184. Przesyłka

Witamy,

Wiemy, że dawno nic nie publikowałyśmy, ale i tak Was kochamy bardzo (dlatego wracamy, nie porzucamy Was ani na chwilę, nawet jeśli sprawiamy takie wrażenie :() i wierzymy, że Wy nas też i wrócicie nas czytać i komentować 🙂
Następna notka – w kolejnym tygodniu 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

—–

Wracam powoli do domu. Jest trzecia w nocy, dość chłodno, na ulicach pusto. To jeden z niewielu momentów w trakcie doby, kiedy mogę po prostu się przejść – bez wianuszka zaczepiających mnie osób, bez obserwatorów. Jednak dopiero przed momentem skończyliśmy z Paulem omawiać bieżące sprawy, w tym epidemię ospy wietrznej w Szóstce i jestem bardzo zmęczony. Nie pomaga mi też to, że znów nie widuję się z Katniss. Gdy dwa miesiące temu wróciliśmy do domu, przez krótką chwilę wydawało mi się, że będziemy częściej razem, ale szybko się to zmieniło. Dziś ja jestem w Kapitolu, a Katniss i Johanna – w Czwórce. Wizytują dystrykt, a przy okazji odwiedzają także Annie i Nathaniela. Z kolei już pojutrze z Paulem wyruszamy do Trzynastki… Nie wiem nawet kiedy znów zobaczę żonę.

Niewielka winda dowozi mnie na piętro. Ledwie żywy ze zmęczenia idę prosto pod prysznic. Ostatnie co widzę przed zaśnięciem, to elektroniczny zegarek na szafce nocnej wskazujący 3:50 w nocy. Nie zostało mi wiele czasu na odpoczynek – od rana mam już zaplanowane spotkania, a dwie niezagodpodarowane jeszcze godziny prawdopodobnie bardzo szybko wypełnią się niecierpiącymi zwłoki sprawami.

Natarczywy dźwięk boleśnie wibruje mi w uszach. Mija kilkanaście sekund nim orientuję się, że to telefon. Wyrwany ze snu, ze słodkich objęć Katniss sądziłem, że to piec w Dwunastce znów się zepsuł. Z na wpół zamkniętymi oczami podnoszę słuchawkę tego przeklętego urządzenia.

– Halo – charczę rozespany, przez zaschnięte gardło.

– Peeta? – głos po drugiej stronie zaskakuje mnie. – Peeta, to ty?

– Mhm – mruczę, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej. Przecieram oczy, wreszcie udaje mi się skupić wzrok. Na zegarku jest 5:45 – miałem jeszcze dobrą godzinę snu przed sobą.

– Obudziłem cię? – dopytuje Haymitch.

– Taaa – o tej porze i ledwie dwóch godzinach snu nie stać mnie na więcej.

– Wybacz – odchrząkuje. – Elizabeth jest chora, nie było sensu siedzieć w domu, przyszedłem do pracy wcześniej.

– I po to dzwonisz? – niemal przerywam mu poirytowany. Może powinienem zapytać na co choruje jego córka, ale nie mam siły, tym bardziej, że mam wrażenie, że i mnie coś dopada.

– Nie – odpowiada zmieszany. – Dzwonię zapytać co jest w tej dużej skrzyni, którą mi przysłaliście. Nie mam w biurze odpowiednich narzędzi żeby ją otworzyć, musiałbym wzywać kogoś z miasteczka. I… – na chwilę zawiesza głos – w sumie chciałem zapytać, czy muszę ją pilnie otwierać, czy wystarczy jak poczeka jeszcze dwa dni. To jakieś dokumenty, czy…

– Poczekaj – przerywam mu. – Jaka skrzynia?

– No ta duża, drewniana, z godłem Panem. Z kartki od sekretarki wynika, że ktoś dostarczył ją wczoraj późnym popołudniem, kiedy mnie już nie było. Z zaznaczeniem, że to ma trafić do moich rąk, więc Martha zgodziła się na wstawienie jej do gabinetu. 

