, że nie używamy perfum, pachnie w określony sposób. On chlebem, ja lasem. Gdy w głowie kiełkuje mi pewna myśl, gdy chcę mu powiedzieć o swoich odczuciach, jego słowa sprawiają, że odkładam to na później.

– To niesamowite, że podarowała go właśnie tobie i właśnie dziś. Liczyłem na to, że go dostaniesz, ale nie sądziłem, że tak szybko.

– Co? – jego słowa wyrwały mnie z niewielkiego zamyślenia, nie wiem do czego nawiązują.

Zamiast odpowiedzieć, wskazuje na wisior na łańcuszku – prezent od jego rodziców. Założyłam go na szyję od razu i nie zdjęłam aż do teraz.

– Coś ci pokażę – unosi się na łokciach, dając mi do zrozumienia, bym usiadła. Odwraca się lekko, bardzo delikatnie bierze ozdobę w palce. Jest prosta, owalna, bez zbędnych ozdób, wykonana najprawdopodobniej ze srebra. Sama nie noszę niemal żadnej biżuterii i sądziłam, że właśnie ze względu na tę prostotę państwo Mellark uznali, że mi się spodoba. Tymczasem Peeta naciska jakiś niewidzialny dla mnie guzik, dzięki czemu wisior otwiera się. Zaglądam zaskoczona do środka – we wnętrzu widzę jego dobrze mi znany, ciepły uśmiech, szczere spojrzenie i lekko rozwiane włosy. Przenoszę zaskoczone spojrzenie na Peetę i widzę, ze coś go bardzo ucieszyło.

– Prababcia mojej mamy dostała go od swojego męża, kiedy wydała na świat pierwszą córkę. Od tamtej pory przekazywany jest z pokolenia na pokolenie, z matki na córkę.

– Ale twoja mama nie ma córki – mówię to jakoś odruchowo.

– Tak, mama jest pierwszą kobietą od kilku pokoleń, która nie doczekała się córki. I pewnie dlatego babcia, tuż przed swoją śmiercią, kazała jej przekazać ten medalion swojej ulubionej synowej.

– Ale ja nie jestem jej synową… – czuję dziwne ukłucie w sercu, jakiś dziwny rodzaj radości i wzruszenia, a równocześnie czegoś na kształt dumy z tego, że pani Mellark to właśnie mnie traktuje jak córkę. I już rozumiem dziwną, smutną minę Patricka i pocałunek złożony na dłoni Amandy, kiedy Peeta pomagał mi zapiąć łańcuszek. Myślałam, że jego ręce drżą tak, bo nadal jest zdenerwowany rozmową, którą odbyliśmy z naszymi matkami. Ale teraz już wiem – Peeta wiedział co oznacza ten gest jego matki.

– Widać moja mama jest przekonana, że będziesz jej synową – patrzy na mnie jakoś wyczekująco. To kolejny temat, którego nie mieliśmy czasu omówić… Nie wiem co mam mu na to odpowiedzieć. Sama oddałam mu pierścionek i teraz nie wiem, czy to ja powinnam poprosić o jego zwrot, czy raczej czekać na jego inicjatywę. Czy uznać ostatnie stwierdzenie za taki krok…?

– Wiesz może – szybka zmiana tematu to jedyna ucieczka. Nie wiem jak przeprowadzić tę rozmowę, muszę się nad tym zastanowić, muszę zapytać dziewczyn o radę – gdzie jest reszta moich prezentów? Kiedy pomagałam mamie w sprzątaniu, znalazłam tylko ten mus od Effie.

– Twoja mama kazała Johannie zanieść je do twojej sypialni – odpowiada mi spokojnie, jakby to było oczywiste. Jednocześnie dziwnie mi się przygląda.

– Nie było ich tam – nie mogłam ich przegapić, to niemożliwe.

– Johanna przyniosła je tutaj. Widać uznała, że to jest twoja sypialnia – podążam za jego wzrokiem. Rzeczywiście, na komodzie stoi już zdjęcie od Annie. Podchodzę do niego powoli. Nie pamiętam kiedy zostało zrobione, ale jest naprawdę piękne. Ja trzymam na rękach Nathaniela, nawet się uśmiecham, podczas gdy ten szkrab trzyma swoją malutką rączką nos Peety. Ale dopiero teraz zauważam coś jeszcze – sposób, w jaki Peeta na mnie patrzy. Nawet na tym zdjęciu widać ile miłości i czułości jest w tym spojrzeniu. Kiedy do mnie podchodzi, spoglądam na niego zaskoczona.

– Nawet nie wiesz jak pięknie wtedy wyglądałaś – uśmiecha się lekko, znów odczytując moje myśli. Nagle szybko poważnieje – Powiedz mi, co miało znaczyć „na wszelki wypadek”?

Doskonale wiem o co mu chodzi – małe, ozdobne pudełko z woreczkiem pełnym pachnących sosnowych igieł stoi obok zdjęcia. Prezent od Johanny, do którego przyczepiła klucz do jej leśnego domu i niewielką kartkę z odręcznie napisanymi słowami „na wszelki wypadek”.

