175. Zaproszenie do Pałacu

Witamy 🙂
Mamy nadzieję, że pozostaliście z nami (a przynajmniej większość :)) i Wasze komentarze przekonują nas, że tak jest. Dziękujemy i doceniamy, że czekacie :):) Miłego czytania i komentowania, a następna notka – będzie w czwartek (tak, ten najbliższy, 5 marca).
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Białe płatki śniegu wirują na wietrze, równie często unosząc się ku granatowemu niebu, co opadając na ziemię. Mróz szczypie mnie w policzki, a wiatr wciska się, gdzie tylko może, więc otulam się ciaśniej czarnym płaszczem i stawiam wysoki kołnierz. Moje szybkie kroki odbijają się echem po ulicach pogrążonego we śnie Kapitolu. Miasto i jego mieszkańcy dopiero niedawno położyli się, odpoczywają po szaleństwach dzisiejszej nocy. Nie mają świadomości, że przemykam się właśnie pogrążonymi w mroku przecznicami, potencjalnie wystawiony na spojrzenia i zaczajone lufy aparatów. Skręcam w lewo – niestety, tu już jest o wiele jaśniej. Zresztą nie ma się czemu dziwić – zbliżam się do najważniejszego budynku Panem, więc oświetlenie jest niemal oczywiste. Z rękami wciśniętymi w kieszenie wchodzę szybko na wysypaną żwirem alejkę, przeklinając w duchu ten pomysł wyboru nawierzchni. Śnieg jest tu odgarniany codziennie, więc nie tłumi odgłosu kroków, za to w ciszy chrzęst żwiru jest aż nazbyt głośny.

Budynek jest pogrążony w półmroku, okna są ciemne, choć jestem pewien, że w środku nikt nie śpi. Pozory, cały czas robimy wszystko, by zachować pozory. Na imprezie, podczas wywiadów, w dystryktach. A teraz chyba nawet w rodzinach, już nawet tu przestaliśmy być sobą, rozmawiać ze sobą otwarcie, ufać sobie. Cholera, gdzie myśmy doszli? Czym to się różni od sytuacji sprzed 10 lat, gdy Kapitol udawał, że z dumą idziemy na arenę, a i my nie byliśmy wolni od gier i gierek… Szybko przeskakuję trzy schody dzielące mnie od wejścia do Pałacu Prezydenckiego, jednak nim zdążam nacisnąć na klamkę, drzwi same się otwierają.
Ast ubrany jest niemal tak samo, jak na sylwestrowym przyjęciu. Pozbył się tylko marynarki i muszki, a biała koszula niechlujnie wystaje mu ze spodni. Rękawy podwinął do łokci, na twarzy maluje mu się troska i zmęczenie. Nerwowo przeczesuje dłonią włosy, obdarzając mnie na powitanie bladym uśmiechem.
– Czekają na ciebie w gabinecie – mówi cicho, pomagając mi zdjąć wilgotny płaszcz.
– Muszę się napić – odpowiadam chłodno, choć to nie na niego jestem zły. A może jednak na niego? Po powrocie do domu miałem kilka godzin na przemyślenia. Przez cały ten czas krążyłem po ciemnym mieszkaniu i myślałem, próbując zanalizować każdy błąd, moment, znaleźć który to wszystko rozpoczął, a który jakimś cudem przegapiłem. Ast jest moim przyjacielem, ale mimo to pozwolił, aby pod moją nieobecność ktoś spotykał się z moją żoną. Jakoś trudno mi uwierzyć, że o niczym nie wiedział – sam z dumą podkreślał, że Pałac nie ma przed nim tajemnic. Dlaczego nic mi nie powiedział? A może nie chciał wiedzieć? Tak było łatwiej utrzymać pozory, czyż nie?
– To chyba nie jest najlepszy pomysł – odpowiada półszeptem. Nim zdążam się unieść, Paul i Haymitch wychodzą nam na spotkanie.
– Ast ma rację – zaczyna powoli mój mentor, najwyraźniej usłyszał moją uwagę. – Zaufaj mi, alkohol nie jest rozwiązaniem na twoje problemy.
Na końcu języka mam kąśliwą odpowiedź, ale przerywa mi dźwięk otwierających się frontowych drzwi.

Beetee strzepuje śnieg z grubej, puchowej kurtki. Spogląda na nas uważnie zza okularów, a ja czuję chłód. Znam to spojrzenie, które zawsze sugerowało, że nasze problemy dopiero się zaczną.
– Musimy przygotować jakąś odpowiedź – zaczyna przenosząc wzrok na Paula. – W porannych gazetach ukaże się informacja o ciąży Katniss i Johanny.
– Jakiej ciąży? – to pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło. Nie dość, że moja żona mnie zdradzała, to jeszcze spodziewała się z kimś dziecka? Mnie wciąż powtarzała, że nie jest gotowa na ten krok, a tu… Zaczynam czuć, że rozpacz mnie przygniata.
– Pomyśl przez chwilę – spokój Haymitcha tylko mnie nakręca. – Sami powiedzieliście, że dziewczyn nie ma na pokazie fajerwerków, bo źle się poczuły – unosi brwi i przygląda mi się uważnie.
Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie sens jego wypowiedzi. Oczywiście, ma rację. Ten komunikat był pomysłem Paula, nie mogliśmy powiedzieć prawdy, więc poinformowaliśmy wszystkich, że nasze żony poszły wcześniej spać, bo źle się poczuły. Nie pomyśleliśmy wtedy, jakie wnioski zostaną z tego wyciągnięte. Myślami wracam na chwilę do Katniss, jej bezwładnego ciała ułożonego na dużym łożu w jednej z sypialni w Pałacu. Moje serce po raz kolejny przeszywa ból… Jak mogła mi to zrobić? Czy nie wiedziała jak bardzo ją kocham, jak bardzo mi na niej zależy? Czy nie okazywałem jej tego? Gdyby można było cofnąć czas… Ale nie można, już nic nigdy nie będzie takie samo. A moje małżeństwo jest skończone.
– Teraz należy – po raz kolejny to Beetee przerywa moje rozmyślania – wymyślić jakąś sensowną odpowiedź na setki pytań, które zaraz się pojawią. Musi być w miarę wiarygodna i nie budząca następnych plotek – uważnie spogląda na Paula, który w odpowiedzi marszczy brwi i ściąga usta, a wreszcie zaczyna cierpko cedzić:
– Teraz musimy iść na spotkanie dwóm gnojkom, którzy zbałamucili nam żony. Pomimo tego, że niektóre, pracujące w Pałacu, osoby zawiodły mnie – Ast cicho wzdycha – to w końcu były na tyle mądre, aby dowiedzieć się, gdzie te typki mieszkają. Peeta i ja pójdziemy tam sami – unosi rękę, wstrzymując wtrącenie Haymitcha. – Sami! I damy jasno do zrozumienia tym gnidom co sądzimy o sypianiu z naszymi żonami – ton mojego kuzyna jest ostry, podszyty nienawiścią, ale w odpowiedzi Haymitch tylko krótko śmieje się.
– Jesteście aż nazbyt przewidywalni – mówi cicho, ale ironicznie. – Pół godziny temu oddział zaufanych ludzi wyruszył do ich mieszkania. Tylko tacy idioci jak wy mogli wpaść na pomysł, aby dwóch najbardziej rozpoznawalnych mężczyzn Panem poszło wtargnąć do czyjegoś mieszkania. W monitorowanym apartamentowcu..
– Jak śmiałeś? – Paul wrzeszczy na Haymitcha podchodząc do niego w dwóch krokach i wyprowadzając cios w jego twarz. Jednak Abernathy jest bardzo szybki i unika trafienia. Ręce ma luźno opuszczone, ale głos twardy, jakby wydawał rozkaz.
– Uspokój się! Gdym Ci pozwolił ubrudzić te ważne rączki, komunikat o ciążach spadłby ze szpalt momentalnie, a ty przestałbyś być głową państwa w 24 godziny. Tego chcesz? To złóż dymisję, nim splamisz nazwisko Mellark! – patrzę na niego zszokowany. Zapomniałem, że był dowódcą Paula, że był jednym z najważniejszych dowódców rewolucji. I muszę mu przyznać rację. Nienawiść i rozpacz zaślepiły nas kompletnie.
– A teraz radzę wam zejść do piwnicy i na monitorach przyglądać się akcji przewiezienia tamtych mężczyzn tutaj. I chyba nie będzie to dla was zaskoczeniem, jeśli powiem, że na pewno moi ludzie załatwią tę sprawę o wiele ciszej niż wy.
Paul nie odpowiada, tylko skinieniem głowy daje mi znak, abym szedł za nim. Schodząc po krętych schodach do piwnicy ponownie przeżywam tamte chwile, znowu przed oczami staje mi pozbawione życia ciało mojej żony i jej krew na podłodze.

Ukryta przed oczami ciekawskich sala telewizyjna jest niemal ciemna. Jedynym źródłem światła są cztery duże, spasowane monitory, ukazujące widok z kamery umieszczonej na hełmie dowódcy oddziału. Właśnie, dzięki odpowiedniemu wytrychowi, wchodzą do dużego loftu. Cały obraz jest zielony, dając mi pewność, że żołnierze używają noktowizorów. Obszerny pokój wyłożony jest czymś, co wygląda na boazerię. Nie ma tu zbyt wielu mebli, raczej widać ławki, deski, duże piłki, jakieś urządzenia. Natomiast ta część, która wygląda na mieszkalną, urządzona jest w kapitolińskim, bardzo nowoczesnym stylu. Przychodzi mi do głowy, że Katniss bardzo się zmieniła, skoro dała się uwieść człowiekowi tak odmiennemu ode mnie. Komuś, kto reprezentuje sobą wszystko to, czego przez te wszystkie lata nienawidziła. A może to też były pozory?
Dowódca rozgląda się, dając mi szerszy obraz otoczenia. Na ścianach wiszą obrazy wielu kobiet – część z nich rozpoznaję z przyjęć w Kapitolu, części nie znam. Po chwili orientuję się, że to nie są obrazy, tylko zdjęcia. Co dziwne – wszystkie kobiety są skąpo ubrane lub wręcz półnagie, a ich ciała błyszczą, jakby od potu. Zaciskam oczy, próbując odgonić od siebie skojarzenie, jakie niejednoznacznie budzą. Ktoś z oddziału cmoka, więc wracam do ekranu i automatycznie zaciskam pięści. Spoglądam właśnie na zdjęcie Katniss. Jest wsparta o ławeczkę, ubrana w obcisłą koszulkę na ramiączkach. W tej pozycji jej piersi wydają się większe, a dekolt lśni wilgocią. Włosy ma spięte w warkocz, ale kilka kosmyków wysunęło się z niego. Delikatny uśmiech, jaki błąka się na jej ustach, sprawia, że głośno przełykam ślinę. Ta ściana wygląda jak jakaś cholerna wystawa trofeów! Jakby każda z tych kobiet była zdobyczą…

Oddział posuwa się powoli w głąb mieszkania. Za kotarą, której koloru nie jestem w stanie rozpoznać, śpi jakiś mężczyzna. W zielonej poświacie noktowizorów mam wrażenie, że jego rysy są do mnie trochę podobne. Jeden z żołnierzy szybkim ruchem pozbawia go koca, ale jestem pewien, że już po sekundzie żałuje swojej decyzji. Widzę teraz, w pełnej okazałości, nagie pośladki mężczyzny.
– Uwaga, śpią nago – krótki komunikat słyszany jest przez wszystkich żołnierzy i przez nas.
– Spóźniłeś się, zdążyłem zauważyć – pada szybka, zniesmaczona odpowiedź.
W tym momencie mężczyzna budzi się, obraca w stronę żołnierzy, a w jego oczach jeszcze przez ułamek sekundy błąka się sen.
– Co… co się tu dzieje? – jąka się przerażony.
– Pójdzie pan z nami – odpowiada dowódca. Znam Houlta, dlatego słyszę, że choć polecenie jest suche i wyraźne, to gra w nim zdenerwowanie. – Tylko proszę coś na siebie włożyć – dodaje, jakby sądził, że mężczyzna zamierza iść nago.
– Ale gdzie? – trudno nie słyszeć, że obudzony człowiek jest po prostu przerażony. Nie dziwię się, na jego miejscu też bym był.
– Panowie Mellark zapraszają na rozmowę do piwnic Pałacu Prezydenckiego.
– Znam to miejsce – odpowiada mężczyzna, próbując się uśmiechnąć, choć w nerwach wychodzi mu raczej paskudny grymas.
– Tej części pałacu zapewne nie miał pan przyjemności zwiedzić. Ale da się to szybko naprawić – dodaje Hoult, niczego nie wyjaśniając.

