92: Cienie przeszłości

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek. 

Pozdrawiamy A. & A. 

 

– Nie wydaje ci się to ani trochę dziwne? – Paul patrzy na mnie poważnie. 

– Zależy co masz na myśli?
– To, że od trzech tygodni ponoć cała straż Panem, na polecenie Pani Prezydent – w jego głosie słyszę irytację i chyba kpinę – szuka tego całego Anthona Marina i jak kamień w wodę. A Beetee’emu udaje się to po dwóch dniach?
– Cóż, Beetee mieszka w Trójce, może było mu łatwiej. A może… – liczę, że się domyśli, że nie będę musiał kończyć.
– A może? – Paul nie odpuszcza.
– A może – wypuszczam powoli powietrze – powody są całkiem inne. Paylor nie przepada za mną, ciebie nie znosi, a wolę nie myśleć jak potraktowałaby Katniss, gdyby tylko mogła. Nie spodziewałem się wiele lepszych rezultatów.
– Czyli? – Paul chyba przecenił nasz – jako Zwycięzców – wpływ na Paylor i moje słowa go zaskakują.
– Robiła wszystko, by nam nie pomóc, ale nie miała możliwości otwartej odmowy – nasza prośba była oficjalna, a Gale’a prywatna – odpowiadam mu zrezygnowany. – Po prostu ta sytuacja była jej na rękę. Dwa tygodnie temu była Rada, nie pojechaliśmy na nią z oczywistych powodów. Annie, Haymitch i ja nierzadko silnie blokowaliśmy zamiary Paylor, przeciągając dodatkowo na naszą stronę Beetee’ego. Enobaria pozostaje z reguły neutralna – nie przepada za konfliktami. Gdy zabrakło dwojga z nas – Paylor mogła podjąć takie decyzje, jakie chciała, praktycznie bez ograniczeń. To dla niej idealne warunki. 
– Wiesz, ona od zawsze wydawała mi się taka… kapitolińska – stwierdza Paul.
– Nie wiem, nie znam jej za dobrze – to Katniss i Gale znają ją znacznie lepiej.
– Właśnie, nie przeszkadza ci to, że on się koło niej kręci? – Paul patrzy na mnie uważnie. Podróż pociągiem do Trójki to chyba pierwszy od dawna czas, gdy mamy okazję do spokojnej rozmowy w cztery oczy. A ostatnie szczere słowa napisałem do niego w liście wysłanym w przeddzień Dożynek… 
– Ufam Katniss.
– A jemu? 
– Paul, wiem jedno – on nie tknie Katniss bez jej wyraźnej zgody. 
– Naiwny jeszcze jesteś… – patrzy gdzieś w dal, a ja zastanawiam się co ma w tej chwili przed oczami. Na pewno nie widoki, które mijamy.
– Paul, o co chodzi? Bo chyba nie o moje zaufanie do Katniss. Byłeś jej cieniem, znasz ją całkiem nieźle.
– Byłem jej cieniem, ale miałem też okazję obserwować Gale’a. To cholernie dobry żołnierz, a tacy nie składają broni – pochyla się w przód, opiera łokcie o kolana i splata palce dłoni. – A twojej rozpaczy nie mam ochoty oglądać po raz kolejny. Wiesz co mam na myśli, prawda?
– Nie zamknę jej w złotej klatce – gdyby to nie był Paul, gdybym nie miał przekonania, że mówi to, bo się martwi, uciąłbym tę dyskusję.
– Może to byłoby jakieś rozwiązanie, żebym nie musiał ciebie kiedyś znów pilnować – mruczy pod nosem, ale i tak go słyszę.
– Dobrze, zrobię tak – mówię spokojnie – o ile ty najpierw zrobisz to samo z Johanną.
– Z moją Johanną? – patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami.
– Tak, z twoją Johanną. Odważysz się?
– W życiu – odpowiada zupełnie poważnie.
– Sam widzisz. A one pod wieloma względami są prawie identyczne – przyglądam mu się uważnie i widzę w jego oczach cień zrozumienia. Gdyby którykolwiek z nas odważył się zabronić czegokolwiek naszym ukochanym, mogłoby się to dla niego źle skończyć. One nie są typem uległych dziewczynek, podporządkowanych swoim partnerom. To piękne, niezależne i niebezpieczne kobiety. I chyba to nas w nich najbardziej pociąga. 
Zamykam oczy, powoli zmęczenie daje o sobie znać. Przypominają mi się słowa Haymitcha, że Mellarkowie zakochują się w Zwyciężczyniach, co natychmiast wywołuje mój uśmiech. Właśnie, Haymitch… To były trudne trzy tygodnie – ośmiogodzinne dyżury, reszta doby przeznaczona na krótkie chwile snu i intensywne poszukiwania – mnóstwo telefonów, masa rozmów. Dobrze, że matka Katniss i Shen zdecydowali nam się pomóc, bo nie wiem jak udałoby się nam to wszystko pogodzić.
W chwilach zwątpienia kilka razy rozmawialiśmy też z Katniss, o tym, by zadzwonić do Effie i zmusić ją jakoś do przywiezienia Josha do Dwunastki, choćby na jakiś czas. Ale pani Everdeen i Annie mają rację – nawet jeśli jakoś przekonalibyśmy Effie, by się na to zgodziła, to Haymitch musiałby być idealnie trzeźwy. A to w najbliższym czasie raczej mu nie grozi… Teraz chyba Johanna ma przy nim dyżur…
– Masz zamiar się z nią ożenić? – w końcu mam okazję zapytać o to Paula.
– O ile ona się na to zgodzi – odpowiada mi poważnie.
– A pytałeś ją o to?
– Jeszcze nie – zawiesza na moment głos. – Boję się, że mnie wyśmieje.
– Jest taka szansa – odpowiadam mu zupełnie poważnie. Nigdy nie wiadomo czego spodziewać się po Johannie, a jej podejście do małżeństwa jest sporą zagadką. 

