90: Ćwir, ćwir

Witajcie.

Wyniku naszego konkursu ogłoszone zostaną jutro wieczorem. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę. 

Pozdrawiamy A. & A. 

Kiedy tylko przysłane na dworzec przez Gale’a samochody przywiozły nas pod wysoki apartamentowiec, Effie poprosiła nas wszystkich, byśmy unikali dyskusji z jej matką. Naciskała też byśmy nie wykłócali się o zbędne szczegóły, które można łatwo rozwiązać nocnym spacerem, a w całej jej postaci było coś dziwnego, jakby obawiała się – nas lub matki… Zabrzmiało to tajemniczo i w pierwszej chwili nie zrozumiałam jej słów, jednak już wkrótce wszystko miało się wyjaśnić.

Coś dziwnego jest w tej kobiecie, dziwnego i przerażającego jednocześnie. Effie przez pierwsze lata znajomości z nami,  była oderwana od rzeczywistości, ale jej matka wygląda jak wyjęta z kart Kapitolu sprzed rewolucji. Jest sztywna, ubrana w jakąś dziwną suknię, mówi z tym specyficznym akcentem, który sprawia, że przez chwilę muszę się przyzwyczaić do rozróżniania poszczególnych słów…
– Moja służba przygotowała państwu pokoje. Niestety moje mieszkanie nie jest zapewne tak duże i tak bogato urządzone jak to, do czego państwo przywykli. Jednak, ze względu na moją maleńką córeczkę, mam nadzieję, że nie będą państwo robić z tego problemów – mówi szybko i dość cicho, gdy tylko Effie opuściła duży salon, z przeszklonym tarasem ukazującym zapierający dech widok na miasto. Sposób urządzenia tego pomieszczenia pokazuje charakter domu – mnóstwo szkła, najróżniejsze odcienie bieli z minimalnymi akcentami czerni. Wszystko jest tak delikatne, że aż strach jest dotknąć czegokolwiek, by tego nie zepsuć, nie stłuc. Widzę też, że nie tylko ja mam takie odczucia – od pierwszej chwili spędzonej w tym miejscu, widzę zmianę w Joshu – z wesołego i rozbrykanego chłopca, którego wszędzie jest pełno, zamienił się w aż nadto spokojne i flegmatyczne dziecko. Pozostali też, dziwnie mu się przyglądają – przez głowę przemyka mi pytanie, czy nie jest przypadkiem chory. I w duchu cieszę się,  że Annie i Nathaniel zrezygnowali z tej podróży i postanowili dołączyć dopiero w dniu ślubu. 
– W żadnym wypadku nie chcemy sprawiać kłopotów – przerywa jej bardzo grzecznie Peeta. – Możemy udać się do starego ośrodka szkoleniowego – mamy tam zawsze prawo spędzić noc, gdy jesteśmy tutaj – przez krótki moment rodzi się we mnie nadzieja, że uda się nam stąd wyrwać.
– I co jeszcze?! – pani Trinket, choć niby nie podnosi głosu, uderza w tak piskliwe tony, że wiemy, że na nas krzyczy – żeby cały Kapitol i pół Panem mogło sobie na mnie poużywać? Proszę przestać tu coś insynuować, panie Mellark. Pozwoliłam córeńce na ugoszczenie was tutaj i słowa dotrzymam. 
– Ale my nie mieliśmy nic złego na myśli. Wszyscy w Kapitolu wiedzą, że to pokoje gościnne Zwycięzców i nieraz tam już nocowaliśmy – odpowiadam jej momentalnie, chcąc bronić Peetę przed jej nieuzasadnionym atakiem.
– Bądź już cicho dziewczyno, zostajecie tutaj i koniec. I niech pan Mellark w końcu przestanie cię obmacywać. Nie od dziś znam prawdę dotyczącą tego waszego romansu i nie życzę sobie żadnych gierek w mojej obecności. Zrozumiano?
Już zaczynam otwierać usta, by na to zareagować, słyszę, że i Peeta wciąga mocno powietrze, a kątem oka widzę oburzony wzrok Johanny i wtedy nagle padają słowa Haymitcha, wywołujące u nas tak skrajne zaskoczenie, że wstrzymuje to wszystkie nasze reakcje:
– Katniss, Peeta, słyszeliście co powiedziała pani Trinket – nie musicie udawać. Choć raz zachowujcie się właściwie – nie mam pojęcia o co chodzi, ale zaczyna być groźnie.
Reszta siedmiodaniowej kolacji przebiega w idealnym milczeniu, żadne z nas nie odzywa się ani słowem. Tylko w jednym momencie mam ochotę warknąć, gdy matka z córką obsztorcowują jakąś biedną młodą dziewczynę, która najwyraźniej ma pecha pracować tu jako służąca.

