122. Zmiany, zmiany…

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy prawdopodobnie w czwartek późnym popołudniem lub wieczorem.

Pozdrawiamy A. & A.



Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego ustrojstwa – marudzę pod nosem, przykładając kciuk do czytnika i wbijając ciąg pięciu cyfr. Zawsze serce przyspiesza mi w tym momencie – czy to na pewno właściwe cyfry? A jeśli mi się pomyliły? Albo za słabo przyłożyłam palec, jak zdarzało mi się na początku? I co zrobię jeśli ten mechanizm się zepsuje i nie dam rady wejść do środka? Zostanę przed drzwiami…
Oczywiście, jak zwykle, po kilku sekundach drzwi cicho się rozsuwają, dając mi dostęp do mieszkania. Gdy tylko przekraczam próg, zrzucam z nóg buty na wysokim obcasie, powoli człapię w głąb pomieszczenia i opadam ciężko na kanapę. Chłód cielęcej skóry dotykającej rozgrzanego ciała, tylko potęguje moje wrażenie – nie znoszę tego mieszkania. Wynajmujemy je z Peetą już pół roku, a ja ciągle mówię o tym miejscu tylko „mieszkanie”. Nigdy „dom”, zawsze „mieszkanie”. Nawet mama zwróciła już na to uwagę, pytając Peetę, czy źle się tu czuję. Sugerowała nawet, że może powinniśmy poszukać czegoś innego, jakiegoś miejsca, w którym poczujemy się dobrze. Tylko, że tu każde inne lokum będzie takie samo. Urządzone w wystawnym, kapitolińskim stylu… Wokół mnie wszystko wykonane jest ze szkła, metalu oraz delikatnych i drogich materiałów, wszystko w intensywnych, rażących kolorach. Sypialnia jest czarna (co za pomysł!), kuchnia – biała, a salon – czerwony. Ciężko jest gdzieś dłużej wysiedzieć, zawsze już po kilkunastu minutach wiercę się i szukam innego miejsca. Nawet łazienka nie daje odpoczynku dla oczu, mieniąc się intensywnym granatem hojnie zdobionym srebrem. Z kolei w kuchni oczy mnie bolą od odblasków – w białych blatach i drzwiczkach światło odbija się bardzo intensywnie. Nic nie jest przytulne, nic nie jest moje… To nasze służbowe mieszkanie od samego początku nie zrobiło na mnie, ani na Peecie dobrego wrażenia. Ale ma jedną, zaletę, którą trudno przecenić – znajduje się w małym, zaledwie kilkupiętrowym budynku, tuż za bramą Pałacu Prezydenckiego. Dzięki temu nasza droga do pracy zajmuje mniej niż kilka minut, będąc pewnym ułatwieniem w tej bardzo niewygodnej sytuacji, jaką jest mieszkanie w Kapitolu, którego żadne z nas nie lubi. Niemniej, ze względu na obowiązki, jakie zgodziliśmy się podjąć, nie mieliśmy wyjścia… Asystenci Pary Prezydenckiej – ciągłe podróże, uśmiechy do kamer… Taką rolę zaplanował dla nas Beetee. Mimo lekkiego ocieplenia wizerunku Johanny, nie należała do ulubienic ludzi w dystryktach, nawet we własnym. Z kolei Paul był kojarzony dotąd tylko jako „narzeczony Zwyciężczyni”, ew. „kuzyn Peety Mellarka”, więc jego pozycja, jako prezydenta, była bardzo słaba. Z tego względu musimy wspierać ich oboje nie tylko rzadkimi słowami, czy wystąpieniami, ale stałą obecnością. W ten sposób wzmacniamy ich pozycję, a równocześnie uspakajamy pojawiające się niepokoje. Czyli – tam gdzie są Paul i Johanna, tam i my – całą czwórką, lub (znacznie częściej) – ja z Johanną, a Peeta z Paulem. To trwa już pół roku… Widujemy się rzadko – Paul niemal za punkt honoru postawił sobie poprawienie nastrojów w dystryktach, dlatego obaj z Peetą są niemal ciągle w rozjazdach. Z kolei my z Johanną podróżujemy rzadko, a częściej – jak to mawia moja przyjaciółka – bywamy w mieście. Początkowo plan przygotowany przez Beetee’ego był inny – mieliśmy rzadziej odwiedzać dystrykty, korzystając więcej z transmisji telewizyjnych, ale szybko okazało się, że ludzie reagują zupełnie inaczej, gdy obaj kuzyni pojawiają się między nimi. Nagle problemy stają się mniejsze, a wspólne rozmowy prowadzą do akceptowalnych rozwiązań… Nowi burmistrzowie (powołani niemal we wszystkich dystryktach) też chyba znacznie bardziej starają się, gdy widzą, że prezydent spotyka się z nimi nie tylko na comiesięcznych zjazdach w stolicy, ale także co najmniej raz w miesiącu jest w każdym z dystryktów. I rozmawia bezpośrednio z ludźmi…

W tej sytuacji na mnie i Jo spadło przekonywanie do zmian socjety Kapitolu, co jest bardzo trudnym zadaniem, bo wprowadzone prawa są Kapitolińczykom bardzo nie na rękę. Utrzymaliśmy, a później podwyższyliśmy płacę minimalną, obniżony został wiek emerytalny, a młodzież może pracę rozpocząć dopiero po przedstawieniu świadectwa ukończenia szkoły. Kapitol nie dostaje niczego darmo – musi zakupić owoce pracy ludzi z dystryktów. Ale zmiany dotknęły nie tylko Kapitolińczyków, ale także nas, Zwycięzców. W drugim tygodniu swojego urzędowania Paul podpisał uchwałę, która pozbawiła nas wypłat należnych nam za wygranie Igrzysk. Już nigdy żadne z nas nie dostanie za to pieniędzy. Paul początkowo wahał się czy ma prawo nam odbierać coś, co było rodzajem zabezpieczenia naszej przyszłości; wynagrodzenie, za które niemal każde z nas zapłaciło wysoką cenę. Jednak pod wspólnym naciskiem piątki Zwycięzców, którzy od ręki gotowi byli podpisać zrzeczenie się tych pieniędzy, ustąpił. Prawo nie ominęło nawet Annie, ale o jej i Nathaniela byt, a także setek innych sierot, zadbaliśmy w inny sposób. Zgodnie z pomysłem Paula, wszystkie dzieci, których rodzice polegli w czasie rewolucji i innych walk o wolność, a także w więzieniach Kapitolu za zachowania buntownicze, uzyskały prawo do renty. Dodatkowo renta została także zapewniona osobom, które działania poprzednich władz trwale pozbawiły zdrowia, uniemożliwiając pracę.

Tak naprawdę nasza sytuacja nie zmieniła się drastycznie. Oboje z Peetą pełnimy określone role, jesteśmy w randze doradców prezydenta, przyjmując wynagrodzenie, które spokojnie wystarcza nam na znacznie więcej niż tylko bieżące potrzeby. Beetee otrzymał stanowisko, które pełnił już kiedyś w Kapitolu – jego rola polega na tworzeniu nowych praw, zbieraniu i analizie setek informacji, na wsparciu nas w grach politycznych. Dodatkowo ma stały dostęp do wyposażonego laboratorium, w którym, w wolnym czasie, pracuje nad swoimi wynalazkami. Annie, dzięki rencie, skupiła się na wychowaniu Nathaniela. Nadal mieszka w Czwórce, regularnie rozmawia z nami przez telefon, a kiedy mamy w planach jej dystrykt, zawsze staramy się spędzić u niej kilka dni, albo choć kilka godzin. Haymitch… Gdy poznał decyzję Paula co do swojej osoby, wpadł w szał, a my śmialiśmy się do rozpuku. Jednak z perspektywy czasu widzimy, że Paul wykazał się niesamowitą intuicją w tym zakresie – dziś nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł lepiej sprawdzić się w tej roli. Nawet mama, z reguły dość powściągliwa w tym zakresie, bardzo chwaliła jego osiągnięcia w Dwunastce. Uspokoił bardzo szybko buntownicze nastroje, odnowił budynek szkoły, zbudował na jej terenie obszerny plac zabaw dostępny dla wszystkich. Za jego decyzją powstał również nowy szpital, w którym dziś pracuje mama. Na ulicach nie widać chorych i umierających z głodu ludzi – ofiary wypadków górniczych mają do dyspozycji specjalny ośrodek, w którym mogą zamieszkać, jeśli sytuacja nie pozwala im się samym utrzymać. Przyznam, że nie wiem co wywołało takie zmiany w Haymitchu – może ślub z Effie (Peeta utrzymuje, że prawdopodobnie większość jego decyzji jest przez nią inspirowana), może syn, którego ma teraz na co dzień, a może córka, którą uwielbia równie bardzo jak Josha? Nie wiem i nie pytam – ale takiego Haymitcha bardzo lubię.

Uśmiecham się na myśl o naszej ostatniej wizycie z Dwunastce. Wracałyśmy z Johanną z Trzynastki i jakoś tak wyszło, że postanowiłyśmy zajrzeć do mojej mamy, a także zobaczyć Elizabeth. Wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy malutkiej córeczki Haymitcha i Effie. Nie mogę narzekać na brak jej zdjęć, akurat o to Effie dba. Regularnie przesyła nam ujęcia zmian w wyglądzie Eli. Choć muszę przyznać, że są one chyba widoczne tylko dla niej…
Poprosiłyśmy o przystanek w Dwunastce i szybkim krokiem udałyśmy się do nieodnowionego budynku Pałacu Sprawiedliwości (z daleka widać, że o ten jeden budynek burmistrz Abernathy dba najmniej). Na miejscu poprosiłyśmy grzecznie jego asystentkę – córkę jednego ze sklepikarzy w miasteczku – o spotkanie z burmistrzem. Rozpoznała nas od razu i bardzo ucieszyła się na nasz widok, ale od razu poinformowała, że zbliża się pora kąpieli i ona obawia się, że pan burmistrz nas nie przyjmie. Zniknęła w jego gabinecie, a krzyki, które po chwili zaczęły stamtąd dobiegać, potwierdziły wspomniane przypuszczenia. Wściekłość, jaka rysowała się na twarzy Haymitcha przez kilka sekund, gdy otworzył na oścież drzwi, dała nam jasno do zrozumienia, że jesteśmy nie w porę.
– A to wy – powiedział już trochę ciszej. – Nie mówiłyście, że przyjeżdżacie. 
– Bo tego nie planowałyśmy, chciałyśmy tylko zobaczyć Elizabeth – spokojnie odpowiedziała mu Johanna.
Po tych słowach Haymitch momentalnie się rozpromienił, szerokim machnięciem ręki kazał nam iść za sobą. Zaskoczyło mnie to, że potrafi prowadzić samochód, ale  – choć z pewnymi obawami – wsiadłam, kątem oka widząc tylko, że i Johanna zastanawia się, czy to na pewno bezpieczne.

Kiedy tylko przekroczyłyśmy próg domu w Wiosce Zwycięzców, momentalnie w jego objęciach znalazło się malutkie zawiniątko. Elizabeth cicho kwiliła, kiedy Haymitch gdzieś ją zabrał, a my wpadłyśmy w ramiona Effie.
– Kąpie ją codziennie, potem przynosi mi do karmienia. A sam idzie odrabiać lekcje z Joshem. To cudowny ojciec – Effie uśmiechnęła się ciepło, patrząc za mężem. 
Tamtego wieczoru zjadłyśmy kolację u Abernathych, noc spędziłyśmy u mojej mamy, a śniadanie było u rodziców Peety…

Jedyną Zwyciężczynią, o którą się martwię, jest Enobaria. Od wybuchu zamieszek nikt nie wie co się z nią dzieje – nawet Beetee’emu nie udało się jej nigdzie namierzyć, co sprawia, że – choć z dużym oporem – zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że może nie żyć, że nie miała tyle szczęścia co my…

Przesuwam się delikatnie, wyciągając się na kanapie. Głowę opieram o podłokietnik. Dopiero teraz czuję jaka jestem zmęczona… Jeszcze tylko pięć dni, jeszcze tylko pięć dni – te słowa wypowiadałam dziś chyba z milion razy, w myślach i na głos. Strasznie mnie męczą te całe przygotowania – suknia, buty, dodatki, kwiaty, tort, menu, sala, garnitury, zaproszenia, lista gości – mam dość. Nie lubię ślubów, nigdy za nimi nie przepadałam, a teraz widzę, że ich organizacja to jakiś koszmar. Jestem tak zmęczona całodziennym bieganiem po sklepach, cukierniach, kwiaciarniach, że po prostu w momencie odpływam w sen.
 
Jego usta delikatnie muskają moje ramię, czuję to przyjemne ciepło, które powoli rozchodzi się po moim ciele. Przechylam głowę, próbuję się w niego wtulić…
Jest środek nocy, a w takich sytuacjach dzwoniący telefon nigdy nie oznacza niczego dobrego. Peeta jeszcze raz szybko muska moje ramię i podchodzi do aparatu. Już po chwili w jego głosie słyszę narastającą irytację. Odkłada słuchawkę, siarczyście klnie, czym wzbudza we mnie tym większy niepokój, walczący teraz o dominację ze snem i wchodzi do naszej sypialni.
– Ubieraj się, jedziemy do Dwunastki.
– Po co? – jestem zdezorientowana jego tonem, wciąż myśli plączą mi sen i zmęczenie.
– Po księżniczkę – opowiada wściekły.
– Skąd wiesz, że tam jest? – pytam zrzucając z siebie sukienkę, a zamiast tego wciągam spodnie i bluzę z długim rękawem.
– A masz inny pomysł na to gdzie może być? Uciekła ze szkoły. Znowu. Ale wcześniej… – Peeta na moment zawiesza głos, lecz nie kończy zdania, bo telefon dzwoni ponownie.
– Widzisz – mówię – pewnie się znalazła.
Rose zamieszkała w Kapitolu, zapisaliśmy ją do szkoły z internatem na jego obrzeżach, aby dokończyła naukę. Ona chce zostać nauczycielką, a pieniądze jej brata pozwalają na to, by się edukowała. W świetle nocnej lampki widzę, że Peeta blednie rozmawiając z kimś. 
– Co mama mówi? – zaskoczony wspiera się na krawędzi stolika. – Już jedziemy – odkłada z trzaskiem słuchawkę i spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami. 
– Ale afera – wyciąga w moją stronę dłoń, a następnie śpiesznie wychodzimy z mieszkania.

121: Zaprzysiężenie

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka we wtorek. 

Pozdrawiamy A. & A. 