Piętnaście minut później obaj mężczyźni znajdują się już w podziemnym pokoju przesłuchań. Siedzą na metalowych krzesłach, nadgarstki mają spięte za plecami kajdankami. W oślepiającym blasku lamp czekają na nas.
Na ich twarzach maluje się przerażenie i dezorientacja.
Spoglądam na Paula, on na mnie i obaj powoli wchodzimy do pokoju.

174. Sylwester

Witajcie,
Uważni Obserwatorzy pewno zauważą, że tą notką spełniamy życzenia niektórych osób 😉
Miłego czytania 🙂
A & A
PS A jeszcze Inni uważni pewnie wiedzą, że… No właśnie – że co? 😉

Szklanka jest chłodna, kostki lodu cicho uderzają o grube szkło, a brązowy płyn – choć zimny –  rozgrzewa gardło. Jestem w gabinecie Paula i z każdym kolejnym słowem stojącego przed nami człowieka, moja irytacja rośnie. Po co, do jasnej cholery, siedzimy tutaj i słuchamy tych bredni? Czy nie lepiej byłoby, po kolejnym tak długim rozstaniu, spędzić trochę czasu z naszymi żonami? Szczególnie dziś? Przenoszę wzrok na Paula – siedzi w fotelu i choć wygląda na niezwykle spokojnego, to widzę, że jego dłoń mocno zacisnęła się na trzymanym naczyniu. Obejmuje je tak silnie, że aż zbielały mu kostki. Oddycha powoli, głęboko, jakby tłumił w sobie wybuch. Znam go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że słowa tego idioty również w nim budzą rozdrażnienie i gniew.

– Panie Jonson – Paul podnosi się, przerywając wywód jednego z burmistrzów. – Rozumiem, że pana intencją było ostrzeżenie mnie i pana Mellarka przed… – zawiesza na moment głos, jakby szukał odpowiedniego słowa. Choć raczej trudno odpowiednio skwitować ten stek bzdur, który właśnie wysłuchaliśmy, nie obrażając przy tym naszego rozmówcy… – Przed zdradą naszych małżonek, ale nim postanowimy się rozwieść, porozmawiamy na z nimi na ten temat – kończy krótko.
Jonson chyba liczył na całkiem inną odpowiedź, bo zaciska mocno pięści, a jego twarz purpurowieje.
– A róbcie co chcecie – wyrzuca w końcu z siebie, a każde słowa wypluwa coraz szybciej. – Tylko pamiętajcie, że… że tym… tym dwóm, tym dwóm – przy każdym słowie unosi wyżej palec wskazujący celując raz we mnie raz w Paula – Zwyciężczyniom nie można ufać! – sapie, jakby słowa, które wypowiedział, kosztowały go mnóstwo wysiłku. – To zabójczynie, one były na arenie, im nie wolno ufać! One was zdradzają, a przy tym dybią na wasze życie! – spogląda na nas, jakby znów czekał na naszą reakcję, jakby liczył, że zmienimy zdanie.
– Coś jeszcze? – spoglądam na niego uważnie. Ja też byłem na arenie, jeśli Zwycięzcom nie można ufać, to chyba nie powinienem znajdować się w tym pokoju. Tym bardziej, że doskonale wiem, że najgorszą rzecz chciałem zrobić poza areną. Tłumię uśmiech, co przychodzi mi dość łatwo, bo pogarda i odraza z jaką Jonson wypowiada się Katniss i Johannie, budzi we mnie wściekłość.
– Nie, panie Mellark – spogląda na mnie chyba z litością. A na pewno ze współczuciem i poczuciem wyższości – jak na nastolatka, który niewiele jeszcze widział w życiu. Jego twarz przybrała już normalny kolor, ale wyraz, który na niej pozostał, wyraża wszystko, czego nie dopowiedział – jemu jest nas naprawdę żal.
– To wszystko, co miałem panom do powiedzenia. Zrobicie co będziecie chcieli, ale pamiętajcie – jeśli wyjdziecie tam – wskazuje na salę balową – a ich nie będzie, lepiej od razu zapytać służby z kim i gdzie poszły – swoją odpowiedź kwituje cierpkim uśmiechem. Po kilku sekundach krótko skłania głowę na znak szacunku i opuszcza gabinet Paula.

– I co kuzynie, jak się czujesz jako rogacz? – Paul z uśmiechem podnosi w górę szklaneczkę, w którą delikatnie uderzam.
– Doskonale, a ty?
– Fantastycznie – Paul wypuszcza powoli powietrze, odstawia drinka i kładąc mi rękę na ramieniu, prowadzi mnie na salę balową.
– Lepiej tam wracajmy, bo prawdziwy kryzys w związku czeka nas za chwilę, gdy tylko pojawimy się na horyzoncie. Wystarczająco długo były już same.

Bal sylwestrowy w Pałacu Prezydenckim powoli zbliża się do części kulminacyjnej, zegar właśnie wybił kwadrans po jedenastej w nocy. Goście suną po parkiecie, siedzą wesoło ze sobą gawędząc, lub kosztują pysznych i wykwintnych potraw. Paul zrobił z tego balu już niemal tradycję – to jeden z niewielu momentów w roku, gdy zbiera wokół siebie najważniejsze osoby w Panem. Są tu burmistrzowie wraz z małżonkami, wszyscy jego doradcy, członkowie Rady Zwycięzców, delegacje rad z poszczególnych dystryktów. W założeniu wieczór ten ma charakter rozrywkowy, ale nie jest tajemnicą, że w kuluarach dochodzi do wielu umów, zawierane są porozumienia, podejmowane decyzje i nawiązywane nowe kontakty.

Tuż za drzwiami gabinetu rozstajemy się i każdy z nas wpada w wir uścisków dłoni i zachęt do wspólnej rozmów i zabawy. Rozmawiając o błahostkach, wymieniając pozdrowienia, raz po raz omiatam salę wzrokiem. Nigdzie nie widzę mojej żony, nie umiem też znaleźć Johanny.

– Jak dobrze cię widzieć – oddycham z ulgą, przytulając się do niej mocno – ty będziesz pewnie wiedzieć, gdzie jest Katniss.
Annie nie odpowiada, spogląda na mnie tylko zaskoczona, mrugając przy tym.
– Nie ma jej z tobą? – rozgląda się, jakby wystraszona – byłam pewna, że poszła z tobą do gabinetu.
– Nie, byliśmy tylko z Paulem. Czy chcesz powiedzieć, że od ponad godziny jej tu nie ma? – odpowiadam powoli, czując rosnący w żołądku ciężar. Łapię Annie delikatnie za łokieć i przeciskam się przez tłum, kierując się w stronę Paula rozmawiającego z Haymitchem.

– Nigdzie ich nie ma – mówię coraz bardziej zdenerwowany, a mina mojego kuzyna wcale mnie nie uspokaja.
– Wiem – odpowiada przywołując na twarz uprzejmy uśmiech, wzrokiem wzywając mnie do tego samego. Po krótkiej chwili komunikat do mnie dociera i robię to samo. Nie chcemy, aby ktokolwiek, a zwłaszcza Jonson, dowiedział się, że coś się stało. Że żaden z nas nie ma pojęcia gdzie jest jego żona.
– Kiedy schodziły w dół, do piwnic, byłam pewna, że to wy im towarzyszycie – Effie dodaje jakby od niechcenia, natychmiast koncentrując na sobie uwagę nas wszystkich.
– O czym mówisz, Effie? – Haymitch patrzy na żonę, podczas gdy ona spokojnie opowiada jak widziała Katniss i Johannę schodzące do piwnicy w towarzystwie dwóch mężczyzn o jasnych włosach. Automatycznie założyła, że to my i była przekonana, że poszliśmy po jakieś specjalne wino, albo… w jakimś innym celu. Gdy tylko kończy swoją wypowiedź, zakrywa usta – w tym momencie dotarło do niej, jak niestosownie – w obecnej sytuacji – to zabrzmiało.

Zimny dreszcz przechodzi mi po plecach, z twarzy Paula również znika wyuczony uśmiech. Obydwu nam do głowy przychodzi ta sama irracjonalna myśl. A jeśli to prawda?

– Chodźmy zobaczyć gdzie wybrały się nasze przyjaciółeczki – Haymitch szybkim ruchem kieruje się w stronę schodów, ale Paul reaguje natychmiast.
– Haymitch, zostań tutaj, tak będzie lepiej. Kiedy my i nasze dziewczyny znikniemy z pola widzenia, wszyscy pomyślą, że jesteśmy razem i dla nikogo nie będzie to powodem do plotek, czy niezdrowego zainteresowania. Ale jeśli ty zostawisz tutaj Effie samą i znikniesz razem z nami, ludzie zaczną pytać.
– Może i racja – przyznaje nasz mentor, a na jego twarzy widać troskę. – Dobra, wy idźcie, a ja postaram się dyskretnie dowiedzieć co to za tajemniczy mężczyźni.
– Nie – Paul i ja reagujemy natychmiast. Wiem, że Haymitch chce działać w dobrej wierze i jest raczej przekonany, że Katniss i Johanna zostały uprowadzone, albo szykują jakąś niespodziankę. Ale jeśli tamten człowiek powiedział prawdę i nasze żony naprawdę nas zdradzają, to lepiej, żeby nikt na razie o tym nie wiedział. – My się tym zajmiemy – dodaję, ale po minie Abernathy’ego, widzę, że czeka mnie przesłuchanie w tej sprawie. Na szczęście nie naciska w tej chwili, tylko kiwa głową na znak zgody i prowadzi Effie na parkiet, gdzie – jak sądzę – będzie mógł mieć na wszystko oko, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Kręte schody oświetlone są malutkimi żarówkami powieszonymi w odległości kilkunastu centymetrów od siebie. W piwnicy jest cicho, przytłumione światło wcale nie poprawia atmosfery, a wyciszenie wnętrza sprawia, że nie dochodzą nas żadne dźwięki dochodzące z góry. Mimo to zaskakuje mnie zupełna cisza panująca tu. Jeśli ktoś tu jest, powinno być cokolwiek słychać. Rosnące we mnie obawy sprawiają, że serce wali mi coraz mocniej, mam wrażenie, że za moment wyskoczy mi z piersi. Schodzimy coraz niżej i nadal nic nie słychać. W pewnym momencie Paul odwraca się w moją stronę i widzę jego twarz bez zasłony – w oczach ma lęk.

– A jeśli on mówił prawdę? – wypowiada na głos moje najgorsze obawy. Jeszcze dziesięć minut temu oskarżenia rzucane przez Jonsona., wspomnienia o potajemnych schadzkach w zaciszu pałacowych murów, które ponoć nie uchodzą uwadze służby i postronnych obserwatorów, wydawały się być całkowicie bezpodstawne i irracjonalne. Ale teraz perspektywa tego, że Katniss mogłaby mnie jednak zdradzić, zaczyna powoli przedzierać się do mojej świadomości. Z drugiej strony jeśli tu jest, to dlaczego jest tak cicho?