Drinki zostają podane na tarasie. Siadam sztywno na niewygodnym, fikuśnie wykonanym krześle, a jakiś mężczyzna (pewnie kolejny służący) podaje mi alkohol na tacy wykonanej z czarnego szkła. Odmawiam krótko, nie przyglądając się nawet, ale gdy taca wędruje w kierunku Peety, jego ton przyciąga nagle moją uwagę.
– Dziękuję, dziś nie piję – odpowiada tak samo jak ja, ale w głosie i na twarzy ma mieszankę przerażenia, zaskoczenia i niedowierzania, które przeradzają się w końcu w złość. – Przepraszam pana – zwraca się do kelnera – czy na tej tacy namalowany jest kosogłos? – mężczyzna kiwa tylko w odpowiedzi nieznacznie głową.
– Oczywiście, że na tacy jest kosogłos – matka Effie włącza się tonem sugerującym, że pytamy o coś, co wiedzą wszyscy – przecież to nadal najmodniejsza ozdoba, więc jak mogłabym odmówić sobie posiadania w domu choć jednej?
Choć mam w głowie prośbę Effie, nie zamierzam tego tak zostawić. Z boku widzę Johannę i Paula wpatrujących się tępo w taflę szkła z rysunkiem. Nagle jednak Haymitch, nienaturalnym głosem, zaczyna mówić:
– Moi drodzy, spokojnie – omiata spojrzeniem nas wszystkich – to, że Finnick i wielu innych zginęło za rewolucję, której znakiem był właśnie wspomniany tutaj kosogłos, nie oznacza, że nasza cudowna gospodyni nie może posiadać w domu choć jednego przedmiotu z tym akcentem, czyż nie? – kpina, dobrze ukryta na początku wypowiedzi, na końcu jest już świetnie słyszalna. Jednak nie dla matki Effie, która z uśmiechem zadowolenia zerka na naszego mentora, odmawiającego poczęstowania się alkoholem. Jedynie Effie podnosi do ust swojego drinka, lecz pod bacznym spojrzeniem Haymitcha odstawia go na stojący w pobliżu, szklany (oczywiście), stolik. Jej matka tymczasem powoli sączy swojego. 
– Córeńko, nie pijesz? – najwyraźniej nie jest to normalne zachowanie Effie. Dziwne, dotąd raczej nie widywałam jej zbyt często pijącej alkohol.
– Nie mam ochoty – odpowiada jakoś bardzo cicho.
– A pan, panie Abernathy? Pana zamiłowanie do alkoholu jest powszechnie znane.
– Od prawie roku nie miałem alkoholu w ustach – podziwiam spokój Haymitcha, wyzwanie starszej pani Trinket było bardzo wyraźne.

Atmosfera na tarasie z sekundy na sekundę robi się gęstsza. Każde z nas już zrozumiało, co miał na myśli Haymitch mówiąc, że łatwo nie będzie, ale jednak czegoś takiego się nie spodziewałam. Matka Effie jest typowym Kapitolińczykiem, przekonanym o własnej wyższości, poniżającym służbę i ludzi z dystryktów – nawet gdy są bliscy jej własnej córce. 
– Robię się senny – Peeta jako pierwszy przerywa kłopotliwą ciszę – czy może mi pani wskazać miejsce do snu? – jego ton jest bardzo chłodny, ale trudno mu się dziwić – na nim kosogłos wymalowany jako ornament na tacy, zrobił największe wrażenie.
– Oczywiście. Będzie pan spał w sypialni na końcu korytarza z tym panem… – wskazuje palcem na Paula. – Kim pan właściwie jest?
– Paul Mellark, jestem kuzynem Peety – zazdroszczę Paulowi przeszkolenia, które pozwala mu na ukrycie wszystkich emocji.
– Ach, rozumiem – jestem przekonana, że kłamie, ale nie chcę drążyć tematu… – A panna Manson z panną Everdeen w drugiej sypialni, po przeciwnej stronie.