– Bardzo ładnie wyglądasz Rose – uśmiecham się do niej delikatnie. Kuzynka mojego narzeczonego stoi, jak zwykle naburmuszona, przed dużym lustrem. Fryzjerka upięła jej włosy w delikatny kok, pozostawiając kilka pasm łagodnie spływających na plecy. W jednej z moich sukienek, przywiezionych tutaj zapobiegawczo przez panią Mellark, prezentuje się prześlicznie, choć jej mina na to nie wskazuje.
– Taaaa, wszystko jest cudownie – mówi ironicznie – tylko czemu czuję się jak skończona idiotka? – rzuca w moją stronę, kiedy i ja staję przed lustrem, by ocenić swój wygląd. 
– Takie już jesteśmy – odpowiadam jej szczerze. Doskonale pamiętam swoje początkowe odczucia w czasie 74 Igrzysk. Wydawało mi się, że te wszystkie stroje, które przygotował dla mnie Cinna, nie pasują do mnie. Wygładzam delikatny materiał sukienki, w której byłam na ślubie Patricka i Amandy. Byli doradcy Paylor chcieli nas wszystkich ubrać w nowe stroje, ale my wolimy wystąpić w tych, których już używaliśmy. Oczywiście za wszystko miał zapłacić Kapitol, ale Peeta ma rację – za pieniądze, które wydalibyśmy na ten jeden wieczór, można nakarmić wiele głodnych dzieci w dystryktach. Nasze plany co do kolacji z okazji zaprzysiężenia też raczej nie spodobają się ludziom w Kapitolu, ale tej chwili niespecjalnie nas to interesuje. Oczywiście nie możemy ich lekceważyć, ale równocześnie o wiele bliżej nam do tych głodnych ludzi, których spotkaliśmy w czasie objazdów dystryktów. To oni potrzebują naszej pomocy, nie Kapitol. Stąd też wzięły się nasze plany na dzisiejszy wieczór…

Do Kapitolu, na wieczorną uroczystość, przywiezieni zostali członkowie rodziny Paula, a także burmistrzowie wszystkich dystryktów. Ci ostatni będą nam potrzebni przede wszystkim jutro, choć ich obecność na zaprzysiężeniu też będzie dobrze wyglądać. Natomiast dziś… Dziś rozpoczynamy nowy etap naszego życia. Życia w ciągłym blasku reflektorów, pod ciągłym obstrzałem kamer i aparatów, ciągle obserwowani… Widzę, że Rose też się tego boi – jeszcze wczoraj nawet przez myśl jej nie przeszło, że jej brat będzie najważniejszym człowiekiem w całym Panem. A kilka tygodni temu nawet nie zdawała sobie sprawy z działań brata w czasie rewolucji. Brała go za dezertera – i choć była z tego powodu nieszczęśliwa, to chyba przyzwyczaiła się do tamtego biednego, ale stosunkowo spokojnego życia.
– To wszystko – zaczyna bardzo cicho, ze spuszczoną głowa, gdy sadzam ją na stojącej obok lustra, bogato zdobionej, pufie – nie mieści mi się w głowie. Paul… Nigdy nie sądziłam, że taką rolę dla niego przygotował los… I wy. Ale… – głośno przełyka ślinę i milknie.
– Ale? – zachęcam ją do kontynuacji.
– Ale – spogląda na mnie oczami pełnymi łez – nie potrafię się cieszyć jego sukcesem.
– Co się dzieje Rose? – kładę jej dłoń na ramieniu, przysiadając obok niej.
– To wszystko jest nie fair! – rozpłakała się na dobre. Próbuję się domyśleć gdzie tkwi problem, ale nie potrafię. Dlatego gładzę tylko delikatnie jej włosy, czekając aż się uspokoi.

Drzwi otwierają się cicho i do pokoju wchodzi Peeta. On też wygląda tak samo jak na ślubie swojego brata – równie pociągająco, wyprostowany, z lekkim uśmiechem i błyskiem w oczach. Patrzy na mnie pytająco, a ja bezradnie wzruszam ramionami. 
– Rose? – przysiada przed nią, biorąc jej dłoń w swoje.
Na jego widok Rose zaczyna szlochać i odwraca wzrok. Peeta powoli wypuszcza powietrze, wycierając kciukiem łzy.
– Rose – jego głos jest stanowczy, ale nie agresywny – zostaniesz tutaj z nami, dobrze? W tej sytuacji to najlepsze rozwiązanie – spoglądam na niego zaskoczona, a on ruchem głowy daje mi do zrozumienia, żebym nic nie mówiła. – Przykro mi, ale ten związek to kiepski pomysł, dlatego lepiej, byście pozostali oddzielnie. Nie chcę mówić, że nie pozwolę na ten związek, ale znasz już moje zdanie. Rozmawialiśmy o tym…
– Wiem – Rose przerywa mu cicho. – Nic nie zrobię, ale czemu to tak bardzo boli? – unosi zapłakaną twarz, spoglądając mu w oczy.
– Bo złamane serce, tak samo jak złamana noga – jak się zrasta, to boli – całuje ją delikatnie w czubek głowy. – A teraz doprowadź się do porządku, zaczynamy za pół godziny. Chyba nie chcesz, żeby całe Panem pomyślało, że płaczesz tak z powodu brata – uśmiecha się, puszczając do niej oko. Rose odwzajemnia się tym samym, ale uśmiech szybko znika z jaj twarzy. Peeta bierze mnie za rękę i wyprowadza z pokoju. Na korytarzu delikatnie mnie obejmuje i całuje w szyję.
– Pięknie wyglądasz, kochanie – szepcze, nie przestając mnie całować.
– Aż tak? – nie jestem w stanie się skupić się na niczym innym.
– Obawiam się, że tak – poważnieje, wzdycha ciężko, ale wciąż nie wypuszcza mnie z objęć. W końcu podejmuje – od jakiegoś czasu to podejrzewałem, w końcu Ast mi się wygadał. Zakochali się w sobie, ale ze względu na ciążę Ivon… – nie kończy, nie musi. Doskonale znam jego zdanie i choć ciężko mi na to patrzeć, zgadzam się z nim. Ast oświadczył się Ivon, zostawienie jej w tej sytuacji byłoby bardzo nie w porządku. 
– Ty też wyglądasz bardzo pociągająco – ruchem głowy staram się odgonić smutne myśli.
– Skoro już o tym mowa – figlarny uśmiech wypływa na jego twarz – to musimy jeszcze coś załatwić.  Ciągnie mnie w stronę wyjścia z pałacu, a potem w stronę szpitala, do gabinetu lekarskiego. 

Kiedy dziesięć minut później żegnamy się z lekarzem, triumfalny uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Ja też się uśmiecham.
– Teraz mi wierzysz? – pyta patrząc na mnie z przechyloną głową.
– Tak – nie muszę mówić nic więcej. Całuję go w usta, pozwalam się objąć, dotykać. Lekarz powiedział to, co tak bardzo chciałam usłyszeć, co mnie uspokoiło. Peeta jest całkowicie zdrowy, rana zagoiła się dobrze. Co prawda nadal powinien się oszczędzać, ale lekkie sporty i mały wysiłek mu nie zaszkodzą… 

Cała ceremonia przebiega szybko i zgodnie z planem. Gale nie daje po sobie poznać, że w czymkolwiek nam pomógł. Paylor kipi ze złości, ale widać przyjęła już do wiadomości, że Beetee powiedział prawdę. Podczas nominacji ani razu nie użyła imienia Peety, więc nasza interpretacja jest prawnie usankcjonowana. Mam tylko nadzieję, że nigdy się nie domyśli kto nam pomógł – bo o tym, że mieliśmy pomoc od kogoś z jej otoczenia, wie na pewno.

– Świadomy ciążącej na mnie odpowiedzialności – słowa Paula niosą się echem po placu, a także – dzięki transmisji telewizyjnej – są słyszane w całym Panem. Stoję pomiędzy Johanną, a Peetą, zwrócona w stronę przemawiającego Paula – przysięgam, że wszystko co zrobię w czasie piastowania urzędu Prezydenta Panem, będzie miało na celu dobro obywateli Panem – Paul kończy słowa krótkiej przysięgi prezydenckiej i odbiera z rąk Paylor małą książeczkę. Nigdy jej nie wiedziałam, ale dziś Beetee opowiedział nam, że to spisane 77 lat temu prawa, podstawa działania państwa. Czarna skóra jest w niektórych miejscach przetarta, ale widać, że przechowywano ją w dobrych warunkach. 
Paul siada na bogato zdobionym krześle, Paylor schodzi ze specjalnie przygotowanej na tę uroczystość sceny. Kiedy Johanna siada po jego prawicy, Peeta wystawia dłoń w moja stronę i stajemy za nimi. Peeta mówi cicho coś do Paula, a ten wstaje i ponownie podchodzi do mikrofonu.
– Obywatele Panem, chciałbym jeszcze ogłosić trzy kwestie. Po pierwsze z ogromną przyjemnością informuję, że Peeta Mellark zgodził się pełnić rolę mojego rzecznika i w razie potrzeby – reprezentanta. Po drugie – jego głos jest teraz bardzo poważny – jutro zostaną ogłoszone nowe nominacje na stanowiska burmistrzów w poszczególnych dystryktach. A po trzecie – jego głos znów lekko się zmienił – ale wcale nie najmniej ważne – w każdym Pałacu Sprawiedliwości w Panem czeka na wszystkich obywateli przygotowana kolacja z okazji dzisiejszego zaprzysiężenia. Mając na uwadze to, że zmieszczenie wszystkich obywateli w tych budynkach byłoby trudne, przygotowaliśmy ją w formie paczek. Czekają na każdego z was – od najstarszego do najmłodszego Panemczyka. Świętujcie razem z nami – uśmiecha się szeroko, wypuszczając powoli powietrze. Peeta dobrze nauczył go jak ma to powiedzieć – słowa, ton głosu. Z czasem Paul pewno sam będzie umiał się wczuć, ale na razie – musi się tego nauczyć.

Wrzawa jest nie do zniesienia. Jednak obecni tutaj burmistrzowie nie cieszą się z przyjęcia – właśnie zdali sobie sprawę, że ich dotychczasowe poczynania będą brane pod uwagę w czasie nowych nominacji. Zostawiamy ich samych, udając się powoli na kolację przygotowaną w sali obok. 

120: Prezydent Mellark

Kochani – korzystając z okazji- Anno- wszystkiego naj, najlepszego w dniu urodzin. 

A Was wszystkich zapraszam do czytania i komentowania. Kolejna odsłona w sobotę. Pozdrawiam ciepło.

A. & A. 

Samochód powoli zatrzymuje się na placu przed Pałacem Prezydenckim. Im wolniej jedzie, tym mocniej czuję zaciskające się wewnątrz obcęgi strachu. Zastanawiam się, czy to po mnie widać, czy powinnam to jakoś lepiej ukryć. Czy nie zdradzę siebie i nas wszystkich jakąś miną, jakąś nieprzemyślaną odzywką, spojrzeniem… Mam wrażenie, że Peeta i pozostali poradzą sobie lepiej ode mnie. Chyba tylko Johanna może wypalić z czymś niespodziewanym, ale obiecała się nie odzywać, więc słabym ogniwem pozostaję ja. Jeśli Paylor zechce mnie sprowokować… Nie, nie dam się, będę się trzymać ustaleń…
Zastanawia mnie tłum na placu – jest tu zaskakująco dużo ludzi. Czyżby Paylor zwołała zgromadzenie? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Choć z drugiej strony to akurat dość dobry układ, sprzyja naszym planom…

Zack otwiera przede mną drzwi i lekko się do mnie uśmiecha. Kiedy podaje mi rękę, pomagając wysiąść, cicho szepcze:
– Jest w sali obok, czeka tylko na wasz znak.
– Dziękuję – odpowiadam spokojnie, co z zewnątrz wygląda na kurtuazyjną wymianę uprzejmości.
 
Powoli wchodzimy po schodach, kierując się do przesadnie długiej sali, pełnej krzeseł przy prostokątnym stole. Paylor nie ma jeszcze, więc siadamy na wybranych miejscach i czekamy na nią. Wiem, że jej spóźnienie ma nam dać do zrozumienia, że jej pozycja jest wyższa niż nasza, że nie musi się z nami liczyć. Albo po prostu zdenerwować nas, żebyśmy łatwiej stracili panowanie nad sobą, dając jej możliwość przeprowadzenia własnych planów z mniejszą przytomnością umysłów.
– Witajcie – wchodzi zamaszyście, napełniając salę zapachem mięty, czyniąc przy tym wiele bardzo zbędnego hałasu. Wygląda zaskakująco elegancko, upięła włosy w wymyślny kok, ciemnopopielaty kostium nadaje jej szyku. Coś mi w tym wszystkim nie gra.
Paylor siada na honorowym miejscu i przygląda nam się przez moment, wygładzając delikatnie spodnium. Wreszcie spokojnym głosem zwraca się do nas:
– Zapoznaliście się z moimi propozycjami?
– Tak – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, w naszym imieniu mówi Beetee.
– Jakie jest wasze stanowisko? – uważnie i powoli przesuwa wzrok po nas wszystkich, jakby chciała sprawdzić, czy jest spójne, czy ktoś z nas przypadkiem się nie wyłamie, dając jej podstawy do dalszych zmian.
– Chcemy byś wiedziała, że bardzo uważnie przeanalizowaliśmy twoje sugestie. Nie możemy się zgodzić na żadną z nich – odpowiada pewnie patrząc jej w oczy. Uśmiecham się w duchu – Paylor to niezły polityk, Beetee to geniusz. Szkoda, że ta rozgrywka nie może być dłuższa, bo mogłaby być naprawdę ciekawa…
– Dlaczego? – Paylor niby wydaje się być zdegustowana naszą odpowiedzią, ale odnoszę wrażenie, że widzę cień uśmiechu przebiegający przez jej twarz. Jest pewna, że nas przechytrzy, zaskoczy.
– Paylor, nie możemy zgodzić się na twój powrót do władzy. To by oznaczało powrót do sytuacji sprzed kilku tygodni, która była dramatyczna. Anulowanie traktatu o Radzie Zwycięzców jest nierealne choćby ze względu na jego wewnętrzne zapisy – ani Prezydent, ani sami Zwycięzcy nie są uprawnieni do samowolnego wprowadzania zmian do tego aktu. Nie zgadzamy się również na twoją propozycję oddania władzy w ręce ludu Kapitolu – to chyba najbardziej absurdalny pomysł, jaki znalazł się na tej liście. Nie będę pytać, który z doradców go wymyślił, ale zwolnij go natychmiast. Jednocześnie musimy przyznać, że masz rację w jednym przypadku – stan wyjątkowy nie może trwać wiecznie. Władza w rękach wojska nie wpływa pozytywnie na nastroje nigdzie – ani w Kapitolu, ani w dystryktach. Im dłużej trwa, tym bardziej podsyca niepewność i niepokoje. W tej sytuacji muszę zapytać, czy masz jakieś inne propozycje? – teraz okaże się, czy Gale nie okłamał Peety, albo czy sam nie został wprowadzony w błąd. Czy informacje, które nam przekazał, mają pokrycie w rzeczywistości. Paylor lekko się rozpogadza, prawdopodobnie przekonana, że wszystko idzie po jej myśli. Pomysły, które przedstawiła wczoraj były tak absurdalne, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wyraziłby na nie zgody. I jesteśmy przekonani, że właśnie o to chodziło – o to, byśmy odrzucili jej sugestie, a równocześnie zaczęli się zastanawiać nad innym rozwiązaniem tej patowej sytuacji. Nie mamy też wątpliwości, że ma dla nas jakąś propozycję, która – po stanowczym odrzuceniu dotychczasowych, powinna – w jej rozumieniu – być przez nas łatwiej przyjęta, jako rozsądna i dobrze rokująca. Beetee wczoraj tłumaczył nam, że to dość znany mechanizm psychologiczny, choć zdążyłam już zapomnieć jego nazwę. 
– W takim razie, pewnie zgodzicie się ze mną, że Panem potrzebuje prezydenta.  I to pilnie – zaczyna mówić spokojnie i pewnie. – Potrzebuje kogoś, kto stanie na jego czele, kogoś kto, może z waszym udziałem, a może nie – nie może sobie nawet w tej chwili odpuścić uszczypliwości – będzie rządził krajem i wyprowadzi go jakoś na prostą, co wam przez ostatnie tygodnie niezbyt się udało. Tak się składa, że to ja mam nieszczęście być ustępującym prezydentem i zgodnie z prawem Panem, mogę wybrać swojego następcę.
– A my – przerywa jej Beetee.
– Jeszcze nie skończyłam – muszę przyznać, że Paylor potrafi być władcza. W trzech słowach, bez krzyku, bez szarpania, osadziła Beetee’ego, nie dając sobie przerwać. I rozumiem dlaczego pociągnęła za sobą ludzi 2 lata temu. Jest młoda i choć w tej chwili znajduje się na przegranej pozycji, do końca się nie poddaje. Wstaje z krzesła.
– To ja wybieram swojego następcę. I czy się wam to podoba, czy nie, według aktów prawnych dotyczących Prezydenta i Rady Zwycięzców, musicie go poprzeć – patrzy na nas z góry, chyba czeka na sprzeciw. Ale jestem pewna, że dokładnie wszystko sprawdziła i nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości sprzeciwu.
– Dobrze więc – głos przejmuje Haymitch – kogo proponujesz?
– Chcę, by na stanowisku Prezydenta Panem, zastąpił mnie Mellark – pada z ust Paylor. Pora na przedstawienie – przechodzi mi przez myśl. Wszyscy staramy się wyglądać na zaskoczonych, udajemy, że nic o tym nie wiedzieliśmy. Moja rola jest tu duża, bo to ja muszę wyglądać na nieprzekonaną i wcale nieucieszoną…
– Chcę też – Paylor, wyraźnie zadowolona z naszej reakcji, kontynuuje swoją wypowiedź – by oficjalnym powodem mojego odejścia, był mój stan zdrowia. Zabraniam wam mówić, że istnieje jakakolwiek inna przesłanka. Rozumiemy się? 
– Jak sobie życzysz – odpowiada za nas Beetee. Spodziewaliśmy się tego i naszą intencją nie jest robienie jej wbrew, jeśli nie musimy. To zresztą niewielkie żądanie, które nijak nie psuje naszych planów. – Kiedy chcesz to ogłosić? – stara się, by jego głos brzmiał na zrezygnowany, jakby ta informacja nie była dla niego zadowalająca, ale musiał się z nią pogodzić.
– Dziś. Od wielu dni nie czuję się najlepiej, a utarczki z wami nie pomagają mi ani trochę. Chciałabym to już zakończyć i móc odpocząć – uśmiecha się sztucznie. – Niemniej – nie ma go tutaj, a jego obecność jest konieczna, więc musicie go sprowadzić. Ile czasu potrzebujecie? – ostatnie zdanie wypowiada bardzo szybko, ponownie siada i przytyka sobie chusteczkę do ust.
– Właściwie – Haymitch powoli wstaje i podchodzi do drzwi. Otwiera je i wpuszcza do sali konferencyjnej stojącego za nimi Peetę – to już jesteśmy gotowi.
Widzę, że z trudem powściągnął triumfalny uśmiech. Cholera, nie możemy się jeszcze zdradzić przed Paylor, jeszcze nie… Paylor, wyraźnie zaskoczona uważnie nam się przygląda. Mam nadzieję, że nie popełniliśmy błędu, może trzeba było poczekać te kilka godzin…
– Witaj Paylor – Peeta delikatnie skłania głowę. – Masz rację, załatwmy to od razu. Jestem przekonany, że masz już napisaną przemowę, prawda? – ton jest spokojny, wyważony, choć słowa nie do końca. Paylor przez chwilę przygląda się uważnie Peecie. Taksuje jego strój – granatowy mundur, jaki mają na sobie wszyscy Zwycięzcy, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Nie sądzisz, że powinieneś założyć coś innego?
– Paylor, jestem Zwycięzcą i jestem dowódcą. W chwili obecnej to najbardziej odpowiednie ubranie. Ale możesz być spokojna – na uroczystość zaprzysiężenia ubiorę garnitur.
– Skoro tak twierdzisz… Paylor zawiesza głos, wciąż nieprzekonana. Nawet ją rozumiem – przejęcie władzy w mundurze to dla wielu osób brak zmiany władzy. I kontynuacja stanu wyjątkowego. Chyba Peeta rzeczywiście nie powinien go mieć teraz na sobie – ale teraz już tego nie zmienimy.
– Chodźmy, ludzie czekają – na twarzy Paylor znów miga zaskoczenie. Dociera do mnie, że to nie ona zorganizowała ten tłum. A jeśli tak, to musiał to być Beetee. Sprytnie, choć wiem już, że w naszym planie było sporo luk. Czuję, że serce mi przyśpiesza, dłonie mam mokre. Wycieram je dyskretnie o spodnie pod stołem. O czym jeszcze nie pomyśleliśmy? W którym momencie polityczny umysł Paylor, przyzwyczajony do tajnych gierek, zorientuje się, że nie tylko ona pogrywa z nami, ale i my z nią? I w którym momencie uniemożliwi nam wyłożenie naszych kart?
Na szczęście Paylor decyduje się na dołączenie do Peety, który przepuszcza ją w drzwiach prowadzących na balkon, będący także obszerną mównicą. Równocześnie wyciąga dłoń w moją stronę, a potem, w ślad za Paylor, razem wchodzimy na taras.