– W sumie sam bym się nawet nie dziwił – kontynuuje Paul, opierając się prawą ręką o ścianę, podczas gdy lewą przeciera sobie oczy. – Peeta, to nasza wina, to my od wielu lat zostawiamy je na długie tygodnie same. A ostatnio coraz częściej wieczorami brakuje nam czasu na rozmowy z nimi. Peeta, ja… – głos więźnie mu w gardle, a ja nawet nie próbuję się odzywać. Dopiero kilka tygodni temu ślubowałem Katniss miłość i wierność do końca moich dni. Ona mnie to samo, więc chyba niemożliwe jest, by ktoś inny zawrócił jej w głowie. Jednak gdzieś, z tyłu głowy, cichutki głosik podpowiada mi, że wiem doskonale, że byłaby do tego zdolna, że już kiedyś to zrobiła. Próbuję zagłuszyć te myśli, nie dać się im opanować. Zdaję sobie sprawę, że jeśli pozwolę im na to, niełatwo mi będzie wyjść z ich szponów. Rozpaczliwie pragnę wierzyć, że to tylko moja wyobraźnia, moje własne koszmary, że Katniss nigdy by tego nie zrobiła. Spoglądam na Paula i przełykam ślinę, choć z zaciśniętym gardłem wcale nie jest to łatwe:
– Chodźmy ich poszukać – mówię do niego cicho, szybko zbiegając ze schodów, by nie zdążył mi odpowiedzieć.

Piwnice pałacu to prawdziwa plątanina korytarzy. Jest tu wiele zamkniętych pomieszczeń, w których przechowywane są różne przedmioty, należące jeszcze do poprzednich właścicieli, ale większość schowków jest od dawna otwarta. Idę powoli zaglądając w każdą, nawet najciemniejszą dziurę. Nagle coś zauważam. Kilka kropel krwi tworzy plamę wielkości kilku centymetrów. Krew jeszcze nawet dobrze nie zastygła, a co gorsza, przesuwa się w głąb pomieszczeń piwnicznych, tworząc ścieżkę z kolejnych kropli. Delikatnie dotykam ramienia Paula, jednocześnie przyciskając palec do ust i wskazując mu ślady na podłodze. Wymieniamy spojrzenia i powoli przesuwamy się w głąb korytarza. Bordowe w mdłym świetle krople są coraz większe, coraz bliżej siebie. Nie chcę się zastanawiać czyja to krew, ale nie jestem w stanie odpędzić sprzed oczu wizji zakrwawionej Katniss. I Johanny. Kolejne drzwi są lekko uchylone, a czerwony ślad urywa się na podłodze, przenosząc się na okrągłą klamkę. Pomieszczenie jest oświetlone jasnym światłem, dlatego z łatwością zaglądamy do środka przez pozostawioną szparę. Wystarczy mi jedno spojrzenie, jeden krótki rzut oka do środka, by wiedzieć, że moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Paul mocnym pchnięciem otwiera drzwi i wpada do środka – nie wątpię, że dla niego ten widok musi być równie bolesny jak dla mnie.

Katniss z rozciętą ręką leży na podłodze, z prowizorycznego bandaża sączy się krew. Johanna leży obok niej, choć jest zwinięta w kłębek, jej głowa bezwładnie opada na bok. Obie mają potargane suknie, buty leżą porzucone tuż przy drzwiach, nic nie pozostało z misternych balowych fryzur. Przez kilka sekund nie jestem w stanie zrobić ani jednego kroku więcej, stoję jak wmurowany, nie mogąc oderwać wzroku od tego przerażającego obrazu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co tu się stało, ale nie mogę – wyobraźnia z niesamowitą szybkością podsuwa mi kolejne obrazy, wymuszając kolejne domysły.

Paul zbliża się do Johanny, kuca przy niej i odgarnia jej włosy z twarzy. Po jego pełnej ulgi minie widzę, że choć Johanna wygląda strasznie, to najwyraźniej nic złego jej się nie stało. To dodaje mi odwagi, ja też podchodzę do mojej żony i nachylam się nad jej ciałem, po czym dociera do mnie, że dla Katniss nie ma już ratunku.

173. Jutro

Witajcie,

Wiemy, że czekacie, wiemy, że przerwa była długa. I niestety nadal nie umiemy podawać dat kolejnych notek 🙁 Możemy tylko obiecać, że postaramy się, żebyście na kolejną czekali troszkę mniej 🙂
Miłego czytania i czekamy na Wasze komentarze 🙂

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Fale rozbijają się o brzeg, na niebie świeci mnóstwo gwiazd, księżyc – ukryty za jedną, niewielką chmurą – wygląda jakby spał otulony delikatną kołderką. Na twarzy czuję powiew wiatru, ale lekka kurtka i ramiona  męża skutecznie chronią mnie przed nim. W powietrzu unosi się mieszanka słonego zapachu wody, ryb łowionych przez rybaków i wodorostów. Wokół słyszę echo naszych słów, choć my sami milczymy. To znów kolejna powtórka audycji telewizyjnej… Ceasar miał rację – nasz wywiad okazał się strzałem w dziesiątkę – zyskał niemal siedemdziesięciopięcioprocentową oglądalność. Dla mnie  było to sporym zaskoczeniem – nie sądziłam, że obywatele Panem nadal tak bardzo są spragnieni szczegółów naszego życia. Przypominam sobie słowa Haymitcha, który twierdził, że – mimo zmian i upływu lat – wciąż jesteśmy dla nich odskocznią, a dla wielu – niesamowitą sensacją. Ponoć nasz temat nieodmiennie dzielił ludzi na tych, którzy byli przekonani o naszej miłości i na tych, którzy mieli wiele wątpliwości.

Po przerwie, w trakcie której zdążyliśmy się pokłócić i pogodzić, druga część wywiadu upłynęła w lepszej i spokojniejszej atmosferze, choć Peeta uparcie twierdził, że nie dopytywałam o szczegóły jego dnia, więc on nie poczuwa się do kłamstwa. Skoro Haymitch już do nas przyszedł, oddaliśmy mu głos, by opowiedział o tym, jak jego teść przygotował dla nas łuk, pod którym składaliśmy przysięgę małżeńską. Okazało się, że nasza nieobecność w Dwunastce bardzo ułatwiła całość przedsięwzięcia, bo konstrukcja była robiona w ogródku Abernathych, a w projekcie aktywnie pomagał Joshua, który świetnie się przy tym bawił. Przypominam sobie swoje pierwsze wrażenie, gdy zobaczyłam ten prezent – miałam poczucie, że do nas nie pasuje, że nie jest dobrany do ślubu, o jakim marzyliśmy. Jednak widok twarzy Josha, jego pełnych dumy oczu, emanujących niesamowitym blaskiem, sprawiły, że nie mogłam postąpić inaczej, nie mogłabym odrzucić czegoś, w co Josh (i Anthon) włożyli tyle serca. Łuk  stoi teraz w naszym ogrodzie, Peeta zasadził pod nim winogrona, które mają się piąć po nim ku słońcu. Słyszę stłumiony śmiech Peety – retransmisja programu znalazła się w momencie, gdy Caesar – z właściwą dla siebie egzaltacją – opowiada o naszym weselu:
– Wesele było niesamowite – w całym moim życiu nie byłem na tak udanym przyjęciu. Ludzie tańczyli, śmiali się i bawili do białego rana. Państwo Młodzi, notabene świetnie tańczący, brylowali na parkiecie niczym nieziemskie istoty. Wiecie, myślę, że rodzina i przyjaciele tych dwojga – wskazał wtedy na nas dłonią – którzy są teraz tam, na górze – uniósł palec w kierunku sufitu, jak gdyby wskazywał na niebo – zamówili, u kogo trzeba, idealną pogodę. Mimo, że to już jesień, która tu, w Dwunastce nie jest zbyt łaskawa, to noc była ciepła i gwiaździsta. Kiedy zapadł zmrok, mężczyźni rozpalili ogniska, wrzucając do nich jakieś zioła, które powstrzymywały komary przed zjedzeniem nas żywcem. W blasku ognia, jak przystało na dziewczynę igrającą z ogniem, Katniss rzuciła swój welon. Złapała go jakaś młoda dziewczyna z miasteczka, która bardzo się ucieszyła, ale sądząc po minie jej narzeczonego – on już trochę mniej. Drodzy Państwo – kontynuuje Caesar – nie będę tutaj opowiadał o tym, jak wygląda obrzęd pieczenia tostów, o tym jak Peeta i Katniss spędzili noc poślubną, bo to powinno zostać w wąskim kręgu osób zaproszonych na tę uroczystość – uśmiecham się lekko, czując wdzięczność wobec tego dziennikarza. Zaskoczył mnie wielokrotnie tamtego wieczoru, nie dopuszczając do zbytniej ingerencji w naszą prywatność. Kiedy zapytał nas gdzie mamy zamiar spędzić nasz miesiąc miodowy i usłyszał odpowiedź, nie skomentował tego, tylko kiwnął nieznacznie głową, wiedząc, że decyzję jaką podjęliśmy, jest najlepsza z możliwych.

Siedzimy teraz na plaży przy domku Annie. Nathaniel zasnął w końcu, zmęczony całodzienną zabawą z wujkiem i ciocią. Annie też odpoczywa, zbiera siły, cieszy się nami. A my znów namawiamy ją, by przeprowadziła się bliżej nas. Jednak ona niezmiennie odmawia, aż w końcu przestajemy naciskać.
– Gotowa na powrót do normalności? – Peeta cicho szepcze.
– Chyba nigdy nie będę na to gotowa – odpowiadam mu z żalem. Ostatnie dwa tygodnie były niesamowite, mieliśmy wreszcie czas dla siebie, mogliśmy beztrosko siedzieć na plaży, budować zamki z piasku, opalać się. Jutro musimy wracać, jutro kończy się nasz urlop i wracamy do rzeczywistości, której ja  – w przeciwieństwie do niego – nie nazywam normalnością.
Za naszymi plecami słychać ciche kaszlnięcie Annie. Nie chce nam przerywać, ale cowieczorny rytuał picia gorącej herbaty musi być zachowany. Siadamy na werandzie otuleni w ciepłe koce, przyniesione przez naszą gospodynię i – jak co wieczór – rozmawiamy do późna. Po raz kolejny wspominamy Finnicka, moją siostrę i tych wszystkich, którzy zginęli w walce o lepsze jutro. To jutro dla nas właśnie nastąpiło, jesteśmy bezpieczni, możemy bez lęku i obaw głośno mówić o tym co myślimy i być szczęśliwi. Przynajmniej dziś…

Poranek przychodzi zaskakująco szybko, nawet nie sądziłam, że możemy przegadać całą noc. Spoglądam na Peetę, który już od dawna cicho pochrapuje, zwinięty w kulkę na wiklinowym fotelu. Rozmowę przerywa nam dźwięk cichego tupania bosych stóp o drewnianą podłogę. Najwyraźniej Nathaniel obudził się już i właśnie biegnie do nas przez dom, w kierunku chłodnego tarasu. Rozespany jeszcze wygląda uroczo – w oczach nadal błądzi sen, blond włoski ma rozczochrane, a ubrany jest w najfajniejszą piżamę, jaką mogliśmy dla niego zdobyć. To swojego rodzaju czerwono- niebieski kombinezon, ze znakiem trójzębu na piersi. Trudno było coś takiego zdobyć, bo była to edycja limitowana, wypuszczona na kapitoliński rynek lata temu, kiedy to jego ojciec świecił triumfy i był ulubieńcem mieszkańców stolicy. Nathaniel jest naprawdę ładnym chłopcem – uroda odziedziczona po ojcu i oczy matki sprawiają, że za kilka lat Annie będzie trudno odgonić od niego dziewczyny. Mój chrześniak ładuje mi się na kolana, pozwala szczelnie okryć kocem i przytula małą głowę do mojej piersi, jakby planował jeszcze podrzemać. Jednak zamiast tego słyszę:
– Nie jedź, ciociu – prosi cicho.
– Muszę – odpowiadam, choć serce kraje mi się na milion kawałków.
– Zostańcie z wujkiem jeszcze trochę.
– Uwierz mi – odpowiadam i czuję ucisk w gardle – gdybyśmy tylko mogli, zostalibyśmy z tobą, ale to niemożliwe, kochanie – staram się mówić lekko, ale sama wiem, że mi to nie wychodzi, więc nie kontynuuję, tylko całuję go w czoło.
Chłopiec nic nie odpowiada, tylko przytula się do mnie jeszcze mocniej, jakby w ten sposób chciał mnie zatrzymać…

Śniadanie jemy w prawie idealnej ciszy, Nathaniel nie odrywa oczu od miseczki płatków kukurydzianych, jakby nie chciał patrzeć nam w oczy. Kiedy macha nam na pożegnanie, wiem, że jest mu bardzo ciężko. Mimo, że ma tu przyjaciół, bardzo brakuje mu ojca, a przez ostatnie dwa tygodnie Peeta mu go zastępował. A teraz odchodzi – łzy spływają mi z oczu kiedy wsiadamy do poduszkowca.

