184. Przesyłka

Witamy,

Wiemy, że dawno nic nie publikowałyśmy, ale i tak Was kochamy bardzo (dlatego wracamy, nie porzucamy Was ani na chwilę, nawet jeśli sprawiamy takie wrażenie :() i wierzymy, że Wy nas też i wrócicie nas czytać i komentować 🙂
Następna notka – w kolejnym tygodniu 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

—–

Wracam powoli do domu. Jest trzecia w nocy, dość chłodno, na ulicach pusto. To jeden z niewielu momentów w trakcie doby, kiedy mogę po prostu się przejść – bez wianuszka zaczepiających mnie osób, bez obserwatorów. Jednak dopiero przed momentem skończyliśmy z Paulem omawiać bieżące sprawy, w tym epidemię ospy wietrznej w Szóstce i jestem bardzo zmęczony. Nie pomaga mi też to, że znów nie widuję się z Katniss. Gdy dwa miesiące temu wróciliśmy do domu, przez krótką chwilę wydawało mi się, że będziemy częściej razem, ale szybko się to zmieniło. Dziś ja jestem w Kapitolu, a Katniss i Johanna – w Czwórce. Wizytują dystrykt, a przy okazji odwiedzają także Annie i Nathaniela. Z kolei już pojutrze z Paulem wyruszamy do Trzynastki… Nie wiem nawet kiedy znów zobaczę żonę.

Niewielka winda dowozi mnie na piętro. Ledwie żywy ze zmęczenia idę prosto pod prysznic. Ostatnie co widzę przed zaśnięciem, to elektroniczny zegarek na szafce nocnej wskazujący 3:50 w nocy. Nie zostało mi wiele czasu na odpoczynek – od rana mam już zaplanowane spotkania, a dwie niezagodpodarowane jeszcze godziny prawdopodobnie bardzo szybko wypełnią się niecierpiącymi zwłoki sprawami.

Natarczywy dźwięk boleśnie wibruje mi w uszach. Mija kilkanaście sekund nim orientuję się, że to telefon. Wyrwany ze snu, ze słodkich objęć Katniss sądziłem, że to piec w Dwunastce znów się zepsuł. Z na wpół zamkniętymi oczami podnoszę słuchawkę tego przeklętego urządzenia.

– Halo – charczę rozespany, przez zaschnięte gardło.

– Peeta? – głos po drugiej stronie zaskakuje mnie. – Peeta, to ty?

– Mhm – mruczę, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej. Przecieram oczy, wreszcie udaje mi się skupić wzrok. Na zegarku jest 5:45 – miałem jeszcze dobrą godzinę snu przed sobą.

– Obudziłem cię? – dopytuje Haymitch.

– Taaa – o tej porze i ledwie dwóch godzinach snu nie stać mnie na więcej.

– Wybacz – odchrząkuje. – Elizabeth jest chora, nie było sensu siedzieć w domu, przyszedłem do pracy wcześniej.

– I po to dzwonisz? – niemal przerywam mu poirytowany. Może powinienem zapytać na co choruje jego córka, ale nie mam siły, tym bardziej, że mam wrażenie, że i mnie coś dopada.

– Nie – odpowiada zmieszany. – Dzwonię zapytać co jest w tej dużej skrzyni, którą mi przysłaliście. Nie mam w biurze odpowiednich narzędzi żeby ją otworzyć, musiałbym wzywać kogoś z miasteczka. I… – na chwilę zawiesza głos – w sumie chciałem zapytać, czy muszę ją pilnie otwierać, czy wystarczy jak poczeka jeszcze dwa dni. To jakieś dokumenty, czy…

– Poczekaj – przerywam mu. – Jaka skrzynia?

– No ta duża, drewniana, z godłem Panem. Z kartki od sekretarki wynika, że ktoś dostarczył ją wczoraj późnym popołudniem, kiedy mnie już nie było. Z zaznaczeniem, że to ma trafić do moich rąk, więc Martha zgodziła się na wstawienie jej do gabinetu. 

– Nic ci nie przysyłałem, Paul też nic nie wspominał. Przyznam, że nie wiem o czym mówisz – odpowiadam mu lekko zmieszany, usiłując sobie przypomnieć, czy na pewno o czymś nie zapomniałem. Może jest jakaś okazja – czyjeś urodziny, albo rocznica i Johanna wysłała prezent? Ale raczej wysłałaby go na adres domowy, nie do ratusza… A może…

– Peeta – mentor jest coraz bardziej poirytowany – ja pytam poważnie.

– Ja też – odpowiadam mu coraz bardziej zdenerwowany. – Haymitch, naprawdę nie mam pojęcia kto ci wysłał jakąś skrzynię. Może to jakiś prezent niespodzianka? 

Nagle w Dwunastce zapada cisza. Po dłuższej chwili słyszę dziwne dźwięki, jakby bardzo ciche szepty. Wytężam słuch próbując cokolwiek zrozumieć, ale nie udaje mi się. Natomiast przeraża mnie głos Haymitcha, który pyta mnie: 

– Słyszysz to?

– Coś słyszę, ale nie rozumiem – obudziłem się już i ubieram się trzymając słuchawkę ramieniem.

– To brzmi jakby ta skrzynia mówiła. Albo raczej  raczej szeptała – w głosie Haymichta słyszę mieszankę niedowierzania i… chyba strachu. A to nieczęsta u niego emocja, dlatego tym bardziej przeraża.

– Haymitch, ja nie rozumiem, powiedz mi natychmiast co słyszysz! Jestem już w pełni ubrany, dni na arenie, a potem ostatnie lata spędzone w różnych zakątkach Panem nauczyły mnie jednego – ufać swojemu przeczuciu. Czuję, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Przeciągający się brak odpowiedzi tylko podsyca niepokój. 

– Haymitch, odezwij się!

– To brzmi jak „Kaaatnissss, Katnissss” – szepcze Haymitch, a tle słyszę trzask zamykanych drzwi.

– Wyjdź z gabinetu! – reaguję natychmiast, choć czuję, że cała krew odpłynęła mi z twarzy.

– Właśnie to zrobiłem, Peeta.

– Pod żadnym pozorem nie wchodź tam i czekaj na telefon. Najlepiej zabarykaduj drzwi!- rzucam krótko i się rozłączam. Biegiem pokonuję drogę do pałacu. Po plecach cieknie mi pot, jednak nie z powodu fizycznego zmęczenia, które jest żadne, a z panicznego strachu, sięgającego moich trzewi. Ten dźwięk, który słyszałem w słuchawce w połączeniu z imieniem Katniss… Nigdy tego nie zapomnę. Boję się przełknąć ślinę, aby nie usłyszały mnie te białe, czworonogie jaszczury niosące tylko śmierć.

Z hukiem otwieram drzwi pałacu prezydenckiego, wymijam ochronę, która chyba widzi w jakim jestem stanie, bo rozstępuje się przede mną bez słowa.

– Paul! Paul! – krzyczę na całe gardło, słysząc tylko jak mój głos niesie się echem po pogrążonym we śnie Pałacu Prezydenckim.

183. Starzy znajomi

Witamy,
Bardzo się cieszymy, że całkiem sporo z Was wierzyło w nas i wróciło nas czytać 🙂 Nieodmiennie tęsknimy za Waszymi komentarzami, więc piszcie ich jak najwięcej. Kolejna notka – w kolejnym tygodniu. A jeśli jedna z nas w najbliższym czasie trafi w swej wędrówce na Jen, Josha, Willow, albo Liama – obiecuje poprosić o autograf dla Was 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dworcu biegają dzieci, rodzice głośno je wołają, a ja cały czas zastanawiam się, gdzie podział się Haymitch. Kiedy zeszłam na dół, już ze spakowaną walizką, jego już nie było, a w kuchni zobaczyłam Peetę, który nadal siedział przy kuchennym okrągłym stole, zasłanym obrusem w biało-czerwoną kratkę. Mama ma ich chyba z 10 – każdy kolejny jest taki sam, jakby chciała zapewnić sobie jakąś stabilność. Może dzięki takiej niezmienności czuje się bezpieczniejsza?

Peeta powoli sączył kawę i po raz nie wiem który przeglądał dokumenty, wciąż coś podkreślając, zaznaczając… Wokół leżało mnóstwo papierów. Właściwie były rozrzucone, ale po kolejnych ruchach wiedziałam, że on wie która kartka leży w której części i nawet lekki wiatr, który nimi poruszał, nie przeszkadzał mu. Shen, oparty o futrynę drzwi, przyglądał mu się, choć nie mam pewności czy widział Peetę, czy może przed oczami miał coś całkiem innego. Spoglądałam przez chwilę na ojczyma, a on tylko pokręcił głową i westchnął, wzbudzając we mnie niepokój. Czyżby martwił się tym, że mój mąż tak szybko wrócił do pracy, czy raczej o jej ilość? Nie zdążyłam go jednak zapytać, bo poczułam na ramieniu dłoń mamy. Odwróciłam się, żeby ją przytulić, a ten nagły ruch wyrwał Peetę z jego transu. Spojrzał na zegarek i przeklął cicho pod nosem. Shen nie dał rady ukryć zaskoczenia – nie znał go takim. Dla mnie było to jednak tylko bolesne potwierdzenie, że moje chwile z Peetą – mężem już się skończyły, że znów stał się Peetą – doradcą prezydenta. Ostatnio często przeklina, choć  głównie w pracy, ale nadal mnie to razi, tym bardziej, gdy słyszę to także u Paula.

– Gotowa? – padło tymczasem z ust mojego męża.
– Gotowa – odpowiedziałam mu smutno, bo wiedziałam, że taka noc jak dzisiaj, nie powtórzy się zbyt szybko. Wrócimy do naszych obowiązków, będziemy odbywać osobne podróże i nieprędko będzie nam dane znów być razem.

Kiedy Shen przytula mnie na pożegnanie, a w oddali słyszę nadjeżdżający pociąg, pytam go cicho, gdzie jest nasz mentor. Odpowiada mi tylko wzruszeniem ramion. Mama ostatni raz nas obejmuje, życząc po raz kolejny szczęśliwej podróży,  Shen ściska rękę Peety, a skład z głuchym łoskotem wjeżdża na stację. Peeta z uwagą przygląda się biletom, a potem obserwuje wagony, szukając naszego. Nagle, tuż przed nami zatrzymuje się wagon specjalny. Wyróżnia się od pozostałych, biało-zielonych, swoją czerwoną barwą. Duże, złote litery WS na rozsuwanych drzwiach potwierdzają tylko moją teorię, że Paul z Johanną przysłali po nas służbową salonkę. Całość została zaprojektowana tak, by zapewnić prezydenckiej parze możliwość bezproblemowej pracy w podróży – bezpośrednie łącze z Kapitolem, telefon, dostęp do komputera… Co prawda wewnątrz jest także 4 wygodne sypialnie, ale jakoś nie mam przekonania, że decyzja Paula była umotywowana tak dalece naszą wygodą. Do tego nie potrzeba było tego wagonu… Zaskoczenie na twarzy Peety mówi mi, że nie wiedział o tym i nie miał z tym nic wspólnego.

– Tak właśnie myślałem, że to wy, cóż za spotkanie – słyszę głos mentora zlewający się lekko z sykiem rozsuwanych drzwi.
– Haymitch? – pytamy jednocześnie.
– Witajcie – odpowiada z uśmiechem, wyskakując lekko z wagonu. Dostrzegam, że zdążył się przebrać, teraz ma na sobie oficjalny garnitur i wygląda jakby – w roli burmistrza Dwunastki – jechał służbowo do Kapitolu, a nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe. Tymczasem podchodzi do nas powoli, uważnie się nam przyglądając. Znam to spojrzenie, mamy podjąć grę. I jak zwykle to Peeta pierwszy przejmuje pałeczkę.
– Witaj – mocno łapie mnie za rękę, drugą wyciągając do Haymitcha. Ten z kolei podaje rękę także mojej matce, a potem Shenowi, pytając:
– Jak budowa?
– Doskonale – odpowiada spokojnie ojczym. – Dzięki pomocy Katniss park przygód rośnie w oczach.
– To świetnie – Haymitch kiwa lekko głową, a jego słowa zagłusza gwizdek konduktora, dający znak do zbliżającego się odjazdu. Jeszcze ostatni raz krótko przytulam Shena, całuję mamę i daję się pociągnąć do wagonu. Drzwi zamykają się tuż za mną, a pociąg nabiera prędkości.