Na stacji czeka na nas Beetee. Wskazuje nam drogę do fabryki zabawek. 
– To jest ta słynna fabryka? – mówię tylko i zaczynam się śmiać na widok tego budynku. Spodziewałem się jakiejś olbrzymiej fabryki z kominami, a tymczasem stoję przed małym zakładem o wdzięcznej nazwie „Fabryka Zabawek”. 
– Czy mógłbym porozmawiać z właścicielem? – pytam młodą ekspedientkę, gdy kończymy płacić za zakupy. 
– Ale w jakiej sprawie? – bardzo młoda, drobna dziewczyna patrzy na mnie lekko rozmytym wzrokiem.
– Prywatnej – odpowiada jej ostro Paul.
– Przykro mi, ale pan Marin rzadko tu bywa. Dziś go nie ma – domyślam się, że kłamie, ale nie dziwi mnie to. Gdyby każdy z klientów chciał się widzieć z właścicielem, to pewnie ten ostatni nie miałby na nic innego czasu.
– To bardzo ważne. Musimy się z nim zobaczyć.
– Mówiłam już, że go nie ma, przykro mi – dziewczyna jest dość stanowcza, choć chyba zaczyna się nas obawiać.
– W takim razie zaczekamy tu na niego – Paul niewiele podniósł głos, ale kamienna podłoga i ściany sklepu wzmocniły to.
– Cóż to za awantury? – z zaplecza wychodzi do nas pięćdziesięcioparoletni mężczyzna. Jest mniej więcej wzrostu Haymitcha, ma wystający brzuch, który opina koszulka ubrudzona farbą i prawdopodobnie klejem. Na głowie nie pozostało mu już wiele włosów, ale te, które jeszcze są, mają piękny lisi kolor.
– Panowie do mnie? – jest wyraźnie zaskoczony naszą obecnością.
– Tak – odpowiadam mu spokojnie, wyciągając dłoń w jego kierunku. – Jestem…
– Wiem kim pan jest, panie Mellark, nie jestem ignorantem – burczy. – To, że siedzę tutaj sam i tworzę zabawki, nie znaczy, że nie wiem co dzieje się w Panem.
– Trudno było pana znaleźć – mówię kiedy ściska moją rękę.
– Taaak? – podnosi pytająco brew.
– Dobrze się pan ukrył. Czy jest tu jakieś miejsce, w którym możemy spokojnie porozmawiać?
– Proszę mówić. Chyba, że to jakaś tajemnica państwowa – przechyla lekko głowę, ale nie spuszcza z nas ani na moment wzroku. Wyuczone zachowanie każdego Zwycięzcy, którego nie pozbywa się żaden z nas. O ile oczywiście jest trzeźwy… – A ukrycie się było najlepszą rzeczą jaką mogłem zrobić podczas tej waszej całej rewolucji – stwierdza sucho. – Dzięki temu nadal żyję.
– Ta cała „nasza”, jak pan to określił, rewolucja była potrzebna – mówię do niego poirytowany, ale opanowuję się – jest nam potrzebny. – A to z czym do Pana przyjechałem nie jest żadną tajemnicą – chodzi o Haymitcha – mój rozmówca powoli wypuszcza powietrze i wskazuje ręką zaplecze. 
– Wiedzą panowie, że nie widziałem się z Abernathym od prawie ośmiu lat?
– Nie. Tak szczerze to w ogóle nie miałem pojęcia o pana istnieniu. Mój mentor niewiele mówi o sobie, a o swojej przeszłości jeszcze mniej. Ale niektórzy z moich przyjaciół sądzą, że jest mu pan w stanie pomóc.
– Co się dzieje?
– Załamał się, pije, grozi samobójstwem – odpowiadam mu cicho. Wiem, że picie Haymitcha jest znane, ale jednak nigdy nie był w takim stanie jak teraz. Jednak nie znając tego człowieka, nie wiem jak mam mu to przekazać. Nie wiem co wie o swoim niegdysiejszym przyjacielu, jakiego go pamięta i czy zna jego rolę w rewolucji.
– Nie pierwszy i nie ostatni raz – Marin siada na niskim krześle, przeczesuje dłonią pozostałość włosów i przygląda mi się uważnie. – Co takiego się stało, że uznał pan, że moja obecność jest niezbędna?
– Haymitcha porzuciła narzeczona zabierając ze sobą jego dziecko.
– A kto panu powiedział, że mogę pomóc w tej sprawie?
– Johanna Mason.
– Mądra dziewczynka – kiwa poważnie głową. – A powiedziała panu coś więcej?
– Nie – nawet nie przyszło mi do głowy dopytywać Johannę o szczegóły – po prostu przyjąłem jej propozycję. 
– Johanna zna moją historię – mówi smutno spoglądając gdzieś ponad moim ramieniem. – Po tym jak wygrałem Igrzyska, ożeniłem się z córką burmistrza. Byliśmy szczęśliwym małżeństwem, mieliśmy wspaniałego syna. Jednak moje zachowanie i poglądy nie podobały się prezydentowi Snowowi… Mój syneczek miał trzynaście lat, kiedy jego nazwisko zostało wylosowane na Dożynkach. Był całkiem inny niż ja… Nie przeżył nawet doby na arenie. Wtedy Haymitch mi pomógł, nie pozwolił mi zrobić tego, co zdążyła zrobić moja żona – nie dał mi się zabić. Johanna zna tę historię, wie, że mam wobec niego dług wdzięczności, a równocześnie pewnie nikt tak jak ja nie zrozumie tego, co on teraz czuje – wstaje powoli i kieruje się na tył zaplecza. – Daj mi chłopcze kilka minut, spakuję parę rzeczy i jedziemy do niego. Pal sześć nasze nieporozumienie sprzed ośmiu lat, pewnie nawet o tym nie pamięta. 