Jedno zerknięcie na siedzenia sprawia, że boleśnie dociera do mnie koniec bajki ostatnich dni. Paul i Johanna nie próżnowali – na siedzeniach znajdujemy rozpiskę planu zajęć na najbliższy miesiąc. Szybko uświadamiamy sobie, że w najbliższym czasie, w tym samym miejscu, razem, będziemy tylko raz.
– Witamy w normalnym życiu – sączy przez zaciśnięte zęby Peeta.
– Witamy, witamy, witamy – odpowiadam naśladując dawny ton Effie, chcąc trochę rozbawić mojego męża, ale to działanie nie przynosi oczekiwanego rezultatu…

Kiedy następnego dnia Peeta wychodzi z domu ze spakowaną walizką, udając się z Paulem na objazd dystryktów, kiedy całuje mnie, lekko muskając moje usta, wypowiada zdanie, które wywołuje mi ciarki na plecach, sprawiają, że wracają złe wspomnienia.
– Do zobaczenia o północy – nim zdążam odpowiedzieć, wychodzi zamykając za sobą drzwi. I choć doskonale wiem co miał na myśli – następnym razem spotkamy się na oficjalnym balu sylwestrowym w Pałacu Prezydenckim, jednak nie mogę pozbyć się silnego odczucia deja vu. Choć nasza obecna sytuacja jest zupełnie różna od tamtej chwili na arenie, to jednak w jakim stopniu podobna. Znów rozstajemy się nie z naszej woli, znów będziemy we dwie z Johanną, znów tracę go z oczu. Mam tylko nadzieję, którą jednak nie udaje mi się stłumić niepokoju, że tym razem zakończenie będzie inne…

172. Pierwsza kłótnia

Witamy ciepło,
Czy u Was też śnieg nie zapowiada się na Święta? Taka jesień zamiast zimy 😉
Zapraszamy do czytania i komentowania, informując, że następna notka będzie jeszcze w tym roku.
I życzymy Wam wszystkim spokoju na nadchodzące Świąteczne Dni.
A na samym dole czeka niespodzianka – wraz z kilkoma Czytelniczkami i Czytelnikami bloga aktywnymi na grupie facebookowej, przygotowałyśmy alternatywny Soundtrack do Kosogłosa – miłego słuchania 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dłuższej chwili Caesar przestaje się śmiać, wierzchem dłoni ociera łzy, które spłynęły mu z oczu i przez krótką chwilę uważnie nam się przygląda, nim znów zaczyna mówić:
– Muszę wam, waszym rodzinom i przyjaciołom oddać honor – jak na tak dużą i ważną uroczystość, zorganizowaną w tak krótkim czasie, udało się wam perfekcyjnie. Jeśli pozwolicie, opowiem teraz o niej w kilku słowach – przerywa na moment, wygląda jakby chciał coś jeszcze dodać, ale Peeta jest szybszy.
– To ci może pomóc – podaje mu z uśmiechem plik przygotowanych przez nas fotografii.

Caesar bierze je delikatnie, przegląda niemal z namaszczeniem, uśmiechając się do każdego zdjęcia. Wybiera jedno z nich, puszcza do nas oko, a następnie podnosi trzymany obrazek, pokazując go w kamerze.

Zerkam na podgląd – to ja. Stoję uśmiechnięta na progu naszego domu, a moja suknia pięknie się mieni w promieniach słońca. Na schodach leżą porozrzucane jesienne liście, w tle widać tamte kolory i niemal czuć zapach, jaki nam towarzyszył… Lubię to zdjęcie. Fotograf – młody chłopak z miasteczka – prostym, nieustawianym ujęciem osiągnął ideał. Sprawił, że wyglądam pięknie, a otoczenie – barwy, gra świateł – jest niezwykłe – nawet ja to widzę. Peeta mocniej ściska moją dłoń, a Caesar wzdycha lekko.
– Katniss – głos ma pełen wzruszenia, a oczy jakby lekko zamglone. W tej chwili nie jest Caesarem, którego zna całe Panem, jest miłym, starszym panem, pełnym ciepła, przyjaźni i chyba dumy, jakiej nigdy wcześniej nie miałam przyjemności podziwiać.
– Jeśli dobrze widzę, bo – choć oczy już nie te, wszędzie rozpoznam rękę Cinny – z suknią ślubną nie miałaś problemu.

Peeta krztusi się śmiechem, ja unoszę brew i zaciskam zęby na samo wspomnienie tego, co zaserwowały mi moja druhna i Effie. Peeta nie przestaje się śmiać, ale równocześnie kręcąc lekko głową patrzy na Caesara, jakby dawał mu znak, że nie powinien kontynuować tematu. Caesar zorientował się w końcu, przez jego twarz przebiega cień, ale wycofuje się słowami:
– Jeśli nie chcesz Katniss, nie musisz odpowiadać na to pytanie.
– Nie, dlaczego, odpowiem – zwracam się do niego z najbardziej ironicznym uśmiechem na jaki mnie stać. – Oczywiście, że odpowiem, Panem powinno wiedzieć jak dowcipną ma Pierwszą Damę, zaś cały Dystrykt Dwunasty na pewno jest ciekaw, jakie pomysły siedzą w głowie Pani Burmistrzowej.
– Pani Burmistrzowa, jak to ładnie ujęłaś Katniss – przerywa mi Caesar – to znana państwu Effie Trinket – uśmiecha się do kamery, uświadamiając mi, że faktycznie mieszkańcy Kapitolu i innych dystryktów mogli dotąd  tego nie wiedzieć.
– Effie Abernathy – prostuje gładko Peeta, pochylając się w jego stronę – i lepiej to zapamiętaj, Caesarze, bo jak ona usłyszy, że nie pamiętasz jak się nazywa i tu wpadnie, to nie chcę być w twojej skórze.
– Myślisz, że może to zrobić? – dopytuje rozbawiony dziennikarz, naśladując ruch Peety, jakby powierzali sobie jakieś tajemnice. Dołączam się do ich gry i dodaję cicho:
– Wszystko jest możliwe, w końcu mieszka zaledwie kilka domów dalej, a jestem pewna, że nas teraz ogląda.

Wszyscy podnosimy się, niemal jak na komendę, głośno się śmiejąc.
– Mówiłaś coś o dowcipie, jaki zrobiły ci Johanna i Effie ? – Caesar zwraca się do mnie.
– Taaaaaaaa – wciągam mocno powietrze. Nawet teraz, na samą myśl o ich „wspaniałym” pomyśle, gotuje się we mnie. – Wyobraź sobie Caesarze – zaczynam moją opowieść – moje dwie przyjaciółki szybko uświadomiły mi, że musimy udać się na zakupy w celu wyboru najpiękniejszej, najlepszej i najbardziej niesamowitej sukni ślubnej, która będzie godna naszego ślubu…
– Ale moment, przecież… – przerywa mi lekko zdezorientowany Caesar.
– Daj mi skończyć – podejmuję, nim zdąża wypowiedzieć swoją myśl. – Na nic były moje tłumaczenia, że mogę prostą suknię uszyć tu, w Dwunastce. Skutkiem tego odwiedziłyśmy wszystkie, dosłownie wszystkie salony sukien ślubnych w Jedynce i Dwójce, a także kilka położonych na obrzeżach Kapitolu. Zgadnij Caesarze ile ich jest?
Nie odpowiada mi, kręci tylko przecząco głową. Za to Peeta niemal dusi się ze śmiechu.
– Czterdzieści trzy, Caesarze, czterdzieści trzy salony mody ślubnej. I to tylko dlatego, że uparłam się nie iść do 10 położonych w centrum, mając świadomość, że na pewno znalazłby się tam jakiś paparazzi, który wypatrzyłby nas i trudno byłoby tak długo utrzymać ślub w tajemnicy. W każdym z nich przymierzyłam przynajmniej jedną suknie ślubną, przynajmniej jedną, a w wielu po dwie lub trzy. I z każdą było coś nie tak – jedna była za obcisła, inna za luźna tak, że nie było możliwość zebrania jej. Jedna za biała, inna wyglądała ponoć jak szara, jedna bufiasta, inna miała za mało falbanek, albo trenu, albo materiał był nieodpowiedni – jednym słowem – horror. Ja byłam coraz bardziej zmęczona i wściekła, podczas gdy moje przyjaciółki jakimś cudem pozostawały uśmiechnięte, wesołe i zadowolone z siebie. W końcu doprowadziły mnie do ostatniego salonu – zapewniły, że jeśli tu nic nie znajdziemy, to pozwolą mi uszyć suknię w Dwunastce. Właścicielką była nasza stara znajoma, Tigris – spoglądam na Ceasara upewniając się, że wie o kim mówię. – U niej przymierzyłam aż pięć sukien, tylko ze względu na nią – skąd inąd byłam zaskoczona, że ma na składzie także dość zwyczajne kreacje – i wreszcie powiedziałam dość. Byłam gotowa iść do ołtarza w skórzanej kurtce i spodniach, byle po raz kolejny nie wciskać się w tiule i falbanki. I wtedy Tigris powiedziała, że ma coś jeszcze, co powinnam zobaczyć, coś wyjątkowego. I pokazała mi…
– Suknię projektu Cinny? – Caesar nie wytrzymuje, a ja tylko kiwam głową, czując, że oczy napełniają mi się łzami, tak samo jak wówczas u Tigris, kiedy zobaczyłam tę moją suknię ślubną. Od razu wiedziałam, że wyszła spod ręki Cinny.
– Tak, spojrzałam wtedy na Effie, a ona opowiedziała mi o tym, że na krótko przed Ćwierćwieczem Cinna zostawił u niej dwie suknie. Jedną błękitną z informacją, że to na prawdziwe zaręczyny, a drugą – ślubną. Jak zawsze dokładnie wiedział, jak powinna wyglądać, bym była zachwycona i dobrze się w niej czuła. Tylko on naprawdę wiedział co mi się spodoba i w czym będę sobą.

W pokoju zapada cisza, nie słychać nawet szumu kamery, a ja czuję, że po policzku spływa mi samotna łza.

– A ty Peeta? – Caesar daje mi odetchnąć – Czy i tobie drużba przygotował jakąś niespodziankę? Bo chyba i twój garnitur nie był od nikogo anonimowego, tylko od Portii, prawda?
Peeta krótko się śmieje, nim zaczyna opowiadać.
– Ja mój ślubny strój dostałem od Asta, który jest moim przyjacielem i pełnił rolę drużby oraz od Haymitcha.  Plan był taki, że miałem – podobnie jak Katniss – przymierzyć setki garniturów, smokingów i fraków, by na końcu, w ostatnim sklepie dostać ten właściwy, ale – Peeta na moment zawiesza głos, jakby zastanawiał się, czy powinien kontynuować, jednak wreszcie kończy zdanie – Haymitch powiedział, że jest za stary na bieganie po sklepach i obaj wręczyli mi pokrowiec z garniturem. I tyle – tak wyglądało moje poszukiwanie stroju.

