133. Co pamięta Peeta

Witamy w dniu publikacji trailera Kosogłosa,

Miłego czytania i z niecierpliwością czekamy na Wasze komentarze. Następna notka będzie w poniedziałek (chyba, że zdążymy szybciej, to w niedzielę, ale ze względu na nasze imiona, może się to nie udać) 🙂

A & A

—–

– Panno Everdeen, zbliżamy się do lądowania – zwraca się do mnie informacyjnie pilot, a ja czuję, że zaczyna mnie ogarniać jakaś panika. Tak bardzo czekałam na to spotkanie – codziennie, praktycznie od momentu, gdy startujący poduszkowiec zabrał go ode mnie, kładąc się spać, miałam nadzieję, że następnego dnia Peeta poprosi mnie, bym przyjechała. Już wtedy, w tym samym dniu, spakowałam walizkę, która cały czas stała w naszej sypialni, gotowa, bym mogła od razu ją chwycić i wyruszyć w drogę, do niego. A teraz, kiedy już za krótką chwilę, najwyżej za kilka minut, ponownie zobaczę jego twarz, zaczynam się bać. Kilka godzin lotu uświadomiło mi, że nie wiem, jaki jest powód naszego spotkania. Może wcale nie taki, jak sądziłam biegnąc na lądowisko. Haymitch nie wspomniał mi ani słowem o tym, że Peeta obejrzał nagranie z 74 Igrzysk, ani tym bardziej o jego reakcji na to, co zobaczył. Wtedy też nie wyraził zainteresowania rozmową ze mną. Co takiego zobaczył na filmie z Ćwierćwiecza Poskromienia, że nagle zmienił zdanie? I to nie ograniczył się do rozmowy telefonicznej, ale poprosił, bym przyjechała? Ciśnienie mi wzrasta, gdy dociera do mnie, że Peeta od dawna stał na stanowisku, że trudne rozmowy należy przeprowadzać osobiście, a nie przez telefon. Że słuchawka to parawan, który pozwala się ukryć przed emocjami i bardzo często je wypacza, bo nie widać twarzy, a jakość połączeń bywa słaba, zniekształcając głos i kryjące się w nim uczucia. Te wszystkie myśli i pytania krążą mi po głowie, kiedy powoli, z walizką w dłoni, schodzę po malutkich schodkach poduszkowca. Wiatr przynosi znajome zapachy Dwunastego Dystryktu, na krótką chwilę czyniąc mnie szczęśliwą. Tęsknię za tym miejscem – za lasem, naszym domem w Wiosce Zwycięzców, za mamą, za rodzicami i braćmi Peety… i za Peetą. Za jego ciepłem, głosem, zapachem, spokojem…
Znów nachodzą mnie najgorsze myśli, ale ktoś skutecznie wyrywa mnie z zamyślenia:
– Kaaatnisss – jak zawsze przeciąga moje imię, jak zawsze wpada na mnie rozpędzony, niemal mnie przewracając i przytula mnie mocno, z całej siły.
– Peeter – uśmiecham się serdecznie, polubiłam go od pierwszego spotkania i jego też mi bardzo brakuje.
– Jak ty to robisz? – unoszę głowę, próbując popatrzeć nad ramieniem Peetera. Peeta stoi oparty o jedyne rosnące na lądowisku drzewo, o piękną starą jabłoń, która, odkąd pamiętam, rodzi soczyste, słodkie owoce. – Cała moja rodzina, na wieść o tym, że przyjedziesz, popadła w jakiś dziwny rodzaj euforii… – patrzy na mnie z delikatnym, ledwie zauważalnym uśmiechem.
– Masz na myśli coś konkretnego? – mój głos drży, serce chce wyskoczyć mi z piersi, czuję się jak zakochana nastolatka, która doznała zaszczytu rozmowy ze swoim ukochanym.
– W sumie mam – odpowiada Peeta delikatnie przechylając głowę. Znam dobrze ten gest, z reguły robi go, gdy się ze mną droczy, albo ma ochotę na czułości. – Mama nie wychodzi z kuchni, ojciec jej pomaga, Patrick i Amanda siedzą u nas od godziny, a on – wskazuje ręką na Peetera – nie umiał wysiedzieć w miejscu, tak bardzo spieszyło mu się do ciebie. Coś ty zrobiła mojej rodzinie, panno Everdeen? – dziwnie się czuję słysząc w jego ustach swoje nazwisko. Everdeen, żołnierzu Everdeen… Ale tego czasu raczej nie pamięta… Nie jest już przerażonym szesnastolatkiem, który opuszczał kapitoliński szpital trzy miesiące temu. Teraz jest pewny siebie, choć w jego oczach nadal widzę jakieś cienie. Może dlatego chce ze mną porozmawiać, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości?
– Cóż mogę ci powiedzieć – patrzę mu prosto w oczy – pokochałam twoją rodzinę i wydaje mi się, że oni też mnie trochę lubią.
– Trochę? – prycha, opuszcza głowę i kręci nią kilka razy. Gdy powoli ją podnosi, spogląda mi w oczy – dasz się zaprosić na spacer?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Tak bardzo przypomina mi teraz mojego Peetę, że pojawia mi się cień nadziei na odzyskanie go, który ściska mi wzruszeniem gardło. Kiwam potakująco głową, a on każe Peeterowi zanieść moją walizkę do domu i powiedzieć wszystkim, że będziemy za godzinę. Spoglądam na niego zaskoczona.
– Mama się ucieszy, że bezpiecznie wylądowałaś, a przy okazji będzie mieć jeszcze kolejną godzinę na przygotowywanie dla ciebie góry jedzenia – przygląda mi się uważnie. – Faktycznie schudłaś. Choć… – przerywa, jakby uznał, że nie powinien kończyć zdania. Zastanawiam się, czy spróbować go namówić na ciąg dalszy, ale nie chcę naciskać.
Idziemy powoli, ramię w ramię, dobrze znanymi mi, bocznymi ścieżkami. Zastanawiam się w milczeniu skąd on je zna. I nagle do mnie dochodzi- musiał je poznać w czasie swoich wielogodzinnych samotnych wędrówek. Kiedy zbliżamy się do budynku, który Haymitch zbudował dla ofiar górniczych wypadków, Peeta mówi, że musi coś załatwić i prosi, bym moment poczekała. Wchodzi do środka, a ja uśmiecham się na samą myśl, że wypadek na arenie nie zmienił jego charakteru – w tajemnicy przed wszystkimi pomaga jakoś tym biednym ludziom. Wraca do mnie po kilku minutach, wyraźnie z siebie zadowolony i ni stąd, ni zowąd bierze mnie za rękę.
W powietrzu czuć wilgoć, wszystko wokół oblepiają małe kropelki wody – najwyraźniej deszcz dopiero przestał padać. Czuję ciepło jego dłoni, słyszę lekko przyśpieszony spacerem oddech. Rozglądam się zaciekawiona wokół siebie – weszliśmy do sadu, w którym nigdy wcześniej nie byłam. I nagle jego usta stykają się z moimi. Jego dłonie obejmują moją twarz, a przyjemne ciepło w szybkim tempie rozpływa się po moim ciele. Peeta, nie zdejmując dłoni z moich policzków, robi krok naprzód, a ja odruchowo cofam się, napotykając plecami mokrą korę jakiegoś drzewa. Tym razem całuje mnie dłużej, mocniej, a jego ręka sunie wolno po moich plecach, zatrzymując się w talii.
– Nie jestem w stanie przestać o tym myśleć…
– Co masz na myśli? – pytam go szeptem, dostosowując ton.
– Nie pamiętam kompletnie niczego. Obejrzałem nagranie z 74 igrzysk, część z 75 i nic. Nie pamiętam żadnego wydarzenia, które tam było pokazane. Ale co noc, przed zaśnięciem, myślę tylko o twoich ustach. O tym jak… – przełyka głośno ślinę.
– Jak? – szepczę po chwili oczekiwania w napięciu.
– Pocałuj mnie – mówi szybko. Bez zastanowienia zarzucam mu ręce na szyję i przyciskam usta do jego ciepłych warg. Przyciąga mnie mocniej do siebie, obejmuje mnie w pasie, uginam jedną nogę w kolanie i opieram o konar drzewa. Momentalnie przywiera do mnie mocniej, jedną dłoń zsuwa z mojej talii i przenosi pod zgięte kolano. Znany mi ruch wywołuje we mnie natychmiastową, niemal bezwiedną reakcję – zaplatam nogę na jego biodrze, a on delikatnie masuje moje udo. Nasz pocałunek jest coraz bardziej namiętny, nasze języki po raz kolejny rozpoczynają taniec ze sobą, a mnie jest tak dobrze, że nie dopuszczam do siebie innych myśli. Nasze ciała nadal pasują do siebie idealnie, podniecenie rośnie we mnie w niezwykle szybkim tempie. Peeta odrywa usta od moich i zaczyna nimi muskać moją szyję. Odchylam głowę do tyłu, on przywiera do mnie mocniej i nie mam wątpliwości, że w nim podniecenie też buzuje. Delikatnie przygryza płatek mojego ucha, a z mojego gardła wydobywa się cichy jęk… I wtedy, nagle odskakuje ode mnie. Patrzę na niego zaskoczona, próbując skupić wzrok. To, co widzę, chłodzi mnie natychmiast – dziwny wyraz twarzy, oczy rozszerzone, ciemne jak niebo zasnute burzowymi chmurami. Ogarnia mnie przerażenie – jad wymazał mu wspomnienia o nas, ale najwyraźniej zostawił te błyszczące. Choć to prawie niemożliwe, ale kiedyś nie sądziłam, że właśnie on zechce mnie zabić, że zobaczy we mnie zmiecha, więc dobrze wiem, że nie wolno mi nic zakładać.
– Robiliśmy to już wcześniej? – przerywa moje rozterki dziwnym, lekko speszonym głosem, przyglądając się swoim dłoniom.
Unoszę pytająco brwi, a on patrzy na mnie przestraszony. Lekko oddycham z ulgą, nie zobaczył we mnie wroga, ale równocześnie dociera do mnie sedno jego zachowania. Jeszcze tego mi brakuje, żeby bał się fizycznego kontaktu za mną.
– Katniss, ja nie wiem co się dzieje – oddycha szybko, siada na mokrej trawie i chowa twarz w dłonie. Klękam przy nim i czekam. Po chwili unosi głowę, spogląda mi w oczy i mówi:
– Niczego nie pamiętam, niczego. Ale kiedy pocałowałaś mnie tam, w szpitalu, poczułem się pewnie. I trochę dziwnie. Kompletnie tego nie rozumiałem, aż do teraz.
– O czym ty mówisz?
– Posłuchaj – szybko się podnosi i jedną ręką próbuje zetrzeć wodę z całkiem przemoczonych spodni, drugą równocześnie ujmując moją dłoń, po czym kieruje się w stronę domu. – Obudziłem się w szpitalu, ty siedziałaś na krześle obok. W pierwszej chwili byłem niesamowicie szczęśliwy, że mogę na ciebie bezkarnie patrzeć, a ty nie uciekasz, nie chowasz się. To trwało do momentu, gdy odkryłem co straciłem, co mój mózg wyparł. Potem był już tylko strach i niepewność. Jedyna znajoma mi rzecz, choć doszło to do mnie dopiero w domu, to twoje usta. Ich smak, uczucie, jakie wywołał we mnie tamten pocałunek, były takie znajome, takie… moje. Było to bardzo dziwne, bo skąd niby miałbym to znać. Ale teraz wiem, że to tam gdzieś w środku jest. Kiedy tylko wysiadłaś z tego poduszkowca, miałem ochotę cię przytulić, pocałować. Nie mogłem dłużej się powstrzymać, nie myślałem nad tym co robię, nie analizowałem i… – znów milknie.
– I? – nie chcę znów się domyślać, zostawiać niedopowiedzeń.
– I teraz już wiem – kiedy jestem z tobą, kiedy mnie całujesz, czuję się… sobą. Choć przez moment – zatrzymuje się i patrzy mi w oczy. – Rozumiesz o czym mówię?
– Tak – choć pozornie to mało realne, to doskonale wiem co ma na myśli. Ja czułam dokładnie to samo – jakby nic się nie stało, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Jego usta, jego dotyk, reakcja naszych ciał – wszystko było tak, jak przed tą głupią wyprawą na arenę.
– Robiliśmy to już wcześniej? – ponawia pytanie.
– Tak – odpowiadam spokojnie.
– I? – wciąga ze świstem powietrze.
– I zawsze tak to właśnie między nami wyglądało – czuję, że na policzki chyba wypłynął mi rumieniec. Znacznie silniejszy, niżbym sobie życzyła.
– Ale moje ciało, ono… – ponownie urywa, jakby wstydził się tego, co chciał właśnie powiedzieć. Właściwie w obecnej sytuacji to chyba nawet normalne, że tak reaguje – takie wyznanie raczej niełatwo przyjdzie szesnastolatkowi w stosunku do ukochanej…
– Tak? – chcę, by powiedział to na głos, chcę to usłyszeć.
– Katniss – styka swoje czoło z moim i zamyka oczy – ja myślałem tylko o tym, żeby… – wypuszcza powoli powietrze i otwiera oczy, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce widzieć moją reakcję, czy nie. Nie chcę go spłoszyć, czekam patrząc na niego i biorąc go za rękę. Przełyka ślinę i wreszcie wyrzuca z siebie cicho, jakby bał się, że ktoś nas podsłucha:
– Myślałem tylko o tym, żeby kochać się z tobą.
– Ja też miałam na to ochotę – powstrzymuję uśmiech, widząc jego komicznie zszokowaną minę.
– Czy my…?
Kiwam głową.
– Naprawdę? – przed chwilą wydawało mi się, że jego oczy nie mogą się zrobić większe, ale myliłam się. Ponownie przytakuję bezgłośnie.
– Nie żartuj sobie ze mnie – w głosie drga mu coś dziwnego, jakby podrażnione ego zmieszało się z połechtaną dumą. Jakby chciał uwierzyć, ale bał się, że upadek z tej chmurki szczęścia będzie zbyt bolesny.
– Nie żartuję – szepczę mu wprost do ucha, a on delikatnie mnie obejmuje – tylko nie rozumiem, dlaczego wywołało to w tobie taki szok? – patrzy na mnie chwilę, jakby się zastanawiał co ma zrobić. Wreszcie podejmuje decyzję, która bardzo mi się podoba – całuje mnie w usta, najpierw delikatnie, a potem znów coraz bardziej namiętnie, pozwalając mi się cudownie zatracić w tej chwili.