Bardzo szybko opuszczamy taras i równie szybko zmieniamy sypialnie. 
– Nikt mi nie będzie mówił, że nie mogę spędzić nocy w łóżku mojej narzeczonej – Peeta krótko komentuje całą sytuację, gdy tylko Johanna i Paul przechodzą do drugiego wyznaczonego pokoju. Coraz bardziej obawiam się niespodzianek, jakie przyniesie nam poranek.

– Córeńko – matka Effie chyba nie zwraca się do niej po imieniu. A przynajmniej przez cały nasz kilkunastogodzinny pobyt tutaj nie usłyszeliśmy tego ani razu. – Zabierz swoich przyjaciół na zakupy. Najwyższa pora pokazać im co oznacza moda –  zawiesza na moment głos – bo widać, że niektóre osoby zapomniały jak powinny się prezentować. Nawet na śniadaniu – dodaje, wymownie na mnie przy tym patrząc. Peeta, który dotąd delikatnie obejmował mnie ramieniem, rezygnuje z tego gestu pod wpływem nieukrywanej niechęci w oczach naszej gospodyni…

Szybkim ruchem odsuwam kotarę przymierzalni i momentalnie napotykam wzrok Johanny. Ma wysoko uniesione brwi, patrzy na mnie z takim wyrazem twarzy, jaki przybierała wystylizowana przed Ćwierćwieczem Poskromienia… Tak, doskonale odzwierciedla to także moją reakcję na sukienkę, którą mam na sobie. Staję obok niej, nasze ramiona stykają się i obie patrzymy w lustro. 
– Powiedz, że ona żartuje – ton Johanny nie zdradza niczego dobrego.
– Obawiam się, że raczej nie.
– Wyglądamy jak… – Johanna na moment zawiesza głos, pozwalając nam obu dobrać jakieś określenie.
Nasze suknie ozdobione są tysiącami małych, żółtych piórek naszytych na mocno opinający gorset i wypuszczony z niego, rozkloszowany dół. Przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, czuję powiew powietrza, bo intensywnie żółta spódnica opięta jest na metalowej prostokątnej konstrukcji, rodzaju stelaża. Całość tworzy efekt, który nasuwa mi na myśl tylko jedno skojarzenie:
– Kanarki – dokańczam zrezygnowanym tonem. Miałam nadzieję, że prawie roczny pobyt w Dwunastce zmienił podejście Effie do mody. Ale rzeczywistość okazała się całkiem inna.
– Ćwir, ćwir – w normalnych warunkach komentarz Johanny rozbawiłby mnie do łez. Ale to nie są normalne warunki. Stoimy przebrane za jakieś ptaszki, w paradoksalnie olbrzymim sklepie w Kapitolu, do którego wyprawę zarządziła matka Effie.  
– Ćwir, ćwir – odpowiadam ponuro Johannie. Stoimy przed lustrem przymierzalni, zastanawiając się co tu się właściwie dzieje. Miałam nadzieję, że po czasie, jaki Effie spędziła z nami, po zmianie, jaka w niej zaszła, ten ślub będzie wyglądał inaczej. Jednak nasze stroje, a także jej suknia ślubna potwierdzają jak bardzo się pomyliłam.
– Wyglądasz jak paw – kwituje jej wygląd Johanna, nic nie robiąc sobie z miny Effie. Nim jednak panna młoda zdąża coś z siebie wydusić, podchodzi do nas ekspedientka, która zachowuje się tak, jakby znała Effie nie od dziś.
– Och, witaj kochana – zagaduje ją z uśmiechem i całuje powietrze wokół jej policzków. – Wybacz, ale jest sezon ślubów, a ty wcześniej nie zamawiałaś sukni. To jedyne, co udało nam się tak szybko znaleźć – wymieniam zaskoczone spojrzenia z Johanną, a tymczasem ekspedientka kontynuuje – twoja mama była tu dwa dni temu, ale też nic nie wspomniała, że wychodzisz za mąż.