Obracam powoli głowę w stronę Peety. On też zwraca się w moją stronę i uśmiech spełza z jego twarzy. Chyba właśnie przypomniał sobie o tym, że nie wyprowadził mnie z błędu, gdy go żałowałam, że i jemu zaserwowano przedślubną wędrówkę.
– Nie chodziłeś o sklepach? – cedzę.
– Katniss…
– I nie musiałeś przymierzać tych wszystkich spodni, koszul, marynarek i muszek? – nie daję mu dojść do słowa.
– Katniss – powtarza ciszej Peeta, próbując mnie powstrzymać.
– I mnie okłamałeś!
– Nie okłamałem cię, nie opowiadałem ci tylko o tamtym dniu. A ty nie pytałaś – stanowczo stwierdza Peeta, na co nakłada się głos Haymitcha, który najwyraźniej także postanowił interweniować:
– Katniss, nie przesadzasz?
– To, czy przesadzam, nie jest twoją sprawą – odpowiadam mu stanowczo, z ironicznym uśmiechem. – Zresztą, ciekawe jak na te rewelacje zareaguje twoja żona.
– Jej tu na szczęście nie ma – odpowiada rozbawiony Haymitch, kiedy oko kamery zwraca się w jego stronę.
– Jesteś tego pewien? – ciche pytanie pada z ust Effie.

W jednej krótkiej chwili nasz prywatny wywiad zmienia się w jakiś chaos. Effie, mocno gestykulując, upomina Haymitcha, ja mierzę wzrokiem Peetę, mocno zaciskając usta, aby nie krzyczeć na niego publicznie. Najprzytomniejszy z nas pozostaje Caesar, który na wpół rozbawiony, na wpół zdezorientowany mówi wprost do kamery:
– Nim będą państwo świadkami pierwszej małżeńskiej kłótni Państwa Mellark, zapraszam na krótką przerwę. Po niej dowiecie się dalszych szczegółów ze ślubu i wesela – kto podarował Katniss i Peecie piękny drewniany łuk, pod którym składali sobie przysięgę małżeńską, jakie są tradycje ślubne w Dwunastym Dystrykcie i gdzie Para Młoda zamierza spędzić miesiąc miodowy. Do zobaczenia po krótkiej przerwie.

Czerwona lampka kamery się wyłącza, a my znów udowadniamy sobie, że musimy trzymać się naszej obietnicy sprzed sześciu lat…

I niespodzianka:
Mockingjay Soundtrack by PoIgrzyskach.pl (fan made) – wersja Spotify

Mockingjay Soundtrack by PoIgrzyskach.pl (fan made) – wersja Youtube

Jeśli nasza wersja się Wam podoba – zapraszamy do dzielenia się. Prosimy tylko o dodanie wówczas linka do naszego bloga 🙂

171. Wywiad

Witamy,
Zapraszamy do czytania i komentowania 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Miękka kanapa obita jasnym aksamitem zapewnia mi wygodę i pewne poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak i mój strój. Mam na sobie dżinsy i ulubiony granatowy miękki sweter, którego rękawy podciągnęłam lekko, tuż nad nadgarstki. Siedzę skulona, z podciągniętymi pod brodę kolanami, które ściśle oplotłam rękami. Swobodny ubiór ma dać do zrozumienia mojemu rozmówcy, jak bardzo nie w smak jest mi ten dzisiejszy wywiad. Niestety, jak mówi Peeta, nie mieliśmy innego wyjścia. Zresztą Peeta także wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma ochoty na ten pokaz. Siedzi teraz obok mnie w wygodnej, lekko nonszalanckiej pozie. Szeroko rozstawione nogi z bosymi stopami znalazły oparcie na miękkim dywanie. Rozpięta koszula w czerwoną kratę, czarna podkoszulka i czarne spodnie to strój, który na pewno nie znajdzie większego uznania w oczach Kapitolińczyków, ale dokładnie tak miało być. Skoro ktoś zakłóca nam spokój w domu, musi się liczyć z tym, że zostanie przyjęty w domowych strojach. Natomiast nasz dzisiejszy rozmówca oczywiście jest ubrany w charakterystyczny dla niego sposób – tym razem ma na sobie krwistoczerwony garnitur i kontrastującą z nim czarną koszulę. Wygląda drapieżnie, wręcz agresywnie i zupełnie nie pasuje do naszego jasnego salonu w Dwunastym Dystrykcie – wygląda jak intruz, zakłócający nasz miesiąc miodowy. I… właśnie o taki efekt nam chodziło.

– Katniss, Peeta – Caesar zaczyna swoim mocno rozentuzjazmowanym głosem – raz jeszcze moje serdeczne gratulacje z okazji ślubu i dziękuję wam za możliwość przeprowadzenia tego wywiadu.
– Nie pozostawiłeś nam za dużego wyboru – Peeta ma chłodny ton, patrzy pewnie w oczy Caesara, a ten jakby nagle się skurczył.
– No wiesz – zaczyna dużo ciszej niż poprzednio – Panem ma prawo wiedzieć jak zakończyła się najpiękniejsza historia miłosna w dziejach tego…
– Ale ona się jeszcze nie zakończyła – przerywam ostro jego wywód. – Ona weszła w kolejny… – zamieszam na moment głos poszukując odpowiedniego słowa.
– Etap – spieszy mi z pomocą mój mąż.
– Dziękuję, kochanie – uśmiecham się do niego.
Peeta w odpowiedzi puszcza do mnie oko, przysuwa się bliżej i obejmuje mnie delikatnie ramieniem. Obydwoje spoglądamy znów na Caesara. Tymczasem on nadal patrzy na nas z uwielbieniem, jakby chłonął nas i to w jaki sposób się do siebie zwracamy. Nagle dochodzi do mnie, że szantaż, który postawił Peecie w dzień naszego ślubu, chyba wcale nie nim nie był. Jego, co prawda stanowcza, ale jednak propozycja, była niemal prośbą: „Pozwólcie mi uczestniczyć w tej uroczystości, zobaczyć na własne oczy tę chwilę i udzielcie mi po ślubie wywiadu, a obiecuję, że żadne, nawet najmniejsze zdjęcie z tej uroczystości nie trafi do prasy bez waszej zgody”. Cholera, Caesar nas chronił – naszą prywatność, nasze wspólne chwile za stosunkowo drobną cenę – za cenę wywiadu, którego udzielamy już jako małżeństwo, siedząc wygodnie na kanapie w salonie, przed jedną kamerą, niemal bez oświetlenia, którego nienawidzę. Caesar dał nam najpiękniejszy prezent ślubny – prywatność.

– Przestań przez moment nagrywać – mówię cicho, a Caesar reaguje natychmiast. Jeden ruch jego ręki sprawia, że migająca czerwona lampka umieszczona na kamerze gaśnie. Nasz rozmówca pochyla się nad dzielącym nas stołem, splata dłonie i unosi pytająco brwi.
– Zablokowałeś swoimi wpływami fotoreporterów, żeby nie przeszkadzali nam w dniu ślubu?
– Tak – odpowiada spokojnie czołowy dziennikarz Panem.
– I zrobiłeś to bo…? – Peeta zrozumiał co mam na myśli, ale widać chce jeszcze poznać motywy.
– Bo uważam, że wasz ślub kiedyś powinien był być wydarzeniem publicznym, ale teraz czasy się zmieniły, wy się zmieniliście i chyba nikt nie ma prawa wchodzić w wasze życie. Ale mimo wielu wspólnych lat, mimo tego, że zawsze byłem po waszej stronie, nie otrzymałem zaproszenia i było mi bardzo przykro – gruba warstwa makijażu chroni emocje Ceasara przed moim spojrzeniem, a wytrenowanie na scenie sprawia, że tylko w oczach widzę smutek. – Byłem świadkiem rozkwitu waszej miłości i bardzo chciałem być na tym ślubie – przerywa na moment, a Peeta wykorzystuje tę przerwę od razu.
– Dobrze… W takim razie zacznijmy jeszcze raz – bierze mnie za rękę i kontynuuje – odpowiemy szczerze na wszystkie twoje pytania, oczywiście pod warunkiem, że nie będą zbyt intymne.
– Nie będą – Ceasar mówi płynnie i spokojnie. – Wywiad niestety będzie szedł na żywo. Mieliśmy co prawda krótki zapas czasu, ale przez ten wstęp już go nie mamy, więc może zróbmy tak – ja pójdę się przebrać, a wy – jeśli macie ochotę – przygotujcie jakieś zdjęcia z wczoraj i zaczynamy. Zgoda? – patrzy na nas pewnie z pokrzepiającym uśmiechem. Jestem tym zaskoczona, ale on nadal nas wspiera.
– Zgoda – odpowiada Peeta wstając – ale jeśli któreś z nas nie będzie chciało odpowiedzieć na jakieś pytanie to jaki mamy dać ci znak?
– Powiedzcie… Jesień jest piękna tego roku – kwituje Caesar wychodząc z salonu.

Do pokoju wchodzi starszy mężczyzna ubrany w proste ciemne jeansy i sweter z lekkiej wełny. Zero makijażu, twarz pełna zmarszczek, niemal kompletnie siwe włosy… Zdumiona patrzę na niego – nie poznałabym go na ulicy, choć wygląda świetnie, o wiele lepiej niż w czasie tych wszystkich wywiadów, które dotąd z nami przeprowadzał…

Siadam wygodnie na kanapie, nogi opuszczam na ziemię, splatam rękę z dłonią Peety. Czerwona lampka na kamerze zaczyna migać.
– Witajcie obywatele Panem – zastanawiam się, czy mieszkańcy rozpoznali w siedzącym naprzeciw nas mężczyźnie Ceasara. Tylko głos nadal ma ten sam. I uśmiech – ciepły, dobrotliwy. Pozbawiony szminki wygląda zaskakująco naturalnie, jak nigdy wcześniej.
– Właśnie jestem w jakże pięknie urządzonym salonie Państwa Mellarków i czekam na spotkanie z naszymi widzami. Katniss i Peeta Mellark zgodzili się udzielić mi wywiadu na temat przygotowań do tejże podniosłej chwili, w której, nie chwaląc się, miałem przyjemność uczestniczyć. Jedno mogę Państwu powiedzieć – ślub był piękny, a o szczegółach porozmawiamy z nowożeńcami.