– Park przygód? – Peeta przygląda się Haymitchowi.
– Mhm – mruknięcie wydaje się jedyną odpowiedzią, gdy burmistrz zapada się w miękkim fotelu, a potem opiera nogi na stoliku. W końcu jednak podejmuje wątek:
– Katniss, o co pytałaś Shena, jak mijaliście ogrodzony plac budowy?
– Co to za budowa? – odparowuję zaskoczona. Faktycznie, idąc na dworzec, mijaliśmy ogrodzony plac. Wskazując na niego zapytałam ojczyma o niego, ale miast odpowiedzi, cicho kazał Peecie zerknąć i przytulić mnie. Peeta to zrobił, ale w jego dotyku wyczułam, że jest tak samo spięty jak ja, jak ja nie wie w co mamy grać.
– Pięknie – Haymitch puszcza do mnie oko, a do mnie nagle dociera skąd on to wie.
– Kamery… Wspominałeś o kamerach! – patrzę przerażona. Park, który ponoć rośnie dzięki mojej pomocy, plac budowy, który widziałam po raz pierwszy…
– Wspominałem – odpowiada rozbawiony Haymitch.
– Problem w tym, że żadnej nie widzieliśmy – warczy na niego Peeta. – Ten wagon, twoje zachowanie, to wszystko wygląda jak jakieś przedstawienie. Możesz nam to wytłumaczyć?
– Mogę – odpowiada bardzo spokojnie, ale ciąg dalszy jego wypowiedzi przerywa pracownik obsługi, wsuwając głowę w drzwi:
– Zaczyna się – informuje krótko.
– Dziękuję – odpowiada Haymitch, biorąc do ręki pilota i uruchamiając zainstalowany pod sufitem telewizor, który płynnym ruchem zjeżdża na środek pokoju, jednocześnie rozświetlając ekran. O zgrozo, zaczyna się Kapitol Buzz – program poświęcony kapitolińskim celebrytom, podejmujący głównie takie tematy jak moda, trendy w restauracjach i dyskotekach. I wpadki. Tak, wpadki Kapitolińczyków to temat przewodni tego magazynu.

– Musimy patrzeć na te głupoty? – Peeta ma takie samo zdanie na temat plotek z Kapitolu, jak i ja.
– Musicie – Haymitch nie przyjmuje odmowy. Mam przeczucie, że gdybym spróbowała przejść do innego przedziału, złapałby mnie za rękę i kazał usiąść. Tymczasem na ekranie prezenterka, ubrana we wściekle różowy kombinezon z lateksu, szczerzy się do kamery. Bolą mnie od tego oczy…

– Kochani widzowie – mówi piszczącym głosikiem z przesadzonym, kapitolińskim akcentem – dziś mamy dla was prawdziwą perełkę, jeszcze ciepłą – w tym momencie puszcza oko do kamery.
– Nasi szpiedzy – mówiąc to wykonuje palcami obu rąk gest rysowania cudzysłowia – odnaleźli Najgorętszą Parę Dekady w Czwórce – widzę jak nasze twarze wypełniają ekran za nią.
– Najgorętsza Para Dekady – Haymitch zanosi się śmiechem, a ja zastanawiam się, czy znów nie zaczął pić. A równocześnie dociera do mnie, że nie zauważyłam na dworcu kamerzysty. I chyba Peeta także… A przecież zawsze ich widzieliśmy…

– Jak już wcześniej informowaliśmy – kontynuuje prezenterka – w czasie, kiedy Peeta Mellark jeździł z Prezydentem i jego żoną po dystryktach, Katniss Mellark pomagała w budowie parku przygód, dla dzieci z Dystryktu Czwartego – w tym momencie na ekranie pojawia się moje zdjęcie, wskazuję coś pracującym na budowie robotnikom.
– Beetee – wzdycha Peeta.
– Ano – kwituje Haymitch, ocierając łzy śmiechu z twarzy.

Kamerzysta zarejestrował całą drogę z domu mamy na dworzec, nasze pożegnanie, a  nawet rozmowę z Haymitchem. Scena, która przykuwa najbardziej moją uwagę, to przejście koło wspomnianej budowy parku. Z tej perspektywy rzeczywiście wygląda to tak, jakbym wskazywała coś Peecie, jednocześnie spoglądając na Shena. Wreszcie materiał kończy się, a monitor znów świeci na różowo.
– Oglądajcie nas, wkrótce przedstawimy wam powrót Katniss i Peety do Kapitolu! A może nawet uda nam się zamienić z nimi kilka słów. Do zobaczenia! – prezenterka rozpływa się niemal w zachwycie, a Haymitch wreszcie wyłącza telewizor.
– Jak? – pytam cicho.
– Powinnaś raczej zapytać – przerywa mi wściekły Peeta – gdzie oni są?!
– O co znowu gołąbeczki są złe? – Haymitch spogląda na nas uważnie.
– Niech pomyślę – zaczyna Peeta. – Może o to, że nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy nagrywani? Że mogliśmy narobić niezłych głupstw?
– Ale nie narobiliście – wpada mu w zdanie zaskakująco spokojnie burmistrz Dwunastki.
– Nie mogłeś mieć takiej pewności – syczę. Tak, to nie Peeta narobiłby głupstw, tylko ja… Rozglądaliśmy się dyskretnie za kamerzystą, szukaliśmy też Haymitcha. Wstrzymuję oddech, gdy dociera do mnie, że przecież Kapitol Buzz może mieć nagranie Haymitcha wychodzącego od mojej matki… Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Albo co gorsza poszło, i odbije nam się czkawką, jak już wrócimy do Kapitolu.

– Miałem, skarbie – ucina Haymitch. – Naprawdę myślicie, że przekazalibyśmy im niesprawdzony materiał?
– Wy to przekazaliście?! – Peeta podniósł głos.
– Oczywiście. I jeśli nie przyszło ci to do głowy, jesteś nadal bardzo naiwny – odparowuje mentor.
– Ale jak? – Peeta trochę się uspokaja, mam wrażenie jakby był zrezygnowany. Opada na miękką kanapę obok mnie i nie spuszczając wzroku z Haymitcha.
– To proste – Haymitch wzrusza ramionami. – Zatrudniliśmy wam osobistego kamerzystę i reżysera, którzy oficjalnie pracują w redakcji… tego czegoś – krzywi się tak komicznie, że z trudem powstrzymuję uśmiech. – Cokolwiek zostanie puszczone w telewizji o was, będzie przez nas przygotowane i zmontowane w taki sposób, żeby nie trzeba było potem niczego odkręcać.
–  A jaką masz pewność, że ten twój kamerzysta i reżyser nie nakręcą czegoś. co nie powinno trafić do mediów?
– Dobre pytanie, skarbie – Haymitch na moment zawiesza głos, a w końcu dodaje – może sama ich o to zapytasz.
– Są tu? – pytam zaskoczona.
– Oczywiście, mówiłem przecież, że musimy wszystko omówić – stwierdza jakbym pytała o kolor nieba.
– Może do nas dołączycie? – krzyczy przez ramię Haymitch, a ja czuję dziwny niepokój. Nasza rozmowa z ostatnich kilku minut nieźle mogłaby nam zaszkodzić, a gdyby ją odpowiednio zmontować, zmanipulować…

Najpierw pojawia się ona. Niby nic się nie zmieniła, a nie wiem, czy poznałabym ją na ulicy. Włosy jej urosły, teraz są związane gumką w luźny kok, a kilka pasm, które uwolniły się z niego, delikatnie opada na twarz. Ma na sobie czarne, luźne spodnie i białą koszulkę. Na biodrach zawiązała kraciastą koszulę. On nieodmiennie nosi się w czerni, lekko przytył, ale nadal ma ciepłe oczy i łagodny uśmiech.
– Pollux, Cressida – szepczę i czuję jak łzy szczypią mnie pod powiekami.

Peeta wstaje, chyba nie bardzo wie jak się zachować. Normalnie nie ma z tym problemu, nawet wobec obcych, ale teraz widocznie jest zagubiony. Nie dziwię mu się – żadne z nich nie poznało Peety przed osaczeniem, znają go z czasu po uwolnieniu z Kapitolu. Znają człowieka pełnego sprzeczności – z jednej strony chcącego oddać za mnie życie, a z drugiej – chcącego mi to życie odebrać. Ja też stoję jak wmurowana, uświadamiam sobie, że ani razu się nimi nie zainteresowałam, nigdy nawet nie zapytałam, czy przeżyli, choć walczyli ze mną przeciw kokonom ramię w ramię. Jest mi wstyd.

– Witajcie – mówi cicho Cressida, przechylając lekko głowę. Wciąż ma wygoloną część głowy, choć nie aż tyle co kiedyś, nadal też widać tatuaże. Po krótkiej chwili Pollux trąca ją w ramię i zaczyna coś pokazywać. Cressida tłumaczy na głos:
– Witajcie, dobrze was widzieć.

Robię to niemal instynktownie – podbiegam do nich i mocno obejmuję każdego z nich. Peeta staje za mną, ściskając im dłonie. Pollux znów zaczyna coś migać, a Cressida tłumaczy jego słowa:
– Cieszę się Peeta, że udało ci się pokonać twoje demony.
– One nadal we mnie są – odpowiada cicho mój mąż – ale dzięki Katniss udaje mi się je pokonywać każdego dnia.

Każde z nas chce powiedzieć coś jeszcze, ale drzwi cicho się rozsuwają i do wagonu wjeżdża stolik z kawą i ciasteczkami.

182. Witajcie w Kapitolu

Witamy,
Jak widać poniżej – nie zamknęłyśmy jeszcze bloga i mamy nadzieję, że kolejne notki spodobają się Wam podobnie jak poprzednie 180 😉
Oczywiście czekamy na komentarze 🙂
Następna notka – za tydzień.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A


Spoglądam na niego trochę zestresowana. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nagłe pojawienie się mamy sprawiło, iż niemal całkowicie wstrzymałam oddech. Tymczasem Peeta wygląda, jakby wejście mojej matki kompletnie nie zrobiło na nim wrażenia. Przyglądam się mu dłuższą chwilę, aż w końcu chyba do niego coś dociera, bo skupia przez chwilę na mnie wzrok i wreszcie pyta:
– Coś nie tak, kochanie?
Nie odpowiadam, czując dziwny natłok myśli. Wśród nich jedna wybija się szczególnie mocno – pewność siebie Peety w obecnej sytuacji jest co najmniej dziwna. I zaskakująca…
– Łatwo poszło?
– Tak – spokojnie stwierdza Peeta, wzruszając lekko ramionami. – Przyznaję, że byłem przekonany, iż będzie znacznie gorzej.
– Mogłeś sobie zaoszczędzić obaw, gdybyś przez ostatnie trzy tygodnie choć trochę się mną zainteresował. Gdybyś wykonał choć jeden telefon, Peeta, niewątpliwie nie musiałbyś wchodzić oknem, ani zastanawiać się nad potencjalną reakcją! – sama słyszę jaka jestem poirytowana i zjadliwa, ale uważam, że mu się należy. Czuję się zła i skrzywdzona. I nie wiem, co bardziej mnie boli – podejrzenie o zdradę, niezwykle łatwa zgoda na zabranie mnie z Kapitolu, czy też ta kompletna obojętność, jaką wykazywał przez długie 20 dni. A może wszystko razem? W każdym razie czuję, że wczorajsza euforia już ze mnie wyparowała – teraz czas na wyjaśnienia.
– O czym ty, Katniss, mówisz? – ton Peety jest właściwie taki sam jak mój, jakbym to ja go skrzywdziła. Pochylił się lekko w moją stronę, ale widzę, że mięśnie ramion i szczęki napięły mu się, jak zawsze wtedy, gdy czeka go ciężkie spotkanie.