– Nic ci nie przysyłałem, Paul też nic nie wspominał. Przyznam, że nie wiem o czym mówisz – odpowiadam mu lekko zmieszany, usiłując sobie przypomnieć, czy na pewno o czymś nie zapomniałem. Może jest jakaś okazja – czyjeś urodziny, albo rocznica i Johanna wysłała prezent? Ale raczej wysłałaby go na adres domowy, nie do ratusza… A może…

– Peeta – mentor jest coraz bardziej poirytowany – ja pytam poważnie.

– Ja też – odpowiadam mu coraz bardziej zdenerwowany. – Haymitch, naprawdę nie mam pojęcia kto ci wysłał jakąś skrzynię. Może to jakiś prezent niespodzianka? 

Nagle w Dwunastce zapada cisza. Po dłuższej chwili słyszę dziwne dźwięki, jakby bardzo ciche szepty. Wytężam słuch próbując cokolwiek zrozumieć, ale nie udaje mi się. Natomiast przeraża mnie głos Haymitcha, który pyta mnie: 

– Słyszysz to?

– Coś słyszę, ale nie rozumiem – obudziłem się już i ubieram się trzymając słuchawkę ramieniem.

– To brzmi jakby ta skrzynia mówiła. Albo raczej  raczej szeptała – w głosie Haymichta słyszę mieszankę niedowierzania i… chyba strachu. A to nieczęsta u niego emocja, dlatego tym bardziej przeraża.

– Haymitch, ja nie rozumiem, powiedz mi natychmiast co słyszysz! Jestem już w pełni ubrany, dni na arenie, a potem ostatnie lata spędzone w różnych zakątkach Panem nauczyły mnie jednego – ufać swojemu przeczuciu. Czuję, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Przeciągający się brak odpowiedzi tylko podsyca niepokój. 

– Haymitch, odezwij się!

– To brzmi jak „Kaaatnissss, Katnissss” – szepcze Haymitch, a tle słyszę trzask zamykanych drzwi.

– Wyjdź z gabinetu! – reaguję natychmiast, choć czuję, że cała krew odpłynęła mi z twarzy.

– Właśnie to zrobiłem, Peeta.

– Pod żadnym pozorem nie wchodź tam i czekaj na telefon. Najlepiej zabarykaduj drzwi!- rzucam krótko i się rozłączam. Biegiem pokonuję drogę do pałacu. Po plecach cieknie mi pot, jednak nie z powodu fizycznego zmęczenia, które jest żadne, a z panicznego strachu, sięgającego moich trzewi. Ten dźwięk, który słyszałem w słuchawce w połączeniu z imieniem Katniss… Nigdy tego nie zapomnę. Boję się przełknąć ślinę, aby nie usłyszały mnie te białe, czworonogie jaszczury niosące tylko śmierć.

Z hukiem otwieram drzwi pałacu prezydenckiego, wymijam ochronę, która chyba widzi w jakim jestem stanie, bo rozstępuje się przede mną bez słowa.

– Paul! Paul! – krzyczę na całe gardło, słysząc tylko jak mój głos niesie się echem po pogrążonym we śnie Pałacu Prezydenckim.

157. Zaręczyny

Witajcie,
Zaręczyny, opisane w poniższej notce, oparte są na wydarzeniach autentycznych. Rzanetnik – jeszcze raz dziękuję, że Wasza chwila na plaży w Grecji była moją inspiracją (A.Sz).
A obie (A.Sz. i A.W.) życzymy Tobie i Dawidowi wszystkiego naj naj na nowej drodze życia 🙂