Odwraca się w nasza stronę i przedstawienie zaczyna się:
– Katniss, Peeta, przyjmijcie raz jeszcze moje najserdeczniejsze gratulacje z okazji waszego cudownego i wyczekanego przez wszystkich ślubu.
– Raz jeszcze dziękujemy – odpowiadam spokojnie. – Także za to, że byłeś naszym gościem – z perspektywy wiedzy, jaką teraz posiadam, wiem, że to, co dla nas zrobił, było odważne. Nawet nie chcę się zastanawiać, ile gazety mogły oferować za nasze ślubne fotografie.
– Kochani – Caesar znów uśmiecha się promiennie, jak widziałam to już wielokrotnie – za każdym razem, kiedy pytano was o datę ślubu, wspominaliście o lecie, a tu nagle proszę – jesień, początek listopada. O co chodzi, czyżby to taka sztuczka z waszej strony? Niewinne kłamstwo dla ukrycia prawdziwej daty ślubu?
– Nie, nic z tych rzeczy – odpowiada spokojnie Peeta. – Choć tak naprawdę to całkiem ciekawa historia, masz ochotę posłuchać?
– Oczywiście – odpowiada bez mrugnięcia okiem Caesar, jakby wszystko było dawno zapisane w scenariuszu.
– Jak sam dobrze wiesz – zaczyna snuć opowieść Peeta – od pewnego czasu intensywnie z Katniss pracujemy. Obaj z Paulem jesteśmy ciągle w rozjazdach, Katniss i Johanna też nie mają wiele wolnego czasu, przez co oboje widujemy się naprawdę bardzo rzadko. Zdarza się, że mija ponad dwa tygodnie pomiędzy naszym jednym, a drugim spotkaniem. I tak też było tamtego wrześniowego wieczoru – ja byłem w Trzynastce, Katniss w Jedenastce. Nie planowaliśmy tego, ale jakoś oboje postanowiliśmy odwiedzić przy okazji rodziców.
I wyobraź sobie taką sytuację – wchodzę do domu rodziców, a mama mówi mi, że Katniss wyszła od nich jakieś pół godziny wcześniej i poszła przenocować do swojej mamy. Zjadłem więc kolację z rodzicami i poszedłem do domu matki Katniss. Jestem pod drzwiami, dom zatopiony w ciemnościach… Tylko okno na parterze, w gościnnej sypialni, było otwarte. Podszedłem tam, zajrzałem do środka i zobaczyłem moją narzeczoną siedzącą na łóżku, wśród jakiś papierów. Skupiona na nich nie widziała mnie, a ja nie chciałem budzić jej mamy, więc pomyślałem, że wejdę przez to okno. Kiedy położyłem ręce na parapecie, poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Zrobiło mi się głupio, bo to był patrolujący ulicę starszy policjant. Zastanawiałem się co mam mu powiedzieć, ale wyręczył mnie, stwierdzając z poważną miną: „Jakbyś się w końcu z nią ożenił, nie musiał byś się tak zakradać przez okno”, po czym klepnął mnie w ramię i odszedł, a do mnie po chwili dotarło co miał na myśli…
– Tak, pamiętam ten wieczór dobrze – przerywam Peecie gładko. – Siedziałam na łóżku w domu mojej mamy, byłam kompletnie wykończona po wyczerpującym tygodniu, a równocześnie miałam świadomość, że z samego rano muszę wracać do Kapitolu. Peety nie widziałam wtedy od ponad tygodnia, a nawet przez telefon rzadko rozmawialiśmy, bo w natłoku obowiązków nieraz zasypiałam nim zdążyłam dojechać do hotelu. Teraz też – mimo, że wiele powinnam była jeszcze zrobić, głowa zaczęła mi już opadać na poduszkę, po czym nagle z tego stanu wyrwał mnie jakiś okropny rumor w okolicy okna.
– Ale dlaczego zostawiłaś okno otwarte we wrześniu? Przecież w tym roku był wyjątkowo chłodny, przynajmniej w Kapitolu? – wtrąca się lekko Caesar.
– To przyzwyczajenie – stwierdzam krótko. – Wiesz, Peeta śpi przy otwartym oknie, a ja czuję się jakbym była bliżej niego, gdy zostawiam je na noc otwarte. To pewnie dziwne, ale tak już mam. A wracając do opowieści – usłyszałam hałas, który zresztą nieźle mnie przestraszył, wyrywając z drzemki, zerwałam się na równe nogi, a na podłodze, jak długi, leżał Peeta. Zanim doszło do mnie co się stało, podniósł się, prawie podbiegł do łóżka, wziął mnie za rękę i zapytał…
– Wyjdziesz za mnie? – zadaje pytanie dokładnie takim samym tonem jak wtedy.
– Przecież już się zgodziłam, nieraz – odpowiadam mu tak samo jak wtedy, a jednocześnie w moim sercu budzi się wspomnienie tamtego szczęścia jakie wtedy poczułam.
– Ale teraz, zaraz, natychmiast.
– Co? – tylko tyle byłam wtedy w stanie wydusić. Zaskoczył mnie, ale nie zastanawiałam się ani minuty, od dawna bardzo tego pragnęłam. Kiedy jego usta w końcu dotknęły moich, do pokoju z impetem wpadł Shen, gotów pokonać intruza.

Caesar śmieje się głośno, trzymając się za brzuch. My też się śmiejemy. Tamtej nocy zapadło wiele decyzji. Data ślubu została ustalona na najbliższą możliwą, w domu mojej mamy momentalnie pojawili się rodzice Peety, Haymitch, Effie, Ast. Z ich twarzy można było wyczytać przede wszystkim radość, ale też coś jeszcze, co później wyjaśnił mi Peeta, kiedy już byliśmy sami. Oni chyba odetchnęli z ulgą, że chcemy to w końcu zrobić.

170. Państwo Mellark

Witamy,
Mamy nadzieję, że dzisiejsza notka choć trochę wynagrodzi Wam oczekiwanie 🙂 A my czekamy na komentarze i życzymy miłego czytania,
Pozdrawiam ciepło,
A & A

—-

Wokół nas ludzie wybuchają śmiechem w reakcji na słowa Daltona. Ja także się śmieję, ale jednocześnie nie przestaję patrzeć w jego oczy. Uwielbiam ich błękit, ciepło, miłość jaką od wielu lat w nich widzę. Dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy to spojrzenie dostrzegłam w tamtej mokrej i zimnej jaskini, kiedy – obydwoje obolali, zmęczeni i głodni – byliśmy pierwszy raz sami. Prawie sami, bo na ekranach śledziło nas tysiące ludzi, ale niemal udało się nam o tym na krótką chwilę zapomnieć… On od dawna był pewien, nigdy nie zwątpił, ja to co innego…

W centralnym punkcie Wioski Zwycięzców rozstawiono rzędy białych krzeseł. Czerwony dywan został rozciągnięty od drzwi naszego domu wprost do białego, drewnianego łuku przybranego girlandą kwiatów. Jest ładna, choć gdybym miała sama decydować, to chyba bym jej nie wybrała. Ale to prezent, więc z uśmiechem przyjęłam…
Centralnie pod łukiem stoi Dalton, ubrany w odświętny czarny garnitur, białą koszulę i taką samą muszkę. W dłoniach trzyma niewielką czarną książeczkę – podejrzewam, że zawiera jakieś wskazówki dotyczące przebiegu uroczystości. Patrzy na nas z uśmiechem, jego oczy błyszczą odbijając światło wysoko stojącego na niebie słońca. Dzień jest piękny i na szczęście nikt wpadł na pomysł, by posprzątać porozrzucane kolorowe liście, które nadają scenerii ciepłego, trochę magicznego kolorytu. Po raz kolejny przenoszę wzrok na Peetę – stoi przede mną ubrany w brązowy garnitur, śnieżnobiałą koszulę i jasny musznik. Wygląda zniewalająco. Ja mam na sobie białą suknię z dekoltem w formie serca i ramiączkami przesuniętymi poniżej szczytów ramion. Gorset sukni pokrywa delikatna koronka, z nici tak gładkiej, że aż skrzy się w słońcu, choć nie ma tam żadnych świecidełek. Najmocniejszym akcentem sukni jest srebrny pas, który powtarza wzór z koronki, zaznaczając talię i niemal niezauważalnie podtrzymując wykończony rantem koronki, dopinany tren. Cinna wiedział, że niespecjalnie lubię poruszać się z trenem, więc przygotował go tak, bym bez uszczerbku dla sukni mogła go w każdej chwili zdjąć. Oboje z Portią zadbali o każdy szczegół naszej dzisiejszej garderoby, sprawiając, że wyglądamy wyjątkowo. Dochodzi też do mnie, że moje wszystkie wątpliwości i uczucia, które mną targały przez ostatnie dni, odeszły w niepamięć. Jestem tu, gdzie chcę być, z mężczyzną, którego kocham i za moment zostanę jego żoną – już na zawsze.

– Zebraliśmy się tu dzisiaj – powoli, głośno i wyraźnie zaczyna Dalton. Wokół nas zapada cisza, którą przerywa tylko jego głos. Kątem oka widzę też Johannę, ubraną w piękną, butelkowo-zieloną suknię do kostek. Włosy upięła w wysoki kok, kilka wypuszczonych niedbale pasm wydłuża jej szyję. W momencie moją uwagę przykuwa trzymany przez nią jesienny bukiet złożony z liści i kwiatów. W jego sercu znajduje się kwiat, od którego wzięło się moje imię. Otwieram usta, by zapytać skąd go wzięła, ale w tej samej chwili ona, gestem głowy, wskazuje na Peetę.
– To mój prezent dla ciebie – odpowiada cicho mój przyszły mąż, a mnie znów wzruszenie łapie za gardło. Chciałabym mu coś powiedzieć, pokazać jak bardzo doceniam ten gest, ale boję się, że zaraz się rozpłaczę, albo wszyscy usłyszą, że głos mi się łamie.
– Gale mi pomógł – kontynuuje Peeta, a ja odszukuję wzrokiem mojego przyjaciela wśród zebranych gości. Siedzi w trzecim rzędzie, koło Paylor, trzymając na kolanach syna. Puszcza do mnie oko, wykonując w powietrzu szybki ruch przypominający małe koło, sugerując, że powinnam się odwrócić w stronę Daltona, a potem bierze za rękę matkę swojego syna.

To niesamowite ile jesteśmy w stanie zauważyć w tak ważnych dla nas momentach. Przez tę jedną, krótką chwilę widzę Paula, którego koszula ma identyczny kolor jak sukienka Johanny, widzę moją mamę z oczami czerwonymi od łez, siedzących blisko siebie, wzruszonych rodziców Peety, którzy mocno trzymają się za ręce. Sięgam po dłoń Peety, obracam twarz w stronę Daltona…

– Zebraliśmy się tu dzisiaj, aby połączyć tych dwoje węzłem małżeńskim – Dalton robi krótką pauzę.
– Nie skłamię, jeśli powiem, że ten ślub jest ukoronowaniem pięknej miłości zrodzonej w ogniu igrzysk, nie skłamię również jeśli powiem, że wszyscy ucieszymy się, kiedy tych dwoje założy sobie obrączki – uśmiecham się pod nosem, tego jestem pewna… Nawet Haymitch już od kilku dobrych tygodni powtarza w kółko „niech to się już skończy”. A ja z nim…
– Kochani, wasza miłość zachwyciła wielu. Wasze poświęcenie dla siebie nawzajem zawsze budziło mój podziw – zawiesza na moment głos, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale później, jakby zmienił zdanie, otwiera trzymaną w dłoniach książeczkę i przechodzi do dalszej części ceremonii:
– A teraz, nie przedłużając już, pytam – kto oddaję tę kobietę temu mężczyźnie?
– Ja – moja mama wstaje. Mimo odległości mam wrażenie, że widzę jak drży ze wzruszenia, a brzmienie jej głosu tylko to potwierdza.
– I ja – mama nawet nie mruga okiem, kiedy Haymitch wstaje i pewnym krokiem podchodzi do nas – jakby to wszystko było zaplanowane. Kładzie nam obojgu ręce na ramionach i kontynuuje – ja oddaję ją jemu, a jego jej – po tych słowach całuje mnie delikatnie, po ojcowsku w czoło, ściska mocno dłoń Peety i wraca na swoje miejsce. Oddycham mocno, czując lekko wilgotny, piżmowy zapach jesieni. Przełykam ślinę…
– Katniss – Peeta odwraca twarz w moją stronę, chowa moją prawą dłoń w swoich rękach i zaczyna mówić swoją przysięgę małżeńską.
– Urodziłem się, by cię kochać każdym pojedynczym uderzeniem mojego serca, by się o ciebie troszczyć każdego dnia mojego życia. Jesteś tą jedyną, jesteś stworzona dla mnie, jesteś moją ekstazą i moim życiem. Czuję się jak we śnie, w którym moje marzenia się spełniają i aż trudno uwierzyć, że to przydarza się właśnie mnie. Kocham cię, kocham każdą twoją drobną rzecz i przysięgam – nigdy nie przestanę.
– Peeta – oczy mam wilgotne. Domyślam się, że te proste, piękne słowa nosił w sobie od dawna, podczas gdy moja przysięga powstała dopiero dzisiaj…
– Kilka lat temu twoja dobroć splotła nasze losy, a kilka lat później losowanie połączyło nasze życia. Droga do dzisiejszego dnia była długa, bo potrzebowałam czasu, by zrozumieć, że żyje po to, by być z tobą. W tym czasie pokazałeś mi, że świat może być dobry, chroniłeś mnie i wspierałeś – byłeś. Dzięki tobie poczułam się bezpieczna, mając oparcie w skałą, której nic nie ruszy. Dziękuje ci za tamte dni i proszę, byś został ze mną na zawsze. Ja w zamian za to nie mogę dać ci wiele – tylko siebie, ale ślubuję ci zawsze będę mówić prawdę, na zawsze zostać twoją przyjaciółką i kochać do końca moich dni, tą samą miłością, którą darzę cię już od dawna.