Wzdycham głęboko, próbując zmniejszyć rozdrażnienie. Nie chcę doprowadzić do kłótni – mieliśmy ich ostatnio wystarczająco wiele. Mimo to jestem przekonana, że nie skończymy szybko tej rozmowy. Siadam po turecku, sięgając po leżącą na skraju łóżka czarną koszulkę. Dopiero po chwili zauważam, że jest na mnie sporo za duża. Peeta uśmiecha się lekko, widząc, że obciągam ją niemal jak sukienkę, wiedząc, że jest dowodem naszego wczorajszego pośpiechu.
Nie daję się jednak rozbroić, zamykam na chwilę oczy, pocieram palcami brwi. Wreszcie wracam do zaczętej przed chwilą rozmowy:
– Peeta, przez ostatnie trzy tygodnie nie zadzwoniłeś ani razu, zachowywałeś się jakbym nie miała dla ciebie znaczenia, nie dałeś też ani jednego znaku na to, że zrozumiałeś…
– Katniss – przerywa mi Peeta, nie czekając aż dokończę zdanie – o czym ty do mnie mówisz?
– O czym ja mówię? Nie mam pojęcia jak możesz pytać! – głos podnosi mi się do krzyku. Chyba za dużo ostatnio przeszłam, nie potrafię uspokoić emocji. – Przez ostatnie…
– Do jasnej cholery, Katniss – Peeta znów mi przerywa, podsycając tylko moją złość – ja do Ciebie nie dzwoniłem?! Ja nie dawałem znaku życia? A kto przez ostatnie trzy tygodnie nie raczył odebrać telefonu, kto odsyłał każdy prezent, każdy list? Ja, czy ty?
– Jakie telefony, Peeta, jakie listy? Niczego nie dostałam, podobnie jak nie widziałam żadnych prezentów. Co ty wczoraj piłeś?

Zmiana w wyrazie twarzy męża powstrzymuje moje pytania. Nagle zrywa się, obejmuje moją twarz dłońmi, przybliża swoje czoło do mojego i szepcze:
– Katniss, dzwoniłem codziennie, pierwszy raz kilka godzin po twoim wyjeździe. Ponieważ nie chciałaś ze mną rozmawiać, zacząłem pisać listy, ale wszystkie odsyłałaś nie otwarte. Podobnie wróciły do mnie wszystkie wysłane przez ostatni tydzień kwiaty… A teraz mi mówisz, że to ja nie chciałem się z tobą skontaktować?
– Nie odebrałam od ciebie żadnego telefonu, bo żadnego nie było. Nie widziałam także listów ani kwiatów…
– Twoja mama – Peeta domyślił się szybciej niż ja. Nagle wszystko zaczyna układać się w całość. Całość, która wcale mi się nie podoba. Zrywam się z łóżka, rzucając tylko krótko:
– Nie ruszaj się stąd, za moment wracam.
– Katniss, nie rób czegoś, czego będziesz jutro żałować – powstrzymuje mnie, łapiąc za rękę.
– Nie martw się, to nic takiego – przyklękam na łóżku i całuję go przelotnie w usta. – Naprawdę za moment wracam. – Peeta jednak nie zwalnia uścisku, świdrując mnie wzrokiem. Nie chcę się szarpać, więc czekam aż mnie puści. Widząc, że nic z tego, dodaję:
– Peeta, zejdę na dół, uduszę moją matkę i najszybciej jak się da, wrócę do ciebie.
Zamiast uwolnienia mnie, zamyka mnie w uścisku:
– Peeta, puść – nadal próbuję się uwolnić.
– Nie. Cokolwiek zrobiła twoja mama, zanim dokonasz aktu samosądu, pozwól jej na obronę.
– Po co? – prycham.
– Bo cię o to proszę – odpowiada mi bardzo poważnie.

Wychodzimy wspólnie z pokoju, splatając dłonie. Schodząc powoli po schodach, słyszymy urywek rozmowy:
– Coś długo ich nie ma – uśmiecham się słysząc głos Shena.
– Pewnie muszą sobie sporo wyjaśnić – Haymitch został najwyraźniej na noc. – Wiesz Emmo – znam ten ton… – zastanawiam się, czemu jesteś taka milcząca. Przecież świadomość, że twoja córka i jej mąż dzielą ze sobą pokój i łóżko raczej nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, prawda? W takim razie domyślam się, że obawiasz się czegoś całkiem innego…

Wchodzimy do kuchni, co przerywa myśl mentora. Jego kwaśny uśmiech sugeruje, że znacznie szybciej niż my dodał dwa do dwóch, uświadamiając sobie, jak bardzo namieszała moja matka.
– Dzień dobry – Peeta zachowuje się, jakby był tu cały czas, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyźni odpowiadają, pozdrawiając nas, natomiast moja matka milczy. Stoi wsparta o zlew, ze spuszczonym wzrokiem.
– Mam nadzieję, mamo – kontynuuje Peeta – że nie gniewasz się za moje najście, ale bardzo zależało mi na zobaczeniu żony.
– Peeta…- mama zaczyna drżącym głosem.
– Mamo – przerywa jej – rozumiem.
Spoglądam na niego zaskoczona. Oszalał chyba. Ja na pewno nie rozumiem!
– Posądziłem Katniss o okropne rzeczy, nie mając absolutnie żadnych dowodów. Co więcej – pobiłem tamtych mężczyzn – wymienia niemal beznamiętnie. – Wcześniej zostawiłem ją tuż po naszym ślubie samą na bardzo długo, chyba powinien się przyznać, że nawet ją zaniedbałem. Ale obiecuję, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Dostałem okrutną nauczkę, muszę przyznać, że nie spodziewałem się jej od ciebie, ale, jak widać, nie doceniłem cię. Byłem przekonany, że to naprawdę Katniss odsyła moje listy, że nie chce ze mną rozmawiać. Dałaś mi bolesną lekcję, ale teraz pozwól mi już zabrać Katniss do Kapitolu i naprawić wszystko, co zepsułem.
Nie tak to wyglądało w mojej wyobraźni, ale nie mogę teraz już zmienić tego, co zrobił, co powiedział. Mamie trzęsie się broda, podchodzi powoli do Peety i mocno go przytula. Coś mu szepcze do ucha, a on w odpowiedzi lekko kiwa głową. W końcu, odsuwając się, odpowiada krótko:
– Dobrze, mamo.

Śniadanie jemy w dość dziwnej atmosferze. Początkowo wszyscy są milczący, potem Shen z niewielką pomocą mamy próbują nas na siłę wciągnąć w jakąkolwiek rozmowę i rozbawić, a na koniec Peeta dołącza się do nich z rozpaczliwymi wysiłkami ożywienia dyskusji. Osiągają jednak marny skutek. Dno w kubkach z kawą sprawia, że oddycham z ulgą na myśl o wyjściu z kuchni, jednak wówczas wtrąca się, milczący dotąd, Haymitch:
– Wszystko wyjaśnione?
Kiwamy zgodnie głowami
– Gołąbeczki pogodzone? – dopytuje, jakby oczekiwał większego entuzjazmu. Ponownie przytakujemy.
– No to bierzemy się do roboty. – Sięga po stojącą pod stołem skórzaną torbę i wyciąga z niej niebieską teczkę. Powoli ja otwiera i wręcza każdemu z nas kartkę. Z zaskoczeniem orientuję się, że zdążyłam odwyknąć od precyzyjnych planów dnia… Widzę, że dziś chyba jeszcze dostaliśmy mini urlop, bo na górze arkusza jest jutrzejsza data, a kolejne punkty ciągną się do późnego wieczora w sobotę. Peeta uważnie studiuje swój plan, dość podobny do mojego, aż na głos wypowiada moją radość:
– Dziś mamy wolne.
– Macie – odpowiada Haymitch.
– Na co masz ochotę, kochanie? – Peeta przyciąga mnie do siebie.
– Nie wiem – odpowiadam ucieszona i wdzięczna temu komuś, kto dał nam cały dzień dla siebie.
– To ja ci powiem, skarbie. na co masz ochotę. – Powoli dociera do mnie, że Haymitch nie patrzy na nas, tylko na swoje dłonie. Cholera…
– Po pierwsze mamusia i Shen pięknie i czule pożegnają was za – tu spogląda na zegarek – 25 minut na głównym placu. Po drugie pojedziecie pociągiem i możecie się na kapitolińskim dworcu przytulać ile chcecie. Po trzecie – padła propozycja, żebyś przeniósł Katniss przez próg waszego kapitolińskiego mieszkania – wylicza spokojnie Haymitch. Zauważam, że na planie leżącym przed nim są jakieś dodatkowe zapiski, których nie widzę na naszych arkuszach.
– Potem macie dla siebie jakąś godzinę do półtorej, byle to wyglądało wiarygodnie w czasie. Następnie idziecie na zakupy i macie się uśmiechać do siebie – łypie na mnie, jasno dając do zrozumienia do kogo jest ta uwaga. – Możecie też pójść na lody, a potem wrócicie do domu. W zależności od tego, ile czasu zmitrężycie – macie kilka albo kilkadziesiąt minut, żeby się przebrać i pojechać na kolację – zawiesza na chwilę głos – z parą prezydencką, która niezwykle już za wami się stęskniła. I żeby była jasność – macie być bardzo wiarygodni, żeby w Panem skończyły się wreszcie plotki o wielkim rozwodzie idealnej pary. Czy to jasne?
– Tak – odpowiadamy cicho.
– Pytałem, czy to jasne – Haymitch wstaje z krzesła, opierając otwarte dłonie o blat stołu.
– Jasne – odpowiadamy głośniej, choć uważam, że przesadza.
– To teraz marsz spakować się – wskazuje na mnie palcem. – A ty, Emmo masz być kochającą matką i teściową. Resztę wyjaśnimy sobie w pociągu – kończy Haymitch, dolewając sobie kawę ze stojącego na stole dzbanka.
Kiedy jestem już na schodach, dochodzi mnie znów głos Haymitcha:
– Czy wspominałem, że jedzie z nami kamerzysta?
– Witajcie w Kapitolu – kwituje cierpko Peeta.

Niespodzianka, czyli wpis 181a ;)

Wszyscy już czekają na niespodziankę, więc oczywiście będzie. A nawet dwie 🙂

Śmiało możemy napisać, że obie niespodzianki są prezentem od naszych Czytelniczek dla nas i dla Was wszytkich 🙂 Pierwsza to notka, którą po opublikowaniu 180, napisała Magda. Jest to ciut inna wersja niż nasza 181, ale to tylko pokazuje, że każde zakończenie może iść w inne strony :):)

Druga – to film stworzony przez Martynę. Myślę, że zachwyci Was podobnie jak i nas 🙂 Niestety, vimeo określiło, że na film trzeba poczekać jeszcze ok. 40 minut, a wiemy, że już się niecierpliwicie, więc druga niespodzianka pojawi się gdzieś po 21 🙂

Miłego czytania, (a później także oglądania) i wieczoru 🙂 Tak my, jak i Martyna, i Magda – będziemy czekać na Wasze komentarze 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Plan (notka gościnna, autorka – Magda)

Serce głośno kołatało mi w piersi, tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy miałem wyjść na arenę.  Nie mam pewności, czy Haymitch wszystko załatwił. A jeśli mu się nie udało? Nie… nie mogę do siebie dopuszczać tej myśli, on przecież wszystko potrafi. Przecież matka Katniss nie jest na niego tak zła jak na mnie, choć mam przeczucie, że żywi do niego jednak taką samą urazę.

– Dobra. Weź się w garść! – mówię do siebie na głos  i podnoszę lekko słuchawkę, by zadzwonić. Ale nie rozmawiałem z Katniss od trzech tygodni i nawet nie wiem co powiedzieć .A jeśli nie będzie chciała rozmawiać? Przez ten cały czas nie mogłem się do nich dodzwonić, bo jej matka skrupulatnie koczowała przy telefonie.  Mogę się także założyć, że do Katniss nie dotarł żaden list, ani prezent, chociaż były wysyłane przez mojego mentora, który – o dziwo – naprawdę pragnął  mi pomóc za wszelką cenę. A wcześniej myślałem, że raczej będzie mi robił wykłady jaki to byłem głupi. Ale ja dobrze wiem jaki byłem okropny, bo matka Katniss uprzejme mi to powiedziała tuż przed ich odlotem. A przecież już bez tego byłem dość przybity. Od razu po tym jak Haymitch wyjaśnił mnie i Paulowi, że ci ludzie to trenerzy fitness, zacząłem wszystkiego żałować. Było nam głupio i chcieliśmy pobiec  do naszych żon, żeby z nimi porozmawiać, ale mentor powiedział, że moja żona jeszcze śpi, a tylko Johanna czeka na mojego kuzyna. On jedyny miał to szczęście, że jego ukochana, którą posądził o zdradę, czeka aż się zjawi. Aczkolwiek coś mi się widzi, że to raczej nie była przyjemna rozmowa.