Stoję u boku Peety i nagle dochodzi do mnie z całą świadomością, że już zawsze tak będzie, już zawsze będę stała u jego boku, bez względu na to, czy będę tutaj, czy w dystryktach, czy gdziekolwiek indziej. Już zawsze będę przy nim – tak mają nas postrzegać ludzie – jako parę nie tylko w życiu, ale również w obowiązkach, które dla nas zaplanowano.

Słońce oświetla jasno cały plac i nas. Po chłodnej nocy, niemal upalny dzień jest niesamowitą zmianą. Ale wolę taką pogodę, niż mgłę i zimno. Dzięki temu mogę stać spokojnie, a nie kulić się smagana wiatrem i wilgocią…  
– Obywatele Panem – Paylor zwraca się zarówno do ludzi stojących pod balkonem, jak i do wszystkich mieszkańców kraju – w dniu dzisiejszym poinformowałam Radę Zwycięzców, iż mój stan zdrowia nie pozwala mi na dalsze sprawowanie urzędu. Spodziewam się dziecka – zgodnie z przewidywaniami, rozlegają się oklaski. Przez chwilę zastanawiam się czy to dobrze, czy źle – ale publiczne rozstanie z Paylor w złej komitywie nie dałoby nam niczego dobrego, więc nie widzę powodu, dla którego ta chwila radości miałaby jej być odebrana.
– Z tego względu – kontynuuje, a ja czuję jak Peeta napina mięśnie. Wie doskonale, że od tej chwili zależy wszystko. Każde słowo ma znaczenie… – zgodnie z obowiązującym w Panem prawem, które dało mi możliwość wskazania swojego następcy, chcąc do końca ponosić odpowiedzialność za kraj i za was, jak czyniłam to ostatnie dwa lata, po długim namyśle – przerywa na chwilę, znów przykładając do ust chusteczkę – postanowiłam przekazać władzę, a co za tym idzie i urząd prezydenta, w ręce pana Mellarka… – Paylor patrzy na Peetę, przełyka ślinę. Wyraźnie chce jeszcze coś powiedzieć, ale nim do tego dochodzi, Haymitch bierze ją pod rękę i wyprowadza z balkonu. Sytuacja bardzo nam sprzyja – Paylor jest bardzo blada, a jej twarz jest mokra od potu. Nie dziwię się temu – poza jej dolegliwościami, wysoko zapięta pod szyją bluzka i żakiet na pewno nie sprzyja jej w tej temperaturze. Paylor opiera się, nie do końca tak to sobie wyobrażała, ale dzięki zbliżeniu, jakie kamera przed momentem dała na jej twarz, całe Panem widziało to co ja – kobietę w ciąży, która zaraz, na tej mównicy, zemdleje. Wyprowadzenie jej było widoczne jako pomoc, a nie siłowe usunięcie, czym naprawdę było…

Zebrany pod balkonem tłum milczy, czujemy nerwowe wyczekiwanie wśród zebranych. Kapitolińczycy nie bardzo wiedzą jak mają zareagować na jej słowa, na naszą reakcję, panuje konsternacja. Po krótkiej chwili Peeta puszcza moją dłoń, dając mi znak, bym też się wycofała, a sam podejmuje przemowę:
– Obywatele Panem, z przyjemnością ogłaszam nowego prezydenta Mellarka – Peeta przerwał na krótko, dla podkreślenia dalszych słów, a ja słyszę zdziwiony głos Paylor:
– Sam siebie ogłasza? To już ty powinnaś to zrobić, jak nie mieliście innego pomysłu – patrzy na mnie ze skrzywionymi ustami. Wiem, jak to wygląda w jej oczach.
– Paula Mellarka – głos Peety, wzmocniony głośnikami, niesie się echem po całym placu.
– Co? – wyrywa się Paylor, kiedy Paul i Johanna wchodzą na balkon. Jej oczy są okrągłe ze zdumienia. Dopiero teraz zrozumiała, że nie tylko ona prowadziła grę, że sama została wmanewrowana w układ, którego nie przewidziała.
– Mellarków ci u nas dostatek – syczy ironicznie Haymitch, kiedy Paylor ciężko opada na krzesło stojące najbliżej niej.

Cisza, która zapadła na placu, nie wróży niczego dobrego dla Paula, ale nie może teraz dać po sobie tego poznać. Paul, ubrany w szary garnitur, powoli podchodzi do balustrady, Johanna, w prostej, zielonej sukience, stoi krok za nim, wpasowując się w rolę pierwszej damy. Paul zaczyna drżącym głosem swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. A może pierwsze w życiu?…
– Obywatele Panem, sam jestem zaskoczony rolą, jaką nałożyła na mnie ustępująca Pani Prezydent. Obiecuję, że będę ją wypełniał najlepiej jak potrafię. Zarówno ja, moja narzeczona, jak i nasi doradcy dołożymy wszelkich starań, aby poprawić jakość życia w całym państwie. Jednocześnie pozwolę sobie złożyć podziękowania Paylor za trud włożony w ostatnie lata sprawowania władzy i życzyć szczęśliwego rozwiązania – Paul kończy swoją krótką przemowę delikatnym skinieniem głowy i tylko my wiemy ile ona go kosztowała.
– Panie Prezydencie – Peeta z promiennym uśmiechem na twarzy podchodzi do kuzyna, ściskając mu dłoń.
– Nie możecie – warczy Paylor, która chyba dopiero teraz odzyskała mowę.

– Możemy – odpowiada jej spokojnie Beetee – ani razu nie użyłaś imienia Mellarka, którego desygnowałaś na swoje stanowisko, a to oznacza, że wybór Paula jest ważny – mówi, kiedy wszyscy wychodzimy z sali by przygotować się do dalszych obowiązków. Tymczasem za drzwiami czekają na nas Connor i pozostali byli towarzysze broni Paula, którzy stojąc na baczność, salutują nowemu prezydentowi Panem.

119. Pionek w grze

Witamy serdecznie 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w środę (raczej popołudniu). Pozdrawiamy ciepło 🙂

A. & A.

Zack nie chciał nawet słyszeć o naszym powrocie do Pałacu Prezydenckiego, gdzie czekały przygotowane dla nas sypialnie. Mnie zresztą też się to nie uśmiechało – Peeta i tak musiał spać tu, by Paylor nie dowiedziała się na razie o jego obecności. Z tego względu naciski Zacka, byśmy wszyscy u niego zostali, były mi bardzo na rękę – oddał nam do dyspozycji swoją sypialnię i zorganizował szybko kilka materacy i śpiworów. Znów przechodzi mi przez głowę, że w tym miejscu, na obrzeżach, ludzie żyją trochę jak w Dwunastce – pomagają sobie, często nie pytając po co i dlaczego, nie analizując. Potrzeba pomocy, to jej udzielają – tylko tyle i aż tyle…

Zanurzam się w ciepłym materiale śpiwora, zakopuję dodatkowo pod kocem i czekam. Ciszę przerywają tylko nasze oddechy i nieliczne odgłosy z ulicy. To wszystko, ciemność i przeciągająca się nieobecność Peety, napawa mnie niepokojem. Długo go nie ma – miał iść załatwić jakąś mało istotną sprawę, a tymczasem nieobecność jego i całej grupy coraz bardziej się przeciąga. Pytania bez odpowiedzi tłuką mi się po głowie, nie dając zasnąć. Jednak w końcu zmęczenie zwycięża…

Budzi mnie lodowaty dotyk – Peeta wtula się we mnie, dotykając zimnymi dłońmi brzucha. Jego usta delikatnie całują mnie w tył głowy.
– Gdzie byłeś? – szepczę cicho, by nie budzić innych.
– Kocham cię – mówi nienaturalnym głosem.
– Peeta? – obracam się szybko w jego stronę, nasze twarze są centymetry od siebie. Ponawiam pytanie, jego unik tylko wzmógł mój niepokój – gdzie byłeś?
– Już myślałem, że mi się w końcu udało. Ale nie… – zawiesza na moment głos. – To im się udało – kończy wypuszczając powoli powietrze.
– Co i komu się udało, Peeta? – jego zachowanie, głos silnie pokazują mi, że miałam rację – nie powinnam była się zgodzić na tę wyprawę. Albo… może należało iść z nimi. Coś się stało, coś bardzo niedobrego…
– Im – w jego głosie słyszę zawód, rozpacz, złość. – Udało im się mnie zmienić, stałem się pionkiem w ich grze. Na ich rozkazach… Katniss, co ja najlepszego zrobiłem – to już nie jest tylko zawód – Peeta jest przerażony i nawet nie stara się tego ukryć. Milczę, czekam, by sam powiedział mi o co chodzi. W końcu, po dłuższej chwili milczenia, podejmuje.
– Gale powiedział mi kto zlecił zamach. Nie tylko na mnie, ale też na ciebie. Od początku taki był plan – ja byłem tylko początkiem, przygrywką. Przede wszystkim ty miałaś zginąć. I od pierwszej chwili, kiedy się o tym dowiedziałem, chciałem to zrobić. I prawie zrealizowałem swój plan, Katniss, prawie pociągnąłem za spust. Rozumiesz to? Rozumiesz kim się stałem? Bezwzględnym mordercą wymierzającym sprawiedliwość na własną rękę. Bez sądu, bez świadków, na podstawie jednego zdania, w dodatku podsłuchanego, może nie do końca dobrze zinterpretowanego. Nie mam żadnej pewności, że na sto procent on za tym stał. A może był niewinny? Może wcale nie planował zamachu na ciebie, może to nie on zapłacił tamtemu snajperowi? Stałem tam, trzymałem palec na spuście i nagle to do mnie dotarło – mężczyzna stojący przy tamtym obdartym murze, choćby nie wiem jak pijany, choćby mataczący, choćby manipulujący Paylor, czy kimkolwiek innym – ma prawo do sądu, do uczciwego procesu. Ale wcześniej nie przyszło mi to do głowy – jedyną rzeczą, o jakiej myślałem przez cały lot tutaj, to jak strzelam mu prosto w serce. Co ja najlepszego zrobiłem? – dotyka czołem mojego i bardzo ciężko oddycha. Przełykam głośno ślinę, szukając gorączkowo jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi. I siłą powstrzymuję się, by nie powtórzyć jego słów – Peeta, coś ty zrobił… 
– O kim mówisz? – pytam, choć boję się usłyszeć odpowiedź.
– Snow nie żyje – odpowiada mi cicho.
– Zastrzeliłeś go jednak? – pogubiłam się. Wydawało mi się, że z jego słów wynikało, że nie dał rady tego zrobić, ale teraz już nie wiem. Może opamiętanie przyszło zbyt późno… Albo…
– Hoult to zrobił – w ciemności widzę zarys jego twarzy. Moje oczy zdążyły już do niej przywyknąć, ale jednak trudno mi rozróżnić szczegóły, muszę bardziej polegać na tym, co słyszę, niż na oczach…
– Bo ty nie potrafiłeś, tak? – nagle dociera do mnie, o czym mówił. Siedzieliśmy wtedy na dachu, w noc przed naszymi pierwszymi Igrzyskami. Wówczas nie rozumiałam tamtego pragnienia, by go nie zmieniono, tego, że chciał „umrzeć sobą”. I choć to właśnie jego najbardziej starano się zmienić, to też on najbardziej walczy, by pozostać sobą. Mimo dwóch aren, mimo tortur, osaczenia, rewolucji – nadal walczy, choć wielu ze znacznie mniejszymi przeżyciami – poddało się. Nawet ja się poddałam w pewnym momencie. Ale może właśnie dzięki tamtemu pragnieniu, które nadal w nim tkwi, jakoś pozostaje sobą. Prawie zawsze…
– Peeta, nie stałeś się pionkiem w ich grze – to nie ty go zabiłeś. Zrozumiałeś co należało zrobić, wiedziałeś, że to rozwiązanie jest złe, nie masz o co się obwiniać.
– Mam Katniss, doskonale o tym wiesz. Gdyby nie ja, Connora by tam nie było. A skoro go tam już zaprowadziłem, powinienem był go powstrzymać. Ale za późno to do mnie dotarło, zdecydowanie za późno.
– To też nie twoja wina, dobrze o tym wiesz. Jeśli nawet czasem nie jesteś sobą, to stary Snow cię do tego doprowadził, nic co zrobiłeś sam – mówię w końcu.
Peeta przez chwilę gładzi mój policzek.
– Tak bardzo się bałem, że on cię skrzywdzi, że cię zabije. Paul o nic nie pytał, Haymitch też. Zresztą, Haymitch nawet nie wiedział co planuję – po prostu poszedł. Obaj byli przy mnie, ramię przy ramieniu. Dlaczego mnie nie powstrzymali? Dlaczego oni nie wykazali się większym rozumem niż ja? Dlaczego?
Rozpaczliwe nuty w ostatnim pytaniu przeszywają mnie na wskroś, nie wiem co mu odpowiedzieć. Peeta jest o wiele lepszy niż ja, jest dobry – zawsze taki był. Ja pewnie nie wahałabym się ani przez moment. Za to, że Snow zapłacił snajperowi za zamach na Peetę, osobiście bym go zastrzeliła, gdybym tylko o tym wiedziała. Domyślam się też dlaczego Haymitch go nie powstrzymał – wiedział, że tutaj, w Kapitolu, proces młodego Snowa nie byłby uczciwy. Musielibyśmy mieć naprawdę mocne dowody wskazujące, że to on zapłacił snajperowi. A – jak się domyślam – nie mamy takich, więc Haymitch uznał, że takie rozwiązanie jest jedynym możliwym dla skutecznej ochrony nas. Zresztą – Haymitch i Paul to poniekąd nadal nasze Cienie. Chyba nigdy nie wyszli z tej roli – ich zadaniem, nawet jeśli nie oficjalnym – jest nas chronić. Dlatego Haymitch nie wnikał po co idą Paul z Peetą – jeśli oni szli, on czuł się w obowiązku iść z nimi. I zadbać o to, by wszyscy wrócili.
Nie odpowiadam na pytanie Peety, nie chcę go okłamywać, ani wymyślać jakiejś durnej bajeczki. Oboje wiemy czemu cała czwórka z nim poszła, czemu nigdy nie zadają pytań. Czemu w razie nawet podejrzenia niebezpieczeństwa, zawsze wyjdą w pierwszy szereg, czemu zawsze mają ze sobą broń. Tak samo jak wiem, że tamten strzał w Jedenastce, będzie w Hamitchu siedział równie mocno jak niemożność wyciągnięcia Peety z areny 75 Igrzysk. Do końca życia będzie analizował gdzie popełnił błąd, czego nie zauważył. Ale do głowy przychodzi mi inna rzecz – coś, co mnie sprawia ból, coś co nie pasuje do Peety – dlatego muszę powiedzieć to na głos.
– Peeta, kochanie, bardzo cię proszę, nigdy już nie zabijaj w mojej obronie. Już dawno zeszliśmy z areny, nie musimy mordować ludzi, żeby się wzajemnie chronić. Są na to inne sposoby – przyglądam mu się uważnie. Mruży oczy, myśli o czymś intensywnie.
– Nigdy nie wysiądziemy z tego pociągu…
– Wiem – odpowiadam mu cicho, mocno wtulając się w jego ramiona. Dochodzi do mnie, że pociąg jutro tylko przyspieszy. 