– Przecież to proste. Na wszelki wypadek – gdybyśmy mieli ochotę ją odwiedzić.

– A jej by nie było? – nie mam wątpliwości, że Peeta nie wierzy w moje słowa.

– Na przykład – odpowiadam i chcę go pocałować. Tylko w ten sposób jestem w stanie powstrzymać jego dalsze pytania. Johanna dała mi możliwość powrotu… Ja to wiem i wiem, że Peeta też ma tego świadomość.

– Zapomniałem! – wykrzykuje nagle po pierwszym pocałunku. – Na śmierć zapomniałem, chodź ze mną! – mówi ciągnąc mnie za sobą po schodach.

 

– Ale jak? – tylko te słowa przechodzą mi przez zaciśnięte gardło. Tego się nie spodziewałam, gdy trzymana za rękę przez Peetę, zbiegałam z nim ze schodów; kiedy tuż przed drzwiami pracowni poprosił mnie o zamknięcie oczu; kiedy powiedział, że nie dostałam jeszcze prezentu od niego. Zamknęłam je posłusznie, tak jak prosił, jednocześnie tłumacząc, że cały dzisiejszy dzień, od samej północy, był jednym wielkim prezentem. W odpowiedzi usłyszałam tylko spokojne stwierdzenie, że to nie wszystko. I wyjaśnienie, że czekając na mój przyjazd miał masę czasu, by pracować nad tym, co zaraz zobaczę. Teraz stoję i wpatruję się w kolejną niespodziankę. Gula w moim gardle i łzy napływające do oczu – nie jestem w stanie powstrzymać reakcji na to, co mam przed oczami. Od dawna wiem, że Peeta jest zdolnym artystą, ale ten obraz jest niesamowity. Każdy szczegół jest niezwykle realistyczny, dopieszczony. Choć tak naprawdę widzę tylko twarze…

– Ale jak? Skąd?… – powtarzam pytanie, przenosząc na krótki moment wzrok na niego. 

– To długa historia – odpowiada bardzo poważnie.

– Opowiedz mi, proszę – nie wiem czemu szepczę, ale ciężko mi mówić inaczej. Jednocześnie pozwalam, by łzy płynęły mi swobodnie po policzkach. Nie rozglądam się wokół, choć to pomieszczenie znam chyba najsłabiej. Byłam tu raz lub dwa, wszędzie pełno jest obrazów, pędzli, jakiś szmat. Zapach farb i rozpuszczalników jest bardzo intensywny, wręcz dławiący, jednak teraz właściwie go nie czuje.

Peeta siada na jedynym fotelu w całym pomieszczeniu i wyciąga do mnie rękę.

– Chodź do mnie – bez dłuższej zwłoki siadam mu na kolanach, wtulając się w niego. Delikatnie całuje mnie w czoło. Nie pyta czemu płaczę, tylko obejmuje mnie, a ja nie odrywam wzroku od twarzy na sztalugach. W końcu Peeta cicho zaczyna swoją opowieść:

– Opowiem ci to, czego dowiedziałem się od Davida, syna pana Adamsa, który był kiedyś fotografem w Dwunastce. Zakład jego ojca, jak niemal wszystko, spłonął w trakcie nalotu na dystrykt. Pan Adams zginął w płomieniach, ale Davidowi jakimś cudem udało się uciec. Wrócił rok temu i zaczął odbudowę. Jak mówił – nie chciał się śpieszyć, z tym miejscem wiązało się zbyt wiele wspomnień. Przypadkiem znalazł to, co ojcu udało się ukryć. Zresztą – pewno dlatego nie zdążył uciec. Metalowa skrzynia w piwnicy zawierała dużo cennych dla fotografa rzeczy. Stary, ulubiony aparat, odczynniki, kilka innych drobiazgów. Na dnie była mała szara koperta z napisem „zdjęcia nieodebrane”. David kojarzył je – ojciec kiedyś mu je pokazał z informacją, że właściciele z różnych powodów pozostawili je w zakładzie, ale zastrzegł, że warto je przechować, bo czasem ludzie wracają po latach. David postanowił – w miarę możliwości – zwrócić je właścicielom, jako nierzadko jedyne pamiątki po starych czasach. Większość uwiecznionych osób kojarzył, więc poszło mu dość łatwo. Zostało tylko jedno zdjęcie, na którym nie umiał rozpoznać sfotografowanej rodziny. Nie chciał biegać od domu do domu, z pytaniem czy ktoś zna tych ludzi. Zamiast tego wystawił zdjęcie w witrynie, licząc, że ktoś je rozpozna. Nie pomylił się – jakaś starsza kobieta powiedziała mu, że na jego miejscu nie pokazywałaby publicznie tego zdjęcia, tylko oddałaby właścicielkom. Dodała też, że w ludziach jest olbrzymi szacunek do tej rodziny i nie przystoi reklamować zakładu zdjęciem Kosogłosa z dzieciństwa. Dopiero wtedy zrozumiał, jak cenną rzecz uchronił jego ojciec. Zaczął cię szukać, ale zbiegło się to w czasie z twoim wyjazdem. Pytani ludzie pokierowali go do Gale’a. Jednak ten, wyobraź sobie – Peeta zaczyna ironizować – powiedział, że to nie ty. Nie chciał nawet rozmawiać z Davidem, zarzucił mu też, że chce zarobić.