Zgodnie zakładamy ręce na piersi i obracamy się w stronę bladej Effie, która natychmiast ucieka wzrokiem od naszego spojrzenia.
– Proszę nas zostawić same – zwraca się ostro Johanna do ekspedientki, która prycha, ale spełnia jej prośbę. 
– Od cholernego tygodnia nie mówimy o niczym innym, jak tylko o tym ślubie, a ty nie zamówiłaś sukienki? I jak rozumiem twoja matka nie chwali się tym na prawo i lewo? Już wczoraj coś podejrzewałam, ale nie byłam pewna. Effie, czy ty powiedziałaś matce, że wychodzisz za Haymitcha? – ostatnie słowa Johanna wykrzykuje.
Effie siada w swojej przyozdobionej pawimi piórami sukni na jakimś podeście, chowa twarz w dłonie i zaczyna płakać. W pierwszym odruchu robi mi się jej żal, chcę ją objąć, przytulić, ale powstrzymuję się. Wiem, że wtedy nic nam nie wyjaśni.
– Mama nie wie o ślubie, w ogóle mama mało wie – Effie łka.- Nie wiedziałam jak jej o tym powiedzieć. Ona… ona tego nie zaakceptuje. Ona tego nie przeżyje!
– I oczywiście Josh wie o tym, że ma nie mówić babci o ślubie taty i mamy? A może tak to sobie wymyśliłaś, by on jej o tym powiedział? – Johanna jest bezlitosna.
Effie momentalnie się podnosi, przerażenie maluje się na jej twarzy.  Obie wiemy już, że Josh najwyraźniej nie ma pojęcia, iż ma zachować sekret…

Bardzo szybko przebieramy się w swoje ubrania, porzucając misterne suknie na podłodze przymierzalni. Biegiem przemierzamy kolejne działy, szukając tego, w którym Peeta i pozostali panowie kupują smokingi, co wcale nie jest takie łatwe. Pomijając wielkość sklepu i ilość zakamarków, na końcu trudno jest przebić się przez tłum rozkrzyczanych pań w różnym wieku, napierających na jedną z przymierzalni. Przed drzwiami stoją Haymitch i Paul, broniąc do niej dostępu. 
– Co się tutaj dzieje? – rzucam właściwie w przestrzeń, bo nie ma szans, by mnie usłyszeli w tym zgiełku i pisku.
– Jakaś idiotka zadzwoniła do przyjaciółki, że jest tutaj pan Mellark – odpowiada mi jakiś obcy głos
– To ty? – Johanna spogląda na jakąś obcą kobietę spode łba.
– Witaj – widać, że obie się nie lubią – mimo krótkiego słowa, wyraźnie słychać uszczypliwość w głosie kobiety.
– To jej stylistka – słyszę zapłakany szept Effie.
– Ta od drzew? – pytam mocno poirytowana. Domyślam się oczywiście kto ukrywa się za kotarą przymierzalni bronionej teraz przez dwa cienie. Nie do takich zadań byli szkoleni, zgrzytam w duchu zębami.
– Tak Katniss – odpowiada zaczepnie Johanna – ta od drzew. Pewnie te piórka kanarków też były jej pomysłem. Nigdy nie mała wyczucia i smaku.
– Gdzie jest Peeta? – nie czas i miejsce na to, by stylistka i trybutka Siódemki rzuciły się sobie do gardeł.
– W przymierzalni – słyszę, gdy przestają się mierzyć wzrokiem.
Brnę pomiędzy rozentuzjazmowanym tłumem. W końcu udaje mi się przedrzeć do Haymitcha.  
– Nie możecie go jakoś wyprowadzić?
– Próbowaliśmy skarbie, ale nie udało nam się.
– Świetnie, dwóch wyszkolonych agentów nie potrafi uratować Zwycięzcy z rąk fanek. Ech, przesuń się – mijam ich obu i wchodzę za kotarę
Po chwili niepewności wywołanej moim wtargnięciem, widzę ulgę na twarzy Peety. Mocno mnie obejmuje, nie przywykł do takiego zamieszania wokół własnej osoby. W Dwunastce nie musi się z czymś takim mierzyć, Rada Zwycięzców też nie narażała go na to.
– Może mały pokaz? – Haymitch wreszcie rozpracował mój pomysł.
– Dla ciebie wszystko – Peeta mruga okiem, obejmując mnie równocześnie w pasie.
Jego usta są ciepłe, dotyk przyjemny i tak naturalny jak zawsze. Kiedy szepcze jak bardzo mnie kocha wiem, że dla niego ta chwila nie jest zwykłym przedstawieniem, jest nasza, jak zawsze. 