Ciche kaszlnięcie za nami, sprowadza nas trochę brutalnie z naszego mikroświata na ziemię. Obracam głowę w tamtą stronę i widzę ciepło uśmiechniętą matkę Peety, stojącą na progu ich domu.
– No, nareszcie jesteście – zza jej pleców wyłania się Amanda – umieram z głodu.
Oboje z Peetą reagujemy na to śmiechem – „umierająca z głodu” ma w dłoni wypełnionego kremem eklerka. Podchodzę do niej przywitać się, a przez myśl mi przechodzi, że ślicznie wygląda z zaokrąglonym brzuszkiem, ciąża wyraźnie jej służy.

132. Deszcze niespokojne

Witajcie,

Czy u Was też tak upalnie? W Dwunastce lato dobiega końca, ale deszcz ich już trochę chłodzi 😉 – zapraszamy do czytania i komentowania.
Następna notka – w piątek.

Pozdrawiam ciepło (choć może powinnyśmy napisać, że chłodno, żeby było przyjemniej troszkę),
A & A

Naciągam głęboko kaptur czarnego, przeciwdeszczowego płaszcza, pochylam głowę – liczę na to, że ten zabieg ukryje mi trochę twarz, a deszcz sprawi, że nikt nie uzna mojego wyglądu za dziwny. Moje spacery z dnia na dzień stają się dłuższe, coraz dalej zapuszczam się w nieznane mi miejsca. O tej porze na ogół nie ma tu wielu osób – ludzie są w pracy, w szkole, albo w domu, przygotowując posiłek. Ale dziś jest inaczej, dziś jest niedziela – dla większości dzień wolny. Szybko mijam miasteczko, zmierzając w stronę jego niegdyś zarosłych chwastami granic. Dziś jest tu niewielki sad… Myślałem, że tu będę miał spokój, ale z zamyślenia, po raz kolejny już, wyrywa mnie czyjś głos. Tym razem to jakiś sędziwy staruszek, który ostrożnie porusza się o kulach, wychodząc z położonego obok drzew owocowych „Domu Pomocy Rannym w Wypadkach Górniczych”.
– Dzień dobry, panie Mellark.
– Dzień dobry – odburkuję, nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Nim starszy mężczyzna ma czas mnie zatrzymać, odwracam się na pięcie i szybko przechodzę dalej. Wiem, że to niezbyt grzeczne, ale popularność, którą się tu cieszę (co za ironia zwrotu), wcale nie przypadła mi do gustu. Choć minęło już trzy miesiące, nie umiem się przyzwyczaić do tego „pana Mellarka”, do tego, że starsi ludzie, których twarzy nie kojarzę, pozdrawiają mnie, do tego, że pytają o Katniss… Jedyne, co pamiętam, to fakt, że kiedyś nazywali mnie Peetą, lub synem piekarza. Nikt nie zwracał się do mnie per „pan” – to był zwrot zarezerwowany dla mojego ojca. I wolałbym, by tak zostało.

Mijam sad bokiem, kieruję się w stronę lasu. Nie będę się głęboko zapuszczać, ale już chyba wiem, czemu Katniss tak chętnie tam uciekała. Tam nie ma ludzi – nikt nie mówi, nikt nie zaczepia, nie oczekuje odpowiedzi. Można zostać samemu, odpocząć… Drzewa nie pytają o nic, nie wnikają w życie ludzi. Mogę zamknąć oczy, i po prostu być sobą zamiast wciąż udawać, że wiem o co pytają mijający mnie ludzie, odpowiadać, że „u Katniss wszystko w porządku”. Nawet deszcz, łagodzony przez liście i gałęzie, nie jest tu nieprzyjemny.

Do Dwunastki przylecieliśmy z ojcem późnym wieczorem. Podróż poduszkowcem była dla mnie czymś nowym i niezwykłym, na początku czułem się jakby mi ktoś wręczył niezwykły prezent. Gdy już się oswoiłem, zaskoczyło mnie to, że na ojcu chyba ani przez moment lot nie robił żadnego wrażenia. Jakby już nieraz siedział w tym pojeździe. Niemniej wtedy zdecydowałem się nie pytać go o to – miałem już dość informacji jak na kilkanaście godzin.