Następna notka będzie chyba w niedzielę 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Czuję na ramieniu czyjąś dłoń. Zaskoczona otwieram oczy i widzę przed sobą tego starszego kolegę Peety, który niedawno skomentował jego ostatnie pięć lat. Patrzy na mnie przez moment, przykładając równocześnie palec do ust, dając mi tym samym znak, bym była cicho i szybkim ruchem głowy coś mi wskazuje. Odwracam się w tamtym kierunku i widzę Rose, która stoi z zamkniętymi oczami, a dłonie ma złożone tak, jakby trzymała pistolet… wymierzony w Asta. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie poza jej chłopaka – aż muszę zatkać dłonią usta i przygryzając dolną wargę, powstrzymuję śmiech. Podchodzę cicho do Peety i delikatnie biorę go za rękę, szepcząc mu równocześnie do ucha:
– Otwórz oczy – mój ukochany robi to natychmiast. Od razu uśmiecha się, jednocześnie przyciągając mnie do siebie, aby mnie pocałować, ale odchylam się, unikając tego. To nie nasza chwila.
Kiedy Peeta patrzy na mnie zdziwiony, daję mu głową i spojrzeniem znak. Już po chwili jego oczy błyszczą szczęściem, przypominając równocześnie niemal spodki od filiżanek. Tylko Paul, który również pojawił się na urodzinach Peety (wzbudzając przy tym spore zamieszanie – mimo wszystko większość gości nie ma zbyt często okazji świętowania z prezydentem Panem), patrzy na ten obrazek bez uśmiechu, lekko kręcąc głową. Za to Johanna, wsparta o jego ramię, puszcza do mnie szelmowsko oko, podczas gdy ktoś inny odsuwa nas poza kadr aparatu.

Krótką chwilę potem, może kilka sekund, ustawiona wcześniej migawka wydaje charakterystyczny dźwięk, sprawiając, że również, nieświadoma niczego, Rose otwiera oczy. Nadal stoi w tej samej pozie – stabilnie, na szeroko rozstawionych nogach, nie opuściła też jeszcze rąk, skutkiem czego nadal „mierzy z broni” w środek głowy klęczącego przed nią Asta. Widzę, że i on się uśmiecha, choć nie ma zbyt pewnej miny. Lekko przechyla głowę, wciąga powietrze tak mocno, że aż do nas dochodzi ten dźwięk i w końcu słyszymy:
– Rose Mellark, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją żoną?
Przez moment, przez krótką chwilę w ogrodzie panuje całkowita cisza. Mam wrażenie, że nawet świerszcze ucichły, nie grają już koncertu na swoich długich nóżkach, jakby też chciały usłyszeć odpowiedź. Oczy wszystkich skupione są na nich…
Rose, powoli opuszcza ręce wzdłuż ciała. Nie wiem, czy to nie złudzenie, ale wydaje mi się, że podbródek zaczyna się jej niebezpiecznie trząść. Cisza jest aż namacalna, w końcu odrywam wzrok od tej pary i zerkam na wpatrzoną w nich Johannę. Po jej minie widzę, że i ona zaczyna się zastanawiać, co ma oznaczać tak długie zwlekanie z odpowiedzią. Wreszcie Rose, jakby wybudziła się z jakiegoś snu, rusza powoli w stronę Asta, przez moment nawet nie odrywając od niego wzroku. Przestrzeń między nimi kurczy się z każdym jej krokiem. Nadal czekając na odpowiedź, mam wrażenie, że czas zwolnił – każde postawienie stopy, na lekko już wilgotnej od wieczornej rosy trawie, zdaje się być krokiem milowym. Jedyne co jest wskazówką, to jej pełny uśmiech. W końcu dociera do Asta i pada przed nim na kolana, przyjmując jego pozę. Bierze w dłonie jego twarz, łzy walczą o pierwszeństwo z uśmiechem, a ich usta wreszcie stykają się.