Dług wdzięczności dla Anthona musi mieć taką samą wagę jak dla Katniss. Już po kwadransie jego mały sklepik zostaje zamknięty, ekspedientka dostaje wolne do czasu powrotu właściciela, a my szybkim krokiem udajemy się w stronę dworca kolejowego. Na specjalne zarządzenie Paylor (poparte mocnymi argumentami Rady Zwycięzców) pociągi łączące całe Panem kursują co godzinę. 
– Jak się nazywa ta szczęściara, której udało się usidlić Haymitcha? – Marin zadaje pytanie, kiedy siedzimy już w wagonie, czekając na odjazd.
– Effie Trinket – odpowiadam spokojnie, kiedy pociąg powoli rusza.
Marin gwałtownie podnosi się z miejsca, szybkim ruchem otwiera drzwi i – nie zwracając uwagi na przeraźliwy pisk sygnału alarmowego – wyskakuje z pociągu.
– Co pan robi? – wychylam się z okna, krzycząc głośno, by pokonać stukot kół i wzrastający pęd powietrza.

– Zaufaj mi chłopcze, moja obecność tylko pogorszyłaby całą sytuację! – Anton dodaje coś jeszcze, ale jego głos zanika już. Opadam na siedzenie, nie jestem w stanie już nic zrobić, mogę tylko wracać do Dwunastki. Bez niego.

14 myśli na temat “92: Cienie przeszłości

  1. Cudo! Założe sie, ze te 8 lat temu doszło do czegos miedzy Marinem i Effie, co Haymitchowi sie nie spodobalo 🙂

  2. Notka super! No to ciekawe pewnie ten przyjaciel Haimitcha odbił mu Effie i dla tego, no chyba że się mylę 😉 Czekam do czwartku! 🙂

  3. Ja juz nic nie rozumiem . Ale swietny rozdzialek . Czekam do czwartku i licze na wyjasnienia .

  4. Słowo ” musiał ” i już banan na twarzy 😀 tak, notka oczami Peety! <3 coś czuję, że powód przez który Anton pokłócił się z Haymitchem, a Haymitch zostawił Effie jest ten sam 😀 w końcu to było 8 lat temu, a ile ma mały Josh? 😀 rozdział wspaniały i bardzo w stylu Igrzysk 😉 zakończenie cudne, ale mi tak najbardziej podobała się rozmowa Peety i Paula 😛 i kto by pomyślał, że Anton będzie rudy 😮 haha

  5. Świetny rozdział 😉 Mogłybyście częściej robić to oczami Peety lub Katnis 😉 Jak z wykle nie dostrzegam żadnych wad 😛

Komentarze są zamknięte.