Szliśmy powoli przez miasteczko – wydawało mi się, że je znam, ale było jakoś inaczej. Wokół widziałem zupełnie nowe budynki, zadbane, czystsze ulice, na których nie widać było zabiedzonych dzieci. Nawet ludzie sprawiali wrażenie, jakby byli grubsi. Patrzyłem na to wszystko w zdumieniu – czułem się jakby ktoś przeniósł mnie w miejsce pozornie moje, ale całkiem odmienne. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że ktoś nieznany, na ulicy, zwraca się do mnie po nazwisku. Był to jakiś mężczyzna, na oko trzydziestoletni. Wracał chyba z kopalni, bo ręce nadal miał czarne, jakby od węgla. Szedł z wysoko uniesioną głową, na jego twarzy malowało się zmęczenie, ale i jakieś szczęście, albo radość. Kiedy się do nas zbliżał, zwolnił kroku i przyglądał mi się chwilę w świetle działających ulicznych latarni.
– Dobry wieczór, panie Mellark. Wizyta u rodziców? – szczerze się uśmiechał. W pierwszym odruchu zastanawiałem się, dlaczego pyta ojca o jego rodziców, ale nim dotarła do mnie prawda, usłyszałem odpowiedź:
– Tak, syn przyjechał do nas na parę dni odpocząć – na twarzy ojca zobaczyłem uśmiech – uprzejmy, ale chłodny. Nie sięgał jego oczu, w nich odbijało się raczej zmartwienie.
– To zrozumiałe – odpowiedział tamten mężczyzna – dużo pan ostatnio pracuje. A narzeczona również do nas zawita? – pytanie brzmiało niewinnie, po prostu ktoś był zainteresowany naszymi planami. Jednak słuchając go, dotarło do mnie coś innego – w głosie tego człowieka, w jego postawie był niekłamany szacunek – coś, co może jest zrozumiałe w stosunku do mojego ojca, do kogoś starszego, ale nie do mnie. Ja jestem dzieciakiem, na dodatek z miasteczka. Ludzie ze Złożyska rzadko traktowali nas z szacunkiem, uznając nasze życie za łatwiejsze. Nie gardzili nami, bo to nie w ich naturze, ale czasem wyczuwało się to przeświadczenie, że mamy szczęście – znacznie większe niż oni, choć nie zapracowaliśmy na nie. Chyba na chwilę zagapiłem się na twarz naszego rozmówcy, bo nagle poczułem uścisk dłoni ojca na ramieniu.
– Dobrze wiesz, że to tajemnica – puścił oko do mężczyzny i pociągnął mnie w stronę domu.
– Ja nic nie widziałem – zaśmiał się tamten, odchodząc.

Mama mnie przytuliła. Stałem przy drzwiach nowego budynku piekarni i próbowałem wyjść z szoku. Moja matka rozpostarła ramiona i bardzo mocno przycisnęła mnie do siebie. A potem pocałowała mnie w czoło, pogłaskała po głowie i spojrzała wilgotnymi oczami.
– Jak się czujesz, synku? – moja mina chyba dość jasno pokazała moje odczucia, bo matka na moment się cofnęła.
– Peeta, to ja, twoja mama – widziałem jak jej oczy napełniają się łzami, a dolna warga drga mocno.
– Wiem – wydukałem w końcu, nadal zaskoczony jej zachowaniem. Moja matka i ciepłe uczucia – nie znałem takiego połączenia…
– Spokojnie, chłopie – zza mamy wyłonił się Patrick. Był grubszy niż go pamiętam, jego włosy przybrały barwę ciemnego blondu, stężał, spoważniał. – Mama ostatnio tak ma, przytula nas i całuje bez opamiętania i ostrzeżenia. Raczej… przywyknij do tego – stwierdził lekko rozbawiony, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Patrick? – jego wygląd, jego słowa – to wszystko jest nierealne.
– Przywyknij – puścił do mnie oko. – Katniss zrobiła dla nas dużo więcej, niż wszyscy myślą.
– Katniss – moja matka drgnęła, jakby nagle oprzytomniała – gdzie moja ulubiona synowa?
Moja matka – przeciwniczka ludzi mieszkających w Złożysku, szczerze i otwarcie mówiąca o swojej niechęci, żeby nie nazwać tego nienawiścią, do Katniss, (raz wyrzuciła do kosza jedyny kawałek mięsa, który nasza rodzina miała możliwość zjeść od tygodnia, tylko dlatego, że okazało się, że wiewiórkę upolowała właśnie Katniss) zapytała gdzie ona jest? Nazywając ją „ulubioną”? Co tutaj się dzieje?
– Mogę się położyć? – wyrzuciłem z siebie po dłuższej chwili. Musiałem odpocząć, musiałem pomyśleć, bo czułem się bliski zwariowania.
– Oczywiście – odpowiedziała bardzo powoli mama, wskazując ręką schody. – Twoja sypialnia jest tam, gdzie zawsze.
– Patrick – kiedy byłem już w połowie schodów, uświadomiłem sobie, że chcę być sam, a sypialnię dzieliłem właśnie z nim. Peeter nigdy mi nie przeszkadzał, teraz też pewnie czekał na górze na mnie, ale nie chciałem gadać z Patrickiem – możesz mnie zostawić samego, proszę?
Starałem się mówić dość cicho, ale brat stał na dole, więc matka też musiała słyszeć. Czekałem na jej krzyk mówiący, że trzeba się dzielić, ale nic takiego nie nastąpiło, a odpowiedź znów wprawiła mnie w szok.
– Oczywiście. Zresztą, ja już i tak powinienem iść do domu, a Peeter jest dziś u Josha, więc będziesz mógł spokojnie pomyśleć. A gdybyś potrzebował pomocy – zawołaj przez okno.
– Co? To… to gdzie ty teraz mieszkasz? – wyrwało mi się, wzbudzając konsternację.
– Mamo, zrób nam, proszę, herbaty – Patrick otrząsnął się. – Chyba jednak nie dam ci samotnie myśleć, powinienem z tobą pogadać – nieproszony wbiegł za mną po schodach, przeskakując po dwa stopnie…
Nagle dochodzi mnie jakiś krzyk. I jeszcze jeden. Dziecka chyba, albo dziewczynki, brzmi jak krzyk bólu. Czuję jak coś się we mnie skręca, odrywam się od pnia, o który byłem oparty i rozglądam się. Serce mi przyśpieszyło – mimo wszystko to obcy dla mnie teren, a nie mam ze sobą nawet scyzoryka. Znów słyszę krzyk – tym razem ktoś woła pomocy, a pomiędzy drzewami miga coś białego.

Powoli przechodzę w tamtą stronę. Leśne ścieżki, choć w tym miejscu są wyraźnie wydeptane, nawet ubite, nie są dla mnie najłatwiejsze – wciąż uczę się opierać na protezie, wciąż nie czuję się na niej stabilnie. Ciekawe czy kiedykolwiek będę… Widzę ją – kilkanaście metrów ode mnie siedzi na ziemi dziewczynka. Nie wiem ile ma lat – 13, może 14? Lekka kurtka ma rozerwany rękaw, a biała bluzka, jaką ma na sobie, nie była chyba najlepszym pomysłem na spacer po lesie… Nogę ma dziwnie podwiniętą. Gdy podchodzę do niej powoli, widzę, że twarz ma ściągniętą bólem, ale oczy suche.
– Co ci się stało?
– Spadłam – wskazuje ręką wzniesienie po drugiej stronie. Zejść z niego byłoby bardzo ciężko – czyżby się stoczyła? To by wyjaśniało wygląd jej ubrania. Ale mimo to nie powinna dotoczyć się aż tu…
– Co cię boli?
– Noga. Chyba zwichnęłam kostkę. Jakoś doczołgałam się do tej ścieżki, ale już dalej nie dam rady. Za bardzo boli.
– Jesteś tu sama? – dziewczynka odwraca głowę i mruczy coś niewyraźnie. Patrzę na nią wyczekująco – niemożliwe, żeby nikogo z nią nie było, jest na to za mała.
– Uciekłam… – wydusza w końcu.
– Co?
– Nie słyszałeś? Uciekłam! Przyjechałam tu na tę głupią wycieczkę, tylko po to, żeby zobaczyć Wioskę Zwycięzców, piekarnię i las, w którym Katniss polowała! Ale tego nie było w programie – przedrzeźnia kogoś – więc musiałam uciec, żeby tu przyjść! – patrzy na mnie, jakby czekała na mój ruch. Odsuwam znużonym ruchem kaptur. Wcale mi się nie uśmiecha jej pomagać, ale też nie mogę jej samej zostawić. Postąpiła głupio, ale jest unieruchomiona, nijak sobie nie poradzi. Przenoszę wzrok na jej twarz i widzę okrągłe oczy.
– O matko, o matko, o matko… Peeta Mellark… Ty jesteś Peeta Mellark, prawda?
– Tak. My się znamy? – przynajmniej nie mówi do mnie „pan”. Ale nie mam pojęcia kim jest – mam nadzieję, że nie powinienem jej znać z jakiejś ukrytej przede mną przeszłości…
– Tak! Nie! To znaczy – ja cię znam, ale ty mnie nie. Nikt mi nie uwierzy, że cię tu spotkałam. Na pewno nikt! To przecież niemożliwe, wszyscy myślą, że jesteś w Kapitolu! – ja straciłem pamięć, a ta mała musi być szalona. Nie ma innej opcji.
– Jak masz na imię? – przerywam jej.
– Kate.
Zastanawiam się chwilę co zrobić. Zanim dojdę do miasteczka i sprowadzę pomoc, zapadnie zmrok. A ona na pewno nie jest tu bezpieczna. Sam też nijak jej nie pomogę w tym miejscu. Nie ma wyjścia – muszę jej pomóc dojść chociaż do sadów i stamtąd sprowadzimy lekarza…

Początkowe próby wspólnego „spaceru” szybko spełzają na niczym. Jej noga jest opuchnięta i „chodzić” może rzeczywiście tylko skacząc na drugiej. Łatwo się zorientować, że bardzo ją boli – przestała mówić, zacięła usta, siłą powstrzymuje łzy. Biorę ją na ręce i powoli, uważając na każdy krok, niosę ją do Domu Pomocy Rannym – tam powinien być jakiś lekarz. I chyba nawet mają telefon…