Po odwiezieniu obydwóch trenerów do domu poszedłem spać do pokoju w Pałacu, niedaleko tego, w którym spała moja żona i od razu po wstaniu chciałem z nią porozmawiać, ale ktoś mnie wyprzedził. Jej matka. A po naszej wymianie zdań odleciały razem z Katniss do Czwórki i tak się wszystko skończyło. A teraz? Teraz siedzę na kanapie w apartamencie i boję się zadzwonić do własnej żony.

Chwytam słuchawkę, przyciskam do ucha i wpisuję numer telefonu. Czekam na sygnał. Strasznie pocą mi się ręce ze zdenerwowania. Nie jestem pewien jak zareaguje na mój głos. Sygnał pierwszy i nagle… piknięcie oznaczające rozpoczęcie rozmowy. Odebrała! Naprawdę odebrała! – krzyczę w myślach, ale euforia szybko zamieniła się w ponowne zdenerwowanie. Co ja jej powiem? Nie mam pojęcia… ale trzeba zacząć, bo ta cisza trwa zbyt długo.

-Halo? Cześć kochanie… – mówię trochę niepewnie, bo nie wiem czy zwrot „kochanie” w takiej sytuacji jest właściwy. Przecież nie widzieliśmy się od 3 tygodni. Na szczęście moje rozmyślania przerywa jej glos.
– Peeta? Czy to ty? -Katniss mówi nieco zmieszana, ale dla mnie nie ma to teraz znaczenia, znowu słyszę jej głos, głos mojej ukochanej.
– Tak… nie przeszkadzam Ci? – powiedziałem trochę dla rozluźnienia, bo mamy tyle tematów do obgadania, a wiem, że Haymitch daje mi jedynie 10 minut. Później on pewnie zostanie wyrzucony, a mama Katniss przyjdzie zabrać telefon.
-Nie ,ale… – jakiś głos, prawdopodobnie Haymitch, jej przerywa.
-Oczywiście! – odkrzykuje Katniss głośno.
– Coś się stało ? – pytam trochę zaniepokojony, bo jednak nie mam pewności, czy to on do niej krzyczał.
-Nie, nic kochanie -w jej glosie usłyszałem lekkie wzruszenie. – Tylko…  bardzo za tobą tęskniłam! – teraz popłakała się na dobre. W zasadzie ja też płaczę, co mnie nie dziwi ,ale muszę zachować zimną krew, bo cały plan pójdzie w cholerę.
– Ja też za tobą – nie byłem w stanie powstrzymać wzruszenia i wiem, że ona pozna to nawet przez słuchawkę. – A teraz posłuchaj mnie Katniss, nie możesz teraz płakać… nie możesz rozumiesz ?
– Tak – odpowiada z determinacją w głosie, taką samą jaką miała podczas pierwszych Igrzysk.
-Nie schodź na dół, jeśli usłyszysz jakieś kłótnie i wołanie ciebie przez mamę, nie możesz zareagować… Nie możesz zagregować! – powtarzam dwa razy i krzyczę bo chcę, żeby to do niej dotarło w 100%.
-Tak rozumiem -potwierdza, kiedy nagle z dołu dochodzą jakieś krzyki. Zaczynam się denerwować, zostało mało czasu, zaraz po nią przyjdą.
– Cholera! -krzyczę. – Kochanie. bardzo cię przepraszam za wszystko, ale nie mamy czasu na rozmowę, pogadamy jak tu przyjedziesz…
-CO? Gdzie? – przerywa mi, bo wie, że mama jej nie puści, zresztą ja też jestem tego świadom.
-Spokojnie – mówię, bo chcę dać jej poczucie, że mam wszytko pod kontrolą, choć rzeczywistość lekko się od tego różni. Krzyków nie powinno być słychać tak szybko, więc kontynuuję, póki mamy czas. – Zaklucz się w pokoju i spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, które musisz koniecznie wziąć. Po tych czynnościach otworzysz okna, wszystkie – mówię z naciskiem, bo nie wiem ile ma okien w pomieszczeniu – i będziesz czekać aż przez jedno wejdzie Hoult i cię  stamtąd zabierze do poduszkowca. Dobrze ?
-Dobrze – odpowiada, a ja trochę się odprężam, bo zrozumiała o co mi chodzi.
-Teraz się rozłączę, a ty przejdziesz do działania. Do zobaczenia Katniss – mówię, gdy chcę zakończyć rozmowę, ale to ona wypowiada ostatnie zdanie.
– Kocham cię, Peeta – wypowiada i rozłącza  się…

181. Smoczyca

Witamy,
Postanowiłyśmy umilić Wam trochę czekanie na zwiastun 😉 Plus – takiej notki nie było już dawno. Bardzo dawno – od października ub. roku. Część z Was pewnie będzie zdziwiona formą, inni się uśmiechną, jeszcze inni zdziwią 😉
Mało tego – w sobotę czeka Was kolejna niespodzianka (Magda – tak, to dzięki Tobie :))
Pozdrawiamy Was ciepło i – jak zawsze – czekamy na komentarze.
I pewnie o 16-17, gdy pojawi się zwiastun, znów z Wami będziemy 🙂

A & A

PS Na koniec – przypominamy o konkursie. Jeszcze tylko do północy z niedzieli na poniedziałek czekamy na Wasze prace na anie@poigrzyskach.pl

PS2 Nie ma problemu, jeśli komentujecie notki i dodajecie linka do siebie, ale jeśli cały komentarz to link do bloga + ew. hasło „wpadnijcie do mnie”, „dopiero zaczynam, czekam na komentarze” to traktujemy to jako spam.

Z każdym kolejnym stopniem, z każdym krokiem, robiło mi się jakoś lżej na sercu. Już sama obecność Haymitcha tutaj była dziwnie miłą niespodzianką, do tego wyraz jego twarzy, błysk w oku, delikatne mrugnięcie, niemal jakby przypadkowe – to wszystko napawało mnie radością. Wiedziałam, instynktownie czułam, że w moim pokoju czeka na mnie cudowna niespodzianka. To mogło oznaczać tylko jedno – Peeta w końcu do mnie przyjechał. Przed chwilą czułam się niesamowicie zmęczona, ale ostatnie stopnie pokonuję już niemal w podskokach, momentami wspinając się po dwa stopnie. Przez moment obawiałam się, że zwrócę tym na siebie uwagę mamy, ale słyszę, że wraz z Shenem i Haymitchem wchodzi do salonu.

Szybko otwieram drzwi mojej sypialni, twarz jaśnieje mi uśmiechem, czuję smak pocałunku…

W pokoju panuje półmrok, blade światło nocnej lampki sprawia, że pokój wydaje się być niesamowicie i zaskakująco przytulny. I równocześnie przerażająco pusty. Ukłucie zawodu przeszywa moje serce, cała radość i szczęście, które rozpierały mnie jeszcze przed sekundą, pryskają jak mydlana bańka. Rozglądam się bezradnie, czując, że najwyraźniej źle odczytałam sygnały mentora. Może chciał mnie tylko pocieszyć, albo miał na myśli, coś, czego nie zrozumiałam…

Wciągam głęboko powietrze i dociera do mnie jak duszno jest w pokoju. Sypialnia znajduje się na pierwszym piętrze, okiennice są małe, dzielone na cztery, a do każdej z ciemnobrązowych ram, przyczepione są specjalne haczyki, na których wiszą małe firanki, wyglądające jakby były zrobione na szydełku. Nie pamiętam już kiedy je otwierałam, więc bez większego zastanowienia szarpię mocno klamkę. Zimny wiatr wpada do pokoju, sprawiając, że przechodzi mnie dreszcz. Na zewnątrz jest bardzo ciemno, zachmurzone niebo sprawiło, że widoczny prawie zawsze w Czwórce piękny blask księżyca, odbijający się dodatkowo od tafli morza, dziś jest prawie niewidoczny. Dociera do mnie, że Haymitch wspominał coś o wietrzeniu. Może… Wychylam się mocno przez okna, niemal zawisam na parapecie z nadzieją, że Peeta, gdzieś tam jest. Po chwili kolejnej nadziei dochodzi do mnie jej absurdalność. Peeta, ze swoją protezą, miałby się wspinać po gzymsie, aby dostać się do mojej sypialni? Ta myśl sprawia, że znów robi mi się niesamowicie przykro. I znów to nieprzyjemne uczucie, które towarzyszyło mi przez ostatnie tygodnie, powraca. Niesamowity ból, smutek i tęsknota. Peety tu nie ma, nie przyjechał z Haymitchem, nie dzwoni, nie pisze, nie mam z nim żadnego kontaktu, może on naprawdę, tak jak mówi mama, nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

Wycofuję się i przymykam powoli skrzydło okna. W pokoju panuje półmrok, a moje odbicie w szybie nie jest wyraźne, ale i tak jestem przerażona. Nie, na pewno tak nie wyglądam, to zniszczone szkło tak zniekształca mój obraz. Podbiegam do lustra i po raz pierwszy od tygodni przyglądam się odbiciu. Tłuste włosy posklejane są w jakieś okropne strąki, bluza i spodnie, są w takim stanie, że aż mi wstyd, że coś takiego na siebie założyłam, paznokcie są obgryzione niemal do mięsa, na dwóch zachowała się jeszcze jakaś resztka wyblakłego czerwonego lakieru.
– Matko, jak ja wyglądam – mówię na głos. Lustro niestety potwierdziło odbicie w okiennej szybie. Chyba nawet poprzednio wyglądałam lepiej… Może Haymitchowi, wcale nie chodziło o to, abym wywietrzyła pokój, bo mój mąż ma zamiar mnie odwiedzić, a raczej ze względu na zapach jaki wydziela moje ciało.

Łazienka, która przylega do mojego pokoju, nie ma wanny, więc o długiej, gorącej kąpieli w pachnącej pianie mogę tylko pomarzyć, niezależnie od przekonania, że to najlepiej by mi pomogło. Zrzucam z siebie rozciągnięte ubranie i wrzucam je od razu do kosza na śmieci. Nie warto ich prać, nie nadają się do noszenia przez nikogo, nawet przez porzuconą, brudną i zapuszczoną , a już niedługo – może byłą – żonę.

Pozwalam, by gorąca woda parzyła moje nagie ciało. Daje mi to dziwne, nieopisane, ale jednocześnie przyjemne wrażenie oczyszczenia. Opieram dłonie o białe kafelki, woda oblewa mnie całą, mieszając się ze łzami. Przed oczami przepływają mi wspomnienia – wszystkie szczęśliwe chwile z Peetą, smak jego pocałunków, dotyk jego dłoni na moim ciele… Takie bliskie, rzeczywiste, a jednak tak odległe… Zatapiam się w marzeniach. Wracają do mnie wspomnienia, naszej pierwszej wspólnej kąpieli… Zamykam oczy, zatapiam się w niesamowicie realnych obrazach. Delikatny powiew zimnego powietrza mnie zaskakuje, nie sądziłam, że mam aż tak bujną wyobraźnię, że jestem w stanie nie tylko przywołać obraz, ale i odczucia…

Mężczyzna ma uniesione brwi, spogląda na mnie wzrokiem nie kryjącym zaskoczenia i niedowierzania. Przyglądam mu się równie intensywnie, co on mnie. Otwiera usta, chce coś powiedzieć, ale w końcu porzuca ten pomysł, jakby zdał sobie sprawę, że w tej sytuacji chyba żadne słowa nie będą na miejscu. Robi niepewny krok w moją stronę, a ja czekam. Kolejny krok, jego dłonie, delikatnie obejmują moją twarz, spogląda mi głęboko w oczy, tak jak tylko on potrafi i czeka na mój gest, na moją reakcję.

– Czy ty mi się śnisz? – pytam w końcu cicho, a z mojego, zaciśniętego masą emocji gardła, wydobywa się dziwny skrzek.

Kręci głową, a delikatny, figlarny uśmiech błąka się po jego ustach.

