Mała zapowiedź ;)

Ponieważ pewne pytanie pojawia się często w Waszych komentarzach i na grupie facebookowej, to dziś informujemy, że w konkursie będzie się można inspirować 181 notkami. Pewnie już wiecie co to znaczy :):)

KONKURS, KONKURS, KONKURS

Dziś wszyscy żyją ComicConem, ale zakładamy, że jutro pewnie wrócicie tu znów szukać posta o konkursie 🙂 Niniejszym – ogłaszamy:

KONKURS KONKURS KONKURS 🙂

Krótki regulamin i wytyczne:
– obowiązuje dowolna forma artystyczna (grafika, animacja, opowiadanie, wiersz, filmik, scenka, kolaż, teledysk, performance, itd), można mieszać
– musi odnosić się do jednej (lub kilku) notek z naszego bloga – może być nią inspirowana, albo stanowić uzupełnienie
BARDZO ISTOTNE – inspiracja musi być widoczna, czyli ktoś, kto nie ma podpisu, ale zna dobrze bloga, powinien być w stanie zgadnąć, do której notki odnosi się dane opowiadanie, obrazek, animacja, itd. (tu uwaga – jeśli odnosi się do wielu, to przynajmniej jedna musi być charakterystyczna); wyjątkiem może być obraz/rysunek którejś z nie charakterystycznych postaci, aczkolwiek na grupie facebookowej były dowody, że większość postaci da się tak pokazać, że nie mieliśmy wątpliwości kto to 🙂
– termin – 26.07.2015, godz. 23:59, nadsyłać można na maila (anie@poigrzyskach.pl) albo, jeśli ktoś tak z różnych względów woli – przez FB w prywatnej wiadomości do mnie
– jury – obie Anie (autorki) i Martyna („wyrok” jury jest nieodwołalny :))
– nagrody – dwie książki:
   – Rywalki (t.I)
– i Citizen girl
– pierwsza osoba będzie mogła wybrać nagrodę, druga dostanie tę drugą (czyli już wiecie, że będzie dwójka Zwycięzców :D)
– prace prawdopodobnie zechcemy pokazać na blogu, więc prosimy przy nadsyłaniu zaznaczyć, że zgadzacie się na ich publikację na blogu i na grupie.

Ufff, to chyba tyle ;))

I zdjęcie ekipy sprzed kilkunastu minut 🙂

ekipa

Zdjęcie ekipy – Twitter, niestety nie wiem, kto wpuścił je w sieć jako pierwszy. Jeśli ktoś wie – będę wdzięczna za info.

180. Moja Zwyciężczyni

Witajcie w upalny dzień 🙂 (tak, wiemy, że u niektórych upały się skończyły, ale u nas nie ;))

Dziękujemy tym, co czekają i wracają do nas. Tym, co czytają bloga od nowa i tym, co trafili tu dziś może po raz pierwszy.
Pozdrawiamy Was i czekamy na komentarze.
A jutro – ogłosimy konkurs 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

Wycieram dłonie o spodnie, nie sądziłem, że aż tak będę się denerwować. Myślałem też, że morska bryza da mi odrobinę przyjemności, jak to bywało wcześniej, ale dziś chyba wszystko się sprzysięgło przeciw mnie – nawet wiatr tylko potęguje nieprzyjemne uczucie chłodu przebiegającego mi po plecach. Cholera, jestem dorosłym facetem, a stoję już od paru minut przed domem jej matki i boję się zapukać. To jakieś szaleństwo.

Zaciskam pięści, usiłuję podnieść rękę, ale nadal mam wrażenie, że nie chce mnie słuchać. Czuję się fatalnie, wraca myśl o alkoholu. Odwrócić się, odejść, pójść do najbliższego baru. Po kilku łykach chłodnego alkoholu na pewno byłoby łatwiej…
Cholera, jestem wściekły. Na siebie i na nią. Alkohol nie rozwiąże moich problemów, nie usunie drzwi z drogi, ani Emmy z domu. Dawno nikt nie doprowadził mnie do takiego stanu. Nie mam pojęcia co siedzi w jej głowie, ale to zaczyna być groźne.

Stojąc na otulonej mrokiem werandzie, widzę ich przez oświetlone okno. Emma i Shen siedzą na kanapie przytuleni, jakby zamyśleni. Rozpalony w kominku ogień, małe koronkowe firanki w oknach… To dziwne, ale jakimś cudem wracam wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa, choć dom Emmy raczej przypomina te z Miasteczka, niż ze Złożyska. Mimo to przed oczami stanęły mi przez chwilę wspomnienia beztroskich zabaw, uśmiechu, radości… Pocałunków matki przed snem, głosu ojca czytającego nam czasem bajki… W gardle rośnie mi gula…

Ocieram szybko oczy, biorę głęboki wdech. Wydech. I raz jeszcze. I kolejny. Zaciskam mocno szczękę, unoszę rękę i mocno uderzam w drewno. Zbyt mocno, ale nic to – lepiej tak, niż za cicho. Przez drzwi słyszę szmery, jakby poruszenie. Niespodziewana wizyta w chłodny, deszczowy wieczór musi być dla nich dużym zaskoczeniem – z tego, co wiem, nieczęsto przyjmują tu ostatnio gości. Po kilku chwilach drzwi w końcu otwierają się. W jasnej plamie widzę Shena i duże zaskoczenie na jego twarzy. Uniesione brwi i zmartwione spojrzenie znad grubych, czarnych oprawek okularów jasno mówią mi, że łatwo nie będzie. Z drugiej strony nic innego nie zakładałem – doskonale wiem, że nie mogę po prostu wejść bez zapowiedzi i po prostu zabrać Katniss do Kapitolu… Mimo tej świadomości i tak przebiega mi przez myśl ostatnia chęć ucieczki, ale nim mam czas, by zrobić krok, za Shenem pojawia się matka Katniss. Odsuwa męża i staje przede mną, patrząc zwężonymi oczami z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
– Cóż cię sprowadza w nasze skromne progi? – cedzi słowa powoli, wkładając w każde masę jadu i niechęci.
– Przyjechałem w odwiedziny – staram się mówić spokojnie, choć nie przychodzi mi to łatwo.
– W odwiedziny – prycha. – Dobre sobie. I ja mam ci niby uwierzyć?  Haymitch, nie traktuj mnie jak dziecko, doskonale wiem, po coś tu przyjechał. Doskonale wiem, kto cię przysłał – jest niezwykle zdenerwowana, podniesiony głos przechodzi w krzyk, gdy dodaje – Nie  życzę sobie, żeby ten zdradziecki cham zbliżał się do mojej córki, nie pozwolę mu jej więcej skrzywdzić!

Stoję osłupiały, przez głowę przelatuje mi milion myśli. Melania mówiła mi, że Emma założyła, że Peeta zdradził Katniss i nie przyjmuje do wiadomości nawet cienia wątpliwości. Mimo to nie sądziłem, że po wielu dniach nadal podchodzi wręcz agresywnie nawet do osób, które – jak podejrzewa – są po „jego” stronie. Wiem jednak, że nie mogę się teraz poddać, bo jeśli odejdę, mogę nie mieć więcej możliwości wejścia do środka.