Krzyk zawodu dochodzi do nas z taką intensywnością, że przestraszeni odrywamy się od siebie. 
– Gołąbeczki, czy wy musicie tak zawsze? – w głosie Haymitcha słychać udawane rozgniewanie.
– Cóż ja mogę – odpowiada trochę za głośno Peeta. – Nie umiem oderwać się od mojej narzeczonej – zaskoczenie pozwala nam szybko opuścić sklep. Najwyraźniej kapitolińskie panny zapomniały już historię kochanków z Dystryktu 12, za to nie zapomniały Peety na rydwanie i arenie…

Wieczór jest chłodny, pewnie jutro będzie padać. Siedzę na schodach przed domem Peety i czekam na jego powrót. W głowie mam tylko jedno, od paru godzin nie jestem w stanie myśleć o niczym innym:

– Coś ty najlepszego zrobiła, Effie…

16 myśli na temat “90: Ćwir, ćwir

  1. Nie no, zapamiętali Peetę, a Katniss (wydaje mi się, że o wiele ważniejszą) nie? ;< Ogólnie notka super, dowaliło mnie tamto, ,ćwir, ćwir” Fantastyczne, szkoda, że ciąg dalszy dopiero w sobotę. Effie najlepsza. ;D

  2. Hahah, wyście chyba nie widziały rozhisteryzowanych fanek na widok jakiegoś sławnego przystojniaka 🙂 jasne, ze towarzyszki wymazuje sie z pamieci 😀 genialne!

  3. Matka Effie to wariatka 😮 zastanawiałam się jak pokażcie to o czym mówił Haymitch przed wyjazdem i serio zrobiłyście to rewelacyjnie, ta kobieta jest okropna 😀 kanarki i akcja w przymierzalni Peety mistrzostwo, tak się śmiałam 😀 i znów to zrobiłyście okrutne kobiety! Co takiego zrobiła Effie??? Teraz będę o tym nom stop myślała 😮 i już się tego boję…

    Wg bardzo podobał mi się pomysł urywanych, oddzielnych scenek 😉 dzięki temu dużo pokazałyście w jednym rozdziale 😉 świetnym, rewelacyjnym i doskonałym rozdziale ! 🙂 ja jestem w pełni usatysfakcjonowana 😉 i dziewczyny to kapitolńskie (czy jakoś tak 😛 ) kobiety 😉 wiadomo, że bardziej interesuje je Peeta od Katniss 😀

  4. Oj ta Effie żeby nic nie powiedzieć matce ;)Rozdział super jak zawsze:) Czekam do soboty, już nie mogę się doczekać! 🙂

  5. Kocham twojego bloga, przeczytałam wszystko w jedną noc ( zasnęłam o 5 rano ). Masz naprawde ogromy talent i doskonale go wykorzystujesz. Dziękuje, już od dawna czekam żeby przeczytać dalsze losy ”gołąbeczków”, ale żaden blog nie był tak dobry jak twój.

    Pozdrawiam 🙂

  6. Nareszcie wiem, co oznaczało tajemnicze ćwir ćwir, w wiadomościach od Ani :3 Uwielbiam zaczynać dzień, tak jak dzisiaj. Cudowny poranek, dzięki cudownym Aniom :)) cóż Effie mogła takiego zrobić. Hmm moze matka się wszystkiego dowiedziała ii po calej aferze, w wyniku furii kogos zaatakowała? Chyba, ze Effie za sprawa natki odwolala slub i Hay sie zalamal itp aha fantazja.. 🙂

  7. haha tesciowa Haymitcha 😀 nie mógł mieć gorszej. usmialam sie. dobrze że rozdziały są w czwartki i mam co poczytać kiedy mam okienko (głupi angielski -,-). kocham was :* nie mogę się doczekać notki na drugim blogu hihi ^_^ (nie wiem dlaczego ale jaram się tym, jestem zboczona :P)

    PS Nathie dokladnie tak samo pomyslalam 😀

  8. hahah, ,,ćwir ćwir”, śmiałam się jeszcze chyba z 10 min. Fantastyczne poprostu ;D Wasz blog jest najlepszy ze wszystkich, które czytałam ; a czytałam ich dużo. A te dziewczyny w przemierzalni, hahah, jakie zazdrośnice. Nie mogę się doczekać następnej notki. 😉

Komentarze są zamknięte.