– Jak się tu dostałeś? – czuję, że łzy ulgi i radości napływają mi do oczu. Widok Peety, nie będącego wytworem mojej wyobraźni, wywołuje taką właśnie reakcję.
– Przez okno – mówi cicho, przysuwając się bliżej. Patrzę w jego oczy i już wiem, mam pewność, że Peeta nigdy mnie nie zdradził, że to wszystko było jakimś chorym nieporozumieniem, w którym – z jakiegoś powodu – oboje ugrzęźliśmy.
– Pod oknem stoi drabina – nadal szepcze, jakby bał się, że za ścianą ktoś nas podsłuchuje.
– Wspiąłem się po niej, okno było otwarte, acz niechcący kopnąłem w jedną z okiennic, kiedy wchodziłem do pokoju i narobiłem trochę hałasu. Nawet sądziłem, że cię przestraszyłem, albo obudziłem, ale wtedy usłyszałem szum wody. Przepraszam – kwituje wypowiedź niesamowicie pociągającym uśmiechem, ale też z odrobiną zmieszania, jakby dotarło do niego, że dopiero wtedy mógł mnie przestraszyć.
– Za co? – dopytuję, jednocześnie pragnąc, żeby mnie pocałował.
– Że dopiero teraz zdecydowałem się na włamanie do twojej wieży.

Wybucham śmiechem, ale Peeta momentalnie tłumi go pocałunkiem. Usta ma gorące i namiętne. Jego dłonie błądzą po moim ciele, bezbłędnie odnajdując najbardziej wrażliwe miejsca, nie przestaje mnie całować, a nasze podniecenie rośnie z każdą sekundą.
– Tak bardzo tęskniłem – mówi ochrypłym głosem.
– Ja też – odpowiadam powoli.

Biorę go za rękę i wtedy dochodzi mnie głos Haymitcha z parteru:
– Katniss, mam nadzieję, że właśnie rozmawiasz z mężem?
– Oczywiście – odkrzykuję mu patrząc w oczy Peety.

Peeta obejmuje mnie mocno w pasie i wtula twarz w moje mokre włosy.
– Nigdy bym cię nie zdradził Katniss…  I nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy, żeby ciebie o coś takiego podejrzewać. Katniss, bardzo cię przepraszam. Choć wiem, że to za mało, że znów wszystko zepsułem, że…

Cofam się lekko o krok, ale równocześnie kładę mu dłoń na ustach, a potem zamykam je pocałunkiem.

– Pora wstawać, jest taki piękny… – urwane zdanie mamy budzi mnie skutecznie. Momentalnie otwieram oczy, stoi na progu pokoju, z szeroko otwartymi oczami i ustami. Nie porusza się, a ja nie mam pojęcia jak zareagować.
– Dzień dobry, mamo – pada zza moich pleców wyraźny i pewny głos Peety. Instynktownie zamykam powieki, gotowa na smoczy atak matki, ale on nie następuje.
– Dzień dobry… Jak już wstaniecie, zapraszam na śniadanie – odpowiada mama niepewnym  i jeszcze trochę niechętnym głosem, po czym zostawia nas samych.
– Łatwo poszło – kwituje mój mąż opadając nagi na poduszki, jednak kątem oka widzę, że przykrył się od pasa w dół. I dobrze – obawiam się, że na pewne widoki, mama nie jest gotowa, zwłaszcza tak wcześnie rano.

—–

Oczywiście, jak niektórzy się już domyślają, cześć środkowa jest… trochę obcięta. Jak wiecie – jest jeszcze blog z notkami specjalnymi i tam znajdziecie scenę w całości.

A & A

KONKURS, KONKURS, KONKURS

Dziś wszyscy żyją ComicConem, ale zakładamy, że jutro pewnie wrócicie tu znów szukać posta o konkursie 🙂 Niniejszym – ogłaszamy:

KONKURS KONKURS KONKURS 🙂

Krótki regulamin i wytyczne:
– obowiązuje dowolna forma artystyczna (grafika, animacja, opowiadanie, wiersz, filmik, scenka, kolaż, teledysk, performance, itd), można mieszać
– musi odnosić się do jednej (lub kilku) notek z naszego bloga – może być nią inspirowana, albo stanowić uzupełnienie
BARDZO ISTOTNE – inspiracja musi być widoczna, czyli ktoś, kto nie ma podpisu, ale zna dobrze bloga, powinien być w stanie zgadnąć, do której notki odnosi się dane opowiadanie, obrazek, animacja, itd. (tu uwaga – jeśli odnosi się do wielu, to przynajmniej jedna musi być charakterystyczna); wyjątkiem może być obraz/rysunek którejś z nie charakterystycznych postaci, aczkolwiek na grupie facebookowej były dowody, że większość postaci da się tak pokazać, że nie mieliśmy wątpliwości kto to 🙂
– termin – 26.07.2015, godz. 23:59, nadsyłać można na maila (anie@poigrzyskach.pl) albo, jeśli ktoś tak z różnych względów woli – przez FB w prywatnej wiadomości do mnie
– jury – obie Anie (autorki) i Martyna („wyrok” jury jest nieodwołalny :))
– nagrody – dwie książki:
   – Rywalki (t.I)
– i Citizen girl
– pierwsza osoba będzie mogła wybrać nagrodę, druga dostanie tę drugą (czyli już wiecie, że będzie dwójka Zwycięzców :D)
– prace prawdopodobnie zechcemy pokazać na blogu, więc prosimy przy nadsyłaniu zaznaczyć, że zgadzacie się na ich publikację na blogu i na grupie.

Ufff, to chyba tyle ;))

I zdjęcie ekipy sprzed kilkunastu minut 🙂

ekipa

Zdjęcie ekipy – Twitter, niestety nie wiem, kto wpuścił je w sieć jako pierwszy. Jeśli ktoś wie – będę wdzięczna za info.

180. Moja Zwyciężczyni

Witajcie w upalny dzień 🙂 (tak, wiemy, że u niektórych upały się skończyły, ale u nas nie ;))

Dziękujemy tym, co czekają i wracają do nas. Tym, co czytają bloga od nowa i tym, co trafili tu dziś może po raz pierwszy.
Pozdrawiamy Was i czekamy na komentarze.
A jutro – ogłosimy konkurs 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

Wycieram dłonie o spodnie, nie sądziłem, że aż tak będę się denerwować. Myślałem też, że morska bryza da mi odrobinę przyjemności, jak to bywało wcześniej, ale dziś chyba wszystko się sprzysięgło przeciw mnie – nawet wiatr tylko potęguje nieprzyjemne uczucie chłodu przebiegającego mi po plecach. Cholera, jestem dorosłym facetem, a stoję już od paru minut przed domem jej matki i boję się zapukać. To jakieś szaleństwo.

Zaciskam pięści, usiłuję podnieść rękę, ale nadal mam wrażenie, że nie chce mnie słuchać. Czuję się fatalnie, wraca myśl o alkoholu. Odwrócić się, odejść, pójść do najbliższego baru. Po kilku łykach chłodnego alkoholu na pewno byłoby łatwiej…
Cholera, jestem wściekły. Na siebie i na nią. Alkohol nie rozwiąże moich problemów, nie usunie drzwi z drogi, ani Emmy z domu. Dawno nikt nie doprowadził mnie do takiego stanu. Nie mam pojęcia co siedzi w jej głowie, ale to zaczyna być groźne.

Stojąc na otulonej mrokiem werandzie, widzę ich przez oświetlone okno. Emma i Shen siedzą na kanapie przytuleni, jakby zamyśleni. Rozpalony w kominku ogień, małe koronkowe firanki w oknach… To dziwne, ale jakimś cudem wracam wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa, choć dom Emmy raczej przypomina te z Miasteczka, niż ze Złożyska. Mimo to przed oczami stanęły mi przez chwilę wspomnienia beztroskich zabaw, uśmiechu, radości… Pocałunków matki przed snem, głosu ojca czytającego nam czasem bajki… W gardle rośnie mi gula…

Ocieram szybko oczy, biorę głęboki wdech. Wydech. I raz jeszcze. I kolejny. Zaciskam mocno szczękę, unoszę rękę i mocno uderzam w drewno. Zbyt mocno, ale nic to – lepiej tak, niż za cicho. Przez drzwi słyszę szmery, jakby poruszenie. Niespodziewana wizyta w chłodny, deszczowy wieczór musi być dla nich dużym zaskoczeniem – z tego, co wiem, nieczęsto przyjmują tu ostatnio gości. Po kilku chwilach drzwi w końcu otwierają się. W jasnej plamie widzę Shena i duże zaskoczenie na jego twarzy. Uniesione brwi i zmartwione spojrzenie znad grubych, czarnych oprawek okularów jasno mówią mi, że łatwo nie będzie. Z drugiej strony nic innego nie zakładałem – doskonale wiem, że nie mogę po prostu wejść bez zapowiedzi i po prostu zabrać Katniss do Kapitolu… Mimo tej świadomości i tak przebiega mi przez myśl ostatnia chęć ucieczki, ale nim mam czas, by zrobić krok, za Shenem pojawia się matka Katniss. Odsuwa męża i staje przede mną, patrząc zwężonymi oczami z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
– Cóż cię sprowadza w nasze skromne progi? – cedzi słowa powoli, wkładając w każde masę jadu i niechęci.
– Przyjechałem w odwiedziny – staram się mówić spokojnie, choć nie przychodzi mi to łatwo.
– W odwiedziny – prycha. – Dobre sobie. I ja mam ci niby uwierzyć?  Haymitch, nie traktuj mnie jak dziecko, doskonale wiem, po coś tu przyjechał. Doskonale wiem, kto cię przysłał – jest niezwykle zdenerwowana, podniesiony głos przechodzi w krzyk, gdy dodaje – Nie  życzę sobie, żeby ten zdradziecki cham zbliżał się do mojej córki, nie pozwolę mu jej więcej skrzywdzić!

Stoję osłupiały, przez głowę przelatuje mi milion myśli. Melania mówiła mi, że Emma założyła, że Peeta zdradził Katniss i nie przyjmuje do wiadomości nawet cienia wątpliwości. Mimo to nie sądziłem, że po wielu dniach nadal podchodzi wręcz agresywnie nawet do osób, które – jak podejrzewa – są po „jego” stronie. Wiem jednak, że nie mogę się teraz poddać, bo jeśli odejdę, mogę nie mieć więcej możliwości wejścia do środka.

Zerkam ponad ramieniem kobiety, przesuwam wzrokiem po salonie i kuchni, ale nigdzie nie widzę Katniss.
– Gdzie ona jest? Gdzie jest Katniss? – udaję, że nie widzę ruchu Emmy, która chce zamknąć drzwi, ale blokuję je stopą. Muszę zobaczyć się z jej córką, nawet jeśli zrobi wszystko, by mi to uniemożliwić. Tym bardziej, że w tym momencie jestem przekonany, że coś jest mocno nie w porządku.
– Nie twój interes – Emma nadal kontynuuje tym samym tonem. Widzę, że stojący za nią Shen kręci głową, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że moje wysiłki są nadaremne. Ale nie tacy jak ona mnie nie pokonali.
– Katniss! – krzyczę na całe gardło, bezczelnie odsuwając Emmę i wchodząc do domu. – Katniss! – mijam kobietę, kierując się w stronę schodów. Czuję, że łapie mnie za rękaw, ale w tym samym momencie na górze słychać skrzypnięcie drzwi i moim oczom ukazuje się moja igrająca z ogniem dziewczynka, moja Zwyciężczyni. Ile bym dał, by jej takiej nie oglądać…

Ubrana jest w rozciągnięte, za duże kilka rozmiarów dresy. Krok spodni zwisa jej niemal o kolan, bluza jest cała poplamiona, a jedna z kieszeni zwisa smętnie, jakby oberwana. Tłuste włosy są w totalnym nieładzie. Ale najgorzej wygląda jej twarz – blada, opuchnięta, a oczy są pełne smutku, a nawet rozpaczy. Mam ochotę natychmiast zabrać ją z tego domu, nie oglądając się na nic. Ona jednak zatrzymała się u szczytu schodów, zdrapując resztki czerwonego lakieru z obgryzionych paznokci.
Rozkładam ramiona, przygląda mi się chwilę, a jej podbródek zaczyna niespokojnie dygotać. Po chwili zbiega ze schodów, trafiając wprost w moje objęcia.
– Katniss – szepczę do niej, delikatnie tuląc ją do piersi. – Katniss, co ci się stało?
– A co się miało stać? – odparowuje natychmiast Emma. – Właśnie do takiego stanu doprowadził ją jej mąż, ten gagatek, ten cham, ten… – znów wpada w emocjonalny krzyk.
– Emmo – cichy, acz stanowczy głos Shena przywołuje ją do porządku, a Katniss zaczyna cicho szlochać w moich ramionach.
– Co Emmo, co Emmo? – awantura stoi na krawędzi. – Nie mam już prawa we własnym domu powiedzieć tego co myślę?
– Emmo – Shen mówi do niej jeszcze łagodniej. Delikatnie kładzie jej ręce na ramionach, jakby chciał ją przed czymś powstrzymać.
– Może porozmawiamy spokojnie? – pytam cicho.
– To świetny pomysł – podchwytuje Shen. Bierze Emmę za rękę i prowadzi ją do salonu, jednocześnie ruchem głowy dając mi znak, bym poszedł za nimi.