Zerkam ponad ramieniem kobiety, przesuwam wzrokiem po salonie i kuchni, ale nigdzie nie widzę Katniss.
– Gdzie ona jest? Gdzie jest Katniss? – udaję, że nie widzę ruchu Emmy, która chce zamknąć drzwi, ale blokuję je stopą. Muszę zobaczyć się z jej córką, nawet jeśli zrobi wszystko, by mi to uniemożliwić. Tym bardziej, że w tym momencie jestem przekonany, że coś jest mocno nie w porządku.
– Nie twój interes – Emma nadal kontynuuje tym samym tonem. Widzę, że stojący za nią Shen kręci głową, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że moje wysiłki są nadaremne. Ale nie tacy jak ona mnie nie pokonali.
– Katniss! – krzyczę na całe gardło, bezczelnie odsuwając Emmę i wchodząc do domu. – Katniss! – mijam kobietę, kierując się w stronę schodów. Czuję, że łapie mnie za rękaw, ale w tym samym momencie na górze słychać skrzypnięcie drzwi i moim oczom ukazuje się moja igrająca z ogniem dziewczynka, moja Zwyciężczyni. Ile bym dał, by jej takiej nie oglądać…

Ubrana jest w rozciągnięte, za duże kilka rozmiarów dresy. Krok spodni zwisa jej niemal o kolan, bluza jest cała poplamiona, a jedna z kieszeni zwisa smętnie, jakby oberwana. Tłuste włosy są w totalnym nieładzie. Ale najgorzej wygląda jej twarz – blada, opuchnięta, a oczy są pełne smutku, a nawet rozpaczy. Mam ochotę natychmiast zabrać ją z tego domu, nie oglądając się na nic. Ona jednak zatrzymała się u szczytu schodów, zdrapując resztki czerwonego lakieru z obgryzionych paznokci.
Rozkładam ramiona, przygląda mi się chwilę, a jej podbródek zaczyna niespokojnie dygotać. Po chwili zbiega ze schodów, trafiając wprost w moje objęcia.
– Katniss – szepczę do niej, delikatnie tuląc ją do piersi. – Katniss, co ci się stało?
– A co się miało stać? – odparowuje natychmiast Emma. – Właśnie do takiego stanu doprowadził ją jej mąż, ten gagatek, ten cham, ten… – znów wpada w emocjonalny krzyk.
– Emmo – cichy, acz stanowczy głos Shena przywołuje ją do porządku, a Katniss zaczyna cicho szlochać w moich ramionach.
– Co Emmo, co Emmo? – awantura stoi na krawędzi. – Nie mam już prawa we własnym domu powiedzieć tego co myślę?
– Emmo – Shen mówi do niej jeszcze łagodniej. Delikatnie kładzie jej ręce na ramionach, jakby chciał ją przed czymś powstrzymać.
– Może porozmawiamy spokojnie? – pytam cicho.
– To świetny pomysł – podchwytuje Shen. Bierze Emmę za rękę i prowadzi ją do salonu, jednocześnie ruchem głowy dając mi znak, bym poszedł za nimi.

– Idź do siebie – szepczę cicho do ucha Katniss.
– Ale… – odpowiada mi łapiąc mocnymi haustami powietrze, pomiędzy szlochami. Podnosi jednak głowę i patrzy mi uważnie w oczy.
– Idź do siebie, Katniss – puszczam do niej oko.
– Po co? – pyta cicho, ale widzę, że w oczach pojawia się jakiś mały świetlik, cień dawnego blasku.
– Może powinnaś przewietrzyć pokój? – sugeruję, uśmiechając się do niej szczerze.

Odprowadzam wzrokiem Katniss wchodzącą po schodach. Mimo, że jeszcze kilka chwil temu wyglądała jak tysiąc nieszczęść, mam wrażenie, że z każdym kolejnym stopniem, jakby stawała się lżejsza. Jakby wstępowała w nią jakaś nadzieja.

Siadam, a raczej zapadam się w miękkiej kanapie. Shen nalewa mi gorącej herbaty, a ja zauważam, że ręce trzęsą mi się niesamowicie. Z trudem udaje mi się opanować ich drżenie, unosząc filiżankę do ust. Jadąc tutaj układałem w głowie różne scenariusze, ale nie sądziłem, że emocje Emmy zaszły tak daleko, że ma tak wielki żal do Peety, że odgrodziła Katniss od świata. Shen siada z boku i czeka na dalszy rozwój wypadków. Wciągam powietrze, spoglądając na Emmę, która sztywno siedzi naprzeciw mnie na kanapie. Ręce zaplotła na piersi, uniosła brwi i czeka, choć widzę, że najchętniej rozszarpałaby mnie i wyrzuciła za drzwi.

– Emmo, czy możesz mi powiedzieć, dlaczego tak bardzo nienawidzisz Peety?
– Jeszcze pytasz? – prycha, jakby to naprawdę było oczywiste.
– Tak. W jednym momencie zmieniłaś całkowicie swoje nastawienie do niego – od ukochanego zięcia, do człowieka, którego jawnie nienawidzisz. Odsyłasz z powrotem do nadawcy wszystkie prezenty, jakie przysyła dla Katniss, podobnie jak i listy, nie pozwalasz im nawet porozmawiać przez telefon. To już trwa ponad trzy tygodnie, Emmo.

Przyglądam się jej uważnie, spostrzegam, że po lewym policzku płynie jedna łza. Po chwili dołącza do niej kolejna, Emma zaczyna drżeć, ale w końcu przełyka głośno i odpowiada mi zaskakująco spokojnie:
– Katniss cierpiała przez niego przez wiele tygodni. Nic nie mówiła, ale ja to czułam. Podejrzewała że on jej już nie kocha, że może gdzieś kogoś ma, a potem przyszedł ten cały bal i jego podejrzenia. Wiesz moja mama zawsze mówiła, że osądzamy ludzi w oparciu o własne czyny, więc chyba oczywistym jest, że Peeta ją zdradził – patrzy na mnie przekonana o swej słuszności, nawet chyba nie oczekuje odpowiedzi.
– Czy przed chwilą powiedziałaś, że podejrzewamy ludzi w oparciu o własne czyny?
– Tak, dokładnie tak.
– Czyli skoro Katniss podejrzewała Peetę, to – idąc drogą twojej dedukcji – ona również go zdradzała, czy tak?

Emma spogląda na mnie gniewnie, mruży oczy i nagle blednie. Nie odzywam się, wiem, że właśnie zrozumiała, że mogła popełnić ogromny błąd w ocenie Peety. Podrywa się z kanapy, jakby chciała biec na górę, do Katniss, jakby chciała z nią porozmawiać. Powstrzymuję ją jednak ruchem ręki i krzyczę:
– Katniss, mam nadzieję, że właśnie rozmawiasz z mężem?
– Oczywiście – odkrzykuje mi lekko przytłumionym głosem Katniss.
– Ale jak? – po minie Emmy widzę, że jest zdezorientowana.
– Są przecież telefony, kochanie – podpowiada jej Shen i prawie niezauważalnie puszcza do mnie oko. Widać też usłyszał to samo, co ja.

W oczekiwaniu na trailer

Witajcie,
Wiemy, że oprócz notki dziś wszyscy czekają na trailer (postaramy się niedługo ją skończyć, ale jeszcze chwilę cierpliwości prosimy – jestem na wyjeździe i mam net, ale różnie z jego dostępnością jest ;)).

Niemniej – aby Wam uprzyjemnić czekanie – mała niespodzianka. Pierwszy film pewnie już znacie (ja, Anna – jakoś do dziś nie), za to drugi… Czy ktoś może mi wytłumaczyć jakim cudem film z oficjalnego Capitol TV ma 1300 wyświetleń i jeden komentarz???