Przez resztę nocy, na wpół śpiąc, na wpół odganiając koszmary, myślałam o tym, co powiedział mi Peeta. Przed świtem podnoszę się cicho z legowiska, Peeta śpi jeszcze – niespokojnym, rwanym snem. Kiedy kieruję się w stronę łazienki, znajdującej się na końcu wąskiego korytarza, z drugiej sypialni słychać głośne chrapanie Zacka. Po kilku minutach pokonuję tę samą drogę, zaglądając do kuchni. Siedzi zgarbiona na krześle, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Nieznaczny gest głową na mój widok, upewnia mnie w przekonaniu, że jest tak samo przerażona tym, co nas czeka, jak ja. Wyciągam spod kuchennego stołu jeszcze jeden taboret i siadam obok niej, w takiej samej pozycji. Johanna przez moment na mnie spogląda, kiedy w końcu pyta:
– Powiedział ci?
– Tak, a tobie?
– Nie miał wyboru – mówi cicho, ale pewnie. – Wiesz, że kiedyś możemy mieć z tego tytułu problemy?
– Wiem. Oni też – odpowiadam, choć tak naprawdę dochodzi to do mnie dopiero w tym momencie.
– Co robimy? – chyba mam nadzieję, że ma gotowe rozwiązanie. Jak nieraz bywało.
– Nic – głos Paula brzmi tak samo jak Johanny. – Udajemy, że o niczym nie wiemy.
– I miejmy nadzieję, że nikt tego z nami nie połączy – czuję na ramieniu ciepłą dłoń Peety.
Przez chwilę wszyscy milczymy. 
– Chyba musimy omówić jakąś strategię na najbliższe lata – rzadko słyszę nerwowość w głosie Paula.
– Chyba już wszystko zostało wczoraj powiedziane – przerywam mu, nie chcę po raz kolejny omawiać tego tematu. Plan został zaakceptowany przez nas wszystkich. Każde z nas ma w nim swoją niemałą rolę. I musimy zrobić wszystko, by ją dobrze odegrać, bo od tego zależy powodzenie naszych ustaleń. I nasze życie.
– Wiem, Katniss. Chodzi mi o to, że teraz będziemy podzieleni na pary. Nie do końca takie, jakie byśmy chcieli, dlatego…
– Dlatego – włącza się Peeta – kiedy będziecie w dystryktach, macie na siebie uważać. I macie pozwolić Houltowi działać, macie się go słuchać – podkreśla twardo ostatnie słowo patrząc znacząco na mnie. – Jeżeli powie wam, że coś jest niebezpieczne, to nie dyskutujecie, tylko się wycofujecie. Jeśli powie, że musicie jechać inną drogą, że odwołujecie jakieś spotkanie, że zmieniacie miejsce noclegu, to po prostu to robicie. Czy to dla was obu jest jasne?
– Ale chwilę, Hoult miał być waszą obstawą – Johanna prostuje się na krześle.
– W nocy zmieniliśmy zdanie – odpowiada jej spokojnie Peeta.
– Ale – chcę powiedzieć, że to oni potrzebują ochrony, to oni będą na celowniku, ale Peeta nie daje mi dojść do głosu.
– Właśnie o tym mówię Katniss. Nie ma żadnego „ale”, to postanowione. Hoult i jego oddział będzie jeździł z wami. Nam wystarczą Connor i Zack. 
– Nie – wypowiadamy jednocześnie, ale widzimy, że żaden z nich nic nie robi sobie z naszych protestów. Mam wrażenie, że w nocy stało się jeszcze dużo więcej, niż obaj nam powiedzieli. Że spotkanie ze Snowem tylko coś zapoczątkowało…

Peeta w przebraniu wychodzi długo przed nami. Prawdę mówiąc, w tej czapce, bluzie i obcisłych spodniach nawet mnie byłoby trudno go rozpoznać. Zack zabiera go ze sobą, dostanie się do pałacu jako jego kuzyn, który szuka pracy. Obaj będą czekać na nasz znak, żeby Peeta pojawił się w odpowiednim momencie. Ja też jestem już ubrana – po kilku tygodniach czuję, że dobrze mi w tym mundurze – czuję się w nim jakoś sobą. Świadomość, że od dzisiejszego wieczora ten mundur nierzadko będę musiała zmienić na elegancką suknię, a wygodne buty – zastąpić eleganckimi, wcale mi nie pasuje. Ale już wiem, że nie mam wyboru.

118: Czarna piątka

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w poniedziałek. Pozdrawiamy ciepło

A. & A. 

 

– Wszyscy zgadzają się na ten plan? – Beetee patrzy na nas uważnie zza okularów. Czuję się jak wtedy na plaży drugiej areny, gdy pytał, czy akceptujemy jego plan wykorzystania piorunów uderzających w drzewo przeciw Brutusowi i Enobarii. I jak wtedy spoglądamy po sobie, w duchu czekając, by wypowiedział się ktoś inny. W końcu każdy kiwa głową. Największe przerażenie maluje się na twarzach głównych zainteresowanych. Przez moment zastanawiam się, czy ja też tak wyglądam – na cholernie przestraszonego, niepewnego jutra. Bo jutro tak naprawdę stało się jedną wielką niewiadomą. Nikt z nas nie wie, w jaki sposób Paylor zareaguje na plan Beetee’ego, co jeszcze ma w zanadrzu, ale z drugiej zaś strony jestem mu za niego wdzięczny. Włożył na mnie dużą odpowiedzialność – właściwie na każdego z nas, ale w razie jakichkolwiek problemów to my z Katniss możemy zapłacić za to najwyższą cenę. Niemniej jestem przekonany, że jeśli coś może zadziałać, to tylko to – nie ma innego rozwiązania, które dawałoby choćby cień szansy. A to daje więcej niż cień…

– Powinniśmy się porządnie wyspać – moje rozmyślania przerywa Haymitch. Spogląda na nas z ukosa, widzę na jego twarzy nieznaczny uśmiech. Podejrzewam, że nawiązuje do sceny, której był świadkiem godzinę temu. Wiem dlaczego został w pokoju podczas mojej rozmowy z Katniss, ale z drugiej strony… Mam wrażenie, że czuł się skrępowany, co dziwi mnie trochę – w końcu nieraz sam robił wszystko, by pchnąć nas w swoje ramiona, widział nas w podobnych układach, a nawet zdarzało mu się wkroczyć bez pukania do naszej sypialni. A może własne małżeństwo zmieniło jego podejście do intymności, może nie umie się już jej przyglądać jak obrazkowi w telewizji?…
– Idźcie spać – odpowiada mu spokojnie Paul, rzucając mi krótkie, przelotne spojrzenie. Wiem doskonale o co mu chodzi, nieznacznie kiwam głową na potwierdzenie, że nasza misja jest nadal aktualna. Obaj wiemy, że to ostatni wieczór, kiedy możemy ją zrealizować – jutro, gdy w nasze życie znów wkroczą kamery, gdy znów znajdziemy się w kręgu zainteresowania mediów i paparazzich,  będzie za późno.
– My musimy jeszcze coś załatwić – dodaje. Katniss, Johanna i Haymitch reagują natychmiast. Krótkie słowo „co” brzmi zgodnym, jak nigdy, chórem.
– Nic ważnego – musimy z kimś jeszcze porozmawiać – odpowiadam spokojnie, z uspokajającym uśmiechem, starając się, by mój głos brzmiał lekko, jakby to naprawdę była nieistotna rozmowa, którą trzeba odbyć raczej z powodów kurtuazyjnych lub grzecznościowych. Muszę przekonać Katniss, choć na razie nie mam pomysłu jak. Wiem, że zaraz usłyszę, że rozmowę można przeprowadzić przez telefon, że może poczekać, że muszę odpocząć, że stanowczo mam się nie narażać. Kłótnia to ostatnie, co jest mi teraz potrzebne, ale nie mam pojęcia jak powstrzymać furię Katniss. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie powstrzyma jej obecność przyjaciół, tym bardziej, gdy Johanna stanie po jej stronie. Zaskakująco, po krótkiej ostrej wymianie zdań, w sukurs przychodzi mi Haymitch:
– Katniss, pójdę z nimi. Peeta ma rację – ty nie spałaś od wielu godzin, a jutro za zmęczenie któregokolwiek z was możecie zapłacić błędami, których nie da się naprawić. Obiecuję ci, że jego też odstawię do łóżka najszybciej jak się da. – Widząc moją i Paula minę dodaje – nie puszczę nigdzie przyszłego prezydenta Panem samego, na dzień przed ogłoszeniem zmiany władzy. Nie ma takiej opcji, idę z wami – kończy tonem, który nie dopuszcza dalszej dyskusji.
W końcu nawet Katniss wzrusza ramionami:
– Rób co chcesz – fuczy obrażona na mnie i odwraca się plecami. 
– Kocham cię – szepczę w jej włosy, całując ją w tył głowy. 

Zimna mgła spowiła ulice Panem, dając nam dobrą osłonę. Mimo, że do centrum mogliśmy podjechać samochodem, ostatni kawałek musimy pokonać pieszo. Suniemy cicho ciemnymi uliczkami, nikt nawet na nas nie spogląda. Właściwie nie dziwię się – sam nie chciałbym mieć do czynienia z pięcioma ubranymi na czarno mężczyznami, w kominiarkach na twarzach. Lepiej odwrócić wzrok, lepiej udać, że się nie widziało. Bezpieczniej. Spokojniej.

Haymitch nie pytał o nic kiedy zjeżdżaliśmy windą do piwnicy, gdzie przywitał nas Connor z przygotowanymi strojami. Paul zorganizował wszystko dosłownie w ciągu kilku minut, zanim Katniss do nas dołączyła na placu przed Pałacem Prezydenckim. Szybko przebraliśmy się i dołączyliśmy do Houlta, który czekał na zewnątrz. Jeden z jego żołnierzy został odkomenderowany do cichej ochrony pozostałych Zwycięzców. W praktyce, domyślam się, że został wymieniony za Haymitcha – plan został rozpisany na pięć osób.

Kiedy dochodzimy pod wskazany adres, nie mam krzty wątpliwości, że musieliśmy dobrze trafić. Mimo, że to niby wciąż centrum Kapitolu, to boczna uliczka wygląda jak wyciągnięta z najgorszej dzielnicy na obrzeżach. Wolałbym się tu sam nie zapuszczać – brak oświetlenia, jedynie słaby blask dają neony – w większości czerwone. Podobny ma obskurny budynek z bardzo charakterystyczną witryną, do którego się zbliżamy. To na pewno o tym miejscu mówił Gale, gdy lecieliśmy poduszkowcem. Gdy tylko powiedziałem mu co planuję dla tego gnoja, który planował zabójstwo Katniss, powiedział, że nie może mi pomóc osobiście, bo natychmiast zostanie wykryty, ale pomógł w dostępny dla niego sposób. Podał mi adres i opis miejsca, w którym co bogatsi mieszkańcy Kapitolu oddają się „rozrywkom”. Umiejscowienie budynku sprawia, że paparazzi trzymają się z daleka od tego miejsca, a adres jest przekazywany tylko „zaufanym”. Gale sam przyznał, że na początku był tutaj kilka razy, żeby – jak to ładnie nazwał – odstresować się. Jako wysokiej rangi wojskowy bez trudu uzyskał status osoby zaufanej w odpowiednich kręgach. Ale od czasu, gdy związał się z Paylor, przestał bywać zarówno w tym, jak i w podobnych lokalach. I doskonale wiedział, że młodego Snowa, o tej porze niemal na pewno tu zastaniemy – odwiedzał to miejsce i pewną kobietę kilka razy w tygodniu.

Słabe oświetlenie ulicy, mnóstwo zakątków i bram dodatkowo ułatwia ukrycie się. Minuty wloką się niemiłosiernie… Czekając na rozwój wydarzeń, wprowadziliśmy Connora i Houlta w to, co ma się wydarzyć jutro. Connor był totalnie zaskoczony, Hoult, dużo bardziej doświadczony, łatwiej ukrył swoje odczucia. Mam zresztą wrażenie, że obaj nie do końca się polubili – dla Houlta wprowadzenie Connora – znacznie mniej wyszkolonego – do grupy, którą zawsze traktował, jako specjalną, jest chyba pewnego rodzaju ujmą. Z drugiej strony Paul za niego zaręczył i choć Connor nie ma dostępu do wielu informacji, mój kuzyn darzy go sporym zaufaniem. Będę musiał mu jednak zasugerować pewne rozdzielenie ich, jeśli wcześniej lub później nie chce zaryzykować konfliktu między nimi. Może da się jakoś uniknąć zbędnych tarć, dając każdemu poczucie docenienia.