– Idź do siebie – szepczę cicho do ucha Katniss.
– Ale… – odpowiada mi łapiąc mocnymi haustami powietrze, pomiędzy szlochami. Podnosi jednak głowę i patrzy mi uważnie w oczy.
– Idź do siebie, Katniss – puszczam do niej oko.
– Po co? – pyta cicho, ale widzę, że w oczach pojawia się jakiś mały świetlik, cień dawnego blasku.
– Może powinnaś przewietrzyć pokój? – sugeruję, uśmiechając się do niej szczerze.

Odprowadzam wzrokiem Katniss wchodzącą po schodach. Mimo, że jeszcze kilka chwil temu wyglądała jak tysiąc nieszczęść, mam wrażenie, że z każdym kolejnym stopniem, jakby stawała się lżejsza. Jakby wstępowała w nią jakaś nadzieja.

Siadam, a raczej zapadam się w miękkiej kanapie. Shen nalewa mi gorącej herbaty, a ja zauważam, że ręce trzęsą mi się niesamowicie. Z trudem udaje mi się opanować ich drżenie, unosząc filiżankę do ust. Jadąc tutaj układałem w głowie różne scenariusze, ale nie sądziłem, że emocje Emmy zaszły tak daleko, że ma tak wielki żal do Peety, że odgrodziła Katniss od świata. Shen siada z boku i czeka na dalszy rozwój wypadków. Wciągam powietrze, spoglądając na Emmę, która sztywno siedzi naprzeciw mnie na kanapie. Ręce zaplotła na piersi, uniosła brwi i czeka, choć widzę, że najchętniej rozszarpałaby mnie i wyrzuciła za drzwi.

– Emmo, czy możesz mi powiedzieć, dlaczego tak bardzo nienawidzisz Peety?
– Jeszcze pytasz? – prycha, jakby to naprawdę było oczywiste.
– Tak. W jednym momencie zmieniłaś całkowicie swoje nastawienie do niego – od ukochanego zięcia, do człowieka, którego jawnie nienawidzisz. Odsyłasz z powrotem do nadawcy wszystkie prezenty, jakie przysyła dla Katniss, podobnie jak i listy, nie pozwalasz im nawet porozmawiać przez telefon. To już trwa ponad trzy tygodnie, Emmo.

Przyglądam się jej uważnie, spostrzegam, że po lewym policzku płynie jedna łza. Po chwili dołącza do niej kolejna, Emma zaczyna drżeć, ale w końcu przełyka głośno i odpowiada mi zaskakująco spokojnie:
– Katniss cierpiała przez niego przez wiele tygodni. Nic nie mówiła, ale ja to czułam. Podejrzewała że on jej już nie kocha, że może gdzieś kogoś ma, a potem przyszedł ten cały bal i jego podejrzenia. Wiesz moja mama zawsze mówiła, że osądzamy ludzi w oparciu o własne czyny, więc chyba oczywistym jest, że Peeta ją zdradził – patrzy na mnie przekonana o swej słuszności, nawet chyba nie oczekuje odpowiedzi.
– Czy przed chwilą powiedziałaś, że podejrzewamy ludzi w oparciu o własne czyny?
– Tak, dokładnie tak.
– Czyli skoro Katniss podejrzewała Peetę, to – idąc drogą twojej dedukcji – ona również go zdradzała, czy tak?

Emma spogląda na mnie gniewnie, mruży oczy i nagle blednie. Nie odzywam się, wiem, że właśnie zrozumiała, że mogła popełnić ogromny błąd w ocenie Peety. Podrywa się z kanapy, jakby chciała biec na górę, do Katniss, jakby chciała z nią porozmawiać. Powstrzymuję ją jednak ruchem ręki i krzyczę:
– Katniss, mam nadzieję, że właśnie rozmawiasz z mężem?
– Oczywiście – odkrzykuje mi lekko przytłumionym głosem Katniss.
– Ale jak? – po minie Emmy widzę, że jest zdezorientowana.
– Są przecież telefony, kochanie – podpowiada jej Shen i prawie niezauważalnie puszcza do mnie oko. Widać też usłyszał to samo, co ja.

179. Rozmowa

Witajcie,

Dziękujemy, że czekacie na kolejną notkę. Wbrew sugestiom niektórych – jeszcze kilka ich planujemy. Wbrew naszym planom – nasza praca, szkoła, dzieci i kilka innych aspektów nie pozwala nam ich zbyt często publikować. (Wiem, że to brzmi kosmicznie, ale naprawdę – jeśli zaczyna się pracę o 8, a kończy o 22:30-23:00 to nie ma się siły nawet myśleć, ani jeść, a do pisania potrzeba stanowczo więcej energii).

Przy okazji – życzenia wszystkiego najlepszego dla Tomka (tomeq) – pamiętałyśmy, że marzy Ci się notka 18.05, mamy nadzieję, że kilka godzin poślizgu jest wybaczalne 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania 🙂
A&A


Mroźne, styczniowe powietrze wdziera się przez uchylone okno do pokoju. Czuję na twarzy chłodną mgiełkę, która w tej sytuacji jest nawet przyjemna. Łagodzi przechodzący, ale wciąż dokuczliwy ból głowy. Kawa chyba też już działa, moje ciało powoli wraca do życia. Mam dodatkowo takie wrażenie, jakby palce lekko mi mrowiły – jeśli dobrze pamiętam, to oznacza, że „cudowny” specyfik Johanny na kaca, znów przynosi spodziewane rezultaty. W połączeniu z kawą działa rewelacyjnie, ale wolę nie korzystać z niego zbyt często. Nie chcę się uzależnić, a obserwując Johannę wydaje mi się, że to  możliwe.

Drzwi skrzypią cicho, ktoś delikatnie je zamyka, a potem idzie przez pokój stawiając ostrożnie stopy. Gruby, miękki dywan dość skutecznie tłumi dźwięk kroków, ale ja i tak je rozpoznaję. To zaskakujące, jak człowiek może doskonale poznać drugiego człowieka. Do tego stopnia, że rozpoznaje jego kroki, bądź jego oddech, bez względu na to, jak długo ich nie słyszał.

Przysiada na podłodze przy mnie, kładzie dłoń na mojej, opartej na podłokietniku fotela. Prosty gest, który daje mi poczucie bezpieczeństwa i miłości.
– Jak się czujesz? – szepcze cicho, jakby nie chcąc narażać mnie na dodatkowe cierpienie.
– Już lepiej – odpowiadam spokojnie. – Dziękuję.

Odwracam głowę, nasze oczy spotykają się i widzę w nich miłość, tęsknotę i… Tego nie chciałam w nich znaleźć – to chyba strach. To odkrycie natychmiast mnie przygnębia.

– Opowiesz mi co się dzieje? – pyta cicho.
– Nie ma czego opowiadać – odpowiadam i natychmiast widzę, że zauważona wcześniej obawa rośnie. Zamykam oczy, uciekając od tego widoku, który mnie przytłacza. Nie chcę, by ktoś cierpiał z mojego powodu, nigdy tego nie chciałam…
– Jest i obie dobrze o tym wiemy. Katniss, kochanie, opowiedz mi co się tutaj dzieje, jak wygląda twój dzień. I czemu tak bardzo cierpisz, dziecko.
Głęboko nabieram powietrza w płuca, a pod powiekami czuję zbierające się łzy. Ciepła dłoń nadal delikatnie gładzi moją, dodając mi otuchy, skłaniając do zwierzeń.

– Peeta – zaczynam i czuję rosnącą gulę w moim gardle – on mnie chyba już nie kocha, mamo – miałam powstrzymać płacz, ale znów mi się to nie udaje. W końcu powiedziałam na głos to, co siedziało we mnie od jakiegoś czasu, coś, czego bałam się powiedzieć komukolwiek, poza nią. Już dawno odbudowałam relacje z mamą, ale teraz, w tej chwili, wiem na pewno, że mam w niej przyjaciółkę.
Mama milczy, słyszę tylko jej lekko przyśpieszony oddech. Zawsze taki jest, gdy mama nad czymś się zastanawia. Nagle wstaje, przysiada na oparciu fotela, obejmuje mnie mocno i po chwili pyta:
– Chcesz mi o tym opowiedzieć?

Wybucham niekontrolowanym płaczem. Mam świadomość, że nieraz tak płakałam przez ostatnie tygodnie, ale teraz jest inaczej – po raz pierwszy mam świadka. I przekonanie, że dziś jest przy mnie ktoś, kto mnie wysłucha, kto nie wyśmieje moich lęków.
– Na początku często dzwonił i pisał – zaczynam snuć opowieść wtulona w jej ciepłe ramiona. – Potem zaczęło się to zmieniać, nie miał dla mnie czasu, albo wieczorem był zbyt zmęczony, aby poświęcić go własnej żonie. Mówiliśmy sobie tylko dobranoc – i tyle. A ja wstawałam rano, ubierałam się, jadłam szybkie śniadanie i wychodziłam z domu. Odbywałam z Johanną mnóstwo nudnych spotkań, podziwiałam wystawy, z których nic nie pamiętam, odwiedzałam place zabaw, z masą dzieci, których twarze zlewały się w mojej głowie. Czasem jeździłam po dystryktach. A wieczorem  – wracałam do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie nikt na mnie nie czekał, nikt nie pytał mnie jak się czuję, jak minął mi dzień.
Na początku, kiedy Peeta dzwonił, czekałam na nasze wieczorne rozmowy, ale po pewnym czasie zauważyłam, że one… Że chyba nie są mu do końca na rękę. Jakby były kolejnym punktem do odhaczenia na długiej liście zadań. Kilka razy złapałam go na tym, że niby rozmawiał ze mną, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Po kolejnej takiej sytuacji te telefony przestały mnie cieszyć. I tak wracałam do pustego domu, coś jadłam, najczęściej zamawianego, bo w ciągu dnia nie miałam czasu iść do sklepu, ani czegoś gotować.
Zresztą… najczęściej po prostu uciekałam przed ludźmi. Mamo, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie zakupy mogą być męczące. Kiedy pojawiam się w sklepie, zaraz słyszę za sobą szepty czy to ona?, czy to Katniss? Matko, to chyba pani Mellark? A potem jest tylko gorzej – ludzie chodzą za mną krok w krok i… najczęściej biorą do koszyka dokładnie to samo, co ja. Po każdej wizycie w markecie spożywczym mam dziwne wrażenie, że cały Kapitol będzie jadł na obiad rybę ze szpinakiem i pieczone kartofle. I obowiązkowo popije je sokiem aroniowym. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale jest takie tylko przez dwa, trzy dni. Potem jest już tylko męczące. Pewnie myślisz teraz, że to mało istotne i bez sensu jest się tym przejmować, ale ja nigdy nie chciałam takiej popularności. Ani żadnej popularności, wiesz o tym. Dlatego też najczęściej wychodząc z pałacu, dzwoniłam do małej restauracyjki, która jest tu za rogiem, zamawiałam jakieś  danie i odbierałam od właściciela w bocznej uliczce. Podejrzewam, że jestem jego najwierniejszą klientką, dlatego pozwala mi unikać wchodzenia do lokalu. A może było mu mnie żal? W końcu pozbawił się niezłej sławy, a co za tym idzie – zarobków. Gdyby ludzie odkryli, że niemal codziennie u niego jadam, jego obroty pewnie zwiększyłyby się co najmniej kilkakrotnie… Ale to starszy człowiek, pewnie sporo już tu widział…
I tak kończę dzień – jem w ciemnym mieszkaniu kolację, biorę prysznic i kładę się do łóżka. Najczęściej tylko po to, by resztę nocy przepłakać z tęsknoty i samotności.