– Gale nie znał mnie w tym wieku, mógł mnie nie rozpoznać – sama nie wiem, czemu go bronię, ale czuję, że to prawda. Peeta patrzy na mnie zaskoczony – nie pomyślał wcześniej o tym, że zna mnie dłużej, znacznie dłużej, niż Gale.

– David schował zdjęcie i postanowił czekać. Bardziej uwierzył tamtej starej kobiecie niż Hawthorne’owi. Podobno przeszło mu przez myśl, by iść z tym do mnie, ale doszły go słuchy, że się rozstaliśmy. Bał się też, że zareaguję podobnie jak Gale. Potem był świadkiem pamiętnej wymiany zdań i postanowił mnie odszukać w piekarni. Rodzice przekazali mi to, gdy wróciłem z chrzcin. Zaprosił mnie na zaplecze i zapytał czy mogę mu pomóc w rozpoznaniu osób na tym zdjęciu. Opowiedział mi też o rozmowie z Gale’em i starszą kobietą. Nie musiał kończyć, od razu cię rozpoznałem. Z Prim miałem kłopoty, ale starsza dziewczynka niewątpliwie była tobą – delikatnie się uśmiecha. – Chciałem mu zapłacić – we własnym lub twoim imieniu – za zdjęcie, za przechowanie, za to szukał właściciela, ale uparł się, że nie przyjmie ode mnie pieniędzy – kiedy Peeta kończy swoją opowieść, uświadamiam sobie, że nie pamiętam sytuacji, w której byłoby zrobione to zdjęcie.

– Mogę zobaczyć tę fotografię?

– Obraz jest jej idealną kopią – odpowiada mi spokojnie, jakby się spodziewał tego pytania.

– A co się stało z samym zdjęciem? – boję się, że coś poszło nie tak i pamiątka po ojcu oraz Prim przepadła.

– Oprawiłem ją w ramkę. Myślałem, że może podarujemy je twojej mamie? – przygląda mi się uważnie, a czuję, że wzruszam się jeszcze mocniej. Przed oczami widzę rodziców siedzących na wysokich krzesłach, na tle fototapety z widokiem lasu, niemal identycznego jak ten, po którym zwykłam wędrować z ojcem i sama… Mama się uśmiecha, trzyma na kolanach roześmianą Prim. Ja i tato jesteśmy poważni, spokojnie wpatrujemy się w obiektyw aparatu. I prawie czuję ciepło jego dłoni na moim ramieniu…

Dziękuję Peecie w jedyny sposób, jaki przychodzi mi do głowy…

 

 

26 myśli na temat “79: Rodzinne pamiątki

  1. Boziuu jakie to slodkie *.* swietna notka piękna!. Nie wiem co pisac wiec tradycyjnie

    Zajebisty blog. Teraz czekac tylko do jutra rana 🙂

  2. Zawsze (albo prawie zawsze) przed notką jest informacja kiedy będzie następna 🙂 Kolejna – jutro rano 🙂

    A akcja z pierścionkiem… Kiedyś będzie… 😉 (jak w życiu – wszystko toczy się swoim rytmem i pojawia gdy nadchodzi jego czas :))

  3. Katniss i mus czekoladowy- i jak Peeta mial się nie smiac 🙂 Rozdzial jak zawsze perfekcyjny… a Peeta jak nie kochac takiego mezczyzny no jak?! 🙂

  4. Jej jakie to wzruszające 🙁 <3 dziwne tylko że Gale nie rozpoznał matki Katniss 🙂 choć właściwie mogła się bardzo postarzeć jeśli się uprzeć 😉 czekam na następny *_*

  5. Adusia – mocny punkt 🙂 Ale sama Katniss mówi w książce, że słyszała, że jej mama kiedyś była wyjątkowo piękna, czyli musiała się bardzo zmienić…

    Mona – da się… I tak myślę, że gdyby nie igrzyska, to pewnie Gale, a nie Peeta byłby szczęśliwy u boku Katniss (choć oczywiście życie różne scenariusze pisze…). I wbrew wszystkiemu, moim zdaniem, ten jeden raz Effie miała rację, pisząc o miłości zrodzonej w tyglu igrzysk (choć to scena tylko w filmie, w książce jej nie ma).

  6. Mam nadzieję, że powstanie jeszcze z kilkaset rozdziałów. Naprawdę wspaniale piszecie 🙂

Komentarze są zamknięte.