Miłego oglądania 🙂

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

179. Rozmowa

Witajcie,

Dziękujemy, że czekacie na kolejną notkę. Wbrew sugestiom niektórych – jeszcze kilka ich planujemy. Wbrew naszym planom – nasza praca, szkoła, dzieci i kilka innych aspektów nie pozwala nam ich zbyt często publikować. (Wiem, że to brzmi kosmicznie, ale naprawdę – jeśli zaczyna się pracę o 8, a kończy o 22:30-23:00 to nie ma się siły nawet myśleć, ani jeść, a do pisania potrzeba stanowczo więcej energii).

Przy okazji – życzenia wszystkiego najlepszego dla Tomka (tomeq) – pamiętałyśmy, że marzy Ci się notka 18.05, mamy nadzieję, że kilka godzin poślizgu jest wybaczalne 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania 🙂
A&A


Mroźne, styczniowe powietrze wdziera się przez uchylone okno do pokoju. Czuję na twarzy chłodną mgiełkę, która w tej sytuacji jest nawet przyjemna. Łagodzi przechodzący, ale wciąż dokuczliwy ból głowy. Kawa chyba też już działa, moje ciało powoli wraca do życia. Mam dodatkowo takie wrażenie, jakby palce lekko mi mrowiły – jeśli dobrze pamiętam, to oznacza, że „cudowny” specyfik Johanny na kaca, znów przynosi spodziewane rezultaty. W połączeniu z kawą działa rewelacyjnie, ale wolę nie korzystać z niego zbyt często. Nie chcę się uzależnić, a obserwując Johannę wydaje mi się, że to  możliwe.

Drzwi skrzypią cicho, ktoś delikatnie je zamyka, a potem idzie przez pokój stawiając ostrożnie stopy. Gruby, miękki dywan dość skutecznie tłumi dźwięk kroków, ale ja i tak je rozpoznaję. To zaskakujące, jak człowiek może doskonale poznać drugiego człowieka. Do tego stopnia, że rozpoznaje jego kroki, bądź jego oddech, bez względu na to, jak długo ich nie słyszał.

Przysiada na podłodze przy mnie, kładzie dłoń na mojej, opartej na podłokietniku fotela. Prosty gest, który daje mi poczucie bezpieczeństwa i miłości.
– Jak się czujesz? – szepcze cicho, jakby nie chcąc narażać mnie na dodatkowe cierpienie.
– Już lepiej – odpowiadam spokojnie. – Dziękuję.

Odwracam głowę, nasze oczy spotykają się i widzę w nich miłość, tęsknotę i… Tego nie chciałam w nich znaleźć – to chyba strach. To odkrycie natychmiast mnie przygnębia.

– Opowiesz mi co się dzieje? – pyta cicho.
– Nie ma czego opowiadać – odpowiadam i natychmiast widzę, że zauważona wcześniej obawa rośnie. Zamykam oczy, uciekając od tego widoku, który mnie przytłacza. Nie chcę, by ktoś cierpiał z mojego powodu, nigdy tego nie chciałam…
– Jest i obie dobrze o tym wiemy. Katniss, kochanie, opowiedz mi co się tutaj dzieje, jak wygląda twój dzień. I czemu tak bardzo cierpisz, dziecko.
Głęboko nabieram powietrza w płuca, a pod powiekami czuję zbierające się łzy. Ciepła dłoń nadal delikatnie gładzi moją, dodając mi otuchy, skłaniając do zwierzeń.

– Peeta – zaczynam i czuję rosnącą gulę w moim gardle – on mnie chyba już nie kocha, mamo – miałam powstrzymać płacz, ale znów mi się to nie udaje. W końcu powiedziałam na głos to, co siedziało we mnie od jakiegoś czasu, coś, czego bałam się powiedzieć komukolwiek, poza nią. Już dawno odbudowałam relacje z mamą, ale teraz, w tej chwili, wiem na pewno, że mam w niej przyjaciółkę.
Mama milczy, słyszę tylko jej lekko przyśpieszony oddech. Zawsze taki jest, gdy mama nad czymś się zastanawia. Nagle wstaje, przysiada na oparciu fotela, obejmuje mnie mocno i po chwili pyta:
– Chcesz mi o tym opowiedzieć?

Wybucham niekontrolowanym płaczem. Mam świadomość, że nieraz tak płakałam przez ostatnie tygodnie, ale teraz jest inaczej – po raz pierwszy mam świadka. I przekonanie, że dziś jest przy mnie ktoś, kto mnie wysłucha, kto nie wyśmieje moich lęków.
– Na początku często dzwonił i pisał – zaczynam snuć opowieść wtulona w jej ciepłe ramiona. – Potem zaczęło się to zmieniać, nie miał dla mnie czasu, albo wieczorem był zbyt zmęczony, aby poświęcić go własnej żonie. Mówiliśmy sobie tylko dobranoc – i tyle. A ja wstawałam rano, ubierałam się, jadłam szybkie śniadanie i wychodziłam z domu. Odbywałam z Johanną mnóstwo nudnych spotkań, podziwiałam wystawy, z których nic nie pamiętam, odwiedzałam place zabaw, z masą dzieci, których twarze zlewały się w mojej głowie. Czasem jeździłam po dystryktach. A wieczorem  – wracałam do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie nikt na mnie nie czekał, nikt nie pytał mnie jak się czuję, jak minął mi dzień.
Na początku, kiedy Peeta dzwonił, czekałam na nasze wieczorne rozmowy, ale po pewnym czasie zauważyłam, że one… Że chyba nie są mu do końca na rękę. Jakby były kolejnym punktem do odhaczenia na długiej liście zadań. Kilka razy złapałam go na tym, że niby rozmawiał ze mną, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Po kolejnej takiej sytuacji te telefony przestały mnie cieszyć. I tak wracałam do pustego domu, coś jadłam, najczęściej zamawianego, bo w ciągu dnia nie miałam czasu iść do sklepu, ani czegoś gotować.
Zresztą… najczęściej po prostu uciekałam przed ludźmi. Mamo, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie zakupy mogą być męczące. Kiedy pojawiam się w sklepie, zaraz słyszę za sobą szepty czy to ona?, czy to Katniss? Matko, to chyba pani Mellark? A potem jest tylko gorzej – ludzie chodzą za mną krok w krok i… najczęściej biorą do koszyka dokładnie to samo, co ja. Po każdej wizycie w markecie spożywczym mam dziwne wrażenie, że cały Kapitol będzie jadł na obiad rybę ze szpinakiem i pieczone kartofle. I obowiązkowo popije je sokiem aroniowym. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale jest takie tylko przez dwa, trzy dni. Potem jest już tylko męczące. Pewnie myślisz teraz, że to mało istotne i bez sensu jest się tym przejmować, ale ja nigdy nie chciałam takiej popularności. Ani żadnej popularności, wiesz o tym. Dlatego też najczęściej wychodząc z pałacu, dzwoniłam do małej restauracyjki, która jest tu za rogiem, zamawiałam jakieś  danie i odbierałam od właściciela w bocznej uliczce. Podejrzewam, że jestem jego najwierniejszą klientką, dlatego pozwala mi unikać wchodzenia do lokalu. A może było mu mnie żal? W końcu pozbawił się niezłej sławy, a co za tym idzie – zarobków. Gdyby ludzie odkryli, że niemal codziennie u niego jadam, jego obroty pewnie zwiększyłyby się co najmniej kilkakrotnie… Ale to starszy człowiek, pewnie sporo już tu widział…
I tak kończę dzień – jem w ciemnym mieszkaniu kolację, biorę prysznic i kładę się do łóżka. Najczęściej tylko po to, by resztę nocy przepłakać z tęsknoty i samotności.