Mama nic nie mówi, przytula mnie tylko mocniej do siebie. Robi się trochę lepiej od tych zwierzeń, więc kontynuuję.
– Pewnej nocy, z lekkiego snu, wybudził mnie uparty dzwonek do drzwi. Wstałam zaspana, przestraszona tym, że ktoś dobija się do mnie o trzeciej w nocy. Za drzwiami stał Ast, a kiedy w końcu wszedł do mieszkania, powiedział mi, że Johanna przeszła samą siebie, że on nie jest już w stanie jej pomóc, a każda próba kończy się wyzwiskami pod jego adresem. Tego dnia odwiedzałyśmy szpital dziecięcy, a po powrocie byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko w ubraniu. Dlatego właściwie nie musiałam się nawet ubierać, a Ast był tak przerażony, że nie zastanawiając się narzuciłam tylko na siebie płaszcz i pełna obaw, bocznymi uliczkami, pognałam za nim do pałacu.
Johanna rzeczywiście była w paskudnym stanie, leżała na łóżku z szeroko rozrzuconymi nogami i rękami. Pościel, która kiedyś była śnieżnobiała, miała świeżość dawno za sobą, a Johanna wyglądała trochę jak klown z ciemnymi ustami. Kiedy zawlokłam ją pod prysznic i oblałam chłodną wodą, wyrywała się i klęła, ale gdy wreszcie trochę otrzeźwiała, przedstawiła mi swoich dwóch przyjaciół. Czekoladę i wino. Tak mamo, ja wieczorami płakałam, a w tym czasie Johanna najpierw objadała się ogromnymi ilościami czekoladek, a potem zapijała je winem.
Nie wiem jak do tego doszło, ale w kolejnych dniach stało się to naszym wspólnym rytuałem. Po ciężkim dniu wracałyśmy do pałacu, zdejmowałyśmy buty na obcasie i pochłaniałyśmy duże ilości czekolady i wina. A właściwie większość pochłaniała Johanna, a ja jej po prostu towarzyszyłam. Skutkiem tego szybko przestała dopinać się w spodniach i kupowała coraz to nowe ubrania. Nie zwracałam na to uwagi, aż do dnia, gdy na jakieś proszonej kolacji przypadkiem podsłuchałam rozmowę w toalecie. Dwie kobiety rozprawiały o ciąży Johanny – urósł jej brzuch, twarz wyglądała na obrzękniętą, a nikomu nie przyszło do głowy, że szczupła Zwyciężczyni tak się roztyła. Mając świadomość jaka jest prawda, zaczęłam dyskretnie szukać rozwiązania. W końcu dotarłam do dwóch trenerów. Co prawda Johanna nie miała ochoty ćwiczyć i zgodziła się dopiero, gdy wymusiła na mnie obietnicę, że przejdę to razem z nią. To Ast wymyślił, by przerobić piwnice na salę ćwiczeń. Dzięki temu nie prowokowałyśmy podejrzeń opuszczając kilka razy w tygodniu wieczorami pałac. Nasi trenerzy przyjeżdżali różnymi samochodami, wchodzili do środka tylnym wejściem i poddawali nas katorżniczym ćwiczeniom. Niemniej efekty były bardzo szybko widoczne i nawet Johanna w Sylwestra mogła ubrać w miarę przylegającą sukienkę. Ale piękne suknie, makijaż i cała reszta wcale nie pomogły – nie widzieli nas od wielu tygodni, a mimo to nie zwrócili na nas prawie wcale uwagi.
To przeważyło szalę – znów postanowiłyśmy napić się wina. Zeszłyśmy do piwniczki za kelnerami, a ja poprosiłam jednego z nich o korkociąg. Już wychodzili i jeden z nich zamiast go podać – rzucił go w moim kierunku. To nie było zbyt mądre i pewnie powinno mu się za to oberwać… W każdym razie złapałam go tak niezgrabnie, że rozcięłam sobie dłoń. Krew leciała szybko, ale chyba zdążyłam jeszcze wypić kilka kieliszków. Aż nagle zakręciło mi się w głowie i chyba straciłam przytomność…

– Napędziłaś mi strachu, wiesz o tym?
– Nie chciałam tego, mamo.
– Nie rozumiem jednego, Katniss. Dlaczego nie przyjechałaś do mnie? Dlaczego – zamiast upijać się z Johanną, albo płakać samotnie w poduszkę – nie przyjechałaś do domu?
– To nie takie proste, mamo. Mam tu swoje zobowiązania. A dodatkowo nie chciałam ci zawracać głowy – odpowiadam cicho. Choć wiem, że obie wymówki to kłamstwo. Odwiedziny w szpitalach, udział w kolacjach nie są niezbędne, da się je przesunąć o tydzień, czy dwa. Po prostu takie rozwiązanie nie przyszło mi do głowy.
– Obiecaj, że będziesz mi zawracać głowę, dobrze?
– Tak, mamo, obiecuję.

Po jakimś czasie usłyszałyśmy pukanie do drzwi pokoju – zaskoczona zobaczyłam Haymitcha, który krótko poinformował nas, że Peeta chce się ze mną zobaczyć. Powoli zaczęłam się podnosić, ale wyraz twarzy mojej matki bardzo mnie zaskoczył i powstrzymał. Wstała sztywno z fotela, poprawiła garsonkę i pewnym krokiem przeszła przez pokój, wyprowadzając za sobą Haymitcha. Nie zamknęła jednak drzwi, przez co słyszałam całą rozmowę z moim mężem.
– Dzień dobry mamo, czy Katniss śpi? Muszę z nią porozmawiać – głos Peety był dość spokojny, ale znałam ten ton, który mnie zdradzał zdenerwowanie.
– Dzień dobry, Peeta – odpowiedziała chłodno. – Katniss nie śpi, ale nie ma ochoty widzieć się z tobą. I od razu uprzedzę twoje kolejne pytania – jeszcze dzisiaj zabieram ją ze sobą do Czwórki. Po tym jak się względem niej zachowałeś, nie liczyłabym na to, iż prędko będzie chciała się z tobą zobaczyć. Wracaj do swojej polityki, ważnych spotkań i tego, co tam jeszcze robisz.
– Ale mamo – jękliwy i błagalny ton Peety przeszywa moje serce.
– Nie, Peeta, nie. Nie pozwolę ci więcej ranić mojego dziecka. I jeszcze jedno – bardzo łatwo przyszło ci posądzenie Katniss o zdradę, może dlatego, że sam ją zdradzasz?

Mama nic więcej nie powiedziała, kazała tylko Astowi spakować moje rzeczy i przysłać do jej domu. Mnie zaś wsadziła do poduszkowca i zabrała ze sobą, całą drogę głaszcząc mnie po głowie położonej na jej kolanach.

178. Pobudka

Dobry wieczór 🙂
Na wstępie składamy serdeczne życzenia dzisiejszym Solenizantkom i Solenizantom (ze szczególnym uwzględnieniem Asi i Justyny) oraz gratulujemy zdanych ezgaminów tym, którzy mają je za sobą i życzymy powodzenia wszystkim, którzy jeszcze są przed nimi.
Drażliwy temat, czyli kiedy następna notka? Nie wiemy jeszcze, spróbujemy jakoś w okolicach matur pisemnych 😉
A teraz – miłego czytania i komentowania 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

– Witaj śpiąca królewno – jego głos, mimo że chyba wcale nie krzyczy, wydaje mi się aż nazbyt doniosły. W mojej głowie nadal pulsuje ból, napiera od środka na czaszkę, jakby miała się rozpaść. Na dodatek te nieszczęsne promienie słońca, wpadające przez odsłonięte okno sypialni, niezwykle wzmacniają uczucie dyskomfortu… „Zgaście słońce” szepczę, ale nikt nie reaguje. A może tylko mi się wydaje, że to powiedziałam?
– Gale – Johanna chyba mnie zrozumiała, bo mówi dość cichym, stłumionym głosem. Kieruję na nią zmrużone oczy – jest bardzo blada i ma ciemne okulary, podejrzewam, że czuje się podobnie jak ja.
– Musisz tak głośno krzyczeć? I skąd się tu wziąłeś?
– Na prośbę Haymitcha sprawdzam co z naszą „małą pijaczką” – odpowiada tym samym, doniosłym tonem, dodając do wypowiedzi kąśliwy uśmiech.
– Mała pijaczka ma się koszmarnie – odpowiadam mu przez zaschnięte gardło. Każde moje słowo, które przez nie przechodzi, sprawia mi ból, jakbym w środku miała papier ścierny, który rani mi tkankę z każdą literą. Głos mam skrzekliwy, pozbawiony znanej mi nuty. Gdy udaje mi się jakoś zebrać myśli, dochodzi do mnie, że bardzo chce mi się pić.
– Możesz iść mu to powiedzieć – wyrzucam w końcu z siebie wściekła. W tle wyłapuję dźwięk wodospadu. Nie, to nie żaden wodospad, to Johanna nalewa wodę do szklanki i wyciąga ją w moją stronę. Mam ochotę jej powiedzieć, że da się ciszej przelewać płyny, ale macham ręką i szybko wypijam całość, lekko rozlewając wodę na brodę.

Gale opuszcza wreszcie sypialnię, głośno się śmiejąc. Dam sobie obciąć rękę, że specjalnie trzasnął drzwiami, żeby sprawić mi jeszcze większy ból. Zabiję go później. Albo wymyślę jakąś dotkliwą zemstę…
– Masz tu lek na ból głowy. I drugi na kaca – zwraca się do mnie Johanna. – Musisz mieć trzeźwy umysł, bo jak ci opowiem co się wydarzyło, to przewrócisz się z wrażenia.
– Co znów? Tylko mi nie mów, że jakieś zamieszki, nie zniosę tego po raz kolejny… – wzdycham ciężko połykając szybko tabletki.
– Nie, to coś znacznie gorszego – zaczyna Johanna. Muszę mieć przerażoną minę, bo wyciąga szybko rękę i kładzie mi na ramieniu.
– Nie, nie, to nie to, co myślisz. Ale będziesz mocno zaskoczona – Johanna kontynuuje z dziwnym uśmiechem na ustach. – Wiesz… nasi mężowie wreszcie się nami zainteresowali. I wyciągnęli niezwykle ciekawe wnioski z naszego małego wypadku w piwnicy – chichocze cicho spoglądając na moja skaleczoną dłoń. Idąc za jej wzrokiem z zaskoczenie odkrywam, że jest zawinięta w biały bandaż tworzący zgrabny opatrunek. Nadal nie mogę uwierzyć jak mogłam być tak niezgrabna. Rozpłatałam rękę… łapiąc korkociąg. Najzwyklejszy w świecie korkociąg…
– Podasz mi wreszcie jakieś szczegóły? – dopytuję ją kiedy bardzo powoli, z trudem, zwlekam się z łóżka. Jestem tylko w bieliźnie – spoglądam zaskoczona na Johannę, szukając w jej twarzy odpowiedzi na pytanie, kto mnie rozebrał.
– Spokojnie, to twój mąż. Przejawił przez moment zainteresowanie twoją osobą, przyniósł cię tutaj, rozebrał do bielizny. A potem wyszedł. Jakby to powiedzieć… Poszedł pobić naszych personalnych trenerów fitness.
W reakcji na jej słowa, zatrzymuję się w pół drogi do łazienki. Próbuję przetrawić jej słowa, zastanawiam się czy na pewno dobrze zrozumiałam. Odwracam się do Johanny, która siedzi na łóżku z przechyloną głową i dmucha lekko na swoje paznokcie. Matko, jakby tu mało śmierdziało, musiała dodać lakier… Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, ale ciekawość zwycięża.
– Co? – wyduszam w końcu przez zaciśnięte gardło, walcząc z mdłościami.
– Idź się umyj, bo okropnie śmierdzisz, a ja w tym czasie poszukam ci jakichś ubrań. A potem, przy śniadaniu, dokładnie opowiem ci co się stało.