Kilka fałszywych alarmów – wychodzący z lokalu, nierzadko pijani prawie do nieprzytomności mężczyźni, w mdłym świetle bardzo przypominali Snowa. W końcu jest… Wychodzi na mocno chwiejnych nogach, w asyście dwóch innych mężczyzn. Już po minucie obaj leżą w przejściu między rozwalającymi się budynkami. Hoult i Paul szybko się nimi zajęli. Snow chyba w tym momencie trochę wytrzeźwiał, na twarzy maluje mu się strach, którego nigdy nie miałem okazji widzieć u jego ojca. Dziwne – jest niezwykle podobny do byłego prezydenta, te same oczy, kości policzkowe, usta. Ale tamten nie miał takiego okrucieństwa wypisanego na twarzy, ani tchórzostwa. Był dumny i przekonany, że wszystko, co robi, robi dla Panem. Młody działa dla siebie. I tylko dla siebie. 
– Czy wy wiecie kim jestem? – pyta drżącym głosem, kiedy silnym szarpnięciem Connor prowadzi go za róg. – Czy wy wiecie…
– Wiemy – przerywam mu krótko zimnym tonem. Jego twarz momentalnie się zmienia. Widzę, że rozpoznał mój głos, choć chyba nie potrafi go dopasować do osoby. Jest zbyt wciąż na to zbyt pijany.
– Co więcej, to właśnie na ciebie czekaliśmy – dodaję spokojnie.
– Nie wiecie z kim zadzieracie – cedzi przez zęby, szarpiąc się w uścisku Connora, przez co wygląda wręcz komicznie. W końcu żołnierz puszcza go, popychając wcześniej na ziemię i – zgodnie z umową – cofa się za mnie. Stoimy naprzeciw Snowa we trzech – Haymitch, Paul i ja. Każdy z nas od zawsze jej bronił, każdy z innych powodów. Każdy z nas ma dziś broń, każdemu zdarzyło się zabić. Jednak tym razem jest trochę inaczej – nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Zimno pistoletu przebija się nawet przez rękawiczki na dłoniach. Kiedy powoli podnoszę do góry broń, kiedy mierzę w jego kierunku, Snow zaczyna coraz rozpaczliwiej rzucać słowa:
– Ktokolwiek wam zapłacił, ja dam wam więcej. Znam ludzi, mnóstwo ludzi, znam Prezydent Panem, jest praktycznie na moich usługach. Mogę wiele – nagle milknie. Nie wiem czy właśnie doszło do niego, że nie ma szans nas przekupić, czy może w końcu skojarzył mój głos z twarzą. W ciągu sekundy widzę jak odpływa mu krew z twarzy – w żółtym świetle ulicznej lampy widać to bardzo wyraźnie.
– Jakieś ostatnie słowa? – Haymitch rzuca w jego kierunku niemal obojętnie.
– Haymitch! Co ty tutaj robisz? Stałeś się wyrzutkiem na usługach rzezimieszków?
– Jakieś ostatnie słowa? – powtarza mój mentor bardzo powoli.
Snow pluje w naszą stronę, podnosi już otrzeźwiałą twarz i patrzy mi w oczy. 
– Coś mi się zdaje – krótko się śmieje – że mój ojciec cię nie docenił, Mellark. Nie sądziłem, że za twój malutki wypadek, postanowisz aż tak bardzo mnie ukarać. Dobra, nastraszyliście mnie, punkt dla was. Nie wierzę, byś miał zamiar mnie naprawdę zabić – nie z twoim zasadami. Więc teraz grzecznie rozejdźmy się do domów – robi krok naprzód, ale widząc, że żaden z nas nie rusza się nawet na centymetr, ponownie przywiera do ściany.

Odbezpieczam broń, nie spuszczając go z oczu nawet na sekundę. 
– Przecież ona nawet cię nie kocha – mówi ledwie słyszalnym szeptem. Widać pogłoski o jego inteligencji nie były przesadzone. Mimo upojenia, rozgryzł nasze powody.
– Pozdrów ode mnie ojca – mówię, kładąc palec na spuście. 

Pada strzał. Przez moment jestem zaskoczony, przecież nie pociągnąłem za cyngiel. Odwracam się gwałtownie – w zimnym powietrzu nocy, lufa pistoletu Houlta jeszcze dymi. Nikt nic nie mówi, patrzę na niego zaskoczony. 

Odchodzimy bardzo szybko, zostawiając martwe ciało z kulą w głowie pod obdrapanym murem. Tłumik – należało o tym pomyśleć, pewnie jak o wielu innych kwestiach. Ale przede wszystkim jedno nie daje mi spokoju.
– Dlaczego? – pytam go w końcu, kiedy krótko się z nami żegna. 
– Kiedyś zrozumiesz – odpowiada tylko, powoli odchodząc. Spoglądam zaskoczony na Haymitcha. Mam nadzieję, że on mi to wyjaśni, jednak odpowiedź pada z zupełnie innej strony. 
– Gdyby wyszło na jaw, że którykolwiek z nas jest w to zamieszany… – Paul na moment zawiesza głos – zrobił to, co musiał. 
– Zabił za mnie? – nie mieści mi się to w głowie.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz – mówi cicho Haymitch, kiedy kierujemy się w stronę domu Zacka. 

117: Mellark na prezydenta

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w piątek. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

 

Jest ciemno i zimno, nieprzyjemny wiatr plącze mi się we włosach. Temperatury w Kapitolu zmieniają się szybko – ciepły dzień i bardzo chłodna noc są ponoć normą o tej porze. Dobrze, że choć nie ma tu śniegu, ale niestety, wojskowa kurtka, jaką założyłam, nie zapewnia takiej ochrony przed chłodem, jakiej bym chciała. Przyśpieszam kroku, licząc na to, że choć odrobinę się rozgrzeję, a im jestem bliżej bramy, tym większy ogarnia mnie niepokój i… wściekłość.
– Co ty tutaj robisz? – wyparowuję od razu, jeszcze będąc kilka kroków od obu czekających na mnie mężczyzn. Jego sylwetkę poznam wszędzie. Choć on jest ciepło ubrany – wylot z zimnej Dwunastki dał mu w tym momencie przewagę.
– Mamy problem – oświadcza tak spokojnie, jakby mnie informował, co jadł na śniadanie.
– O tak, z tobą! – syczę. – Czemu jesteś taki uparty, prosiłam cię byś został w domu! – gdyby nie to, że plac nie jest pusty, pewnie pozwoliłabym sobie na krzyk, ale nie chcę robić sceny, nie chcę dawać okazji do plotek. Równocześnie nie przypuszczałam, że może być tak nieodpowiedzialny. Chce mi coś udowodnić? Albo może sobie?
– Katniss – mówi ciepło, ale w jego oczach widzę smutek – naprawdę mamy problem. Zawołaj wszystkich, musimy znaleźć jakieś spokojne miejsce i porozmawiać.
– A tutaj nie możemy? – wskazuję mocnym wymachem ręki na Pałac Prezydencki.
– Tutaj na pewno nie, to byłby kiepski pomysł – odpowiada stanowczo. Czuję, że przechodzą mi ciarki po plecach, które wzmagają się, gdy Peeta dodaje – musimy mieć absolutną pewność, że nie jesteśmy podsłuchiwani. 
Patrzę na niego zaskoczona, Paul i Zack również. Nawet jeśli do niego też jakimś cudem dotarł raport Beetee’ego, to na pewno przed wylotem nie zdążył zobaczyć postulatów Paylor. Nadto one też nie byłyby wystarczającym powodem, by wyruszył do Kapitolu, mając świadomość, że jest tu wystarczająco silna grupa, by powstrzymać ambitną przywódczynię. Czyżby więc teraz pojawiła mu się jakaś kolejna obsesja?
– Peeta, domyślam się, że musisz mieć diablo ważny powód, skoro odważyłeś się złamać zakaz Katniss? – ciszę między nami przerywa Haymitch, podchodząc bliżej. Nawet ja rozpoznaję ironię w  jego głosie. Wiem, że trafia we mnie, nie w niego – dlatego mam ochotę odpowiedzieć w podobnym tonie, ale miny Johanny, Beetee’ego i Annie powstrzymują mnie. Peeta milczy – w przeciwieństwie do mnie, na nim najwyraźniej hasło Haymitcha nie zrobiło wrażenia. Albo… Cholera, albo jest prawdziwe. Jakimś cudem z nieprzeniknionego dla mnie wyrazu twarzy Peety, nasz mentor wyczytał znacznie więcej.
– Co w takim razie proponujesz? – ton głosu Abernathy’ego potwierdza tylko moje przypuszczenia – on wie, że Peetę musiało sprowadzić tutaj coś naprawdę ważnego. Chłopak przez chwilę się rozgląda, gdy nagle słyszymy:
– Zapraszam do mnie, mieszkamy skromnie ale… – Karel nagle przerywa, jakby uznał, że wyrwał się z czymś niestosownym.
– Dziękujemy. Prowadź – po minie Peety widzę, że na taką propozycję liczył. 

Idziemy powoli przez noc, ramię w ramię. Mimo wojskowych butów, jakimś cudem udaje się nam przejść stosunkowo cicho uliczkami Kapitolu. Jego ciepła dłoń delikatnie muska moją, powodując przyjemne łaskotanie. Chcę zapleść nasze palce, sięgam po jego rękę, ale po raz kolejny przypominam sobie, że jestem na niego zła i rezygnuję. W tym samym momencie czuję, że okrywa moje ramiona i plecy swoim szalikiem. W środku rozpływa mi się ciepło – jeszcze nie od szala, ale od prostego gestu, który oznacza, że o mnie dba, że nawet gdy się nie skarżę, wie, że zdążyłam zmarznąć. I robi cokolwiek, by mi pomóc. Znów się łamię, ale… To byłoby za łatwe, zbyt proste. Nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że ryzykuje, że o siebie nie dba…

Mieszkanie Zacka znajduje się w dużym szarym wieżowcu, na osiedlu pełnym takich samych bloków. Nigdy nie mieszkałam w czymś takim – domy w Dwunastce są niskie, nawet te w miasteczku nie przekraczają dwóch pięter. Z kolei apartamentowce w jakich zatrzymują się w Kapitolu Zwycięzcy, są zupełnie inne – to nie blokowiska, ale strzeliste błękitne budynki oddalone od siebie tak, by nie zasłaniały sobie widoku, w otoczeniu podkreślającym luksus, nawet gdy w oknach i tak można pokazać dowolny widok, jaki tylko mieszkaniec sobie wymarzy.
Jedziemy windą na 8 piętro do malutkiego mieszkanka. Dwa niewielkie pokoje, kuchnia i łazienka z niezwykle prostym umeblowaniem, bez zbędnych ozdób na ścianach – całość bardzo przypomina mój dom rodzinny, aż się uśmiecham. Nie sądziłam, że czasem Kapitol może być tak bliski Dwunastce, że życie nie wszystkich jego mieszkańców jest tak różowe, jak dotąd sądziłam. Nasz gospodarz, wyraźnie zakłopotany tym, jak niewiele posiada, chce coś powiedzieć, ale Haymitch jest o wiele szybszy.
– Idealnie, dziękujemy za gościnę.
– Zack, zostawisz nas samych? – dodaje spokojnie Peeta. 
Żołnierz kiwa tylko głową i bez słowa wychodzi, zabierając ze sobą siostrę. Cisza, która nagle zapadła po ich wyjściu, zaskakująco bardzo mi ciąży. W końcu przerywa ją Paul:
– Peeta? – nie mówi nic więcej, ale udało mu się zawrzeć w tym jednym prostym słowie wszystko, o co chcemy zapytać. 
– Lepiej usiądźcie – Peeta czeka chwilę nim wypełnimy jego prośbę, dając do zrozumienia, że czeka nas długa i poważna rozmowa. Siadam po turecku na podłodze, łokcie opieram na kolanach, a brodę na dłoniach. Patrzę w podłogę – nadal jestem na niego zła – a gdyby mu się coś stało, gdyby jego rana w czasie podróży się otworzyła? Mógłby nie zdążyć tu dolecieć, zamiast tego, po drodze, skutecznie by się wykrwawił… Co może być tak poważnego, żeby nie mogło zaczekać na nasz powrót? Żeby dla tego czegoś ryzykować życie?! Przenoszę wzrok na Peetę i z zaskoczeniem orientuję się, że stoi naprzeciw mnie. Dochodzi do mnie też, że musiał przed chwilą coś powiedzieć, a po twarzach pozostałych widzę, że nie było to nic dobrego.
– Co mówiłeś? – pytam odruchowo, ale już po chwili tego żałuję. Peeta patrzy na mnie uważnie, ale nie ma w tym spojrzeniu ciepła, do jakiego zdążyłam się przyzwyczaić. Haymitch i Johanna spoglądają na mnie z wysoko uniesionymi brwiami, Paul ciężko wzdycha, a Beetee patrzy w stronę okna. Wreszcie Annie odpowiada na moje pytanie:
– Gale przyszedł do Peety zaraz po waszym wyjeździe i zdradził mu parę istotnych dla nas wszystkich informacji, Katniss – chociaż ona mówi cicho i spokojnie. 
– Gale? – wyrywa mi się w zdumieniu.
– Tak – głośne westchnięcie Peety jest aż nadto czytelne. – Ale możesz na moment przestać o nim myśleć? Choć na chwilę, byłbym wdzięczny – nienawidzę tych nut w jego głosie. Tego chłodu, tej stanowczości podszytej wyższością.
– Nie myślałam o Gale’u – bronię się natychmiast, choć dociera do mnie, że w tym stanie chyba i tak go nie przekonam.
– To niby o czym, a może raczej… o kim? – nagle ton zmienił się na ten zniecierpliwiony, którego używał ostatnio w domu.
– O tobie, idioto – cedzę przez mocno zaciśnięte zęby. Gdy tylko kończę, wiem, że popełniłam błąd. To nigdy nie działało… Peeta śmieje się krótko.
– W to akurat nie uwierzę, Everdeen – czuję jak oczy mi się rozszerzają – nie pamiętam, kiedy ostatnio Peeta powiedział do mnie po nazwisku. Zaczynam się bać – już nie o niego, ale jego…
– Dobra gołąbeczki – Haymitch musiał zauważyć to samo, bo szybko podnosi się z krzesła. – Problemy między wami wyjaśnicie sobie potem, teraz mamy chyba poważniejsze sprawy.
– Nie ma żadnego „my”, Haymitch – lodowaty ton Peety upewnia mnie w moich podejrzeniach, w moim lęku.
– O czym ty mówisz? – wyduszam z siebie ledwie słyszalnie.
Peeta nawet na mnie nie patrzy, spogląda w okno naprzeciw siebie. Dłonie schował głęboko w kieszeniach, stoi pewnie na szeroko rozstawionych nogach. Wiem co się z nim dzieje, wiem, że muszę zareagować nim będzie za późno. Powoli wstaję i podchodzę do niego, stając naprzeciw, by wymusić spojrzenie na mnie. Mętny wzrok, chłód w oczach, rozszerzone źrenice – dokładnie tego się obawiałam… Przełykam głośno ślinę, oszczędnym gestem daję znać wszystkim, by wyszli. Nie wiem jak to się skończy, nie muszą być tego świadkami. Kątem oka widzę, że mnie posłuchali, pozostawiając nas samych. Nie, nie samych – uświadamiam sobie, że w pokoju jest Haymitch, stoi w lekkim rozkroku, poza polem widzenia Peety. Wie równie dobrze jak ja, że mój narzeczony jest o krok od zapadnięcia się, więc postanowił zostać, na wszelki wypadek. Widział swego podopiecznego w tym stanie już nieraz, nie będę się upierać, by wyszedł – jeśli będzie naprawdę źle, może być moim ratunkiem.
– Peeta – delikatnie dotykam jego ramienia. Nie reaguje, więc powtarzam jego imię, nie spuszczając z niego wzroku.
– Słucham – ma taką minę, taki ton jakby rozmawiał z kimś gorszym od siebie… 
– Jak to „nie ma nas”? – widzę, że jego wzrok na chwilę przytomnieje, łapię się nadziei, jaką mi to daje, choć słowa, które po tym następują ranią:
– A jesteśmy jacyś „my”? Katniss, jak wygląda to „nasze życie” przez ostatnie kilka tygodni? Myślisz, że jestem ślepy? Naiwny może, ale bez przesady! Najchętniej znikasz z domu, trzymasz się ode mnie z daleka, na każdą próbę zbliżenia się do ciebie reagujesz prawie jakbym był trędowaty. Jasno dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego! „Nasze życie” skończyło się w najlepszym razie po wypisie ze szpitala i przestań wreszcie udawać, że jest inaczej! – oczy znów mu ciemnieją, nie mam zbyt wiele czasu.
– Czyli to sobie wymyśliłeś w tej swojej główce, zamykając się na klucz w pracowni?! – palcem wskazującym uderzam go w czoło. Momentalnie łapie mnie za rękę i mocno odpycha na kanapę stojącą po lewej stronie. Instynktownie, chcąc uniknąć upadku, łapię go za nadgarstek. Jednak pchnięcie było mocne, nie jestem w stanie utrzymać równowagi. Tym sposobem upadam plecami na kanapę, a Peeta ląduje na mnie – zaskoczony nie zdołał utrzymać się na nogach. Jego twarz jest kilka centymetrów od mojej – czuję ciepły oddech, a moje ciało reaguje natychmiast. To właśnie dlatego przez ostatnie tygodnie unikałam takich sytuacji – niesamowicie tęsknię za jego dotykiem, za smakiem jego ust, za tym cudownym uczuciem, jakie daje mi kontakt z jego ciałem. Ale jednocześnie wiem, że to może mu tylko zaszkodzić, więc każdego dnia ze sobą walczyłam, dlatego uciekałam do lasu, dlatego wiele spraw zajmowało mi więcej czasu niż powinno. A teraz, w jednej chwili cały mój wysiłek, cała rezygnacja może pójść na marne. Jeśli Peeta przesunie się choć o centymetr, mogę nie być w stanie powstrzymać się. Słyszę jak głośno przełyka ślinę, widzę w jego oczach to, co widywałam nieraz, praktycznie każdej nocy, przez ostatnie trzy tygodnie. Rosnące pożądanie. 
– Jak to nie ma żadnego „my”? – ponawiam pytanie, tym razem szeptem. Haymitch, stojący w pobliżu drzwi nie musi słyszeć naszej rozmowy, a Peeta jest tak blisko, że na pewno mnie usłyszy.
– A jesteśmy? Unikasz mnie jak ognia, myślisz, że nie domyślam się jak bardzo jestem dla ciebie odpychający?
– A nie przyszło ci do głowy…
– Jedyna rzecz, jaka mi teraz przychodzi do głowy, to… Zresztą, nieważne – chce się podnieść, mocno wspiera się na ręce, a równocześnie delikatnie muska moje udo. Spogląda mi w oczy – widzę w nich odbicie moich odczuć i delikatnie unoszę głowę. Pierwsze muśnięcie jego ust jest delikatne, przelotne, niepewne. Kolejne, połączone z dłonią sunącą po moim udzie, rozpala mnie momentalnie. Ale refleksja o miejscu gdzie się znajdujemy przychodzi natychmiast, zaplatam dłonie na jego szyi i bardzo cicho mówię:
– Kocham cię.
– Ja ciebie też – odpowiada już ciepłym, dobrze mi znanym, głosem. Oczy też wyglądają normalnie – wrócił do rzeczywistości, do mnie.
– I nie chcę ci zrobić krzywdy – mówię spokojnie. 
– Ale ja bym chciał – odpowiada, przygryzając moje ucho. 
– Wrócimy do tej rozmowy później?
– Zawsze – szepcze, siadając obok mnie, a Haymitch otwiera drzwi wołając resztę. Widzę, że policzki Peety zaróżowiły się lekko – w przeciwieństwie do mnie, nie miał świadomości, że mamy świadka. Ale brak innej reakcji z jego strony pokazuje, że świetnie rozumie, czemu go mieliśmy.