Choć nie słyszę odpowiedzi, odczytuję ją z ruchu warg i domyślam się po zachowaniu. Ast na moment sztywnieje, co mnie intryguje, ale już po chwili rozumiem dlaczego. Jego mięśnie napinają, obejmuje Rose w talii wolną ręką i wstając unosi jak piórko do góry. Kręci się z nią – jej stopy są uniesione kilka centymetrów nad ziemią, jej dłonie zaplecione na jego szyi… W powietrzu słychać głośny, radosny, zaraźliwy śmiech, któremu ulegam i ja, ocierając równocześnie policzki, po których potoczyły się łzy wzruszenia.
– Zgodziła się – Ast krzyczy na całe gardło. Nigdy jeszcze nie widziałam go tak szczęśliwym… Opieram głowę o pierś Peety, słyszę jak mocno bije mu serce. Odwracam się, by spojrzeć mu w oczy i bez zaskoczenia widzę, że błyszczą się mocno w delikatnym świetle księżyca, nie pozostawiając wątpliwości co do jego poziomu wzruszenia. Kiedy w końcu na mnie spogląda, widzę promienny uśmiech:
– Zrobił to – szepcze prawie bezgłośnie.
– Widzę – odpowiadam mu tak samo.

Rose, mocno przytulona do Asta, nadal w powietrzu, z nogami zgiętymi w kolanach, całuje go namiętnie. Jego ręka mocno obejmuje ją w talii, a w drugiej dłoni nadal trzyma otwarte pudełeczko z pierścionkiem. Ta chwila jest ich, nikt nie próbuje im nawet przerywać. Jedynie dźwięk migawki wgryza się w powietrze – to ta dziewczyna, która pytała o sens zabawy w pozy, zdjęła aparat ze statywu i raz po raz naciska wyzwalacz, obracając się przy tym. Robi zdjęcia nam wszystkim – uśmiechniętym, zaskoczonym, wzruszonym. Peeta przyciąga mnie do siebie, delikatnie muska moje usta. W tle znów słyszę migawkę, założę się, że będziemy mieć nowe zdjęcie.

Ciche kaszlnięcie nagle przerywa sielankową atmosferę. Odrywamy się od siebie, szukając źródła. Paul ma dziwną minę, stoi sztywno, z rękami założonymi na piersi. Z tyłu, za nim, widzę Johannę, która prowadzi… Jasmine. Nawet nie wiedziałam, że tu przyjechała. Może jednak nie dla wszystkich plany Asta były taką niespodzianką? A może zupełnie przypadkowo odwiedziła rodzinę? Albo zwyczajnie stęskniła się za dziećmi, których zbyt często nie ogląda – podpowiada mi jakiś głos w głowie. Kwaśna mina Johanny też jest dość dziwna, zastanawiam się o co im chodzi… W końcu udaje mi się złapać wzrok przyjaciółki, którą krótki gestem pytam o powody. W odpowiedzi unosi brwi i przesuwa wzrokiem od nowych narzeczonych, do Paula i jego matki…
– Ratujemy go? – pyta mnie cicho Peeta. Domyślam się, że już wcześniej się zorientował, od kilkunastu sekund nie odrywa wzroku od kuzyna.
– Chyba tak – mówię cicho i głośno dodaję.
– Ast, zdaje się, że o czymś zapomniałeś – mówię na wpół poważnie, na wpół śmiejąc się. Nie sądziłam, że Paul jest tak bardzo przywiązany do tradycji. A w tej chwili wygląda tak, jakby był wręcz obrażony, że nie został najpierw zapytany o zgodę.
– Nie, Katniss – odpowiada mi poważnie Ast – nie zapomniałem, ale chciałem najpierw mieć pewność, że Rose tego chce.
Delikatnie stawia dziewczynę na ziemi, pudełko z pierścionkiem chowa do kieszeni i trzymając za rękę ukochaną, podchodzi do Paula i Jasmine.
– Pani Mellark, Panie Prezydencie – zaczyna spokojnie.
– Prezydentem jestem w Kapitolu, panie Chalfon, tu jestem starszym bratem Rose Mellark.