———-
– Witaj dziecko – cichy głos matki dochodzi do mnie, kiedy tylko zamykam za sobą drzwi wejściowe do mieszkalnej części piekarni. Wciągam powietrze, by jej odpowiedzieć, ale kolejny głos skutecznie mnie powstrzymuje.
– Dzień dobry – Katniss mówi lekko drżącym głosem – jest na spacerze?
– Jak zawsze o tej porze – odpowiada ojciec – choć dziś możemy mieć mniej czasu na rozmowę, strasznie u nas pada. A jak pogoda w Kapitolu, córeczko? – odruchowo spoglądam na aparat telefoniczny powieszony na ścianie. Nauczyłem się już, że jeśli mała, czerwona lampka z boku obudowy świeci, to sygnał, że ktoś rozmawia. Pewnie rodzice przełączyli na głośnik, żeby oboje mogli brać udział.
– Pogoda… – odpowiada Katniss dziwnym, rozproszonym głosem – słonecznie. Jak on dziś się czuje? – pociąga nosem.
W domu zapada cisza – rodzice milczą, a Katniss najwyraźniej czeka na odpowiedź. Ciekawe co się wydarzyło, że akurat dziś przyszło jej do głowy o to zapytać. Nie kontaktowała się ze mną przez ostatnie trzy miesiące, a teraz nagle interesuje ją moje samopoczucie… Dziwne…
– Tak jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu – wzdycha ciężko ojciec. – Katniss, dziecko kochane, nic się nie zmienia – jego głos zaczyna się łamać, a w tle słyszę, że i mama pociąga nosem.
– Czy on… – Katniss chyba nie jest w stanie powiedzieć niczego więcej, jej głos jest pełen łez.
– Nie – odpowiada powoli mama, jakby bolało ją to, co wypowiada – nie pytał o ciebie.
– Katniss – głos ojca wchodzi szybko w końcówkę zdania – to dla nas bardzo ważne, że codziennie dzwonisz zapytać jak on się czuje, że nadal interesujesz się jego życiem. Rozumiemy twoją decyzję, że nie chcesz mu się narzucać do czasu, kiedy sam o to nie poprosi, ale Melania i ja bardzo się o ciebie martwimy. Haymitch mówił, że bardzo schudłaś, że nie sypiasz – moi rodzice naprawdę się o nią martwią, słychać to w tonie głosu, w sformułowaniach… Zaraz, Katniss dzwoni tutaj codziennie?! Codziennie od tych trzech miesięcy pyta jak się czuję? I czeka na mój krok?
– Bez względu na wszystko kocham Peetę i nigdy nie przestanę się o niego troszczyć – odpowiada Katniss bardzo stanowczo.
– Nikt w to nie wątpi – przerywa jej matka – ale…
– Ale? – dopytuje się zaniepokojonym głosem Katniss, słysząc urwane zdanie.
– Ale Peeta widział film z waszych pierwszych Igrzysk – zaczyna mój ojciec. – Potem długo rozmawiał o tym z Haymitchem, uznaliśmy, że on lepiej mu wszystko wyjaśni. Podobno powiedział mu całą prawdę.
Opieram się plecami o ścianę, faktycznie tak było – obejrzałem nagranie z 74 Głodowych Igrzysk, widziałem na arenie siebie i Katniss i coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Haymitch, który zabronił mi mówić do siebie per „pan”, długo tłumaczył mi co się stało. Nie mogę powiedzieć, że popieram zachowanie Katniss, ale chyba zacząłem je rozumieć. Co nie zmienia faktu, że nic mi to nie dało – poza nocnymi koszmarami z Cato w roli głównej. Nic sobie nie przypomniałem – wszystko nadal znam tylko z filmu i opowieści.
– I wydaje mi się – kontynuuje ojciec – że wczoraj w nocy oglądał Ćwierćwiecze Poskromienia…
Zastanawiam się przez chwilę skąd ojciec to wie. Rzeczywiście, oglądałem. I nas, na tamtej dziwnej arenie, w towarzystwie innych Zwycięzców.
– Mówił coś o tym? – Katniss jest bardzo poważna.
– Nie – ucina matka.
W pokoju znów zapada cisza, słyszę chyba tylko ich oddechy. I nagle przypominają się słowa Haymitcha, którymi skończył swoje wspomnienia o nas, dwójce nastolatków, którzy z miłości i uporu postawili się Kapitolowi:
– Ja nie powiem ci co czuła i myślała Katniss – akurat jej małomówność znasz równie dobrze jak ja. Chcesz poznać prawdę – zapytaj ją. Nie okłamujecie się od jakiegoś czasu, na pewno wszystko ci wyjaśni. Nie pierwszy raz zresztą…
Nogi same mnie niosą, wchodzę do salonu i widzę powoli odwracające się w moją stronę twarze rodziców. Mama otwiera usta, by coś powiedzieć, ale ruchem dłoni powstrzymuję ją. Podchodzę do aparatu, słuchawka leży na stole i – tak jak przypuszczałem – telefon przełączony jest na głośnik. Wyłączam głośnik i przykładam słuchawkę do ucha, a kątem oka widzę, że rodzice bez słowa wychodzą.
– Katniss? – zaczynam cicho.
– Peeta? – odpowiada mi po dłuższej chwili, wyraźnie zaskoczona.
– Możemy porozmawiać? – ton jej głosu dziwnie mnie uspokaja. Przed chwilą targały mną niesamowite emocje, a teraz czuję przyjemne ciepło w okolicy serca.
– Oczywiście – odpowiada, a ja słyszę, że się uśmiecha. W wyobraźni widzę, jak jej twarz się rozpromienia.
– Przyjedziesz do mnie? – propozycja wychodzi sama, nawet się nad tym nie zastanowiłem.
– Będę za trzy godziny – odpowiada pośpiesznie, jakby od wielu dni była gotowa, jakby tylko czekała na pytanie.
– Czekam na ciebie – mówię cicho, a ona odkłada słuchawkę.

Wchodzę powoli po schodach. Kiedy jestem w połowie, mama wychodzi z kuchni i patrzy na mnie smutnym wzrokiem.
– Katniss będzie na kolacji. Mam nadzieję, że to nie problem? – przyglądam się jej uważnie. Nie odpowiada, uśmiecha się, a ja widzę łzę spływającą po jej policzku.

Padam na łóżko w sypialni, biorę do ręki pilota i po raz kolejny dziś (prawie całą noc to robiłem), włączam film z 75 Igrzysk. Znów czuję to dziwne uczucie w brzuchu – jakieś dziwne łaskotanie i poczucie szczęścia, którymi napawa mnie perspektywa spotkania i rozmowy z Katniss.
Tak jak w nocy, tak i teraz interesuje mnie tylko jedna scena z tego filmu. Piękna plaża, szum fal rozbijających się o brzeg i Katniss mówiąca do mnie, że jestem jej potrzebny…

131. Noc przy fontannie

Witamy weekendowo,

Wszyscy już wstali (chyba ;)), niektórzy dawno, niektórzy przed chwilą, więc zapraszamy wszystkich do czytania i komentowania. Następna notka – we wtorek:)

Specjalna dedykacja – dla Ady (adusia) 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