Mama nic nie mówi, przytula mnie tylko mocniej do siebie. Robi się trochę lepiej od tych zwierzeń, więc kontynuuję.
– Pewnej nocy, z lekkiego snu, wybudził mnie uparty dzwonek do drzwi. Wstałam zaspana, przestraszona tym, że ktoś dobija się do mnie o trzeciej w nocy. Za drzwiami stał Ast, a kiedy w końcu wszedł do mieszkania, powiedział mi, że Johanna przeszła samą siebie, że on nie jest już w stanie jej pomóc, a każda próba kończy się wyzwiskami pod jego adresem. Tego dnia odwiedzałyśmy szpital dziecięcy, a po powrocie byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko w ubraniu. Dlatego właściwie nie musiałam się nawet ubierać, a Ast był tak przerażony, że nie zastanawiając się narzuciłam tylko na siebie płaszcz i pełna obaw, bocznymi uliczkami, pognałam za nim do pałacu.
Johanna rzeczywiście była w paskudnym stanie, leżała na łóżku z szeroko rozrzuconymi nogami i rękami. Pościel, która kiedyś była śnieżnobiała, miała świeżość dawno za sobą, a Johanna wyglądała trochę jak klown z ciemnymi ustami. Kiedy zawlokłam ją pod prysznic i oblałam chłodną wodą, wyrywała się i klęła, ale gdy wreszcie trochę otrzeźwiała, przedstawiła mi swoich dwóch przyjaciół. Czekoladę i wino. Tak mamo, ja wieczorami płakałam, a w tym czasie Johanna najpierw objadała się ogromnymi ilościami czekoladek, a potem zapijała je winem.
Nie wiem jak do tego doszło, ale w kolejnych dniach stało się to naszym wspólnym rytuałem. Po ciężkim dniu wracałyśmy do pałacu, zdejmowałyśmy buty na obcasie i pochłaniałyśmy duże ilości czekolady i wina. A właściwie większość pochłaniała Johanna, a ja jej po prostu towarzyszyłam. Skutkiem tego szybko przestała dopinać się w spodniach i kupowała coraz to nowe ubrania. Nie zwracałam na to uwagi, aż do dnia, gdy na jakieś proszonej kolacji przypadkiem podsłuchałam rozmowę w toalecie. Dwie kobiety rozprawiały o ciąży Johanny – urósł jej brzuch, twarz wyglądała na obrzękniętą, a nikomu nie przyszło do głowy, że szczupła Zwyciężczyni tak się roztyła. Mając świadomość jaka jest prawda, zaczęłam dyskretnie szukać rozwiązania. W końcu dotarłam do dwóch trenerów. Co prawda Johanna nie miała ochoty ćwiczyć i zgodziła się dopiero, gdy wymusiła na mnie obietnicę, że przejdę to razem z nią. To Ast wymyślił, by przerobić piwnice na salę ćwiczeń. Dzięki temu nie prowokowałyśmy podejrzeń opuszczając kilka razy w tygodniu wieczorami pałac. Nasi trenerzy przyjeżdżali różnymi samochodami, wchodzili do środka tylnym wejściem i poddawali nas katorżniczym ćwiczeniom. Niemniej efekty były bardzo szybko widoczne i nawet Johanna w Sylwestra mogła ubrać w miarę przylegającą sukienkę. Ale piękne suknie, makijaż i cała reszta wcale nie pomogły – nie widzieli nas od wielu tygodni, a mimo to nie zwrócili na nas prawie wcale uwagi.
To przeważyło szalę – znów postanowiłyśmy napić się wina. Zeszłyśmy do piwniczki za kelnerami, a ja poprosiłam jednego z nich o korkociąg. Już wychodzili i jeden z nich zamiast go podać – rzucił go w moim kierunku. To nie było zbyt mądre i pewnie powinno mu się za to oberwać… W każdym razie złapałam go tak niezgrabnie, że rozcięłam sobie dłoń. Krew leciała szybko, ale chyba zdążyłam jeszcze wypić kilka kieliszków. Aż nagle zakręciło mi się w głowie i chyba straciłam przytomność…

– Napędziłaś mi strachu, wiesz o tym?
– Nie chciałam tego, mamo.
– Nie rozumiem jednego, Katniss. Dlaczego nie przyjechałaś do mnie? Dlaczego – zamiast upijać się z Johanną, albo płakać samotnie w poduszkę – nie przyjechałaś do domu?
– To nie takie proste, mamo. Mam tu swoje zobowiązania. A dodatkowo nie chciałam ci zawracać głowy – odpowiadam cicho. Choć wiem, że obie wymówki to kłamstwo. Odwiedziny w szpitalach, udział w kolacjach nie są niezbędne, da się je przesunąć o tydzień, czy dwa. Po prostu takie rozwiązanie nie przyszło mi do głowy.
– Obiecaj, że będziesz mi zawracać głowę, dobrze?
– Tak, mamo, obiecuję.

Po jakimś czasie usłyszałyśmy pukanie do drzwi pokoju – zaskoczona zobaczyłam Haymitcha, który krótko poinformował nas, że Peeta chce się ze mną zobaczyć. Powoli zaczęłam się podnosić, ale wyraz twarzy mojej matki bardzo mnie zaskoczył i powstrzymał. Wstała sztywno z fotela, poprawiła garsonkę i pewnym krokiem przeszła przez pokój, wyprowadzając za sobą Haymitcha. Nie zamknęła jednak drzwi, przez co słyszałam całą rozmowę z moim mężem.
– Dzień dobry mamo, czy Katniss śpi? Muszę z nią porozmawiać – głos Peety był dość spokojny, ale znałam ten ton, który mnie zdradzał zdenerwowanie.
– Dzień dobry, Peeta – odpowiedziała chłodno. – Katniss nie śpi, ale nie ma ochoty widzieć się z tobą. I od razu uprzedzę twoje kolejne pytania – jeszcze dzisiaj zabieram ją ze sobą do Czwórki. Po tym jak się względem niej zachowałeś, nie liczyłabym na to, iż prędko będzie chciała się z tobą zobaczyć. Wracaj do swojej polityki, ważnych spotkań i tego, co tam jeszcze robisz.
– Ale mamo – jękliwy i błagalny ton Peety przeszywa moje serce.
– Nie, Peeta, nie. Nie pozwolę ci więcej ranić mojego dziecka. I jeszcze jedno – bardzo łatwo przyszło ci posądzenie Katniss o zdradę, może dlatego, że sam ją zdradzasz?

Mama nic więcej nie powiedziała, kazała tylko Astowi spakować moje rzeczy i przysłać do jej domu. Mnie zaś wsadziła do poduszkowca i zabrała ze sobą, całą drogę głaszcząc mnie po głowie położonej na jej kolanach.