Jego twarz, jego oczy, delikatny dotyk palców mówią mi, że zrozumiał. Wie doskonale, co chciałam powiedzieć…

Dalton cicho zaprasza uśmiechniętego, szczęśliwego Josha, by podszedł z obrączkami.
Peeta bierze jedną z nich i delikatnie wsuwa mi ją na palec. Białe złoto przybrane jest małymi czarnymi kamyczkami i stanowi komplet z pierścionkiem zaręczynowym. Tu jednak ozdoby układają się nie w skrzydła kosogłosa, a w literę P, jak Peeta. Jego obrączka jest podobna, tylko literę P zastąpiło zgrabne K.
– Zawsze – szepcze Peeta.
– Zawsze – odpowiadam.

Pierwszy pocałunek mojego męża ma lekko słony od łez smak, ale i tak jest najcudowniejszym z jego pocałunków. Wokół nas zgromadziła się nasza rodzina i przyjaciele, wszyscy biją brawo, płaczą, śmieją się. A ponad tym przebijają się słowa Daltona:
– Panie i Panowie, przedstawiam wam Państwa Katniss i Peetę Mellarków.

 A dla ciekawych – tak wygląda suknia Katniss:

suknia

Źródło – http://allforfashiondesign.com/aire-barcelona-2015-bridal-collection-part-1/

169. Randka

Witamy 🙂
Znaki na niebie i Ziemi pozostały niezmienne, więc dziś, na kilka godzin przed wejściem Kosogłosa na polskie ekrany – zapraszamy Was do kolejnej notki. I czekamy na Wasze komentarze 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

– Jak ci się to udało? – idziemy szybkim krokiem przez miasteczko, objuczone wszystkimi niezbędnymi rzeczami, podczas gdy ja wciąż zastanawiam się, jak Johannie udało się wyciągnąć mnie z domu mamy, na dodatek do Wioski.
– Normalnie – po raz kolejny wzrusza ramionami i odpowiada z głośnym westchnieniem, które wyraźnie sugeruje, że jest rozdrażniona.
– Spokojnie, Jo – Annie ma opanowany głos, choć lekko dyszy. Niesie sporą ilość toreb, a do tego idziemy dość szybko. – My po prostu zastanawiamy się, jak to zrobiłaś? Matka Katniss przez cały poranek nawet nie chciała słyszeć o powrocie córki do Wioski Zwycięzców, a tobie udało się ją przekonać w dość krótkiej rozmowie.
– Nie miała za bardzo wyboru – Johanna rzuca to tonem całkowitej oczywistości. Jakbyśmy pytały o kolor nieba w słoneczny dzień. – Wszelkie środki bezpieczeństwa, jakie zastosowaliśmy, mają sens tylko w Wiosce i twoja mama dobrze o tym wie – zwraca lekko zaróżowioną od wysiłku twarz w moją stronę. – Choć, jak sądzę, słowa Shena też miały w tym swój udział.

„Środki bezpieczeństwa” – tyle zapamiętuję z tej odpowiedzi. Jeszcze parę lat temu żadne „środki bezpieczeństwa” nie byłyby konieczne. Ale teraz jest zupełnie inaczej… Przekraczamy bramę Wioski bez problemu, choć musimy chwilkę zaczekać, nim stojący przy niej żołnierze, otworzą ją. Wioska od dawna jest odgrodzona od reszty dystryktu, ale tylko dziś jest pilnie strzeżona, czego zresztą sama chciałam.

Rzucam słuchawkę telefonu na łóżko. Powoli rośnie we mnie irytacja – dlaczego nasze życie musi wyglądać właśnie tak? Dlaczego muszę podejmować takie decyzje, dlaczego dzisiaj, dlaczego ja? Ciche pukanie do drzwi przerywa te niewesołe rozmyślania i niemal automatycznie zapraszam czekającego gościa. Haymitch ubrany jest w dobrze skrojony garnitur i z lekkim uśmiechem wchodzi pewnie do środka.
– Z serdecznymi pozdrowieniami od Porti – puszcza do mnie oko, wieszając trzymany w ręce pokrowiec na drzwiach szafy. Przypatruje mi się przez chwilę uważnie, jakby studiował moją twarz, jakby szukał… no właśnie nie wiem czego – niepewności?
– Gotowy?
– Czemu mi się tak przyglądasz? – odpowiadam rozbawiony. Właściwie od paru dni zachowanie bliskich mi osób mnie bawi. Mam wrażenie, że wszyscy oczekują po mnie zdenerwowania, niepewności i masy innych odczuć, których nawet nie jestem w stanie nazwać. Co ciekawe – ja ich zupełnie nie mam – od dawna nic nie jest w stanie zmienić mojej decyzji.
– Wiesz, to normalne, że się denerwujesz – odpowiada, jakby zbity z tropu, Haymitch.
– Czy do was wszystkich – podnoszę lekko głos – dotrze w końcu, że się nie denerwuję?!
– I krzyczysz na mnie, bo jesteś zupełnie opanowany? – Abernathy zerka na mnie, a ja nagle czuję, że śniadanie zaczyna mi ciążyć w żołądku.
– Tak – odpowiadam krótko, nadal czując, że jajecznica powoli podnosi mi się do gardła…
– Peeta – Haymitch przysiada na skraju łóżka i klepie dłonią miejsce obok siebie – to nie ja powinienem z tobą o tym rozmawiać, ale sam dobrze wiesz, że od dawna traktuję ciebie i Katniss inaczej niż resztę moich trybutów…
– Pewnie dlatego, że ciągle żyjemy – prycham, nim zdążam ugryźć się w język.

Na szczęście Haymitch wybucha głośnym i długim śmiechem, który szybko okazuje się być zaraźliwy. W końcu i ja zaczynam się śmiać, ale jednocześnie to uświadamia mi, że tak naprawdę, wbrew temu co staram sobie i innym wmówić przez ostatnich kilka dni, jestem zdenerwowany. Cholernie zdenerwowany.

– Dziewczyny – Effie spogląda na nas, zebrane przy kuchennym stole, uważnie. – Przed nami kolejny wielki, wielki, wielki dzień – jej charakterystyczny, dobrze znany mi ton, który nieraz słyszałam w podróży do Kapitolu, w połączeniu z luźnymi jeansami i rozciągniętym podkoszulkiem brzmi komicznie. Uśmiecham się pod nosem i widzę jak Effie puszcza do mnie oko. Wolę nie zastanawiać się, czy mnie rozpracowała, a ona kontynuuje – plan jest taki…

Słucham jej uważnie, jednocześnie obserwując bajeczny pejzaż za oknem. Drzewa przybrały piękne barwy, które po wielu latach z Peetą potrafię nazwać – to złoto, rubin i brąz. Słońce świeci, wysuszając wszystkie wczorajsze kałuże, mgła opadła, zostawiając po sobie przejrzyste, rześkie powietrze. Całość dodaje tylko uroku dzisiejszemu dniu. Uwielbiam jesień z jej chłodnymi dniami, z jej kolorami i zapachem.
Klaśnięcie w dłonie wyrywa mnie z zamyślenia – jednak nie byłam wcale skupiona… Na szczęście Effie nie zauważyła tego, tylko klasnęła słuchając opowieści Annie o moim dzisiejszym spotkaniu z Peetą.
– Można się było tego spodziewać – wtrąca moja mama. Spogląda na mnie uważnie i widzę dumę w jej spojrzeniu i uśmiech na twarzy. Wiem, że czekała na ten dzień i zrobi wszystko, by był wyjątkowy. Domyślam się jednak, że mimo to Peecie dostanie się za to, że tak mnie dzisiaj podszedł. Ale to pewnie jutro, lub dziś wieczorem, na przyjęciu.

– Peeta – Haymitch powoli poważnieje, jego twarz nosi ślady łez wyciśniętych gwałtownym atakiem śmiechu – coś jest w tym co powiedziałeś. Jednak nie zmienia to faktu, że ty i Katniss jesteście dla mnie bardzo ważni – powoli wstaje, klepie mnie w ramię i wychodzi. Tuż przy drzwiach jednak zatrzymuje się, spogląda na słuchawkę telefonu leżącą niedbale na moim łóżku i gestem pyta mnie o co chodzi.
– Caesar – odpowiadam tylko, a Haymitch z niesmakiem kiwa głową. Jest pewnie tego samego zdania co ja – to perfidny szantaż, ale ze względu na naszą pozycję, nie mogę nic z nim zrobić. Wybrałem mniejsze zło, choć nie mam pewności, czy inni też tak to odbiorą.

Schodzę powoli na dół. Jest dopiero dziesiąta, mam jeszcze dobrą godzinę, nim przyjdzie czas na przygotowania. Droga do Wioski zajmie mi nie więcej niż kwadrans, a jak będę już gotowy, pewnie nie uda mi się spokojnie wysiedzieć w miejscu. Nie dziś.
Na stole w kuchni leży bukiet, który dziś rano zbierałem w lesie. W samym jego sercu jest lilia wodna, ta od której wzięło się imię Katniss. Jestem tak zaskoczony, że nie mogę wydusić słowa.
– Gale to dla ciebie przyniósł przed chwilą – z pełnymi ustami informuje mnie Ast. Od świtu chyba nie robi nic innego, tylko pochłania tony przygotowanego na dzisiejsze przyjęcie jedzenia.
– Jak będziesz tyle jadł, nie zmieścisz się w frak – odpowiadam mu kąśliwie, jednocześnie obracając w dłoniach mały bukiet. Jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałem. Mam niesamowitą ochotę podarować go Katniss już teraz, ale jednocześnie wiem, że powinienem zaczekać. To będzie miły prezent…

– Ale jak…? – pytam przez zaciśnięte gardło. Wzruszenie i płynące łzy odbierają mi mowę, gdy dotykam delikatnego jedwabiu, subtelnej koronki, precyzyjnych haftów i wykończeń. Jest idealna – miękka, połyskująca, ale nie błyszcząca, a przy tym prosta. Wiedział, co kocham i w czym się dobrze czuję. Wiedział jaka suknia spełni moje marzenie, choć nigdy nie widziałam nawet jej szkicu.
– Już ci kiedyś powiedziałam – spokojnie zwraca się do mnie Effie, przytulając mnie delikatnie – Cinna przygotował ją dla ciebie. Wiedział, że ten dzień w końcu nastąpi, ale domyślał się, że… nie wszystko może się ułożyć i po twoim wywiadzie dał mi ją na przechowanie. Kazał mi obiecać, że dam ci ją w odpowiednim momencie. Teraz, kiedy ten dzień w końcu nadszedł, spełniam jego prośbę.
– To dlatego powiedziałaś, że moją dzisiejszą garderobę bierzesz na siebie?
– Dokładnie – Effie obejmuje mnie mocniej, również nie kryjąc łez.

Idę szybko, nie oglądając się za siebie. Zbliża się południe, mam przed sobą już ostatni odcinek dzielący mnie od Wioski Zwycięzców, i mam nadzieję, że za moment ją spotkam. Niczego nie pragnę w tej chwili bardziej, niż znowu zobaczyć jej twarz, dotknąć jej włosów, poczuć ciepło jej ust…..

W holu naszego domu stoi stary zegar. Peeta opowiedział mi kiedyś, że znalazł go na strychu w domu rodziców, tuż przed dożynkami. Kiedy wróciliśmy z pierwszej areny oddał go do naprawy i teraz ten właśnie zegar odmierza czas naszego życia. Bije dokładnie dwa razy w ciągu doby, jego rytmiczny dźwięk sygnalizuje koniec jednego dnia i rozpoczęcie drugiego oraz wyznacza samo południe. Czekam na pierwsze uderzenie, na pierwszy dźwięk, na znak.
Gdy wreszcie jest – robię pierwszy krok i drzwi otwierają się przede mną.
Przez moment, przez krótką chwilę słońce mnie oślepia. Przez tą krótką chwilę mam jednak czas na wątpliwość czy on na pewno przyszedł? Czy może zmienił zdanie i go nie będzie? Czy jego propozycja dzisiejszego spotkania – tak dwuznaczna, ze względu na okoliczności – nie była tylko żartem?
Otwieram szerzej oczy.

Jest.  Stoi na samym środku Wioski, dokładnie tak, jak obiecywał. Za plecami słyszę kolejne uderzenia zegara i ruszam. Prawie biegnę – nie przeszkadza mi ani długość sukni, ani wysokość obcasa. Biegnę wprost w jego rozpostarte ramiona.
– Peeta – szepczę z uśmiechem.

