173. Jutro

Witajcie,

Wiemy, że czekacie, wiemy, że przerwa była długa. I niestety nadal nie umiemy podawać dat kolejnych notek 🙁 Możemy tylko obiecać, że postaramy się, żebyście na kolejną czekali troszkę mniej 🙂
Miłego czytania i czekamy na Wasze komentarze 🙂

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Fale rozbijają się o brzeg, na niebie świeci mnóstwo gwiazd, księżyc – ukryty za jedną, niewielką chmurą – wygląda jakby spał otulony delikatną kołderką. Na twarzy czuję powiew wiatru, ale lekka kurtka i ramiona  męża skutecznie chronią mnie przed nim. W powietrzu unosi się mieszanka słonego zapachu wody, ryb łowionych przez rybaków i wodorostów. Wokół słyszę echo naszych słów, choć my sami milczymy. To znów kolejna powtórka audycji telewizyjnej… Ceasar miał rację – nasz wywiad okazał się strzałem w dziesiątkę – zyskał niemal siedemdziesięciopięcioprocentową oglądalność. Dla mnie  było to sporym zaskoczeniem – nie sądziłam, że obywatele Panem nadal tak bardzo są spragnieni szczegółów naszego życia. Przypominam sobie słowa Haymitcha, który twierdził, że – mimo zmian i upływu lat – wciąż jesteśmy dla nich odskocznią, a dla wielu – niesamowitą sensacją. Ponoć nasz temat nieodmiennie dzielił ludzi na tych, którzy byli przekonani o naszej miłości i na tych, którzy mieli wiele wątpliwości.

Po przerwie, w trakcie której zdążyliśmy się pokłócić i pogodzić, druga część wywiadu upłynęła w lepszej i spokojniejszej atmosferze, choć Peeta uparcie twierdził, że nie dopytywałam o szczegóły jego dnia, więc on nie poczuwa się do kłamstwa. Skoro Haymitch już do nas przyszedł, oddaliśmy mu głos, by opowiedział o tym, jak jego teść przygotował dla nas łuk, pod którym składaliśmy przysięgę małżeńską. Okazało się, że nasza nieobecność w Dwunastce bardzo ułatwiła całość przedsięwzięcia, bo konstrukcja była robiona w ogródku Abernathych, a w projekcie aktywnie pomagał Joshua, który świetnie się przy tym bawił. Przypominam sobie swoje pierwsze wrażenie, gdy zobaczyłam ten prezent – miałam poczucie, że do nas nie pasuje, że nie jest dobrany do ślubu, o jakim marzyliśmy. Jednak widok twarzy Josha, jego pełnych dumy oczu, emanujących niesamowitym blaskiem, sprawiły, że nie mogłam postąpić inaczej, nie mogłabym odrzucić czegoś, w co Josh (i Anthon) włożyli tyle serca. Łuk  stoi teraz w naszym ogrodzie, Peeta zasadził pod nim winogrona, które mają się piąć po nim ku słońcu. Słyszę stłumiony śmiech Peety – retransmisja programu znalazła się w momencie, gdy Caesar – z właściwą dla siebie egzaltacją – opowiada o naszym weselu:
– Wesele było niesamowite – w całym moim życiu nie byłem na tak udanym przyjęciu. Ludzie tańczyli, śmiali się i bawili do białego rana. Państwo Młodzi, notabene świetnie tańczący, brylowali na parkiecie niczym nieziemskie istoty. Wiecie, myślę, że rodzina i przyjaciele tych dwojga – wskazał wtedy na nas dłonią – którzy są teraz tam, na górze – uniósł palec w kierunku sufitu, jak gdyby wskazywał na niebo – zamówili, u kogo trzeba, idealną pogodę. Mimo, że to już jesień, która tu, w Dwunastce nie jest zbyt łaskawa, to noc była ciepła i gwiaździsta. Kiedy zapadł zmrok, mężczyźni rozpalili ogniska, wrzucając do nich jakieś zioła, które powstrzymywały komary przed zjedzeniem nas żywcem. W blasku ognia, jak przystało na dziewczynę igrającą z ogniem, Katniss rzuciła swój welon. Złapała go jakaś młoda dziewczyna z miasteczka, która bardzo się ucieszyła, ale sądząc po minie jej narzeczonego – on już trochę mniej. Drodzy Państwo – kontynuuje Caesar – nie będę tutaj opowiadał o tym, jak wygląda obrzęd pieczenia tostów, o tym jak Peeta i Katniss spędzili noc poślubną, bo to powinno zostać w wąskim kręgu osób zaproszonych na tę uroczystość – uśmiecham się lekko, czując wdzięczność wobec tego dziennikarza. Zaskoczył mnie wielokrotnie tamtego wieczoru, nie dopuszczając do zbytniej ingerencji w naszą prywatność. Kiedy zapytał nas gdzie mamy zamiar spędzić nasz miesiąc miodowy i usłyszał odpowiedź, nie skomentował tego, tylko kiwnął nieznacznie głową, wiedząc, że decyzję jaką podjęliśmy, jest najlepsza z możliwych.