178. Pobudka

Dobry wieczór 🙂
Na wstępie składamy serdeczne życzenia dzisiejszym Solenizantkom i Solenizantom (ze szczególnym uwzględnieniem Asi i Justyny) oraz gratulujemy zdanych ezgaminów tym, którzy mają je za sobą i życzymy powodzenia wszystkim, którzy jeszcze są przed nimi.
Drażliwy temat, czyli kiedy następna notka? Nie wiemy jeszcze, spróbujemy jakoś w okolicach matur pisemnych 😉
A teraz – miłego czytania i komentowania 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

– Witaj śpiąca królewno – jego głos, mimo że chyba wcale nie krzyczy, wydaje mi się aż nazbyt doniosły. W mojej głowie nadal pulsuje ból, napiera od środka na czaszkę, jakby miała się rozpaść. Na dodatek te nieszczęsne promienie słońca, wpadające przez odsłonięte okno sypialni, niezwykle wzmacniają uczucie dyskomfortu… „Zgaście słońce” szepczę, ale nikt nie reaguje. A może tylko mi się wydaje, że to powiedziałam?
– Gale – Johanna chyba mnie zrozumiała, bo mówi dość cichym, stłumionym głosem. Kieruję na nią zmrużone oczy – jest bardzo blada i ma ciemne okulary, podejrzewam, że czuje się podobnie jak ja.
– Musisz tak głośno krzyczeć? I skąd się tu wziąłeś?
– Na prośbę Haymitcha sprawdzam co z naszą „małą pijaczką” – odpowiada tym samym, doniosłym tonem, dodając do wypowiedzi kąśliwy uśmiech.
– Mała pijaczka ma się koszmarnie – odpowiadam mu przez zaschnięte gardło. Każde moje słowo, które przez nie przechodzi, sprawia mi ból, jakbym w środku miała papier ścierny, który rani mi tkankę z każdą literą. Głos mam skrzekliwy, pozbawiony znanej mi nuty. Gdy udaje mi się jakoś zebrać myśli, dochodzi do mnie, że bardzo chce mi się pić.
– Możesz iść mu to powiedzieć – wyrzucam w końcu z siebie wściekła. W tle wyłapuję dźwięk wodospadu. Nie, to nie żaden wodospad, to Johanna nalewa wodę do szklanki i wyciąga ją w moją stronę. Mam ochotę jej powiedzieć, że da się ciszej przelewać płyny, ale macham ręką i szybko wypijam całość, lekko rozlewając wodę na brodę.

Gale opuszcza wreszcie sypialnię, głośno się śmiejąc. Dam sobie obciąć rękę, że specjalnie trzasnął drzwiami, żeby sprawić mi jeszcze większy ból. Zabiję go później. Albo wymyślę jakąś dotkliwą zemstę…
– Masz tu lek na ból głowy. I drugi na kaca – zwraca się do mnie Johanna. – Musisz mieć trzeźwy umysł, bo jak ci opowiem co się wydarzyło, to przewrócisz się z wrażenia.
– Co znów? Tylko mi nie mów, że jakieś zamieszki, nie zniosę tego po raz kolejny… – wzdycham ciężko połykając szybko tabletki.
– Nie, to coś znacznie gorszego – zaczyna Johanna. Muszę mieć przerażoną minę, bo wyciąga szybko rękę i kładzie mi na ramieniu.
– Nie, nie, to nie to, co myślisz. Ale będziesz mocno zaskoczona – Johanna kontynuuje z dziwnym uśmiechem na ustach. – Wiesz… nasi mężowie wreszcie się nami zainteresowali. I wyciągnęli niezwykle ciekawe wnioski z naszego małego wypadku w piwnicy – chichocze cicho spoglądając na moja skaleczoną dłoń. Idąc za jej wzrokiem z zaskoczenie odkrywam, że jest zawinięta w biały bandaż tworzący zgrabny opatrunek. Nadal nie mogę uwierzyć jak mogłam być tak niezgrabna. Rozpłatałam rękę… łapiąc korkociąg. Najzwyklejszy w świecie korkociąg…
– Podasz mi wreszcie jakieś szczegóły? – dopytuję ją kiedy bardzo powoli, z trudem, zwlekam się z łóżka. Jestem tylko w bieliźnie – spoglądam zaskoczona na Johannę, szukając w jej twarzy odpowiedzi na pytanie, kto mnie rozebrał.
– Spokojnie, to twój mąż. Przejawił przez moment zainteresowanie twoją osobą, przyniósł cię tutaj, rozebrał do bielizny. A potem wyszedł. Jakby to powiedzieć… Poszedł pobić naszych personalnych trenerów fitness.
W reakcji na jej słowa, zatrzymuję się w pół drogi do łazienki. Próbuję przetrawić jej słowa, zastanawiam się czy na pewno dobrze zrozumiałam. Odwracam się do Johanny, która siedzi na łóżku z przechyloną głową i dmucha lekko na swoje paznokcie. Matko, jakby tu mało śmierdziało, musiała dodać lakier… Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, ale ciekawość zwycięża.
– Co? – wyduszam w końcu przez zaciśnięte gardło, walcząc z mdłościami.
– Idź się umyj, bo okropnie śmierdzisz, a ja w tym czasie poszukam ci jakichś ubrań. A potem, przy śniadaniu, dokładnie opowiem ci co się stało.

Po kwadransie siedzę w głębokim fotelu, próbując delikatnie skubać tost z masłem. Przełykanie idzie mi nadal z trudem, ale Johanna twierdzi, że to mi dobrze zrobi. Popijam go mocną, gorącą, słodką kawą i słucham opowieści Johanny.
– Kiedy Peeta wyniósł cię z piwnicy, a Paul pomógł mi dojść do łóżka, zasnęłam na moment. Nie wiem jak długo spałam, ale w pewnym momencie obudził mnie przerażony Ast. Wmusił we mnie w ekspresowym tempie chyba z litr kawy, a kiedy już trochę oprzytomniałam, powiedział mi, że nasi mężowie sprowadzili, za pomocą ochrony pałacu, naszych trenerów. Dobrze słyszysz – wysłali po nich żołnierzy! Potem zaprowadzono ich do piwnicznej sali przesłuchań i… „ręcznie” próbowali wydobyć z nich informacje o tym od jak dawna ich zdradzamy. Rozumiesz to?! My ich – dodaje oburzona i zaczyna się trząść z nerwów. Nadal czuję się otumaniona, ale wreszcie i do mojego mózgu powoli, dochodzi znaczenie tego, co właśnie powiedziała.
– Zebrałam się najszybciej jak mogłam, co niestety nie było łatwe, bo sama dobrze wiesz, że wypiłam tyle samo co ty i pobiegłam do piwnicy. A tam – Haymitch siedział przed monitorem, a Hoult podnosił z podłogi przywiązanego do krzesła Stefena powalonego na nią przed chwilą przez Paula. Uderzył go pięścią! Byłam tak zaskoczona i wściekła, że przez chwilę patrzyłam oniemiała na to wszystko, a żaden z nich nawet nie zauważył, że tam jestem. W końcu pytam Abernathy’ego o co chodzi i co się dzieje, a ten mi oznajmia, że wyszła na jaw nasza tajemnica, że już wiedzą co robiłyśmy z nimi, tymi aresztowanymi, w piwnicy i dostają nauczkę. Najpierw wybuchnęłam śmiechem, a jak już w końcu mogłam mówić, to zapytałam Haymitcha, czy oni aż tak bardzo lubili naszą nadwagę – unoszę lekko brew na to hasło, a ona zaraz się wycofuje. – No dobra, moją nadwagę, że muszą bić naszych trenerów personalnych. Dawno nie widziałam takiej miny u Haymitcha. Zerwał się i siłą wywlekł naszych mężów z tamtej sali. A domyślasz się, że w tej sytuacji, w ich stanie zacietrzewienia, wściekłości, nie było to łatwe. I wtedy się zaczęło – Paul krzyczał, Peeta krzyczał, Haymitch na nich obu również, twierdząc, że zachowali się jak rozwydrzone dzieci, a ja dostałam ataku śmiechu.
Głowa opada mi na zagłówek fotela.
– Co było dalej?
– W sumie nic szczególnego. Chłopcy zostali przeproszeni i grzecznie odwiezieni do domu. Podejrzewam, że Ast jakoś to rozwiązał jeszcze dodatkowo, ale na razie nie miałam siły w to wnikać. A twój mąż trzasnął drzwiami i gdzieś poszedł.
– Mhm – odpowiadam krótko, dając do zrozumienia, że dotarło do mnie wszystko. Ale tak naprawdę czuję w sercu rosnącą bryłę lodu. Zastanawiam się nerwowo dlaczego Peeta wyszedł – czyżby był na mnie zły? Przecież to ja mam się o co gniewać, nie on. Czuję, że łzy zaczynają mnie piec pod powiekami, boli mnie to, co dzieje się z moim małżeństwem. Przez chwilę próbuję zatrzymać płacz, ale w końcu pozwalam sobie na tę chwilę słabości. Choć ostatnio mam ich wiele – już nie pamiętam ile razy płakałam wieczorami, wracając do pustego, ciemnego domu. Z reguły planowałam się wówczas czymś zająć, ale kończyło się na tym że padałam na łóżko i pozwalałam, by poduszka Peety wchłaniała moje łzy. Kilka dni temu zorientowałam się, że nie było go w domu tak często, że już nawet nie pachniała nim…