Po kwadransie siedzę w głębokim fotelu, próbując delikatnie skubać tost z masłem. Przełykanie idzie mi nadal z trudem, ale Johanna twierdzi, że to mi dobrze zrobi. Popijam go mocną, gorącą, słodką kawą i słucham opowieści Johanny.
– Kiedy Peeta wyniósł cię z piwnicy, a Paul pomógł mi dojść do łóżka, zasnęłam na moment. Nie wiem jak długo spałam, ale w pewnym momencie obudził mnie przerażony Ast. Wmusił we mnie w ekspresowym tempie chyba z litr kawy, a kiedy już trochę oprzytomniałam, powiedział mi, że nasi mężowie sprowadzili, za pomocą ochrony pałacu, naszych trenerów. Dobrze słyszysz – wysłali po nich żołnierzy! Potem zaprowadzono ich do piwnicznej sali przesłuchań i… „ręcznie” próbowali wydobyć z nich informacje o tym od jak dawna ich zdradzamy. Rozumiesz to?! My ich – dodaje oburzona i zaczyna się trząść z nerwów. Nadal czuję się otumaniona, ale wreszcie i do mojego mózgu powoli, dochodzi znaczenie tego, co właśnie powiedziała.
– Zebrałam się najszybciej jak mogłam, co niestety nie było łatwe, bo sama dobrze wiesz, że wypiłam tyle samo co ty i pobiegłam do piwnicy. A tam – Haymitch siedział przed monitorem, a Hoult podnosił z podłogi przywiązanego do krzesła Stefena powalonego na nią przed chwilą przez Paula. Uderzył go pięścią! Byłam tak zaskoczona i wściekła, że przez chwilę patrzyłam oniemiała na to wszystko, a żaden z nich nawet nie zauważył, że tam jestem. W końcu pytam Abernathy’ego o co chodzi i co się dzieje, a ten mi oznajmia, że wyszła na jaw nasza tajemnica, że już wiedzą co robiłyśmy z nimi, tymi aresztowanymi, w piwnicy i dostają nauczkę. Najpierw wybuchnęłam śmiechem, a jak już w końcu mogłam mówić, to zapytałam Haymitcha, czy oni aż tak bardzo lubili naszą nadwagę – unoszę lekko brew na to hasło, a ona zaraz się wycofuje. – No dobra, moją nadwagę, że muszą bić naszych trenerów personalnych. Dawno nie widziałam takiej miny u Haymitcha. Zerwał się i siłą wywlekł naszych mężów z tamtej sali. A domyślasz się, że w tej sytuacji, w ich stanie zacietrzewienia, wściekłości, nie było to łatwe. I wtedy się zaczęło – Paul krzyczał, Peeta krzyczał, Haymitch na nich obu również, twierdząc, że zachowali się jak rozwydrzone dzieci, a ja dostałam ataku śmiechu.
Głowa opada mi na zagłówek fotela.
– Co było dalej?
– W sumie nic szczególnego. Chłopcy zostali przeproszeni i grzecznie odwiezieni do domu. Podejrzewam, że Ast jakoś to rozwiązał jeszcze dodatkowo, ale na razie nie miałam siły w to wnikać. A twój mąż trzasnął drzwiami i gdzieś poszedł.
– Mhm – odpowiadam krótko, dając do zrozumienia, że dotarło do mnie wszystko. Ale tak naprawdę czuję w sercu rosnącą bryłę lodu. Zastanawiam się nerwowo dlaczego Peeta wyszedł – czyżby był na mnie zły? Przecież to ja mam się o co gniewać, nie on. Czuję, że łzy zaczynają mnie piec pod powiekami, boli mnie to, co dzieje się z moim małżeństwem. Przez chwilę próbuję zatrzymać płacz, ale w końcu pozwalam sobie na tę chwilę słabości. Choć ostatnio mam ich wiele – już nie pamiętam ile razy płakałam wieczorami, wracając do pustego, ciemnego domu. Z reguły planowałam się wówczas czymś zająć, ale kończyło się na tym że padałam na łóżko i pozwalałam, by poduszka Peety wchłaniała moje łzy. Kilka dni temu zorientowałam się, że nie było go w domu tak często, że już nawet nie pachniała nim…

Zatopiona w swoich rozmyślaniach dopiero po chwili zorientowałam się, że Johanna milczy. W końcu wstała, zostawiając mnie samą z moimi myślami. Myślami nad tym co dalej będzie z moim życiem i czy moje małżeństwo ma jeszcze sens.

177. Światło

Witamy wszystkich Cierpliwych i Niecierpliwych 🙂

Czy u Was też szykują się białe święta? Czy tylko w naszej części Polski (świata) ktoś zapomniał sypnąć śniegiem w grudniu i teraz próbuje nadrobić, co by mu premii nie zabrali? 😉

Następna notka… Będzie w tym miesiącu, na pewno. Myślimy, że może się udać za dwa tygodnie nawet… Chyba, że… Nie, przyjmijmy, że będzie za dwa tygodnie 🙂

Miłego czytania i komentowania 🙂 I spokojnych Świąt wszystkim 🙂

A & A

Otacza mnie ciemność, a ciało płonie, jakbym stała w samym środku ogarniętego pożarem budynku. Igrająca z ogniem płonie… Ból jest nie do zniesienia, rozchodzi się od czubka głowy aż po same koniuszki palców u stóp.
Bum, bum, bum!
Bliżej nieokreślony dźwięk dudni mi w uszach. Trawi mnie ogień, a równocześnie czuję przenikliwy odór. Nawet nie wiem co jest gorsze – przeszywający każdy, nawet najmniejszy skrawek mojego ciała ból, uciążliwe łupanie w głowie, smród czy ten gorzki, piekący posmak w ustach. Nawet nie jestem w stanie otworzyć oczu, jestem przekonana, że gdy to zrobię, będzie jeszcze  gorzej. Mam też dziwne wrażenie, że jestem naga, jak w chwili narodzin, ale nie pamiętam chwili pozbawienia mnie ubrania. A może… może wcale nie jestem naga, może nie mam ciała? Choć nie, gdyby go nie było, nie czułabym bólu… Czekam aż ta okropna chwila minie, ale ona nie mija. A każda kolejna sekunda sprawia, że chcę umrzeć, zasnąć, byle już tego nie czuć.

Powiew lodowatego powietrza powoli rozwiewa wszechobecny fetor, ból jednak nie ustępuje, a nawet pogłębia się. Wraz z zimną bryzą, do miejsca, w którym się znajduję, wpada światło. Jest tak jasne, że przebija się przez moje zamknięte powieki, potęgując przenikliwy ból głowy.

Jednak powoli dociera do mnie, że mimo zimna i fizycznego cierpienia, to światło wydaje się być ciepłe. Ciepłe i przyjazne, sprawia, że czuję, iż wzywa mnie do siebie. Powoli próbuję rozchylić powieki, ale już po sekundzie zaciskam je ponownie, jest zbyt jasne, zbyt intensywne, nie jestem w stanie go znieść.

– Katniss… – dochodzi do mnie jak przez mgłę. Cichy, od tak dawna nie słyszany, tak bardzo drogi mi głos. – Katniss, już czas…

Walczę ze sobą, bo światło zmusza mnie do podążania w jego stronę, a równocześnie coś we mnie krzyczy, żebym tego nie robiła, że nie powinnam, bo ta otaczająca mnie jasność nie jest wcale dla mnie dobra. Zaciskam pięści, czuję ciepły strumyczek na dłoni. Krew! Przez chwilę próbuję opanować strach, który pojawił się razem z krwawieniem, ale po chwili uspokajam się, gdy przypominam sobie o okropnym rozcięciu, przez które tak bardzo broczyłam w pałacowej piwnicy. I powód, który sprawił, że tam zeszłam…

Byłam okropnie wściekła na Peetę, na jego zachowanie. Ledwie wróciliśmy z naszej podróży poślubnej do Kapitolu, on przepakował walizkę i niemal natychmiast, w ciągu kilku godzin, wyjechał z Paulem. A kiedy wrócił po miesiącu, zamiast spędzić czas ze mną, zamknął się w gabinecie ze swoim kuzynem (jakimś cudem on mu się nie znudził!) i jakimś tam burmistrzem. Właściwie nawet nie zwrócił na mnie uwagi, i to po tak długiej rozłące… Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, kiedyś nie potrafiłby się ode mnie oderwać, kiedyś…

Cholera, Johanna miała rację, nie jesteśmy już najważniejsze dla naszych mężów, mają ważniejsze sprawy na głowie. Tak naprawdę doszło to do mnie tamtego wieczoru, kiedy Johanna, przedstawiła mi swojego… swojego… A, pocieszyciela, tak go nazwała. Wtedy śmiałam się z niej, ale nie odmówiłam. Kiedy wróciłam do pustego mieszkania, pogrążonego w ciemności, właściwie zaczęłam żałować tego co zrobiłam – czegoś, czego sama po sobie się nie spodziewałam. Dałam się ponieść chwili, chyba zachowałam się jak typowa żona w Kapitolu, pozostawiona przez swojego męża na długie, samotne, zimowe wieczory. I od tamtej pory, posuwałyśmy się z Johanną coraz dalej, a ja nieraz całą noc potem to odchorowywałam. Dlatego po jednym, czy dwóch takich razach starałam się zachować umiar, w przeciwieństwie do mojej przyjaciółki… Odkąd pamiętam, nie znała granic, a teraz, pozostawiona bez opieki, bez kontroli, mając władzę i pieniądze, folgowała sobie bez końca…

A może znalezienie tamtych dwóch było błędem? Ale to akurat był mój błąd. Nie miałam zresztą wyjścia, kiedy zobaczyłam do jakiego stanu doprowadziła się Johanna przez zaledwie kilka tygodni, musiałam natychmiast interweniować.  Co gorsza, musiałam również wziąć w tym udział, choć wcale nie miałam ochoty. Ale nie było innego wyjścia – Johanna twardo postawiła warunek – skoro miała się zgodzić na mój pomysł, to wszystko miało się odbyć w pałacu, żeby nikt poza nami nie był w stanie odkryć spisku. Na dodatek uparła się na piwnicę, bo nie chciała – budząc się w sypialni, lub przechadzając po prywatnych pokojach – wspominać, do czego zmuszała swoje ciało. I ostatecznie – ja też, solidarnie z nią, miałam robić to samo. Uparta jak zawsze…

W sumie odrobina ruchu mnie też dobrze zrobiła. A poza tym miałam wolne wieczory i byłam słomianą wdową. Musiałam się czymś zająć, żeby nie zwariować, nie zastanawiać się co w tym czasie robi Peeta. A może robił to samo?

Spotkania trzy razy w tygodniu szybko stały się naszą tradycją. Wychodziłyśmy z piwnicy zmęczone, spocone, ale szczęśliwe. Nigdy nie sądziłam, że taka forma spędzania wolnego czasu może tak fantastycznie poprawiać nastrój…

Peeta dzwonił rzadko, ciągle czymś był zajęty. Robił coś „ważnego, niezwykle ważnego, bardzo istotnego”, a ja zeszłam na dalszy plan. To okrutnie bolało… A tymczasem nasi nowi przyjaciele mieli dla nas czas, uśmiechali się do nas, pytali jak minął nam dzień. Johanna twierdziła, że to dlatego, że im za to płacimy, ale ja uważałam, że „praca” z nami stała się dla nich również przyjemna. My, Zwyciężczynie, nie mamy tak wielu zahamowań, jak inne mieszkanki Kapitolu. Będąc zahartowane w ogniu Igrzysk doskonale wiemy, że stać nas na więcej, a w obecnej sytuacji  – że więcej rzeczy zostanie nam wybaczone. A naszych mężów i tak nie interesowało co, ani gdzie robimy…

Pamiętam wyraz twarzy Johanny, kiedy w sylwestrową noc Paul i Peeta zamknęli się w gabinecie. Była tak samo wściekła jak ja, tak samo rozżalona i tak samo czuła się porzucona. Obie, bez zastanowienia, zeszłyśmy tam, gdzie od kilku tygodni czułyśmy się szczęśliwe – do naszej piwniczki.

Nie sądziłam, że jestem aż taką niezdarą, ale jednak – schodząc głęboko rozcięłam sobie rękę. Krew była wszędzie, choć niby płynęła niemal kropla po kropli, nieśpiesznym strumykiem, ale plamiąc podłogę, jakoś szybko znalazła się wszędzie dookoła. Jakbym straciła jej nie mililitry, a litr, albo więcej. A może tak było? Może tylko mi się wydawało, że czerwony płyn sączy się powoli? Ale i tak nie przeszkadzało mi to, by nadal podążać na spotkanie z jednym z dwóch starych pocieszycieli Johanny. Przy czym tym razem chyba przesadziłyśmy, wściekłość na naszych mężów, perspektywa tego, że ktoś mógłby nas przyłapać, tego jaki to skandal by to wywołało sprawiło, że nasze zahamowania puściły. Dałyśmy się zmaltretować, powalić na kolana, pozbawić świadomości…

– Katniss, nie mamy czasu, otwórz oczy – inny, równie drogi mi głos, przywołuje mnie do rzeczywistości. Ufam temu głosowi bezgranicznie, powoli otwieram oczy i pozwalam światłu mnie otoczyć.