Siedzimy teraz na plaży przy domku Annie. Nathaniel zasnął w końcu, zmęczony całodzienną zabawą z wujkiem i ciocią. Annie też odpoczywa, zbiera siły, cieszy się nami. A my znów namawiamy ją, by przeprowadziła się bliżej nas. Jednak ona niezmiennie odmawia, aż w końcu przestajemy naciskać.
– Gotowa na powrót do normalności? – Peeta cicho szepcze.
– Chyba nigdy nie będę na to gotowa – odpowiadam mu z żalem. Ostatnie dwa tygodnie były niesamowite, mieliśmy wreszcie czas dla siebie, mogliśmy beztrosko siedzieć na plaży, budować zamki z piasku, opalać się. Jutro musimy wracać, jutro kończy się nasz urlop i wracamy do rzeczywistości, której ja  – w przeciwieństwie do niego – nie nazywam normalnością.
Za naszymi plecami słychać ciche kaszlnięcie Annie. Nie chce nam przerywać, ale cowieczorny rytuał picia gorącej herbaty musi być zachowany. Siadamy na werandzie otuleni w ciepłe koce, przyniesione przez naszą gospodynię i – jak co wieczór – rozmawiamy do późna. Po raz kolejny wspominamy Finnicka, moją siostrę i tych wszystkich, którzy zginęli w walce o lepsze jutro. To jutro dla nas właśnie nastąpiło, jesteśmy bezpieczni, możemy bez lęku i obaw głośno mówić o tym co myślimy i być szczęśliwi. Przynajmniej dziś…

Poranek przychodzi zaskakująco szybko, nawet nie sądziłam, że możemy przegadać całą noc. Spoglądam na Peetę, który już od dawna cicho pochrapuje, zwinięty w kulkę na wiklinowym fotelu. Rozmowę przerywa nam dźwięk cichego tupania bosych stóp o drewnianą podłogę. Najwyraźniej Nathaniel obudził się już i właśnie biegnie do nas przez dom, w kierunku chłodnego tarasu. Rozespany jeszcze wygląda uroczo – w oczach nadal błądzi sen, blond włoski ma rozczochrane, a ubrany jest w najfajniejszą piżamę, jaką mogliśmy dla niego zdobyć. To swojego rodzaju czerwono- niebieski kombinezon, ze znakiem trójzębu na piersi. Trudno było coś takiego zdobyć, bo była to edycja limitowana, wypuszczona na kapitoliński rynek lata temu, kiedy to jego ojciec świecił triumfy i był ulubieńcem mieszkańców stolicy. Nathaniel jest naprawdę ładnym chłopcem – uroda odziedziczona po ojcu i oczy matki sprawiają, że za kilka lat Annie będzie trudno odgonić od niego dziewczyny. Mój chrześniak ładuje mi się na kolana, pozwala szczelnie okryć kocem i przytula małą głowę do mojej piersi, jakby planował jeszcze podrzemać. Jednak zamiast tego słyszę:
– Nie jedź, ciociu – prosi cicho.
– Muszę – odpowiadam, choć serce kraje mi się na milion kawałków.
– Zostańcie z wujkiem jeszcze trochę.
– Uwierz mi – odpowiadam i czuję ucisk w gardle – gdybyśmy tylko mogli, zostalibyśmy z tobą, ale to niemożliwe, kochanie – staram się mówić lekko, ale sama wiem, że mi to nie wychodzi, więc nie kontynuuję, tylko całuję go w czoło.
Chłopiec nic nie odpowiada, tylko przytula się do mnie jeszcze mocniej, jakby w ten sposób chciał mnie zatrzymać…

Śniadanie jemy w prawie idealnej ciszy, Nathaniel nie odrywa oczu od miseczki płatków kukurydzianych, jakby nie chciał patrzeć nam w oczy. Kiedy macha nam na pożegnanie, wiem, że jest mu bardzo ciężko. Mimo, że ma tu przyjaciół, bardzo brakuje mu ojca, a przez ostatnie dwa tygodnie Peeta mu go zastępował. A teraz odchodzi – łzy spływają mi z oczu kiedy wsiadamy do poduszkowca.

Jedno zerknięcie na siedzenia sprawia, że boleśnie dociera do mnie koniec bajki ostatnich dni. Paul i Johanna nie próżnowali – na siedzeniach znajdujemy rozpiskę planu zajęć na najbliższy miesiąc. Szybko uświadamiamy sobie, że w najbliższym czasie, w tym samym miejscu, razem, będziemy tylko raz.
– Witamy w normalnym życiu – sączy przez zaciśnięte zęby Peeta.
– Witamy, witamy, witamy – odpowiadam naśladując dawny ton Effie, chcąc trochę rozbawić mojego męża, ale to działanie nie przynosi oczekiwanego rezultatu…

Kiedy następnego dnia Peeta wychodzi z domu ze spakowaną walizką, udając się z Paulem na objazd dystryktów, kiedy całuje mnie, lekko muskając moje usta, wypowiada zdanie, które wywołuje mi ciarki na plecach, sprawiają, że wracają złe wspomnienia.
– Do zobaczenia o północy – nim zdążam odpowiedzieć, wychodzi zamykając za sobą drzwi. I choć doskonale wiem co miał na myśli – następnym razem spotkamy się na oficjalnym balu sylwestrowym w Pałacu Prezydenckim, jednak nie mogę pozbyć się silnego odczucia deja vu. Choć nasza obecna sytuacja jest zupełnie różna od tamtej chwili na arenie, to jednak w jakim stopniu podobna. Znów rozstajemy się nie z naszej woli, znów będziemy we dwie z Johanną, znów tracę go z oczu. Mam tylko nadzieję, którą jednak nie udaje mi się stłumić niepokoju, że tym razem zakończenie będzie inne…