Zatopiona w swoich rozmyślaniach dopiero po chwili zorientowałam się, że Johanna milczy. W końcu wstała, zostawiając mnie samą z moimi myślami. Myślami nad tym co dalej będzie z moim życiem i czy moje małżeństwo ma jeszcze sens.

177. Światło

Witamy wszystkich Cierpliwych i Niecierpliwych 🙂

Czy u Was też szykują się białe święta? Czy tylko w naszej części Polski (świata) ktoś zapomniał sypnąć śniegiem w grudniu i teraz próbuje nadrobić, co by mu premii nie zabrali? 😉

Następna notka… Będzie w tym miesiącu, na pewno. Myślimy, że może się udać za dwa tygodnie nawet… Chyba, że… Nie, przyjmijmy, że będzie za dwa tygodnie 🙂

Miłego czytania i komentowania 🙂 I spokojnych Świąt wszystkim 🙂

A & A

Otacza mnie ciemność, a ciało płonie, jakbym stała w samym środku ogarniętego pożarem budynku. Igrająca z ogniem płonie… Ból jest nie do zniesienia, rozchodzi się od czubka głowy aż po same koniuszki palców u stóp.
Bum, bum, bum!
Bliżej nieokreślony dźwięk dudni mi w uszach. Trawi mnie ogień, a równocześnie czuję przenikliwy odór. Nawet nie wiem co jest gorsze – przeszywający każdy, nawet najmniejszy skrawek mojego ciała ból, uciążliwe łupanie w głowie, smród czy ten gorzki, piekący posmak w ustach. Nawet nie jestem w stanie otworzyć oczu, jestem przekonana, że gdy to zrobię, będzie jeszcze  gorzej. Mam też dziwne wrażenie, że jestem naga, jak w chwili narodzin, ale nie pamiętam chwili pozbawienia mnie ubrania. A może… może wcale nie jestem naga, może nie mam ciała? Choć nie, gdyby go nie było, nie czułabym bólu… Czekam aż ta okropna chwila minie, ale ona nie mija. A każda kolejna sekunda sprawia, że chcę umrzeć, zasnąć, byle już tego nie czuć.

Powiew lodowatego powietrza powoli rozwiewa wszechobecny fetor, ból jednak nie ustępuje, a nawet pogłębia się. Wraz z zimną bryzą, do miejsca, w którym się znajduję, wpada światło. Jest tak jasne, że przebija się przez moje zamknięte powieki, potęgując przenikliwy ból głowy.

Jednak powoli dociera do mnie, że mimo zimna i fizycznego cierpienia, to światło wydaje się być ciepłe. Ciepłe i przyjazne, sprawia, że czuję, iż wzywa mnie do siebie. Powoli próbuję rozchylić powieki, ale już po sekundzie zaciskam je ponownie, jest zbyt jasne, zbyt intensywne, nie jestem w stanie go znieść.

– Katniss… – dochodzi do mnie jak przez mgłę. Cichy, od tak dawna nie słyszany, tak bardzo drogi mi głos. – Katniss, już czas…

Walczę ze sobą, bo światło zmusza mnie do podążania w jego stronę, a równocześnie coś we mnie krzyczy, żebym tego nie robiła, że nie powinnam, bo ta otaczająca mnie jasność nie jest wcale dla mnie dobra. Zaciskam pięści, czuję ciepły strumyczek na dłoni. Krew! Przez chwilę próbuję opanować strach, który pojawił się razem z krwawieniem, ale po chwili uspokajam się, gdy przypominam sobie o okropnym rozcięciu, przez które tak bardzo broczyłam w pałacowej piwnicy. I powód, który sprawił, że tam zeszłam…

Byłam okropnie wściekła na Peetę, na jego zachowanie. Ledwie wróciliśmy z naszej podróży poślubnej do Kapitolu, on przepakował walizkę i niemal natychmiast, w ciągu kilku godzin, wyjechał z Paulem. A kiedy wrócił po miesiącu, zamiast spędzić czas ze mną, zamknął się w gabinecie ze swoim kuzynem (jakimś cudem on mu się nie znudził!) i jakimś tam burmistrzem. Właściwie nawet nie zwrócił na mnie uwagi, i to po tak długiej rozłące… Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, kiedyś nie potrafiłby się ode mnie oderwać, kiedyś…

Cholera, Johanna miała rację, nie jesteśmy już najważniejsze dla naszych mężów, mają ważniejsze sprawy na głowie. Tak naprawdę doszło to do mnie tamtego wieczoru, kiedy Johanna, przedstawiła mi swojego… swojego… A, pocieszyciela, tak go nazwała. Wtedy śmiałam się z niej, ale nie odmówiłam. Kiedy wróciłam do pustego mieszkania, pogrążonego w ciemności, właściwie zaczęłam żałować tego co zrobiłam – czegoś, czego sama po sobie się nie spodziewałam. Dałam się ponieść chwili, chyba zachowałam się jak typowa żona w Kapitolu, pozostawiona przez swojego męża na długie, samotne, zimowe wieczory. I od tamtej pory, posuwałyśmy się z Johanną coraz dalej, a ja nieraz całą noc potem to odchorowywałam. Dlatego po jednym, czy dwóch takich razach starałam się zachować umiar, w przeciwieństwie do mojej przyjaciółki… Odkąd pamiętam, nie znała granic, a teraz, pozostawiona bez opieki, bez kontroli, mając władzę i pieniądze, folgowała sobie bez końca…

A może znalezienie tamtych dwóch było błędem? Ale to akurat był mój błąd. Nie miałam zresztą wyjścia, kiedy zobaczyłam do jakiego stanu doprowadziła się Johanna przez zaledwie kilka tygodni, musiałam natychmiast interweniować.  Co gorsza, musiałam również wziąć w tym udział, choć wcale nie miałam ochoty. Ale nie było innego wyjścia – Johanna twardo postawiła warunek – skoro miała się zgodzić na mój pomysł, to wszystko miało się odbyć w pałacu, żeby nikt poza nami nie był w stanie odkryć spisku. Na dodatek uparła się na piwnicę, bo nie chciała – budząc się w sypialni, lub przechadzając po prywatnych pokojach – wspominać, do czego zmuszała swoje ciało. I ostatecznie – ja też, solidarnie z nią, miałam robić to samo. Uparta jak zawsze…

W sumie odrobina ruchu mnie też dobrze zrobiła. A poza tym miałam wolne wieczory i byłam słomianą wdową. Musiałam się czymś zająć, żeby nie zwariować, nie zastanawiać się co w tym czasie robi Peeta. A może robił to samo?