Peeta delikatnie trzyma mnie za rękę kontynuując swoją opowieść. Gdy kończy, nikt się nie odzywa.
– Czyli Gale powiedział, że Paylor chce się zrzec władzy na twoją korzyść? – Beetee pyta w zamyśleniu. – Dokładnie tak – potwierdza Peeta.- Jutro ma ogłosić, że chce, by Mellark został prezydentem.

Delikatny uśmiech wypływa na twarz Beetee’ego. 

116: Wnuczka Snowa

Witajcie. 

Dziękujemy za ostatnie pół roku. Za to, że z nami jesteście, że czytacie i komentujecie- dziękujemy za wszystko. Jednocześnie zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka we wtorek. Pozdrawiamy ciepło.

A. & A. 

 

Siedzę w starym, wysłużonym fotelu. W powietrzu unosi się dobrze mi znany, chemiczny zapach farb i rozpuszczalników. Kiedyś, na samym początku, drażnił mnie tłumiąc wszystko inne, co znałem – ostra woń terpentyny potrafi przebić wszystko. Albo raczej potrafiła – dziś przyzwyczaiłem się do niej tak, że niemal jej nie czuję… W ręce ściskam pędzel i patrzę na puste płótno, rozpięte na sztalugach przede mną. Od kilku dni nie jestem w stanie nic namalować. Nie, nie od dni – to już trwa kilka tygodni. Wchodzę do pracowni, rozrabiam farby, a potem następuje jakaś pustka, której nie umiem ani wyrazić, ani zapełnić. Czasem zamiast pustki pojawia się chaos – próba wizualizacji tamtych uczuć skończyła się pociętym płótnem, bo sam nie miałem ochoty na to patrzeć.

Powrót do Dwunastki miał być dla mnie – miałem odpoczywać i wracać do zdrowia w domu, wśród ludzi, którym ufam, w miejscach, które znam. Nie sądziłem tylko, że Katniss tak głęboko weźmie sobie do serca zalecenia lekarza. Na nic mi nie pozwala, najchętniej przykułaby mnie do łóżka, a mnie takie lenistwo bawiło tylko przez pierwsze kilka dni. Nie rób tego, nie rób tamtego – przedrzeźniam ją w myślach… Ona chyba kompletnie nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mnie wkurza to, co robi. Z jednej strony wiem, że kieruje nią strach o mnie, ale z drugiej… Cholera, nie jestem małym dzieckiem, wiem na co mogę sobie pozwolić. Rana mnie już prawie nie boli, bardzo dobrze się goi – czasem tylko, gdy za bardzo naciągnę brzuch, czuję ją, ale to wszystko. A tymczasem wszyscy nadal traktują mnie jak obłożnie chorego. I jeszcze ten ich wyjazd!
Zostaniesz tutaj, mama się tobą zaopiekuje – słyszałem w jej głosie troskę, słyszałem miłość, ale i tak jej słowa wytrąciły mnie z równowagi. Jak ona może mnie tak traktować?! To wtedy po raz pierwszy zamknąłem się w pracowni na klucz – chciałem pomyśleć, ale też uspokoić się. A teraz jakoś weszło mi to w nawyk. Zamykam drzwi, odgradzam się od całego tego zamieszania, od współczucia, czasem mam wrażenie, że wręcz litości. Odgradzam się też od niej. 

Słyszę jak mnie woła, jak krzyczy na cały dom, że muszą już ruszać. Powinienem wyjść, ale nie mam ochoty wstać z tego fotela i się z nią żegnać. O nie, traktuje mnie jakbym miał zaraz umrzeć, jakby najmniejszy ruch miałby spowodować powrót do szpitalnego łóżka. Nie pójdę do niej, nie mam ochoty wysłuchiwać znów listy rad i zakazów. Już dawno mnie to nie bawi…

Może jednak trzeba było iść, powiedzieć jej, że jest ze mną już o wiele lepiej, że nie potrzebuję opieki przez całą dobę… No może poza jej opieką. Jej obecności, dotyku, ciepła brakuje mi najbardziej. Nie wiem, czy przez to, że widziała mnie chorego nabrała do mnie jakiegoś… obrzydzenia? To chyba boli mnie najbardziej – Katniss, od czasu powrotu do domu, pozwala się dotknąć tylko kiedy idziemy spać. I to właściwie przelotnie – krótki pocałunek w policzek, lekkie przytulenie. W szpitalu była bardziej namiętna! A ja tęsknię za smakiem jej ciała, za jej dotykiem. Setki razy próbowałem dać jej do zrozumienia, jak bardzo jej pragnę, ale za każdym razem na nic nie pozwalała. Już nie mówię o zbliżeniu – mam świadomość, że to mogłoby się jeszcze różnie skończyć, ale nie sądzę, by pieszczoty pocałunki i przytulenia były problemem. Chyba, że wcale nie o to chodzi… Znam motywy Gale’a, wiem dlaczego usłyszałem tamte słowa, ale coraz mocniej kiełkuje we mnie podejrzenie, że może jednak… Może Katniss dała mu się pocieszyć… 
Po raz kolejny ogarnia mnie to uczucie. Znam je doskonale, wiem co się zaraz stanie i już chyba nawet nie staram się tego powstrzymać. Najpierw przeraźliwy lęk, potem złość przechodząca w furię, której nieustannie towarzyszą te jasne, błyszczące przebłyski. Świat robi się taki nierzeczywisty, niematerialny, czuję niemal fizycznie w przedramieniu przenikliwy chłód, rozprowadzający lodowate zimno po całym moim ciele. Przed oczami znów migają mi światła, obrazy. Ale nie są takie jak wtedy, gdy byłem przekonany, że jestem w galerii… Te raczej przypominają bezlitośnie tamtą przeklętą jesień, gdy przywiązany do fotela oglądałem Katniss na monitorze powieszonym centralnie przede mną, bez możliwości ucieczki wzrokiem, bez szans na zamknięcie oczu. A w tle słyszałem krzyki Johanny i zimny, szyderczy śmiech Snowa… Wspomnienia uderzają mnie, otaczają… Wstaję i walę pięścią w ścianę – krótki ból przywraca mnie na tyle do rzeczywistości, że postanawiam walczyć – mocniej zaciskam dłonie na oparciu stojącego obok krzesła. Zmieniłem zdanie, nie chcę dać się zawładnąć tym przebłyskom, ale to takie trudne… Zapadam się…

Mocny uścisk na ramieniu zdawał się złudą, ale silny cios w szczękę, który posyła mnie z powrotem na fotel, momentalnie przywraca mnie do rzeczywistości. Spoglądam zaskoczony na mojego gościa, a na jego twarzy też gości niedowierzanie. Na szczęście doskonale wiedział, co się ze mną dzieje i co trzeba zrobić żeby wyrwać mnie z macek Snowa…
– Już lepiej? – pytanie dochodzi do mnie jakby z oddali.
– Tak, dzięki – odpowiadam drżącym głosem. Nachylam się do przodu – mam zimne ręce, w zetknięciu z rozgrzaną skórą twarzy, przynoszą mi ukojenie.
– Myślałem, że to już za tobą – patrzy na mnie dziwnie, jakby nie był pewien co powinien zrobić.
– To chyba nigdy nie będzie za mną – podnoszę na niego wzrok. – Są dobre momenty, kiedy przez wiele dni jest spokój, najczęściej wtedy, gdy jest przy mnie. Ale jak jej nie ma, to…
– Właśnie widzę – przerywa mi, uwalniając od dalszego tłumaczenia.
– Katniss nie ma – przyglądam mu się uważnie. Gdzieś, z tyłu głowy, ponownie zaczyna kiełkować tamta nieznośna myśl.
– Wiem – odpowiada mi spokojnie, siadając na krześle. – Przyjechałem do ciebie.
– Do mnie? Tobie też kazała mnie pilnować? – nie mam pojęcia jaki interes może mieć co mnie Hawthorne.
– Nie schlebiaj sobie – mówi z delikatnym uśmiechem, który jednak szybko znika – pojawił się pewien problem, nawet poważny.  Pomyślałem, że po pierwsze powinniście wiedzieć, a po drugie – ty możesz mi pomóc
– Co się dzieje?
– Będziemy tak siedzieć i gadać tutaj, czy może raczej siądziemy w kuchni… – zawiesza głos, a do mnie po chwili dociera o czym mówi. Wstaję powoli, a już moment później siedzimy ze szklaneczkami z nalewką mamy. Kiedy Gale kończy swoją opowieść, wiem, że jego pomysł z napiciem się czegoś mocniejszego, był trafiony. Czy my kiedykolwiek zaznamy spokoju?

Gale nie miał większego wyboru – chcąc z nami porozmawiać, musiał przyjechać do mnie. Każda jego próba zbliżenia się do Katniss była śledzona przez Paylor i natychmiast udaremniana. Pani Prezydent okazała się być strasznie zazdrosna, wyczulona na jakiekolwiek ich kontakty (jak się okazuje nie tylko ja mam z tym problem), a dodatkowo jej podejście do władzy zaczyna przeradzać się w obsesję. Gale ucieszył się, kiedy odsunęliśmy jego dziewczynę od kierowania państwem. Miał nadzieję, że dzięki temu ona zrozumie, że może pora na inne życie – u jego boku, spokojne, bez ciągłych przepychanek w Kapitolu i problemów w dystryktach. Ale kiedy zaczęli ich odwiedzać różni ludzie, kiedy zaczęła się z nimi zamykać, prowadzić długie i tajemnicze dyskusje, zrozumiał – Paylor łatwo władzy nie odda. To, co zrobiliśmy, było dla niej jak policzek. W połączeniu z jej dumą i ambicją dało to mieszankę wybuchową – poprzysięgła nam zemstę i według wiedzy Gale’a – konsekwentnie realizuje swój plan.  Najgorsze jest jednak to, że ona chyba planowała to od dawna. Chciała zniszczyć Zwycięzców. Nie wiem skąd w niej tyle nienawiści do nas, co ją motywuje, ale miała swój spory udział w prześladowaniu Annie, a podsyłanie Beetee’emu fałszywych raportów, podsycanie napięć w dystryktach, ciche poparcie dla właścicieli fabryk w sprawie nielegalnych form opłat dla pracowników, były już całkowicie jej działaniem. A ostatni pomysł… Muszę przyznać – jest genialny. Posadzenie mnie w fotelu prezydenta, a następnie udowodnienie mojego szaleństwa – na oczach całego państwa. Nie potrzebowałaby niczego więcej.
– Jesteś tego pewien? – to tak nieprawdopodobne, że aż musi być prawdziwie.
– Niestety tak.
– I nadal z nią jesteś? – to nie moja sprawa, ale…  Gale krótko się śmieje, nim odpowiada:
– Wiem, że w tej chwili trudno w to uwierzyć, ale – w głębi serca – to dobra dziewczyna. Nie zapominaj też, że to pomysł młodego Snowa – to wytrawny polityk i świetny znawca ludzi. Jedyną winą Paylor jest to, że dała się mu omamić. Dlatego, kiedy tylko dowiedziałem się co się dzieje, zdecydowałem, że musicie się dowiedzieć i coś z tym zrobić. Nim on was wszystkich pozabija… Wiesz co jest w tym najdziwniejsze – oni byli pewni reakcji Katniss na twój postrzał, byli pewni, że ona się załamie. Byli też pewni, że przeżyjesz – podobno dokładnie za to zapłacili snajperowi.
– Dlaczego? Przecież mogli się już wtedy skutecznie mnie pozbyć.
– Są dwa powody. Po pierwsze to miał być krok do wyeliminowania Katniss bez zrobienia z niej męczennicy. Po tym wszystkim miała uchodzić za szaloną, a zamiast tego – znów uchodzi za szaleńczo zakochaną. A drugi powód jest dość osobisty. Wiesz, że Snow miał wnuczkę?
– Coś mi się kojarzy…
– Była nawet na jego pogrzebie – jej zdjęcie obiegło chyba wszystkie media. I ona była tym drugim powodem, dla którego miałeś przeżyć. Za wszelką cenę – patrzę ogłupiały na Gale’a. Ja bywam szalony, ale on chyba też. Odpowiada mi śmiechem.
– Wiem co myślisz. Ale ta dziewczyna jest w tobie zakochana – nastoletnią miłością, która nie zna barier. Kiedyś słyszałem nawet jak mówiła do Paylor, że zostaniesz jej mężem… Młody Snow wiedział, że jego córka ciężko przeżyje twoją śmierć, więc cię ocalił… Ale zostawienie cię przy życiu nie oznacza zostawienia was w spokoju. A usunięcie Katniss na pewno nie zmartwi jego latorośli.
– Mają rację – dociera do mnie sedno planu.
– Co masz na myśli? – patrzy na mnie zaskoczony. Wypowiedziałem tylko końcówkę swoich przemyśleń…
– Jeśli ją zabiją, nie będą musieli udowadniać mojego szaleństwa. Ja bez niej nie potrafię żyć…
– Peeta, Paylor jutro chce zrzec się władzy na twoją korzyść. Chce oddać ci panowanie w Panem. I tylko ty możesz w jakikolwiek sposób udaremnić jej plan.
– Co mam zrobić? Masz jakiś genialny pomysł? – automatycznie podnoszę głos – sama myśl o tym, że Paylor i syn Snowa planują zabicie Katniss jest dla mnie wystarczająco przerażająca. – Mam ją trzymać w pancerzu ochronnym, czy zamknąć na klucz pod opieką tuzina ochroniarzy?
– Nie wiem. Uwierz mi, że gdybym wiedział, sam bym to zrobił.
– Domyślam się – zwracam się do niego ironicznie. – A tak w ogóle, nie powiedziałeś mi dlaczego Paylor chce odejść na rok? O takim czasie wspomniałeś…
– Bo jej kazałem, a w tej kwestii mam decydujące zdanie – odpowiada, a na jego twarzy widzę jakiś rodzaj dumy.
– Powiesz coś więcej? Tyle planów, tyle wysiłku, a nagle oddają nam rok? Na co? Na naprawienie tego, co zepsuli?
– Paylor potrzebuje tego roku. Nie – my potrzebujemy tego roku… Nasze dziecko go potrzebuje.
– Dziecko?
– Tak, Paylor jest w ciąży. Rodzi na początku wakacji – spogląda na mnie z ukosa, delikatny uśmiech wypływa na jego twarz. – Na razie nikt o tym nie wie – zastrzega od razu.
– Gratuluję – wstaję, by uścisnąć mu dłoń – ożenisz się z nią?
– Chciałbym, choć nie wiem, czy ona tego zechce. Jest bardzo niezależna, acz przed ciążą wspominała coś o wspólnym życiu. Choć to było dawno… 

Schen i moja przyszła teściowa nie są zbyt zadowoleni z tego, że chcę lecieć do Kapitolu. Jeszcze mniej z tego, z kim tam lecę, ale nie dyskutują. Jest już ciemno, kiedy podchodzę pod bramy Pałacu, natykając się na Paula. I nie mam wątpliwości co maluje się w jego oczach na mój widok.