Krzywię się w duchu. Paul postawił niezrozumiałą barierę, która wcale mi się nie podoba. Zna Asta od dzieciaka, a jako dorosłego mężczyznę – od roku, a zachowuje się, jakby siostrę porywał mu ktoś obcy.
Ast przez moment milczy, widzę jak zagrały mu mięśnie na żuchwie, ale nie odważył się skomentować ostatniego zdania Paula w żaden sposób. Po chwili podejmuje:
– Pani Mellark, Paul – spogląda poważnie na matkę i brata Rose. Jasmine uśmiecha się lekko, choć nawet stąd widzę dwa strumyczki cieknące po jej policzkach, a Paul nie reaguje…
– Zakochałem się w Rose do szaleństwa. Nie chcę i nie jestem w stanie bez niej żyć, jest dla mnie wszystkim. I dlatego proszę, pozwólcie mi się z nią ożenić.
– Ożenić, powiadasz – cedzi Paul, jakby przez zęby, ale jego mina przestaje być taka twarda. Chyba cała sytuacja go bawi. Tak naprawdę on już się zgodził, zresztą chyba nawet nie może zrobić niczego, co by im przeszkodziło. Może im tylko pomóc. W przeciwnym wypadku pewnie oboje by stracił.
– Tak, chcę… Pragnę, jak niczego innego, by Rose została moją żoną.
– A jesteś w stanie zapewnić jej utrzymanie, godne życie na jakie zasłużyła? – Jasmine kładzie Paulowi dłoń na ramieniu, jakby chciała mu delikatnie pokazać, by nie przesadził. W końcu Paul rozplata ręce, jedną przyciąga do siebie Johannę, a drugą obejmuje matkę, całując ją przelotnie we włosy. Podejrzewam, że w ten sposób próbuje ukryć swoje wzruszenie, może i zdenerwowanie.
– Tak sądzę – Ast spogląda na Paula z ukosa. – Mam dobrą pracę, zarabiam przyzwoicie i zrobię wszystko, by niczego jej nie zabrakło.
– A to pewna posada? – widzę jak po twarzy Paula zaczyna się błąkać delikatny uśmiech.
– Tak wygląda – pracuję w Kapitolu, jestem zarządcą pałacu prezydenckiego.
– Aaaa – uśmiecha się Johanna – to zmienia postać rzeczy.
Ast nie reaguje na słowa Johanny, patrzy pewnie w oczy Paula i nawet nie mruga. Paul mierzy go wzrokiem w ten sam sposób.
– Córeczko, a ty go kochasz – głos Jasmine Mellark zmienia perspektywę. Rose, która stoi trzymając mocno dłoń Asta, poruszała dotąd tylko oczami, spoglądając raz na Paula, raz na ukochanego.
– Tak, kocham go – odpowiada cicho, ale pewnie. – I chcę z nim spędzić życie – oświadcza.
– Macie moje błogosławieństwo, dzieci – Jasmine chyba nie ma ochoty sprawdzać, czy jej syn nie ma w zanadrzu kolejnych pytań. W odpowiedzi Paul także uśmiecha się i dodaje – bądźcie szczęśliwi.

Gratulujemy im, ściskamy, całujemy ich rozgrzane szczęściem policzki. Wokół nas robi się wesoło, ludzie zaczynają tańczyć, Ast nie wypuszcza Rose z objęć, gwiazdy błyszczą na niebie, poncz wlewa się do kieliszków, jest fantastycznie…