—–

Regularne, miarowe walenie do drzwi sprawia, że muszę w końcu otworzyć oczy. O matko! To był błąd! Światło dnia wywołuje momentalnie paskudny ból głowy, a uderzenia w drzwi potęgują go okrutnie. Z każdym tępym dźwiękiem mam wrażenie, że za chwilę głowa mi się rozpadnie. Albo ja cała się rozpadnę. Umieram…
Bardzo powoli, jak najmniejszymi, krótkimi ruchami podnoszę się z kanapy i krok za krokiem wlokę się otworzyć temu niecierpliwemu gościowi. Chciałabym krzyknąć, że już idę, ale w gardle mam papier ścierny, mogę tylko szeptać.
– Ileż można czekać? – Haymitch warczy na mnie, gdy tylko udaje mi się otworzyć drzwi. Za szóstym razem. Od kiedy aktywuję kod dostępu będąc w środku? Dlaczego tego nie pamiętam?…
– Spałyśmy – odpowiadam chrapliwie, a i tak mam wrażenie, że każda głoska zamienia się w młotek uderzający mi od środka w głowę.
– My? – Haymitch zamyka za sobą powoli drzwi, uważnie mi się przyglądając. Nie jest tak okrutny, by je zatrzasnąć – słyszę tylko cichy klik. Acz i tak jest za głośny…
– Tak, Johanna i ja – opieram się o ścianę, marzę, żeby zakopać się w łóżku, w zaciemnionym pokoju, a nie stać i rozmawiać z Haymitchem. Z kimkolwiek. Ale jemu chyba się nie śpieszy.
– Co cię sprowadza?
– Muszę zabrać… – milknie nagle, rozglądając się po pokoju. Podążam za jego wzrokiem, ze zdziwieniem niemal odkrywając, co tu się działo. Powoli, pojedynczymi obrazami, dochodzą do mnie wydarzenia ostatniej nocy.
Na prostokątnym stoliku z hartowanego szkła stoją poprzewracane butelki po różnych alkoholach. Rozpoznaję etykietę wina, od którego zaczęłyśmy, z tyłu leżą pozostałości jakiegoś likieru z owoców tropikalnych i whisky. Nie, to nawet nie pozostałości – szkło jest puste…
– Wypiłyście to wszystko? Same? – Haymitch otwiera szeroko oczy.
– Na to wygląda – odpowiadam zaczepnie. On pił przez lata, więc nie jego interes co ja robię w krótkiej chwili rozpaczy. Johanna, po moim wczorajszym napadzie histerii, dała mi lampkę wina. Krajobraz, jaki widzę, jasno sugeruje, że na tym nie poprzestałyśmy. Mówiąc szczerze, nawet nie wiem kiedy udało nam się wypić to wszystko, ale doskonale pamiętam smak – słodycz zmieszana z moimi łzami.
Nagle sztywnieję. Na ułamek sekundy w głowie pojawia mi się kolejny obraz – biała, okrągła fontanna, podświetlona wokół na fioletowo. Na środku słup wody, który wyglądał, jakby płonął. To tylko iluzja wywołana przez odpowiednio rozmieszczone czerwone i żółte światła ledowe, ale robi niesamowite wrażenie – płomień wyrastający z wody. Mieniący się jakby sypał iskrami. I w tej fontannie my obie, z Johanną. Nagie, albo może w samej bieliźnie. Oby w bieliźnie. Cholera, jeśli ktoś to widział, jeśli ktoś nas sfotografował… Koło tej fontanny są zawsze tłumy – paparazzi nas zjedzą. Biedny Paul. A tym razem nawet nie może liczyć na pomoc Peety. Choć chyba nawet on nijak by nas z tego nie wybronił…
Peeta… To dlatego tyle wypiłam, dlatego szalałam… Peeta mnie nie pamięta. Choć nie, to nie tak – pamięta mnie, nawet nadal mnie kocha, tylko to nie jest już „mój” Peeta. To zagubiony szesnastolatek, w okaleczonym ciele dwudziestoletniego mężczyzny. Kiedy wczoraj odwzajemnił mój pocałunek, byłam pewna, że wszystko jest w porządku, że wszystko wróci do normy. Kubeł zimnej wody pojawił się momentalnie – Peeta nie tylko się nie ucieszył, ale wyglądał na zaskoczonego. Delikatnie odsunął mnie od siebie, spojrzał mi głęboko w oczy, jakby chciał się upewnić, że to mu się nie śni, a potem usłyszałam szept:
– Nawet nie wiesz, jak o tym marzyłem.
– Martwiłam się o ciebie – odpowiedziałam równie cicho, delikatnie gładząc jego twarz.
– Katniss – na moment umilkł, niepewnie wyciągając dłoń, biorąc mnie za rękę – to prawda?
– Zależy o co pytasz.
– Czy to, co mówił lekarz, jest prawdą? Minęło cztery lata?
– Tak.
– Mówił jeszcze – wciągnął powoli powietrze, jakby bał się powiedzieć to na głos – że byłem trybutem.
– Byłeś. Dwa razy.
– Dwa razy? – zaśmiał się krótko, przeciągając wyrazy. – A ty?
– Ja też. Za pierwszym razem się zgłosiłam się sama, za drugim zostałam wylosowana – wyjaśniałam mu spokojnie, gdy doszła do mnie ironia tamtej sytuacji. Spotkało nas dokładnie to samo, tylko w odwrotnej kolejności.
– Ale przecież… – widziałam, że nie rozumie, o czym do niego mówię.
– Ty z kolei w czasie 74 Dożynek zostałeś wylosowany, a podczas 75 – zgłosiłeś się sam – uzupełniłam informacje.
– Wydaje mi się, że robicie sobie ze mnie jakieś żarty – nagle zdenerwował się i odsunął ode mnie. Wcisnął ręce w kieszenie i zaczął szybko mówić, jakby chciał mnie powstrzymać, bym mu nie przerwała.
– Jeśli ty i ja byliśmy trybutami, to jakim cudem obydwoje żyjemy? Nigdy nie było takiej sytuacji, zwycięzca zawsze jest tylko jeden. Nawet jeśli to byłoby jakimś cudem prawdą, to na kolejnych Dożynkach powinniśmy być nietykalni, bogaci i zajmować miejsce dla mentorów. Tymczasem ty twierdzisz, że w kuli było twoje nazwisko, a ja sam się zgłosiłem? Wybacz, ale nawet ja nie dam się na to nabrać, trochę za bardzo to wszystko przekombinowaliście – jego poważna twarz, głos, wzrok jasno mi mówiły, że nie mam możliwości go przekonać, że wszystko, co dotąd usłyszał to nie dowcip, ani żart.
– Ale to prawda – mimo wszystko jeszcze próbowałam, choć sama czułam, że gdybym była na jego miejscu, to też uznałabym to wszystko za jakiś kretynizm.
Peeta już mi nie odpowiedział, uniósł tylko brwi i patrzył na mnie wyczekująco. Chyba wierzył, że roześmieję się i wszystko odwołam, a potem pójdziemy na te nieszczęsne Dożynki. Po kilku minutach ciszy wzruszył ramionami i krótko skwitował:
– Nie wierzę – padł na łóżko i patrzył w sufit.
– To może powinieneś obejrzeć nagrania z naszego pobytu na arenie? – zapytałam cicho, delikatnie gładząc go po włosach.
– Naprawdę są takie taśmy? – spojrzał na mnie na mnie z niedowierzaniem.
– Oczywiście, że są – odpowiedziałam spokojnie, choć żal znów ścisnął mi gardło. – A jak poprosimy Beetee’ego, to pewnie w archiwach znajdzie także nagrania z Kapitolu, z walk, gdy…
– Gdy co? – przerwał mi zaciekawiony.
– Gdy walczyliśmy – powoli wypuściłam powietrze. Zagalopowałam się – nie powinien tego oglądać. Nie jest na to gotów. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie.
– Katniss – w odpowiedzi usłyszałam ironiczny śmiech. – Ja walczyłem? Ja? Jesteś naprawdę naiwna, jeśli sądzisz, że w to uwierzę.
– Taka jest prawda – łzy powoli płynęły mi po policzkach. – Walczyłeś na arenie, walczyłeś w dystrykcie, zgłosiłeś się na ochotnika w zamian za Haymitcha. W czasie Ćwierćwiecza Poskromienia prawie umarłeś! Potem cię pojmali, torturowali, okaleczyli. Kiedy wróciłeś do mnie, nie byłeś sobą, ale pokonałeś to. A potem, razem ze mną, w Kapitolu, ramię w ramię, zadbaliśmy o to, by wyzwolić Panem od Snowa, A teraz… – wiedziałam, że to, co mówię nie brzmi zbyt składnie, ale nie miałam siły na układanie mowy.
– A teraz? – wsparł się na łokciach i wbił we mnie wzrok.
– Teraz trwamy przy sobie. Pokonując drobne trudności i lęki, wspierając się.
– Trwamy? My razem?
– Tak, ty i ja. Jesteśmy parą, mieszkamy ze sobą, planujemy ślub.
– To za dużo jak dla mnie. I nie wierzę, że mógłbym to zapomnieć. To ładna bajka, miło, że jestem w niej bohaterem, ale to się nie mogło wydarzyć.
– A jednak tak się stało – czyjś głos przerwał naszą rozmowę. Paul, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach, przyglądał nam się uważnie.
– Katniss – przeniósł po chwili na mnie wzrok – powinnaś wydać jakieś oświadczenie.
– Muszę? – spojrzałam na niego z nadzieją.
– Raczej tak. A co gorsza – zawiesił na moment głos – Haymitch twierdzi, że powinniśmy to zrobić we czwórkę – Ty, Peeta, Johanna i ja.
– Naród żąda krwi? – wyrwało mi się nieopatrznie.
– Tak – zaskoczyło mnie, że zaśmiał się, a nie zgromił mnie, jak to miał w zwyczaju, gdy tak palnęłam. – Jak ogłosili, że będę przemawiać, to natychmiast pojawiły się pogłoski o tym, że Peecie coś się stało i trzymamy go w zamknięciu. Przyznasz, że lepiej będzie jeśli prawda na razie nie wycieknie do mediów.
– To oczywiste – wiedziałam, że ma rację. – Jaki jest plan?
– Prezydent Panem, wraz z małżonką, rozpoczną przemowę, a wy oboje będziecie stać za nimi. Na koniec powiesz, że twój narzeczony jest osłabiony natłokiem pracy i wycofujecie się na moment z życia publicznego. Ani słowa więcej – skwitował Abernathy, który nagle pojawił się w sali.
– Prezydent Panem? – do dyskusji włączył się cichy dotąd Peeta. – Przecież mówiłaś, że Snow nie żyje? – spojrzał na mnie z wyrzutem, jakby przyłapał mnie na kłamstwie. Oczywiste dla nas fakty, dla Peety są nieznane lub absurdalne.
– Ja jestem prezydentem – spokój i powaga w głosie Paula mogłyby przekonać każdego. Oprócz Peety, który wybuchnął śmiechem. Gdy uspokoił się trochę, zwrócił się do ojca:
– Tato, zabierz mnie do domu.
– Oczywiście synku – pan Mellark odpowiedział krótko, nie czekając już na naszą reakcję.

Później, kiedy patrzyłam jak Peeta, podtrzymywany przez ojca, wsiadał do poduszkowca, w głowie wciąż analizowałam tamtą rozmowę. Moja mama obiecała o niego zadbać, a mnie lekarz w delikatnych słowach, ale jasno powiedział, że powinnam Peecie dać czas.