Minuty dłużą mi się niemiłosiernie. Czekam każdą komórką na jeden dźwięk, na pierwsze uderzenie starego zegara moich dziadków. Jeśli Katniss nie zmieniła zdania, to wraz z nim wyjdzie na spotkanie ze mną.
Słyszę pierwszy dźwięk i wpatruję się w drzwi, które powoli otwierają się.

Jest piękna, jak zawsze… Choć nie – dziś wygląda wyjątkowo. Nie jestem w stanie oderwać od niej oczu, ona uśmiecha się do mnie i nagle zaczyna biec w moją stronę, wprost w moje ramiona.
– Katniss – nie czekając na nic, nie zważając, całuję ją w usta.

Gdzieś z boku ktoś cicho kaszle. Nie chcę odrywać się od jego ust, on widać też nie, bo zamiast mnie puścić, jeszcze mocniej przytula mnie do siebie. Kaszlniecie się ponawia, ale nie reagujemy.
– Przepraszam – nacisk i ton nie pozostawiają złudzeń. Peeta powoli mnie puszcza, nadal patrząc mi w oczy.
– Przepraszam – uwaga się ponawia, tym razem z cieniem uśmiechu w głosie – ale nie pora teraz na to. Pocałunek następuje na końcu, nie na początku ceremonii – Dalton mówi szeptem, ale jestem pewna, że i tak wszyscy go usłyszeli.

A dla ciekawych – tak wygląda strzałka (lilia wodna) 🙂

SagittariaSagittifolia-bloem-kl

Źródło - http://en.wikipedia.org/wiki/Sagittaria

168. Podjęte decyzje

Witamy :),
Wszystkim, którzy pytają o co chodzi, dlaczego tak, odpowiadamy – prosimy o jeszcze jakiś tydzień cierpliwości 🙂 Obiecujemy, że w najbliższych notkach wszystko wyjaśnimy i będzie to logiczne ułożenie akcji. Ale jeszcze chwilę dajcie sobie pozgadywać, a nam – zbudować napięcie 😉
Następna notka – cóż… wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie w czwartek, w formie wisienki na torcie premiery. Jeśli znaki się nie zmienią – wieczorem tu zaglądajcie 🙂

A teraz – miłego czytania i czekamy na komentarze 🙂
A&A

—-

Próbuję sobie wmówić, że mama robi dobrze, że tak powinno być. Ale wcale się z tym nie zgadzam. Tylko równocześnie nie mam siły walczyć, kłócić się z nią. Nie chcę kończyć dnia krzykiem… A mimo to serce mi się kraje, gdy każe mu wyjść, iść do jego rodziców. Nie chcę patrzeć w tym momencie na jego twarz, bo wiem, że zaraz wszystko odwołam, każę wyjść mamie, a jemu zostać. A nie powinnam, nie mogę tego zrobić, jeśli nie chcę mieć awantury z obiema mamami.

Patrzę przez okno, za którym zimny, jesienny wiatr porywa w górę kolorowe liście, sprawiając, że tańczą, niesione jego siłą. Słyszę jak Peeta do mnie mówi… Zaciskam wargi i dłonie, ostatkiem siły walcząc, by się nie odwrócić. Łzy płyną mi po policzkach, gdy słyszę jak wychodzi, jak zamyka za sobą drzwi. Zostaję sama i czuję się pusta, rozdarta, nieszczęśliwa.

Przez szybę widzę, jak wściekle przedziera się przez jesienny krajobraz. Nawet gdybym nie miała go teraz przed oczami, wiedziałabym, że jest wściekły. A sposób w jaki idzie, jak się porusza, tylko mnie w tym upewnia.
– Ubieraj się, Katniss – mama nadal mówi stanowczo. Odwracam się z głupią nadzieją, że zmieniła zdanie, że chce mi powiedzieć, żebym za nim biegła.
– Co?
– Ubieraj się, nie zostaniesz w tym domu – dziwnie akcentuje słowo „tym”. Jakby nasz dom był… brudny? Skażony? – Przenosisz się do mnie i Shena.

Wzruszam ramionami. Ani ona, ani rodzice Peety nie liczą się z naszym zdaniem, więc jest mi już wszystko obojętne. Gdyby to nie było tak skomplikowane, wsiadłabym dziś w pociąg albo poduszkowiec i poleciała do Czwórki, do Annie. Albo nawet do Kapitolu. Ale tego też nie mogę…

Shen otwiera nam drzwi, a ja wpełzam do domu matki kompletnie przemoczona. Jej mąż, a mój ojczym o nic nie pyta, zamiast tego zerka na mamę.
– O co ci chodzi? – burczy na niego, kiedy on pomaga jej zdjąć przemoczone deszczem ubranie. W końcu dodaje – nie zostanie w tamtym domu, co to, to nie.
Spoglądam na Shena. Po cichu miałam nadzieję, że choć on wykaże się rozsądkiem i zareaguje jakoś, stanie po mojej stronie, ale nic z tego. Shen kiwa tylko nieznacznie głową, kierując się do kuchni.

Gorąca herbata mnie rozgrzewa, jednocześnie usypiając i pogłębiając moje wątpliwości. Deszcz bębni o parapet, a ja siedzę zawinięta szczelnie w koc w salonie mamy i bezmyślnie patrzę się w telewizor. Nie, właściwie nie patrzę – moje myśli są gdzieś daleko, analizując ostatnie wydarzenia.
Shen cicho puka i wsuwa się do pokoju. Ale zaskakuje mnie druga osoba, która wchodzi razem z nim – promiennie uśmiechnięty Gale.
– Czego chcesz? – pytam zaczepnie. Tak naprawdę cieszę się na jego widok, ale przy obecnym nastroju jakoś samo tak wyszło.
– Chciałem zobaczyć jak się trzymasz – nadal uśmiecha się szeroko.
– Jak widać – doskonale – odpowiadam mu kąśliwie. Zastanawiam się, kiedy się zrazi, ale zamiast tego przysiada obok i razem ze mną ogląda reportaż o wizycie pary prezydenckiej w Siódemce. Dobrze jest tak siedzieć z nim – nie odzywając, po prostu patrząc przed siebie. Jak kiedyś. Twarze migają mi przed oczami, reporter coś opowiada, ale ja jestem daleko, przed oczami wciąż pojawia mi się smutny wzrok Peety.
– Idę spać – decyduję nagle. Mam dość tego wszystkiego, co się ostatnio dzieje. Chcę żeby było już po wszystkim, żeby rodzicom przestało odbijać, żeby zostawili nas w spokoju.

Leżę w pokoju gościnnym i – najmocniej jak potrafię – przyciskam sobie poduszkę do ucha. Ale to złudzenie, poduszka wcale nie pomaga. Chrapanie Shena niesie się po całym domu, a ja zastanawiam się, jak mama może przy tym spać. W końcu nie wytrzymuję, człapię do kuchni i nalewam sobie wody do szklanki. Sączę powoli, pozwalając by płyn powoli spływał mi po suchym gardle. Spoglądam przez okno, nie muszę nawet podnosić firanki, bo jest krótka, więc spokojnie pozwala na podziwianie miasteczka. Choć dziś to raczej podziwianie mgły, która jest tak gęsta, że nawet światło niespecjalnie się przez nią przebija. Nagle, gdzieś z głębi domu, słychać wyraźne bicie starego zegara taty, które wyrywa mnie z jakiegoś marazmu, w którym tkwiłam przez ostatnie godziny. Biegnę przez dom, nie zwracając uwagi na to, że hałasuję. Chrapanie Shena raczej trudno przebić zwykłymi krokami.

Las wita mnie znajomą aurą tajemniczości. Idę po nim powoli, chłonąc całą sobą jego majestat, zapach, tę mieszaninę uczuć, którą we mnie budził. Do wschodu słońca jeszcze daleko, co daje mi sporo czasu, nim ktokolwiek zorientuje się, że nie ma mnie w łóżku. Jezioro, nad które przychodziłam z ojcem, wygląda malowniczo w mgle przebijanej blaskiem księżyca, jest cicho i spokojnie. W końcu mogę zebrać myśli, zastanowić się.
Powoli idę przez las, zbliżając się do naszej skały. Nie umawiałam się tutaj z Gale’em ale coś mi mówi, że będzie tam dzisiaj – znamy się od dawna, on pierwszy domyśli się, gdzie mogłam pójść. Słońce wyłania się na horyzont, kiedy stawiam nogę na szczycie skały. Ale to nie Gale’a tam zastaję, tylko wpatrzonego we wschód słońca… Peetę. Stoję i patrzę na niego chwilę – na jego zaczerwienione chłodem policzki, na lekko rozchylone usta, chwytające łapczywie powietrze i wypuszczające je w formie mgiełki, jakby też przed chwilą tu dotarł. Kiedy zadaję mu pytanie, reaguje dopiero po chwili. Uśmiecha się, a ja jestem trochę zła, a trochę zaskoczona jego obecnością tutaj, co sprawia, że zamiast czułości, wychodzi mi złośliwa uwaga.

Kiedy Peeta schodzi ze skały i odchodzi szybkim krokiem, przysiadam na niej na chwilę.
– I co, pójdziesz na tę randkę? – pyta jakby z przekąsem Gale.
– Jeszcze nie wiem – odpowiadam lekko rozbawiona, bo doskonale wiem do czego zmierza ta rozmowa. Oboje wiemy – Gale śmieje się krótko, nosowo i dodaje – Nie mów matce o tym spotkaniu, nie spodoba jej się to.
Tak naprawdę mam pewność, że się z nim dzisiaj spotkam. Wszystkie podjęte dziś decyzje są słuszne – las pozwolił mi na poukładanie myśli, na oderwanie się od rzeczywistości i odpoczynek. Wiem, co powinnam zrobić, a co więcej – wiem, co chcę zrobić.

Od wielu tygodni, codziennie bezskutecznie próbowałam to napisać. Słowa nijak nie chciały się pojawić ani w mojej głowie, ani tym bardziej nie chciały pojawić się na papierze. Jednak teraz, po powrocie, leżąc w wannie pełnej gorącej wody i pachnącej piany, idzie mi to zaskakująco łatwo. Dokładnie w momencie kiedy kończę pisać, drzwi łazienki cicho się otwierają. Mama przysiada na wannie, palcami sprawdza temperaturę wody i spogląda na notes w moim ręku. Kiedy jej go podaję, przez moment się waha, ale potem uważnie czyta. Jej twarz łagodnieje z każdym słowem, łzy powoli płyną z jej oczu i kiedy kończy, przygląda mi się uważnie.
– Jestem pewna, że zrozumie – mówi cicho, głosem pełnym wzruszenia. – To dobra decyzja, córeczko.
Potem lekko całuje mnie w czubek głowy, a wychodząc – dodaje:
– Johanna przyjechała.
Wzdycham ciężko. Kocham ją, ale wolałabym jeszcze przez parę godzin mieć spokój, a z Johanną będzie to raczej niemożliwe.

Johanna nie przyjechała sama, jest z nią Annie. Obie są równie zdenerwowane jak ja, ale w głębi serca bardzo cieszy mnie obecność ich obu. Otulona w miękki szlafrok, siedzę na łóżku i opowiadam im moje dzisiejsze spotkanie z Peetą. Obie moje przyjaciółki wymieniają porozumiewawcze spojrzenie, uśmiechają się przy tym. Przyznaję, że nie sądziłam, że Johanna porzuci obowiązki pierwszej damy na okoliczność przetrwania tej rewolucji, którą przygotowali nam nasi rodzice.
– Masz zamiar spotkać się z nim w tym stroju? – uwaga Johanny mnie bawi, choć ona sama udaje, że powiedziała to bardzo poważnie. Rzeczywiście, szlafrok to nie najlepszy strój na naszą dzisiejszą randkę. Dziś chcę go zachwycić, chcę być i czuć się piękna, chcę by nigdy nie zapomniał naszego spotkania w samo południe, w samym środku Wioski Zwycięzców.