Spotkanie Czytelników

Witamy serdecznie.

Mamy zaszczyt zaprosić wszystkich chętnych na spotkanie Czytelników bloga. 

Odbędzie się ono w Krakowie w dniu 27 czerwca od 17:30 – której będziemy chcieć . Wstępna propozycja Malaga, na Rynku Głównym.

Osoby chętne proszone są o komentarz poniżej, żebyśmy wiedziały ile miejsc zarezerwować.

Bardzo chcemy Was poznać, jeśli i Wy macie na to ochotę to ZAPRASZAMY 

115: Plan Paylor

Witajcie.

W związku z tym, że Anna ma od wczoraj urlop, notki przez najbliższe dwa tygodnie, będą pojawiać się rzadziej. Najbliższą mam nadzieję, opublikujemy w niedzielę. Gdyby to miało się zmienić- na pewno Was o tym poinformuję. 

A tymczasem- zapraszam serdecznie do czytania i komentowania.

Pozdrawiam ciepło

A. & A.

 

– Uspokój się – Johanna głaszcze Annie delikatnie po plecach. – Zajmiemy się tym z Katniss, a ty zostań tutaj. Dobrze? – kończy uważnie przyglądając się roztrzęsionej przyjaciółce. Ta nie odpowiada, kiwa tylko potakująco głową, a w jej oczach nadal gości przerażenie. Pozostałe osoby zebrane w sali nie mają pojęcia o co nam chodzi – Beetee patrzy na nas zaniepokojony, Paylor raczej wściekła.

Jesteśmy już prawie przy drzwiach – przed chwilą Paul potwierdził nam zatrzymanie kobiety w czerni i doprowadzenie jej do pokoju przesłuchań. Jednak coś nie daje mi spokoju – odwracam się powoli, spoglądam na Paylor i pytam:
– Kto to jest?
– O kim mówisz? – nie wiem czy nie rozumie pytania, czy tylko udaje.
– Tamta kobieta.
– Ta, którą kazałyście bezprawnie aresztować? To Claudia Black, moja współpracownica. Wcześniej była bardzo bliską współpracownicą Snowa. Zostawiłam ją tutaj, bo dużo wiedziała, mogła mi się przydać.
– Kiepsko dobierasz sobie współpracowników, bardzo kiepsko – kręcę z niedowierzaniem głową. 

Schodzimy szybko po długich schodach, kiedy ktoś mocno łapie mnie za ramię. Odwracam momentalnie głowę. 
– Jesteście pewne? – Haymitch mówi cicho, ale zdecydowanie. Wiem, że błędne oskarżenie mogłoby nas sporo kosztować, ale on widział tylko jeden list, a my o wiele więcej. Ten charakter pisma rozpoznam wszędzie.
– Absolutnie – odpowiada mu Johanna.
– W takim razie pora porozmawiać z panią Black, ale wcześniej musimy się czegoś o niej dowiedzieć. 

Beetee jest niezawodny – w ciągu pół godziny znamy cały życiorys Claudii Black. To pochodząca z zamożnej rodziny, bardzo dobrze wykształcona Kapitolinka. Nie ma męża, ani dzieci. Podobno była jakąś daleką rodziną Snowa i to z tego powodu znalazła tutaj pracę. Jej ulubieńcem szybko stał się Finnick – z zebranych dokumentów jasno wynika, że wydała dużą część swojego majątku na spotkania z Odaire’em. Co ciekawe – w czasie Igrzysk Ćwierćwiecza, to m.in. jej finansowe wsparcie pomogło nam na arenie. Natomiast po tym jak w całym Panem pokazano relację ze ślubu Finnicka i Annie, targnęła się na życie i trafiła na trzy tygodnie do szpitala z głębokim załamaniem nerwowym. Ciążę Annie odkryła na pierwszej Radzie. I pewnie wtedy urodził się w jej głowie pomysł pozbawienia Annie dziecka. 

– Idę z wami – Haymitch wstaje ciężko z krzesła, dołączając do nas w drodze do sali przesłuchań, w której została zamknięta Black. Początkowo mam ochotę powiedzieć mu, że to nie jego sprawa, ale po chwili dochodzi do mnie, że dla niego Finnick był tak samo ważny, jak dla nas. Przez lata łączyła ich silna przyjaźń, więc to sprawa pewnego długu i honoru.

Drzwi otwierają się z cichym kliknięciem. Kobieta siedzi na prostym krześle przysuniętym do kwadratowego szarego stolika. Łokcie oparła na blacie, przez co rękawy jej sukienki rozwinęły się spływając w dół. Wygląda jak wielki nietoperz, a kruczoczarne szponiaste paznokcie, które wystają spomiędzy jej włosów, w które zanurzyła dłonie, tylko potęgują ten efekt. Gdyby nie świadomość tego, co robiła, może byłoby mi jej nawet żal – wygląda… tragicznie. Ale w tym momencie nie budzi żadnego współczucia.
Gdy wchodzimy do pokoju, choć niewątpliwie słyszy nasze kroki, nie reaguje. Siadamy z Johanną naprzeciw niej, a Haymitch staje pod ścianą, uważnie przyglądając się tej scenie.
– Myślałaś, że nie rozpoznamy twojego charakteru pisma? – Johanna od razu przechodzi do ataku.
– Nie sądziłam – Black podnosi powoli głowę patrząc na nas zimnym wzrokiem – że ta wariatka pokazała komukolwiek moje listy.
– Nawet gdyby nam ich nie pokazała, to nie sądzisz, że sama rozpoznałaby twój charakter pisma? – staram się, by mój głos brzmiał pewnie, ale jestem tak zdenerwowana, że z ledwością mi się to udaje.
– Ktoś uwierzyłby takiej wariatce? – ironiczny uśmiech na jej twarzy doprowadza mnie do jeszcze większej furii. Mam niesamowitą ochotę uderzyć ją, zetrzeć go z jej twarzy. Ale z jakiegoś powodu wyraz twarzy Haymitcha mnie powstrzymuje. Tymczasem Johanna mocno wali pięściami w stół i przez zaciśnięte zęby stwierdza:
– Zapomniałaś o jednym – cedzi słowa bardzo powoli – my wiemy, że Annie nie jest wariatką. 
– Tak, wariat wariata zawsze poprze, to nic nowego – zaczyna się głośno śmiać, a mnie aż trzęsie ze złości. Równocześnie upewniam się, że ona sama jest szalona.
– Co masz na myśli? – Haymitch ma bardzo opanowany głos, niemal obojętny. Jakby pytał o coś, co zupełnie go nie dotyczy. Mocne drgnięcie i gwałtowny obrót pokazują nam, że Claudia nie zauważyła go wcześniej – jest zaskoczona, że w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze. Jej śmiech powoli zamiera, twarz przybiera kamienny wyraz, oczy ponownie stają się zimne i skupione. Znów opiera łokcie na blacie stołu i przyglądając się Haymitchowi zaczyna na palcach wyliczankę:
– Annie… Od dawna wiadomo, że po powrocie z areny oszalała. Beetee… Plotka głosi, że ma dziwne upodobania, co nie jest zbyt dobrze widziane, nawet w Kapitolu, który rzadko się wtrąca w prywatne życie tych, którzy dają mu rozrywkę. Johanna – przenosi na nią wzrok i zawieszając głos delikatnie unosi do góry kąciki ust – biedaczka uzależniona od morfaliny, której tortury Kapitolu pomieszały w głowie wcale nie mniej niż Igrzyska Annie. Ponoć wiele miesięcy unikała prysznica, a teraz wyprowadza się ze swojego dystryktu do ubogiej Dwunastki, do jakiejś chaty. Haymitch… Cóż, twoje uzależnienie od alkoholu jest sławne na całe Panem, a upadku ze sceny trzy lata temu nikt do dziś ci nie zapomniał. Twój ślub z Effie, która kiepskie prowadzenie się odziedziczyła po matce, też nie przyniósł ci zwolenników. I na koniec moi ulubieńcy – panna Everdeen, załamana stratą siostry, mordująca ludzi bez mrugnięcia okiem. Myślisz, że całe Panem da się po raz kolejny wyprowadzić w pole wierząc w twą dozgonną miłość do słodkiego i naiwnego Mellarka? A z kolei jego szaleństwa chyba nawet wam nie muszę udowadniać, prawda? – zaplata ręce na piersi, nie spuszczając nas z oka. Nie mam pojęcia jak zareagować na jej słowa – muszę przyznać, że w jej wypowiedzi wszystko wydaje się być bardzo spójne. Przenoszę wzrok na Haymitcha, który stoi z jedną nogą zgiętą w kolanie,  opartą o brzoskwiniowe kafelki, którymi jest wyłożona dolna część ścian pomieszczenia. Przygląda się chwilę zatrzymanej, wreszcie odpycha się od ściany, sięga po stojące obok krzesło i przenosi je bliżej stołu. Siada na nim w taki sposób, że opiera łokcie na oparciu krzesła i nadal, w ciszy, uważnie przygląda się kobiecie. 
– Dobrze to sobie wymyśliłyście – cisza zaczęła ciążyć już nawet mnie. – Nawet bardzo dobrze. Udowodnicie nasze szaleństwo, odsuniecie nas od władzy i spokojnie wprowadzicie sobie takie porządki, jakie wam odpowiadają. A raczej zrobi to Paylor… Co ci za to obiecała? Co dostaniesz za twoją pomoc… Nathaniela? – pytanie wisi w powietrzu, a mnie przechodzi zimny dreszcz na samą myśl o tym, że Paylor mogłaby posunąć się tak daleko. 

Krótka zmiana w twarzy Claudii sprawia, że mam pewność, że mentor po raz kolejny trafił w dziesiątkę. Nie odzywa się jednak, czeka na jakiś ruch z naszej strony. Johanna wzdycha w końcu ciężko i przerywa oczekiwanie – może doświadczenie w gierkach i matactwach Kapitolu ułatwiło jej oswojenie się z tą sytuacją:
– Jedna rzecz mnie zastanawia – czy Paylor postanowiła wykorzystać to, że pisałaś do Annie, czy raczej, co bardziej prawdopodobne, planowałyście to od dawna?

Znów to nieznośne milczenie – Black uparcie nie odzywa się, my również. A mnie przychodzi do głowy, że Paylor naprawdę mogła to od dawna planować. Doskonale zdawała sobie sprawę, że taki list nas przerazi, że będziemy starali się ukryć Annie. Niemal naturalna była moja opieka nad nią, a wówczas pewnie i Peety. Dzięki temu mogła się łatwo pozbyć trzech członków Rady, zapewniając sobie łatwość wprowadzania własnych pomysłów.

– Kiedy zorientowałaś się jak bardzo jesteś obojętna Finnickowi? – proste, delikatnie przerobione zdanie, trafia w sedno. Pamiętam je doskonale – usłyszałam je od Snowa w moim domu. Claudia reaguje podobnie jak wówczas ja – traci swoją pewność siebie.
– Pewnej nocy – mówi w końcu cicho – przez sen zawołał ją. Wtedy zrozumiałam, że moja miłość, moje pieniądze, moje poświęcenie – to wszystko jest dla niego nieważne. On kochał tylko ją, głupią wariatkę ze swojego dystryktu, a ze mną był, bo – na moment milknie, przełyka głośno – bo wuj go do tego zmusił. Jego wykorzystał, ze mnie zakpił. Powtarzał mi, że Finnick mnie kocha, że jestem dla niego ważna. Dziś wiem, że mówił to każdej z nas. Dlatego postanowiłam zbierać pewne dokumenty, które po tej całej rewolucji okazały się być wyjątkowo cenne. Pewnie nie domyślacie się nawet kto dobrze za nie zapłacił… – uśmiecha się lekko. – Oczywiście Beetee nie wiedział, od kogo je kupuje. Tak czy siak, tajemnice mojego wuja trafiły do was, a ja mogłam choć trochę na tym zarobić. Potem Paylor zaprosiła mnie do współpracy, poprosiła o pomoc i poradę. Plan wydawał się być świetny, ale nie wszystko poszło po jej myśli – uśmiecha się dziwnie. 
– Dlaczego? – wyrywa się z moich ust.
– Nie jesteście aż tak przewidywalni jak sądzili z Gale’em.
Trudno mi słyszeć jego imię w takim kontekście, choć od samego początku tej rozmowy instynktownie czułam, że padnie. Ale co innego podejrzewać, a co innego usłyszeć. Muszę pamiętać, że to było wcześniej, w ciężkim dla niego czasie, muszę opanować wzbierające emocje.
– Pytałam dlaczego to zrobiłaś? 
– Ty mnie pytasz dlaczego? A pomyślałaś, choć przez moment, że nie wszyscy pracownicy Snowa są tak dogłębnie źli jak on? Komukolwiek z was przyszło to do głowy? Nie- wszystkich nas potraktowaliście tak samo, zmuszając do biedy, upokorzeń. W przeciwieństwie do was – Paylor o nas dbała, potrafiła okazać nie tylko łaskę, ale i szacunek. Dlatego cały Kapitol ją popiera, a was pozbyłby się w najkrótszym możliwym czasie. 
– Dba o was, mając pozostałych mieszkańców Panem za nic – Johanna mówi tak, jakby stwierdzała jakiś nieistotny fakt.
– A oni są w ogóle coś warci? – powoli przestają mnie zaskakiwać takie wypowiedzi. Ludzi w Kapitolu naprawdę w to wierzą, dla nich mieszkańcy dystryktów są nikim.
– Paylor też pochodzi z dystryktów – Haymitch powoli wstaje i klepie Black po plecach.
– Ale bliżej jej do nas – odpowiada mu butnie.
– Tak, pewnie masz rację. A tymczasem dziękujemy za informacje – jednocześnie daje nam znak, że powinniśmy zakończyć rozmowę – przydadzą nam się. A ty spokojnie poczekasz sobie na rozprawę sądową w areszcie w drugim dystrykcie. 
– Wyprę się wszystkiego, co tu powiedziałam! – krzyczy gdy Hoult wraz z innym strażnikiem skuwają jej dłonie kajdankami i wyprowadzają z sali przesłuchań. – Niczego mi nie udowodnicie!
– Spodziewałem się tego, dlatego nagrałem  naszą rozmowę – tym razem to on uśmiecha się ironicznie, widząc jak Black blednie. – I powiem więcej, jestem przekonany, że udowodnimy ci o wiele więcej. Bo jak znam naszą Panią Prezydent – wszystkie dokumenty będą wskazywały na to, że sama to wszystko zaplanowałaś.
W jej oczach widzę, że ona też jest tego pewna. 

Powoli wychodzimy z sali, wracając do pomieszczenia, w którym czekają na nas pozostali. Ustalamy, że spotkanie przekładamy na jutro, że powinniśmy przyjrzeć się propozycjom Paylor. Niezależnie od wszystkiego przez wiele miesięcy udało się jej utrzymać kraj we względnym spokoju, więc ma w tym zakresie większe niż my doświadczenie – może na liście znajdzie się coś sensownego. Czuję się bardzo zmęczona, osuwam się na najbliższe krzesło, marząc o chwili spokoju, kiedy w słuchawce słyszę Paula:
– Katniss, powinnaś tutaj przyjść.
– Co się znowu stało?