– Po co dokładnie przyszedłeś, Haymitch? – dźwięk zbieranych butelek wyrywa mnie z zamyślenia. Równocześnie słyszę ciche przekleństwo, gdy mentor na czymś staje. Na podłodze leżał pilot od telewizora, który rozbłysnął jasnym, zatrzymanym obrazem. Fontanna! Zaraz nas pokażą! Pokonując ból głowy, próbuję zdecydować, czy powinnam jak najszybciej to wyłączyć, czy przeciwnie – poczekać i zobaczyć co zostało nagrane. Ale obraz się nie porusza, jakby była wciśnięta pauza. Dotykam obudowy dekodera wciskając odtwarzanie. Oglądałyśmy jakiś film! I tam rzeczywiście jacyś ludzie weszli do wody, ale to nie my. W pijackim widzie połączyłam nagranie z naszym życie. Nie udaje mi się powstrzymać westchnienia ulgi, gdy Haymitch mi odpowiada:
– Po parę rzeczy Peety – spogląda na mnie z troską, ale nie komentuje mojego zachowania. – Artur prosił, bym mu je przywiózł, bo chłopak nie ma za bardzo w czym chodzić. Jak wiesz, w waszym domu, w Wiosce Zwycięzców, niewiele zostało.
Osuwam się powoli po ścianie. Wszystko mnie boli, a wizyta Haymitcha boleśnie uświadomiła mi, że najwyraźniej Peeta nie chce mnie widzieć. Gdyby chciał – mógł zadzwonić i powiedzieć. Spakowałabym zaraz torbę i osobiście bym mu zawiozła. Ale on nie chce… Kulę się, ale i tak smutek wyrywa mi z gardła szloch.
– Katniss – Haymitch siada przy mnie i mocno mnie tuli. – Wróci do ciebie, do nas, obiecuję.
– Będziesz miał na niego oko? – chlipię w rękaw jego koszuli.
– Oczywiście, skarbie – delikatnie, po ojcowsku, całuje mnie w czubek głowy. – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie stała mu się krzywda. Żeby sobie przypomniał, żeby do nas wrócił. Wszystko.
– Dziękuję – pociągam nosem i odsuwam się od niego. – Jego rzeczy są tam – wskazuję ręką naszą sypialnię. Wiem, że sama nie dam rady tego zrobić.

Johanna Mellark już nie śpi. Siedzi ze skrzyżowanymi nogami na kanapie w naszym salonie i wygląda o niebo lepiej niż ja. Najwyraźniej – w przeciwieństwie do mnie – wypity alkohol nie wpłynął na nią tak, jak na mnie. Ale gdy przyglądam się jej z większą uwagą, widzę, że po jej twarzy płyną łzy.

130. Pocałunek

Witamy ciepło 🙂

Jak zawsze – zapraszamy do czytania i komentowania (wszystkie Wasze komentarze sprawiają nam dużą przyjemność i czytamy z zainteresowaniem). Następna notka – w sobotę.

Pozdrawiamy,
A & A

——-

– To niemożliwe, to jakiś żart – tylko tyle przechodzi mi przez zaciśnięte nerwami i emocjami gardło. – To niemożliwe – powtarzam szeptem, zaklinając rzeczywistość. Nie pierwszy już raz…
Nie zważając na nic, wybiegam ze szpitalnego skrzydła. Chciałabym móc uciec do lasu, schować się wśród drzew, usiąść na „mojej” skale. Chciałabym uwierzyć, że to tylko kiepski sen, że to nie dzieje się naprawdę. Za chwilę obudzę się zlana potem, a Peeta przytuli mnie odganiając koszmar. Jak zawsze…

Podmuch wiatru przynosi gorąc betonu i zapach miasta, uświadamiając mi, że nie uciekłam za daleko. W pobliżu nie ma zielonych, dzikich miejsc, w których mogłabym się skryć przed oczami innych. Wciskam się w jakąś przestrzeń między pałacem, a posterunkiem straży. Siadam na chłodnej, wiecznie zacienionej ziemi, nogi podkurczam pod siebie tak, że kolana mam pod brodą. Nie jestem w stanie nawet płakać, czuję tylko złość i żal – co nas podkusiło, żeby tam pojechać, po jaką cholerę pchaliśmy się w to przeklęte miejsce. Na pewno można to było załatwić inaczej – może wystąpienie w telewizji albo zaproszenie tych ludzi tutaj wystarczyłoby… A jeśli już tam byliśmy, nie należało wchodzić do środka. Jak mogliśmy być tak głupi. Dlaczego posłuchałam Peety i tego jego „wyjdziemy na tchórzy”. A jeśli nawet, to co z tego? Przynajmniej dziś nie czekałby na Dożynki. Sprzed czterech lat! On nie straciłby pamięci, a ja nie zastanawiałabym się co mam teraz zrobić.
Obejmuję się rękami i próbuję schować twarz. Chciałabym jakoś ułożyć sobie wszystko w głowie. Jeśli to w ogóle możliwe…
– Hej – mówi cicho, prawie szeptem, kładąc mi ciepłą dłoń na ramieniu. – Niełatwo cię znaleźć.
– A może wcale nie chcę być znaleziona? – odburkuję. Nie mam ochoty na rozmowę, nie chcę durnych pocieszeń. Ani wyrzutów. Chcę ciszy, z dala od ludzi. Od wszystkich ludzi.
– Katniss – mówi cicho, ale dość stanowczo, skutkiem czego ja sztywnieję, przygotowując się na wiązankę obelg. Ale Johanna chyba zmienia zdanie, bo milczy, próbując się wcisnąć w tę samą szczelinę, tuż obok mnie. Po dłuższej chwili delikatnie mnie obejmuje, a ja wpadam w jej ramiona i płaczę bez opamiętania. Po kilku minutach takiego szlochu nagle dostaję okropnej, męczącej czkawki, która sprawia, że spazmatycznie podskakuję przy każdym czknięciu. Nawet tego nie mam siły opanować, powstrzymać. Za dużo tego jak na mnie, poddaję się…

Z letargu wyrywa mnie Haymitch, sprawiając, że znów czuję się jakbym dryfowała na małej, lukrowanej łódeczce:
– On chce z tobą rozmawiać – nawet brzmi tak samo jak wtedy, w Trzynastce. Tylko tym razem na jego twarzy nie ma uporu – zamiast tego rozpoznaję rozpacz, której nawet nie próbuje maskować – oboje rozmawialiśmy z lekarzem. Oboje usłyszeliśmy, że jad zmutowanej osy, nawet w tak małym stężeniu jakie niesie ze sobą jedno użądlenie, dokonał prawdopodobnie nieodwracalnych zmian w tych fragmentach mózgu Peety, w których wcześniej zatopił swe łapska Snow. Faktycznie, kilka osób z naszego otoczenia zastanawiało się, dlaczego pewnego dnia po prostu przestano osaczać Peetę, ale nikomu z nas nie przyszło do głowy, że zbliżono się do bardzo niebezpiecznej granicy, której przekroczenie skazałoby plan Snowa na porażkę. Najwyraźniej, pracujący dla ówczesnego prezydenta lekarze uznali, że kolejne porcje trucizny całkowicie wymażą Peecie pamięć, a co za tym idzie – także mnie. Gdyby tak się stało, chłopiec z chlebem nie miałby powodu mnie zabijać, co było ważnym celem w całym procesie tortur. Teraz jednak to właśnie się stało – mimo tego, że Snow nie żyje, jego macki po raz kolejny sięgnęły po to, co mi najbliższe, najcenniejsze, najukochańsze.

Haymitch miał więcej odwagi niż ja – poszedł porozmawiać z Peetą, choć lekarz od razu zastrzegł, że próby przypominania mu czegokolwiek są bezcelowe.
– Pozostaje nam jedynie czekać na jakiś cud, ewentualnie jakiś impuls, który otworzy drogę do utraconych wspomnień. One prawdopodobnie tam są, bo w badaniach nie ma widocznych żadnych nieodwracalnych zmian, których nie było wcześniej. Postawiłbym nawet tezę, że to mechanizm psychiczny, ale moja dobra rada – nie naciskajcie na niego, nie zmuszajcie go, by sobie przypomniał tamte wydarzenia. To może tylko pogorszyć sytuację – zamiast mu pomóc, zaszkodzicie.
Po tych słowach lekarz zamknął się w swoim gabinecie, ale ilość książek, jaką po chwili dostarczyli mu pracownicy pałacu, pozwala mieć nadzieję, że nie zamierza zostawić Peety samemu sobie.

– No co tak siedzisz, bezmózgu? – Johanna reaguje tak jak kobieta, którą poznałam wiele lat temu. – Idź, porozmawiaj z nim. Pokaż mu, że jest dla ciebie ważny, polecz go trochę – puszcza do mnie oko. Spoglądam na nią zaskoczona i nagle dochodzi do mnie znaczenie jej słów. Ma rację – skoro moja bliskość pomagała Peecie pokonać koszmary i błyszczące wspomnienia, może moja obecność pozwoli mu także przypomnieć sobie te brakujące miesiące.

Szybkim krokiem idę w stronę pałacu, słysząc, że Haymitch i Johanna podążają za mną.
– Czy on już wie, co się stało z jego nogą? – szybko obracam się w stronę mentora.
– Wie – odpowiada cicho – to było pierwsze o co zapytał, gdy do niego poszedłem. Zresztą, jak wiesz, nie pierwszy raz dzisiaj…
– I co mu powiedziałeś? – Peeta z jakiegoś powodu był przekonany, że to ja mu coś zrobiłam. I poniekąd miał rację – gdyby nie ten nieszczęsny krępulec, może dziś nadal mógłby normalnie chodzić.
– Prawdę. Powiedziałem mu prawdę, Katniss. Wiele się wydarzyło przez cztery ostatnie lata, a Peeta powinien znać całą prawdę. Całą – dodaje i uważnie mi się przygląda.
– Rozumiem – dukam zawstydzona. Miałam nadzieję, że jego złość i rozczarowanie mną, które przeżywał po pierwszej arenie, minęły bezpowrotnie. Ale najwyraźniej musimy przejść to jeszcze raz.