Spotkania trzy razy w tygodniu szybko stały się naszą tradycją. Wychodziłyśmy z piwnicy zmęczone, spocone, ale szczęśliwe. Nigdy nie sądziłam, że taka forma spędzania wolnego czasu może tak fantastycznie poprawiać nastrój…

Peeta dzwonił rzadko, ciągle czymś był zajęty. Robił coś „ważnego, niezwykle ważnego, bardzo istotnego”, a ja zeszłam na dalszy plan. To okrutnie bolało… A tymczasem nasi nowi przyjaciele mieli dla nas czas, uśmiechali się do nas, pytali jak minął nam dzień. Johanna twierdziła, że to dlatego, że im za to płacimy, ale ja uważałam, że „praca” z nami stała się dla nich również przyjemna. My, Zwyciężczynie, nie mamy tak wielu zahamowań, jak inne mieszkanki Kapitolu. Będąc zahartowane w ogniu Igrzysk doskonale wiemy, że stać nas na więcej, a w obecnej sytuacji  – że więcej rzeczy zostanie nam wybaczone. A naszych mężów i tak nie interesowało co, ani gdzie robimy…

Pamiętam wyraz twarzy Johanny, kiedy w sylwestrową noc Paul i Peeta zamknęli się w gabinecie. Była tak samo wściekła jak ja, tak samo rozżalona i tak samo czuła się porzucona. Obie, bez zastanowienia, zeszłyśmy tam, gdzie od kilku tygodni czułyśmy się szczęśliwe – do naszej piwniczki.

Nie sądziłam, że jestem aż taką niezdarą, ale jednak – schodząc głęboko rozcięłam sobie rękę. Krew była wszędzie, choć niby płynęła niemal kropla po kropli, nieśpiesznym strumykiem, ale plamiąc podłogę, jakoś szybko znalazła się wszędzie dookoła. Jakbym straciła jej nie mililitry, a litr, albo więcej. A może tak było? Może tylko mi się wydawało, że czerwony płyn sączy się powoli? Ale i tak nie przeszkadzało mi to, by nadal podążać na spotkanie z jednym z dwóch starych pocieszycieli Johanny. Przy czym tym razem chyba przesadziłyśmy, wściekłość na naszych mężów, perspektywa tego, że ktoś mógłby nas przyłapać, tego jaki to skandal by to wywołało sprawiło, że nasze zahamowania puściły. Dałyśmy się zmaltretować, powalić na kolana, pozbawić świadomości…

– Katniss, nie mamy czasu, otwórz oczy – inny, równie drogi mi głos, przywołuje mnie do rzeczywistości. Ufam temu głosowi bezgranicznie, powoli otwieram oczy i pozwalam światłu mnie otoczyć.

176. Atak

Witamy,
Cieszymy się, że seria się Wam podoba i zmusza do myślenia 🙂 Zapraszamy do czytania i komentowania.
Przy okazji – życzenia wszystkiego najlepszego dla Oliwii (Kiciaka) i Ady D. 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Wchodzimy obaj do pomieszczenia, natomiast Haymitch i Hoult zostają na zewnątrz, obserwując wszystko przez lustro weneckie. Mają nam pomóc, zareagować, gdyby nazbyt poniosły nas nerwy. Beetee odmówił uczestnictwa w przesłuchaniu i przezornie wyłączył wszystkie kamery, a Ast został odesłany do swojego prywatnego apartamentu. Cały czas powtarzał nam, że jesteśmy w błędzie, że podjęliśmy pochopną decyzję, nie znając wszystkich faktów. Mimo to, gdy poprosiliśmy o wyjaśnienia, nie chciał nam nic powiedzieć, zasłaniając się „obietnicą złożoną Pierwszej Damie i Katniss”. Zwykła wymówka, w którą nie wierzę. Mój wieloletni przyjaciel, facet z którym łączy mnie tak wiele wspomnień, odwrócił się ode mnie. Jak mógł mnie tak potraktować! Nie dość, że wiedział o potajemnych schadzkach mojej żony, to jeszcze najwyraźniej dawał na to przyzwolenie. Poczułem, że rośnie we mnie wściekłość, podszyta rozczarowaniem. Ast mnie cholernie zawiódł i to nie pierwszy raz. Poprzednio naiwnie mu wybaczyłem, wyciągnąłem do niego rękę, a chyba zamiast tego trzeba było mu pozwolić zmarnować sobie życie.
– Załatwimy to, jak skończymy z nimi – stwierdza Paul, domyślając się najwyraźniej, co mną targa. Jego obietnica chwilowo poprawia mi nastrój.

Pokój jest nieduży i praktycznie nie ma w nim żadnych mebli. Ściany z trzech stron pomalowane są na popielaty kolor, a ta, w której umieszczone jest wejście, ma także wmontowane lustro weneckie. Zatrzymujemy się na moment, a później powoli zamykamy za sobą drzwi. Duże lampy świecą mocnym, żółtym światłem wprost w oczy naszych więźniów. To celowy zabieg, mający na celu jeszcze większe udręczenie przesłuchiwanych i – choć to metody Snowa – to aktualnie nie przeszkadza mi to, że z nich korzystamy.
– Panie Prezydencie, panie Mellark – zwraca się do nas drugi z mężczyzn, ten, którego nagich pośladków nie musieliśmy podziwiać. – Bardzo miło mi panów w końcu poznać, żony panów dużo nam o was opowiadały.
Pięści zaciskają mi się automatycznie, nie mam do końca świadomości momentu, w którym poniosły mnie nerwy i wyprowadziłem cios. Wiem tyle, że nie jestem w stanie nad sobą zapanować.
Krew spływa z rozciętej wargi mojego rozmówcy. W jego oczach widzę szok i niedowierzanie, wygląda zupełnie tak, jakby nie wiedział o co nam chodzi i co się właśnie wydarzyło.
– Oszczędźmy sobie zbędnych uprzejmości – Paul kipi z wściekłości, uderza pięściami o oparcie krzesła ustawionego naprzeciw naszych gości. – Wszyscy dobrze wiemy, po co się tu spotkaliśmy, więc im szybciej zaczniecie mówić, tym mniej będzie was bolało.