– Sama musisz to zobaczyć, bo jak ci powiem, to raczej mi nie uwierzysz – mówi lekko zdenerwowany.

114: Kobieta w czerni

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy serdecznie- A. & A. 

 

Pierwszy śnieg tego roku spadł wyjątkowo wcześnie i był zaskakująco obfity, nawet jak na Dwunasty Dystrykt. Nie pamiętam kiedy mogliśmy rzucać się śnieżkami już 25 listopada. Wchodząc do domu strzepuję z butów resztki śniegu, który nie chciał się odkleić na zewnątrz.
– Już jestem – krzyczę głośno.
– To dobrze – odpowiada mi cichym głosem. Mam wrażenie, że głos dochodzi z kuchni i momentalnie robi mi się gorąco, a w myślach zaczynam żałować naszej decyzji pozostawienia go samego w domu podczas naszej nieobecności. Mama będzie do niego zaglądać, ale – zważywszy, że ma pod opieką jeszcze Effie – może być jej trudno.
– Co robisz? – pytam rozdrażniona. Prosiłam go, by się nie ruszał z kanapy…
– Herbatę – odpowiada krótko, jakimś dziwnym tonem – jakby zdegustowanym, jakby zirytowanym. Słyszę go już od pewnego czasu… Ostatnie cztery tygodnie okazały się dla nas bardzo trudne – Peeta ciężko znosi swoją rekonwalescencję. Przyzwyczajony do pracy, ciągłego zajęcia i tego, że to on we wszystkim zawsze mi pomagał, nie może pogodzić się z faktem, że na nic mu nie pozwalam. Tymczasem ja bardzo się o niego boję – jego rana, choć umiejętnie pielęgnowana przez mamę wygląda coraz lepiej, to w praktyce jest ledwie zabliźniona,. A słowa lekarza nie zostawiały wątpliwości – Peeta ma się oszczędzać, nie wolno mu wykonywać żadnych ciężkich prac przynajmniej przez dwa miesiące, nie wolno mu dźwigać, chodzić po schodach, nadwyrężać się. Najlepiej byłoby, żeby leżał i pozwolił organizmowi na zrobienie reszty. Przez pierwszy tydzień był posłusznym pacjentem, jednak kolejne są już koszmarem.
– Nie mogłeś na mnie poczekać? – pytam ostro, ale już po chwili robi mi się głupio, że na niego naskoczyłam.
– Nie wiedziałem kiedy wrócisz – wzrusza ramionami, ale w cichym głosie wyraźnie słyszę jakiś żal. – Poza tym nie przesadzaj – czajnik nie jest ciężki, szklanka też nie.  
– Możesz mi powiedzieć – podchodzę do niego i delikatnie się przytulam – o co ci chodzi? Co się dzieje, Peeta?
– Nic – odpowiada zrezygnowany, ale zamyka mnie w ramionach. W końcu słyszę – mam dość tego, że wszyscy obchodzą się ze mną jak z jajkiem. Ciągle ktoś coś za mnie robi… Czasami zastanawiam się czy – gdyby to było możliwe – chodzilibyście za mnie do toalety – spogląda na mnie z uniesionymi brwiami. 
– Peeta – lekko gładzę go po twarzy – każdy z nas bardzo się o ciebie boi – staram się mówić spokojnie, ale i tak w moim głosie słychać drżenie. – Kochanie, nie zdajesz sobie sprawy z tego co przeszliśmy, jak czuliśmy się patrząc na ciebie podłączonego do tych wszystkich rurek i urządzeń, nie mając pojęcia, czy jeszcze otworzysz oczy – na samo wspomnienie czuję pieczenie pod powiekami. Peeta reaguje natychmiast – przyciąga mnie mocniej do siebie i zaczyna całować.
– Katniss, ja to rozumiem, naprawdę. Ale mam dość tego ciągłego traktowania mnie jak obłożnie chorego. Chcę z wami jechać – słyszę to po raz kolejny w tym tygodniu. 
– Peeta, wielogodzinna podróż, nawet poduszkowcem, a potem wyczerpująca Rada, nie jest dobrym pomysłem w twoim stanie. Przykro mi, ale to już postanowione.
– Jak wolisz – rzuca krótko wypuszczając mnie z ramion i znika w swojej pracowni. 

– Coś taka zła?
– Nieważne – burczę. Wiem, to nie wina Johanny, to Peeta wprawił mnie w taki nastrój. Kolejny dzień spędził w swojej pracowni, zamykając wcześniej drzwi. Nawet nie wyszedł się ze mną pożegnać. Coraz bardziej się o niego martwię, a równocześnie mam poczucie, że zachowuje się jak dziecko, jakby nie rozumiał…
– Znów to samo? – Johanna dobrze zna całą sytuacją, więc kiwam tylko przytakująco głową.
Całą podróż do Kapitolu rozmawiamy o nim. Johanna jest tego samego zdania co ja – lekarz wyraźnie kazał mu się oszczędzać, dlatego Peeta powinien leżeć i odpoczywać, żeby rana spokojnie się zagoiła. Jego organizm jest wyczerpany po dwóch ciężkich operacjach i powikłaniach, więc musi mieć czas na powrót do normalności. Paul próbuje nas przekonać, że może trochę przesadzamy, choć przyznaje, że w takich sytuacjach lepiej zachować ostrożność. Za to Haymitch uparcie milczy.
– A może ty coś powiesz? – rzucam opryskliwie w jego stronę widząc ironiczny uśmiech.
– Nic się nie zmieniłaś Katniss. Czy choć przez moment zastanowiłaś się co on czuje? Choć raz zapytałaś go, jak on radzi sobie z tym co się stało? Jak możesz mu pomóc? Pewnie nie, ale teraz masz do niego pretensje – jego ostatnia uwaga sprawia, że momentalnie robi mi się wstyd. Ma sporo racji – co prawda pytam Peetę jak się czuje, ale… chyba go nie słucham. Skupiłam się na stronie fizycznej, nie przyszło mi do głowy zagłębiać się w jego psychikę, w jego odczucia.
– Podróż jest dla niego zbyt niebezpieczna – odpowiadam butnie, nie chcąc pokazać, że ostatnie słowa były bardzo celne.
– Pewnie masz racje – mentor patrzy na mnie z ukosa. Mam ochotę wykrzyczeć mu co myślę o tym ciągłym krytykowaniu mnie, ale w tym momencie rozsuwają się drzwi oddzielające pomieszczenie, w którym siedzimy od reszty poduszkowca. Wchodzi Hoult i bez słowa podaje każdemu z nas teczkę i słuchawkę. Patrzę na niego zaskoczona
– Pan Latier wyraźnie prosił, byście się państwo zapoznali z tym przed spotkaniem w Kapitolu – powaga i zdawkowość Houlta w połączeniu z naciskiem na słowa „przed spotkaniem” budzą we mnie natychmiast niepokój. Podobnie jak reszta, posłusznie otwieram szarą teczkę, a im dłużej czytam umieszczone w niej dokumenty, tym bardziej robi mi się gorąco. 
Praktycznie postrzału Peety wycofaliśmy się z wystąpień publicznych. Od powrotu do Dwunastki staraliśmy się być na bieżąco ze wszystkimi kwestiami, a najważniejsze decyzje i rozkazy wydawaliśmy przez telefon, bądź pisemnie. Byłam pewna, że w powstałych okolicznościach ludzie zrozumieją naszą decyzję… Podnoszę głowę, moje spojrzenie krzyżuje się ze wzrokiem Haymitcha, który przez po zakończeniu objazdu dystryktów, skupił się na Effie i Joshu. Widzę w jego oczach odbicie moich emocji.
– Hoult, dlaczego wcześniej nie dostaliśmy tego raportu? – Haymitch szybciej otrząsnął się z szoku wywołanego początkiem przeczytanego opisu. Twardy ton brzmi niemal jak rozkaz, a na pewno kryje w sobie pretensje.
– Kilku ludzi w Kapitolu, zwolenników dawnej władzy, najwyraźniej skutecznie blokowało przepływ informacji – odpowiada stając na baczność.
– Spocznij – wydaję krótką komendę, nie lubię gdy ktoś bez potrzeby pręży się przede mną. – Siadaj i mów wszystko co wiesz – nie mam pojęcia co jeszcze zaraz przeczytam i usłyszę, ale już widzę jedno – po raz kolejny daliśmy się łatwo podejść, po raz kolejny zapomnieliśmy, że w polityce – najgorszej z możliwych gier – nie ma współczucia, nie ma przerw. Oddaliśmy miesiąc naszym przeciwnikom, a oni wykorzystali go całkiem dobrze. 

W pierwszych czterech dystryktach trwa względny spokój. Co prawda słowem kluczowym jest „względny”, bo to raczej oczekiwanie niż pokój, ale jednak nie ma tam rozrób. W Piątce i Szóstce jest już znacznie gorzej – przynajmniej raz dziennie dochodzi do awantur, do protestów, do utarczek z policją. Ludzie nadal bardzo ciężko pracują, bo choć znieśliśmy obowiązek wielogodzinnej pracy i zabroniliśmy zatrudniania dzieci, to skrajna bieda wymusiła taką sytuację. Owszem, bogaci mieszkańcy Kapitolu, posiadający udziały w głównych fabrykach tych dystryktów, zgodnie z naszym zaleceniem podnieśli pensje, ale jednocześnie wprowadzili bardzo dużo nowych, nieznanych wcześniej opłat. Teraz robotnicy sami muszą płacić za robocze ubranie, za szafkę w szatni, za wyrobienie przepustki na teren fabryki, więc w praktyce ich pensje znacznie spadły. Aby mieli z czego żyć, z czego utrzymać rodziny – sami decydują się na znacznie dłuższą pracę, Z kolei mieszkańcy Siódmego Dystryktu, obrażeni na Johannę za „porzucenie ich” przejawione przez zmianę miejsca zamieszkania, połączyli się solidarnie z mieszkańcami Ósemki i Dziesiątki. Te trzy dystrykty stanowią największe zarzewie buntu – są przeciw nam, a jednocześnie mocno popierają Paylor, co jest dla mnie sporą niespodzianką. Ale to opis wydarzeń w Jedenastce dopiero uświadamia mi jak bardzo nasza wizja tego, co dzieje się w Panem, różni się od rzeczywistości. Tam nadal trwa poszukiwanie zamachowca. I, jak widzę w dokumentach, przybiera coraz brutalniejszy obrót, mimo, że doskonale pamiętam rozmowę Peety z burmistrzem Jedenastki. Zadzwonił tam jeszcze ze szpitala w Kapitolu tłumacząc, że nie obwinia nikogo z dystryktu, że ma świadomość, że snajper uciekł prawdopodobnie zaraz po całym wydarzeniu. Powiedział, że rozumie, że nie można po prostu zawiesić śledztwa, bo dałoby to przyzwolenie na takie działania w przyszłości, ale prosił, by skupić się na naprawdę wyraźnych poszlakach, by w żadnym razie nie odbiło się to na niewinnych ludziach. Tymczasem przerzucone tam służby przynajmniej raz dziennie prowadzą na okrutne i długotrwałe przesłuchania po kilkanaście osób. Bicie, płatne donosy na sąsiadów, głodujące na ulicach dzieci, których rodzice od kilku dni nie wracają z przesłuchania – trudno słowami wyrazić przerażenie, jakie w tym momencie czuję. Dlaczego, mimo wyraźnego zakazu, burmistrz postawił na swoim? I jakim cudem przez tyle tygodni to do nas nie dotarło?
– Witajcie – cichy głos w słuchawce odrywa mnie od czytania. – Annie już tu jest, a Nathanielem opiekuje się Shen, powinni już pewnie dotrzeć do Dwunastki. Enobaria nadal się nie odezwała, więc czekamy już tylko na was, wszystko gotowe – zwraca się do nas Beetee.
– Witaj – odpowiadam krótko, lecz niknie to w pozostałych słowach powitania.
– Jak Kapitolińczycy byli w stanie powstrzymać cię przed poinformowaniem nas o tym wszystkim? – Haymitch nie bawi się w uprzejmości.
– Ostatnie dwa tygodnie spędziłem w Trójce, dopiero wczoraj odkryłem, że przekazywane wam raporty były fałszowane i to jeszcze w czasie gdy byłem w Kapitolu. Ktoś bardzo się postarał…
– Ktoś? – włącza się Johanna.
– Tak i ten ktoś tu jest i na was czeka – słyszę w jego głosie nutę, która bardzo rzadko się ujawnia – Beetee jest wściekły
– Paylor – cedzi równie poirytowany Haymitch.

Głupia byłam przyjmując za pewnik słowa Gale’a. Zresztą, nawet nie zapytałam go co miał na myśli, deklarując, że Paylor nie będzie nam robić problemów. Niezależnie od wszystkiego to bardzo ambitna i twarda kobieta – nie odda łatwo władzy, nie podda się.

Kiedy lądujemy przed Pałacem Prezydenckim, czekają na nas nieznani mi strażnicy i żołnierze. Paulowi, który nie jest Zwycięzcą, zabroniono udziału w Radzie, więc w porozumieniu z Houltem, zostaje na zewnątrz. Myśleliśmy nad ustanowieniem w jego osobie zastępstwa za Peetę, ale Annie przypomniała nam analogiczną sytuację sprzed półtora roku. Brak Enobarii na Radzie byłby ponownie otwartą furtką do manipulacji głosami – lepiej do tego nie dopuścić.
W asyście, szybkim tempem, udajemy się na miejsce Rady, a w słuchawce słyszę głos Paula:
– Jestem w pogotowiu, Hoult i kilku innych też. Jedno wasze słowo i wkraczamy – uśmiecham się lekko – Paylor zapomniała, że i my mamy swoich zwolenników w wojsku.

Zawieszona Prezydent siedzi za stołem. Jest dziwnie blada, chusteczka, którą trzyma przyciśniętą do ust, sprawia, że w całym pomieszczeniu czuć delikatny zapach mięty. Za stołem siedzą już Annie i Beetee – dołączamy do nich bez słowa.

Drzwi otwierają się cicho. Do pomieszczenia wchodzi mniej więcej czterdziestoletnia kobieta, ma różowe włosy, czarną suknię z czerwonymi wstawkami i olbrzymie szponiaste paznokcie. Kiwa z szacunkiem głową w stronę Paylor, nas omija wzrokiem. Podaje Paylor jakieś kartki, po czym siada przy niej zakładając nogę na nogę i patrząc na nas z wyższością. 
– Wszystko tutaj spisałaś? – cichy, dziwnie łamiący się głos Paylor jest dla mnie co najmniej zastanawiający – nigdy jej takiej nie słyszałam.
– Tak Pani Prezydent – odpowiada jej nieznana nam kobieta głosem pełnym szacunku
– To dla was – Paylor przesuwa białe arkusze w naszą stronę. – Tutaj macie moje propozycje naprawienia tego, co nabałaganiliście. Oczywiście kończymy tę farsę z zawieszeniem, a wy grzecznie wycofujecie się do swoich dystryktów.

Prychnięcie więźnie mi w gardle, gdy rzucam okiem na leżący przede mną blankiet, wypełniony ręcznym pismem. Obracam powoli głowę w kierunku Johanny i na jej twarzy widzę ten sam lęk, który przeradza się we wściekłość. Kobieta w czerni także zauważa zmianę na naszych twarzach i bardzo szybko opuszcza salę. Tymczasem niewzruszona Paylor, pomimo całego zamieszania, monotonnym tonem kontynuuje swoją wypowiedź.
– Zamknij się! – Johanna, purpurowa na twarzy, podnosi się szybko z krzesła. – Żadne z nas do tego nie dopuści, nie mamy o czym rozmawiać. Paul – Johanna bierze w palce mikrofon przyczepiony do jej ubrania – zatrzymaj szybko kobietę w czarnej sukni. Mamy do niej parę pytań.

Annie patrzy na nas zaskoczona. Widząc w mojej ręce jedną z podsuniętych nam wcześniej kartek, sięga po tę leżącą przed nią, a z jej gardła wydobywa się krzyk przerażenia…