Bardzo powoli wchodzę do jego sali. Siedzi na łóżku i rozmawia o czymś z ojcem. Podnosi na mnie wzrok, w którym czai się cała mieszanka uczuć – obok miłości jest chyba strach, ból, a także niemało rozgoryczenia i niepewności.
– Zostawię was samych, dzieci – mówi cicho pan Mellark. Ściska jeszcze przez chwilę rękę syna, w końcu podnosi się z krzesła i wychodzi.
Staję naprzeciw Peety i czekam.
– Może usiądziesz? – pyta cicho.
Siadam na jeszcze ciepłym krześle ze świadomością, że nie mam pojęcia od czego zacząć, co mu powiedzieć. Dożynki? Pociąg? Arena? Wczorajszy dzień? A może powinnam mu powiedzieć, że…
– Podobno jesteś moją dziewczyną – to się nie zmieniło – ja nadal nie jestem zbyt dobra w rozmowach, w przeciwieństwie do niego.
– Jestem twoją narzeczoną – odpowiadam spokojnie, choć serce mam ściśnięte z żalu. – Za dwa tygodnie bierzemy ślub.
– To samo mówił mi tato – zawiesza na moment głos – ale nie powiedział nic więcej. Kazał „zapytać u źródła”, więc pytam. Naprawdę jesteś moją narzeczoną?
– Tak – wyrzucam z siebie szybko. Dlaczego w to wątpi?
– A powiesz mi coś więcej? – opuścił lekko głowę, ale zerka na mnie, a ja zauważam, że po ustach błądzi mu figlarny uśmiech. Rodzi się we mnie wątła nadzieja, że może coś zaczyna w nim się otwierać.
– Jesteśmy zaręczeni – wyciągam w jego stronę dłoń z pierścionkiem, który dla mnie zaprojektował. – Mieszkamy teraz tutaj, w Kapitolu, choć w Dwunastce też mamy swój dom. Opowieści nie są moją mocną stroną, więc… Co jeszcze chcesz wiedzieć?
– Czy moje marzenia się spełniły?
– Zależy jakie marzenia…
– Zważywszy na fakt, że jesteś moją narzeczoną, to chyba tak – odpowiada chyba rozbawiony. – To znaczy, że choć raz mnie pocałowałaś.
Podnoszę się powoli z krzesła, podchodzę do jego łóżka i siadam tuż przy nim. Ruchem ręki daję mu do zrozumienia, że chcę mu powiedzieć coś na ucho. Reaguje od razu, nachyla się i widzę jak oczy rozszerzają mu się, gdy szepczę:
– Nie całowałeś mnie ani raz, ani dwa. Całowałeś mnie setki razy. Uwielbiam smak twoich ust, uwielbiam to uczucie, jakie twoje pocałunki we mnie wywołują. Kocham cię, Peeta – delikatnie, ostrożnie całuję go w usta. Na początku jego ciało tężeje, jakby nie był pewien co ma zrobić, po czym jego dłoń delikatnie wsuwa się w moje włosy, a on sam przywiera do mnie mocniej i nie wypuszcza mnie z ramion. Oddaje pocałunek. Delikatnie. Niewinnie. Obco…

– Ałaaaaaaaa – Johanna wrzeszczy na całe gardło. Zapalam szybko światło i widzę, że skacze na jednej nodze, próbując utrzymać równowagę. Po krótkiej chwili opiera się o ścianę i masuje obolałą stopę.
– Co za idiota naustawiał tu to wszystko? – warczy rozglądając się dokoła. Gdy dociera do niej w co uderzyła, jej twarz łagodnieje.
– Już? – spogląda na mnie pytająco.
– Jak widać. Zamówiliśmy to wszystko tydzień temu, nie spodziewałam się, że tak szybko dostarczą – opadam bezradnie na kanapę. Widok, jaki mam przed sobą, tylko pogłębia moją rozpacz.
Johanna przejeżdża ręką po białej, gładkiej ramie dziecięcego łóżeczka. Omiata wzrokiem pokój i zebrane w nim przedmioty: wózek, kołyskę, leżaczek, przewijak, torby z ubrankami i pieluchami. Sięga ręką do środka łóżeczka i wyjmuje pluszowego misia, na którego szyi, na czerwonej wstążeczce, zawieszona jest malutka kartka:
– „Szanowni Państwo, dziękujemy za dokonanie zakupu w naszym sklepie. Mamy nadzieję, że nasze towary pomogą Państwu w tym pięknym czasie, jakim są narodziny i wychowanie Państwa Maluszka” – kiedy Johanna kończy czytać, przygląda się chwilę maskotce, a potem podnosi głowę:
– Tego też nie pamięta? – widzę w jej oczach smutek, a mnie olbrzymia gula rośnie w gardle.
– Nie – odpowiadam, a łzy powoli płyną mi po policzka. Próbuję je otrzeć wierzchem dłoni, ale natychmiast pojawiają się nowe, więc w końcu przestaję je wycierać, pozwalając im plamić bluzkę.
– O ciąży dowiedzieliśmy się tydzień temu – wyduszam w końcu z siebie i zaraz później zaczynam głośno szlochać, podczas gdy Johanna próbuje przedostać się do mnie przez pokój zastawiony dziecięcą wyprawką. Tymczasem mnie w głowie ciągle dudnią słowa Peety:
– Przepraszam cię Katniss, ale ja naprawdę niczego nie pamiętam. Najlepiej będzie jak wrócę z tatą do domu, może tam ułoży mi się to wszystko w jakąś logiczną całość. Wybacz…

129. Dożynki

Witamy :),
Zapraszamy wszystkich do czytania i komentowania. Następna notka – w czwartek wieczorem :)
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

—-

Zawsze mi się wydawało, że to musi być bardzo niewygodna pozycja. Kiedyś tak zasnąłem i gdy wstałem, wszystko mnie bolało, jak po ciężkim treningu. Tymczasem Katniss, rozparta na krześle, śpi sobie w najlepsze, jakby była w łóżku. Uwielbiam na nią patrzeć, a teraz wygląda niesamowicie. Ma delikatnie potargane włosy, zaróżowione policzki, chyba nawet lekko się uśmiecha. Albo tylko tak mi się wydaje. Jest taka spokojna i tak niesamowicie piękna… Mógłbym patrzeć na nią godzinami.

Coś się chyba wydarzyło, ale… Nie, nie będę się nad tym teraz zastanawiał, specjalnie odsuwam od siebie natarczywe myśli. Jeszcze przed momentem, nim otworzyłem oczy, byłem przerażony, wręcz śmiertelnie przerażony. Ale może powodem był tylko jakiś sen, którego już nie pamiętam. Nieważne – nie będę się teraz nad tym zastanawiał, nie chcę teraz o tym myśleć, chcę tylko patrzeć na nią. Chcę studiować każdy fragment jej twarzy, jej ramiona, dłonie… Wreszcie mogę na nią patrzeć, a ona nie ucieka wzrokiem, nie chowa się, nie śpieszy, jak to bywa na co dzień.

Może i da się odpędzić natarczywe myśli, wystarczająco długo uciekając od nich, kierując uwagę na coś innego. Ale od potrzeb fizjologicznych nie da się tak łatwo uwolnić, nie są skłonne zostawić człowieka w spokoju. Muszę znaleźć łazienkę, nie mam innego wyjścia. Rozglądam się dokoła – czyżbym był w szpitalu? Nic nie pamiętam, nie wiem co mi się stało, ale wyposażenie tego pomieszczenia wyraźnie na to wskazuje. Czyżby Katniss miała z tym coś wspólnego? Inaczej zapewne nie miałaby powodu siedzieć przy moim łóżku. Zwłaszcza ona, która nigdy nie zwraca na mnie uwagi. Nawet gdy na moment udaje mi się przelotnie zwrócić na siebie jej uwagę, natychmiast umyka. Boję się, że teraz też tak będzie, że jak tylko wstanę z łóżka, ona się obudzi i stracę możliwość bezkarnego patrzenia na nią. Z drugiej strony może będę mógł z nią porozmawiać, może ona wyjaśni mi co się stało. A potem… może porozmawiamy o innych rzeczach, jak przyjaciele. Ta myśl momentalnie wywołuje uśmiech na mojej twarzy – pewnie dziwnie muszę wyglądać, leżąc szpitalnym łóżku i uśmiechając się do siebie, ale to chyba mój szczęśliwy dzień…
Nic, nie dam już dłużej rady, mój pęcherz wyraźnie daje mi do zrozumienia, że nie chce czekać ani minuty dłużej. Powoli, cicho zdejmuję z siebie kołdrę.

Gdzie, do jasnej cholery, jest moja noga?!

Czuję jakby ktoś z całej siły uderzył mnie w brzuch, odbierając oddech i zdolność myślenia. Wszystko momentalnie przestaje być istotne. Patrzę tępo na kikut, nie jestem w stanie nic zrobić – poruszyć się, odezwać. Próbuję przesunąć dłoń, dotknąć uda, ale czuję opór ze strony własnych mięśni. Jakby dotknięcie miało sprawić, że to co widzę, stanie się realne. A na razie jest tylko złudzeniem optycznym, jakimś dowcipem serwowanym mi przez własny mózg… Co ona mi zrobiła?! Co ona zrobiła?! To jedyne możliwe wytłumaczenie jej obecności tutaj – musiała mnie okaleczyć. Dlatego siedzi przy moim łóżku, dlatego czuwała. Wbijam w nią wzrok i próbuję zebrać myśli – czy powinienem kogoś zawołać? Uciec? Podczas gdy zastanawiam się jaki powinien być mój następny krok (o ironio), ona otwiera oczy.
– Peeta – mówi wypuszczając z ulgą powietrze.
– Gdzie moja noga? – pytam twardo. Nie mam ochoty na jakieś wymiany grzeczności. Tymczasem ona patrzy na mnie zaskoczona, jakbym zapytał o coś oczywistego. Albo… jakby też nie wiedziała.
– Słucham? – duka w końcu.
– Pytałem gdzie jest moja noga – cedzę coraz bardziej poirytowany.
– Peeta? – na jej twarzy maluje się przerażenie i niedowierzanie. Patrzy na mnie rozszerzonymi oczami i powoli podnosi się z krzesła, krzywiąc lekko przy tym. Niepewny ruch wskazuje, że musiała zdrętwieć.
– Katniss, coś ty mi zrobiła? – moje słowa zatrzymują ją w połowie ruchu. Opada na krzesło i zaczyna płakać. Nigdy nie sądziłem, że twarda, nieugięta Katniss Everdeen w ogóle to potrafi. Natychmiast mnie to studzi, wściekłość przestaje we mnie wrzeć, choć daleko mi do stanu spokoju. Ona chyba też to zauważa, bo ponownie powoli podnosi się z krzesła, wyciąga dłoń w moją stronę i kładzie ją na kikucie mojej nogi.
– Kochanie, o czym ty mówisz? – podbródek nadal niekontrolowanie się jej trzęsie, oczy wciąż są pełne łez, a ja znów czuję się jak na jakieś szalonej karuzeli. Czy ona właśnie powiedziała do mnie „kochanie”?