Podchodzę powoli do stolika, nalewam odrobinę alkoholu do małej szklaneczki, na drugim końcu ogrodu słyszę pełną śmiechu rozmowę Johanny i Rose. Opieram się o stolik, odpoczywając chwilę, gdy słyszę męskie głosy dochodzące zza pnia starej jabłoni.
– Jej jedna łza żalu, jedna zadana krzywda, jeden twój błąd, przez który będzie płakać, a nasza wieloletnia przyjaźń pójdzie w zapomnienie – Peeta mówi cicho, ale jego głos aż drży z emocji.
– Co masz na myśli, Peeta? – Ast jest zdezorientowany. Nie słyszę w jego głosie pewności, którą prezentował nawet przed Paulem, ale raczej olbrzymie zdenerwowanie, może nawet strach.
– Peeta mówi, że jeżeli mojej siostrze włos spadnie z głowy, to popamiętasz nas obu. Czy to jasne? – głos Paula, na co dzień wyuczony już do przemów, jest całkiem inny niż Peety, ale w prywatnych rozmowach znów staje się niemal bliźniaczo podobny, nawet emocje grają w nim dokładnie tak samo…
– Tak – odpowiada krótko Ast. Żaden z nich nie ciągnie tej rozmowy, najwyraźniej wychodzą z założenia, że wszystko zostało powiedziane. Po chwili Peeta wychodzi zza drzewa, w moją stronę. Spoglądam na niego, unoszę brwi do góry, a on tylko wzrusza ramionami, domyślając się, że wszystko słyszałam.
– Czasami trzeba powiedzieć parę rzeczy jasno.
– Właśnie słyszałam – odpowiadam mu nadal zaskoczona. Nie mówię nic więcej, zastanawiając się co zrobiłby, bądź powiedziałby w takiej sytuacji mój ojciec. Nie wiem, co mężczyźni zwykli mawiać wydając córkę, czy siostrę za mąż… Wiem tylko, że zarówno Peeta, jak i Paul chcą chronić Rose, razem zrobią wszystko, by była szczęśliwa. W tym samym momencie czuję ukłucie żalu w sercu, brak mi taty. Brak mi tego, żeby ktoś – tak jak oni – zadbał o moje szczęście. Wiem, że Peeta to zrobi, ale chyba chciałabym, by ktoś powiedział jemu, takim samym tonem, jak on swojemu przyjacielowi, że mam być szczęśliwa. Niemniej nie ma nikogo takiego, Peeta nigdy nie musiał się bać, ani stresować taką rozmową. Nigdy takie słowa nie pozostaną w jego pamięci… Pozwalam się powoli porwać do tańca, suniemy lekko, w takt muzyki, delikatnie się kołysząc. Moje ciało w jego ramionach jest dziwnie lekkie, jakby zwiewne… Czuję się bezpieczna, kochana, spokojna. Kątem oka widzę wtulone w siebie pary, czuję jego ciepłe usta na mojej szyi i dochodzi mnie cichy szept, który równocześnie umacnia mnie w przekonaniu, że Peeta zna mnie świetnie.
– Zaufaj mi, to co powiedziałem Astowi, to nic w porównaniu z tym, co sam usłyszałem od Haymitcha po naszych zaręczynach – jego usta suną po mojej szyi, zatapiam się w tym błogim uczuciu, z zamkniętymi powiekami. Jednak, oprócz Peety, jest ktoś, kto o mnie dba, kto zrobi wszystko, bym była szczęśliwa. Kto może nawet mnie kocha…

132. Deszcze niespokojne

Witajcie,

Czy u Was też tak upalnie? W Dwunastce lato dobiega końca, ale deszcz ich już trochę chłodzi 😉 – zapraszamy do czytania i komentowania.
Następna notka – w piątek.