Przez moment nawet ja spoglądam na Paula zaskoczony. Już dawno nie widziałem w nim takiej determinacji i chyba nigdy takich emocji. Zdrada Johanny dotknęła go do żywego.
– Panie Prezydencie – zwraca się do niego pierwszy z mężczyzn, a w jego głosie słychać niekłamane przerażenie – nie mamy pojęcia o co chodzi. Proszę powiedzieć, czy żony panów są niezadowolone z naszych usług? Takie klientki to dla nas zaszczyt, staraliśmy się, jak mogliśmy, wszystko odbywało się powoli i delikatnie, ale stanowczo. Niemniej przyrzekam, że nie zrobiliśmy niczego, na co one same nie miały ochoty i na co nie wyraziły zgody. Za każdym razem opowiadaliśmy dokładnie co będziemy robić, mówiliśmy o każdym bólu, który będą musiały znieść, na wszystko były gotowe i bardzo zdeterminowane.

Już po chwili mężczyzna leży na wznak na podłodze, powalony ciosem Paula. Przez okres jego prezydentury zapomniałem, że mój kuzyn jest wyszkolonym żołnierzem. Agentem ochrony najważniejszych osób… Ten cios był tak niezwykle precyzyjny, a przy tym wyglądał jakby był wykonany automatycznie, jakby był jednym z tysięcy, zrobionych przez Paula. Muszę się wiele od niego nauczyć, a dziś będzie chyba idealna okazja do tego, by zacząć.

– Pójdzie nam łatwiej – rozpoczynam tuż po tym, jak Hoult wychodzi z pokoju po podniesieniu mężczyzny z podłogi. Udaję, że nie widzę rzuconego w naszą stronę spojrzenia. Nie mam zamiaru się nim przejmować. – Jeśli powiecie nam, który z was pracował – ledwie przechodzi mi przez gardło to słowo, ale sami to tak określili… Nie mieści mi się w głowie, że moja żona, moja Katniss, mogła mu płacić za tego typu usługi, ale na to wygląda… Wykorzystuję pauzę na próbę uspokojenia się i w końcu podejmuję wątek – który z was pracował z moją żoną, a który z Pierwszą Damą?
– Ja – odpowiada drugi z mężczyzn – to ja miałem przyjemność pracować z pana żoną. Ale to nie zmienia faktu, że nie bardzo wiemy, co wywołało takie zdenerwowanie u panów. Robiliśmy tylko to, o co nas prosiły i za co nam zapłaciły.

Podchodzę do niego powolnym krokiem. Przyglądam mu się uważnie, widzę nawet drobne kropelki potu, które pojawiają się na jego czole i pod nosem. Jego rysy w ogóle nie przypominają moich, budowa ciała również. Nic go do mnie nie upodabnia, nawet kolor włosów ma inny. Jakim cudem Effie mogła go ze mną pomylić? A może nie mówiła wcale o nim? Może… Może jest ktoś jeszcze inny? Coś przestaje mi tu pasować, gdzieś, głęboko w środku, zaczynam mieć wątpliwości. Pierwszy z mężczyzn również nie jest do mnie podobny, choć byłem skłonny przysiąc, że tak jest, gdy widziałem jego twarz na monitorze, w zielonej poświacie z noktowizora. Przed oczami przewija mi się raz po raz obraz mojej żony, uwiecznionej na zdjęciu wiszącym na ścianie ich mieszkania. I to właśnie rozwiewa wszelkie moje wątpliwości.
– Od jak dawna sypiasz z moją żoną? – wypalam bez zastanowienia.
W oczach mężczyzny widzę odbicie jego uczuć. Lęk gdzieś znika, w jego miejscu pojawia się totalne zaskoczenie, a oczy przybierają kształt spodków od filiżanek.
-Co? – słyszę w odpowiedzi.
-Co? – warczę do niego – tylko tyle jesteś z siebie w stanie wydusić? Jesteś idiotą, skończonym idiotą, jeśli sądzisz, że pomimo mojej nieobecności, nie doszły mnie słuchy o tym, że jesteś kochankiem mojej żony! Wiem o tym, wiem, że przychodziłeś tu trzy razy w tygodniu, zamykałeś się z nią w piwnicy, kochałeś się z nią, a ona ci jeszcze za to płaciła! – furia wypełnia ponownie moje ciało, od palców u stóp po czubek głowy. Dyszę, przed oczami zaczynają mi przebiegać jasne błyski. Boję się, że w tej jednej chwili lata pracy nad poskramianiem moich napadów, spełzną na niczym. Ogarnia mnie panika, zaczynam się w zatracać, odpływam w świat pełen gniewu i bólu.
– Panie Mellark – mężczyzna powoli, bardzo powoli cedzi słowa – ja nigdy, przenigdy nie spałem z pana żoną. Przychodziłem tutaj z zupełnie innych powodów. Ale one, na wyraźne życzenie pana żony, pozostaną tajemnicą moją i jej.
Jego słowa dochodzą do mnie jak zza szklanej ściany. Brzmią tak samo jak krzyk Katniss na drugiej arenie. Po raz kolejny jej prawie nagie zdjęcie powraca do mojej pamięci.
– Dobrze wam radzę – Paul syczy przez zaciśnięte zęby – mówcie prawdę, całą prawdę, bo poznacie gniew prezydenta. Poznacie mnie z najgorszej strony, a jeśli nie wiecie – przez wiele lat byłem żołnierzem sił specjalnych, szkolonym na zabójcę. Mój kuzyn również wiele przeszedł i albo zaraz zaczniecie mówić, albo to spotkanie zakończy się dla was wieloma godzinami bólu i cierpienia.

Świat wokół mnie zaczyna wirować, ogarnia mnie ciemność.
– Ale my nie zrobiliśmy niczego złego – pierwszy z mężczyzn już rozpaczliwie krzyczy, choć jeszcze nic nie zrobiliśmy. Strach miesza w głowie nie tylko mnie.
Widzę w ruchach mojego kuzyna, w jego oczach, że w tej chwili jego cierpliwość wyczerpała się. Szybkim krokiem przemierza odległość dzielącą go od naszych gości, znów unosi w górę dłoń, zaciska mocno pięść, znów przygotowuje się do ciosu. Mam wrażenie, że widzę całą sytuację w zwolnionym tempie i wiem, że nie chciałbym teraz być na miejscu tego mężczyzny. Znam siłę Paula, wiem, że to uderzenie nie będzie należało do najprzyjemniejszych. Zapewne mężczyzna ponownie upadnie na plecy, zapewne po raz kolejny jego spięte za plecami ręce wiele wycierpią. Nim jednak dłoń Paula dociera do szczęki mężczyzny, drzwi pokoju otwierają się z głuchym łoskotem i do pomieszczenia wpada Haymitch. Nie mam pojęcia jakim cudem zdążył zatrzymać rękę Paula dosłownie o centymetry od celu. Z oczu Paula sypią się skry wściekłości, ale moją uwagę przykuwa wyraz twarzy Abernathy’ego. To nie jest gniew, żal, ani nic innego, co mógłbym tu usprawiedliwić. To konsternacja, która nijak nie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno nie wywołało jej nasze zachowanie, bo tego się raczej spodziewał. I wiem już, że nie powstrzymał Paula przed posunięciem się za daleko, tylko z jakiegoś innego, pozostającego dla mnie zagadką, powodu.
– Panie Prezydencie, panie Mellark, zapraszam panów do pomieszczenia obok. Mamy dla was kilka faktów które rzucą nowe światło na obecną sytuację.
– Sami znajdziemy sobie to światło – odpowiada z furią w głosie Paul.
– Raczej wątpię – odpowiada Haymitch, siłą wywlekając Paula na zewnątrz. Nie widząc innego wyjścia, idę za nim. Oddycham przy tym głęboko, starając się odgonić atak szału. Ale powoli zaczynam przegrywać tę walkę.