Drzwi otwierają się z głośnym skrzypnięciem klamki i zawiasów, wywołując mój podskok. Do sali wchodzi Haymitch Abernathy – wygląda zaskakująco, jakby był zupełnie trzeźwy. Wiem kim jest, bo od wielu lat jest mentorem naszych trybutów – siłą rzeczy widziałem go nieraz w telewizji. Czasami też snuje się po dystrykcie – niezależnie od pory dnia lub nocy – zawsze pijany.
– Do jasnej cholery, co wam strzeliło do łbów, żeby się tam pchać?! Mało wam problemów?! – warczy przez zaciśnięte zęby i staje po drugiej stronie mojego łóżka. Chyba moja twarz musi jasno odzwierciedlać co myślę, bo Katniss znów wybucha niekontrolowanym płaczem. Abernathy wysuwa dłoń w stronę Katniss i spogląda na mnie pytająco.
– Może pan wie co się stało z moją nogą? – postanawiam szybko wykorzystać okazję na wyciągnięcie jakichkolwiek informacji od niego – jego słowa wskazują, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
Katniss szlocha, a jedyny Zwycięzca Głodowych Igrzysk z Dwunastego Dystryktu patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Po długiej chwili przełyka głośno ślinę i przysiada na łóżku.
– Jak się nazywasz? – przygląda mi się uważnie.
– Co to za pytanie? – staram się mówić uprzejmie, choć wcale nie mam na to ochoty. Przecież przed momentem zachowywał się jakby mnie znał. Jakby znał dobrze nas oboje.
– Odpowiedz – naciska.
– Peeta Mellark.
– Jestem Haymitch Abernathy – wyciąga dłoń w moim kierunku, a ja przyjmuję uścisk zastanawiając się powoli czy on zwariował.
– Jaki dziś mamy dzień? – kolejne durne pytanie. Najwyraźniej plotki o tym, że alkohol całkowicie przeżarł mu mózg, są prawdziwe. W sali zapada cisza, a ja odwracam się w stronę Katniss. Widzę, że przestała się mazać, za to wpatruje się we mnie tak, jakby mnie pierwszy raz widziała. Dom wariatów.
– Peeta, jaki dziś jest dzień? – wstaje i zwraca się do mnie powtarzając pytanie. Widzę jak napinają się jej mięśnie, jak jej twarz tężeje – jakby od mojej odpowiedzi o głupią datę zależał los świata. Robi mi się jej żal, mam rozpaczliwą potrzebę przytulenia jej. Ale pewnie natychmiast uciekłaby…
– Dzień Dożynek – odpowiadam i delikatnie się uśmiecham. Może to stres tak na nią działa – nikt z nas nie chce być wylosowany. W tym samym momencie dociera do mnie, że może ze względu na mój stan w tym roku wcale mnie wezmę udziału w tej przerażającej ceremonii. Powoli wyciągam rękę w stronę Katniss, może uda mi się ją jakoś pocieszyć, choć na chwilę.
Wpatrzony w nią, nie zauważam ruchu Abernathy’ego, który odpycha ją mocno. Słyszę jak z głośnym plaśnięciem upada na podłogę, a on zaciska mocno dłonie na moich ramionach i krzyczy mi prosto w twarz:
– To nie jest śmieszne, Mellark – warczy opluwając mnie przez zaciśnięte zęby. Odruchowo cofam głowę, a w jego oczach widzę wściekłość.
– Haymitch, zostaw go! – Katniss podnosi głos, jakby chciała przywołać tego mężczyznę do porządku. Podniosła się już i teraz odciąga go ode mnie.
– Idź po lekarza – zwraca się krótko, a zaciętość, wyraźnie widoczna na jej twarzy, momentalnie cofa Zwycięzcę.
– Słyszysz co ten idiota mówi? – nozdrza mentora Dwunastki bardzo szybko poruszają się.
– Słyszę – Katniss mocno akcentuje to słowo – dobrze słyszę. Zostaw nas samych.
– Jesteś pewna? – spogląda na nią bardzo łagodnie, jakby patrzył na własne dziecko.
– Jestem – mówi twardo i zaraz dodaje – idź po lekarza.
– Hoult jest za drzwiami – dorzuca Abernathy wychodząc z sali.

– Mogę usiąść? – Katniss przygląda mi się uważnie i powoli kładzie dłoń na łóżku tuż obok mnie.
– Jasne – staram się mówić lekko, nie chcę, by wiedziała jak bardzo się boję. Dziewczyny tego nie lubią… Z drugiej strony nadal jestem przerażony – nie mam pojęcia jak straciłem nogę, a oni oboje zachowują się co najmniej dziwnie. Niemniej nie chcę jej tego pokazywać, z jej charakterem na pewno nie lubi tchórzy.
– Peeta – delikatnie przechyla głowę, a wpadające przez okno promienie słońca oświetlają jej twarz. Dopiero teraz widzę jaka jest zmęczona – pod oczami ma ciemne cienie, zniknęły gdzieś rumieńce, które zdobiły jej policzki gdy spała. Nawet z reguły ciasno spleciony warkocz, jest zupełnie potargany, jakby nie dbała o to zupełnie.
– Tak?
– Jaki dziś mamy za dzień? – znów powtarza to bezsensowne pytanie, na które już jej odpowiedziałem, momentalnie wywołując we mnie irytację.
– Mówiłem już, że Dzień Dożynek – sapię. Inaczej nie da mi spokoju.
– Których? – świdruje mnie wzrokiem.
– 74, przecież wiesz. Przestań się ze mną drażnić, za kilka godzin będziemy brać udział w losowaniu i pozostaje nam mieć tylko nadzieję, że nie zostaniemy wylosowani.
Jej twarz wykrzywia złość.
– Dobrze się bawisz? – wyrzuca z siebie, zeskakując z łóżka.
Ona naprawdę oszalała.
– A wy dobrze się bawicie? Nie pamiętam co się stało – wczoraj, gdy kładłem się spać, moim marzeniem było przeżyć bezpiecznie dzisiejsze losowanie. A budzę się w jakimś szpitalu. Ty, która normalnie nie zwracasz na mnie uwagi i słowem się nie odzywasz, smacznie śpisz sobie na krześle obok mnie, a moją nogę szlag trafił. I ty mnie pytasz czy ja się dobrze bawię?! Ty?! – ostatnie słowa wrzeszczę na całe gardło.
Katniss z każdym moim słowem cofa się o krok i nagle wpada w czyjeś ramiona.
– Katniss? – spoglądam na mężczyznę, który otworzył drzwi i przez moment zastanawiam się skąd go znam.
– Paul? – w końcu do mnie dochodzi. Nie widziałem go od wielu lat, ale nadal wymieniamy listy. On, na szczęście, raczej jest normalny. – Paul, może chociaż ty powiesz mi co się tutaj dzieje?
Mój kuzyn spogląda raz na mnie, raz na Katniss, a w jego oczach maluje się takie samo zaskoczenie, jakie widziałem u obu moich dzisiejszych rozmówców.
– O czym on mówi? – duka w końcu, zwracając się do Katniss.

A może… Może to nie oni zwariowali, tylko ja oszalałem? Nie wiem co się tutaj dzieje, niczego nie pamiętam, a oni wszyscy zachowują się bardzo dziwnie. Na dodatek nadal nikt mi nie powiedział w jakich okolicznościach straciłem kończynę.

– On myśli, że dziś są Dożynki – oczy Katniss znów wypełniają łzy.
– Jakie Dożynki? – Paul spogląda na nią zaskoczony.
– 74. Rozumiesz? 74 Dożynki – odpowiada mu załamanym głosem.
– Wasze pierwsze? – przez moment mam wrażenie, jakby Paulowi za chwilę miały wypaść oczy, tak bardzo je wytrzeszczył. Pierwsze? Żadne pierwsze, losują nas już piąty raz! Ja rozumiem, że Paul żył ostatnie lata w Dziesiątce, ale tam to nieszczęsne losowanie wygląda tak samo, więc czemu on się dziwi? Moją kotłowaninę myśli przerywa wejście lekarza, który kategorycznie żąda, by wszyscy opuścili salę. Robią to, choć widzę, że bardzo opornie.

Badania trwają długo, a pytania stawiane przez medyka są jeszcze bardziej pozbawione sensu niż te zadawane przez Katniss i Haymitcha Abernathy’ego.

– To niemożliwe – tylko tyle jestem w stanie wydusić z siebie, gdy słyszę diagnozę. Nie mieści mi się to w głowie, to niemożliwe.
– Przykro mi panie Mellark – odpowiada spokojnie lekarz, wychodząc z sali. Zostaję sam z mieszaniną uczuć i setkami myśli.