Pozdrawiam ciepło (choć może powinnyśmy napisać, że chłodno, żeby było przyjemniej troszkę),
A & A

Naciągam głęboko kaptur czarnego, przeciwdeszczowego płaszcza, pochylam głowę – liczę na to, że ten zabieg ukryje mi trochę twarz, a deszcz sprawi, że nikt nie uzna mojego wyglądu za dziwny. Moje spacery z dnia na dzień stają się dłuższe, coraz dalej zapuszczam się w nieznane mi miejsca. O tej porze na ogół nie ma tu wielu osób – ludzie są w pracy, w szkole, albo w domu, przygotowując posiłek. Ale dziś jest inaczej, dziś jest niedziela – dla większości dzień wolny. Szybko mijam miasteczko, zmierzając w stronę jego niegdyś zarosłych chwastami granic. Dziś jest tu niewielki sad… Myślałem, że tu będę miał spokój, ale z zamyślenia, po raz kolejny już, wyrywa mnie czyjś głos. Tym razem to jakiś sędziwy staruszek, który ostrożnie porusza się o kulach, wychodząc z położonego obok drzew owocowych „Domu Pomocy Rannym w Wypadkach Górniczych”.
– Dzień dobry, panie Mellark.
– Dzień dobry – odburkuję, nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Nim starszy mężczyzna ma czas mnie zatrzymać, odwracam się na pięcie i szybko przechodzę dalej. Wiem, że to niezbyt grzeczne, ale popularność, którą się tu cieszę (co za ironia zwrotu), wcale nie przypadła mi do gustu. Choć minęło już trzy miesiące, nie umiem się przyzwyczaić do tego „pana Mellarka”, do tego, że starsi ludzie, których twarzy nie kojarzę, pozdrawiają mnie, do tego, że pytają o Katniss… Jedyne, co pamiętam, to fakt, że kiedyś nazywali mnie Peetą, lub synem piekarza. Nikt nie zwracał się do mnie per „pan” – to był zwrot zarezerwowany dla mojego ojca. I wolałbym, by tak zostało.

Mijam sad bokiem, kieruję się w stronę lasu. Nie będę się głęboko zapuszczać, ale już chyba wiem, czemu Katniss tak chętnie tam uciekała. Tam nie ma ludzi – nikt nie mówi, nikt nie zaczepia, nie oczekuje odpowiedzi. Można zostać samemu, odpocząć… Drzewa nie pytają o nic, nie wnikają w życie ludzi. Mogę zamknąć oczy, i po prostu być sobą zamiast wciąż udawać, że wiem o co pytają mijający mnie ludzie, odpowiadać, że „u Katniss wszystko w porządku”. Nawet deszcz, łagodzony przez liście i gałęzie, nie jest tu nieprzyjemny.

Do Dwunastki przylecieliśmy z ojcem późnym wieczorem. Podróż poduszkowcem była dla mnie czymś nowym i niezwykłym, na początku czułem się jakby mi ktoś wręczył niezwykły prezent. Gdy już się oswoiłem, zaskoczyło mnie to, że na ojcu chyba ani przez moment lot nie robił żadnego wrażenia. Jakby już nieraz siedział w tym pojeździe. Niemniej wtedy zdecydowałem się nie pytać go o to – miałem już dość informacji jak na kilkanaście godzin.

Szliśmy powoli przez miasteczko – wydawało mi się, że je znam, ale było jakoś inaczej. Wokół widziałem zupełnie nowe budynki, zadbane, czystsze ulice, na których nie widać było zabiedzonych dzieci. Nawet ludzie sprawiali wrażenie, jakby byli grubsi. Patrzyłem na to wszystko w zdumieniu – czułem się jakby ktoś przeniósł mnie w miejsce pozornie moje, ale całkiem odmienne. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że ktoś nieznany, na ulicy, zwraca się do mnie po nazwisku. Był to jakiś mężczyzna, na oko trzydziestoletni. Wracał chyba z kopalni, bo ręce nadal miał czarne, jakby od węgla. Szedł z wysoko uniesioną głową, na jego twarzy malowało się zmęczenie, ale i jakieś szczęście, albo radość. Kiedy się do nas zbliżał, zwolnił kroku i przyglądał mi się chwilę w świetle działających ulicznych latarni.
– Dobry wieczór, panie Mellark. Wizyta u rodziców? – szczerze się uśmiechał. W pierwszym odruchu zastanawiałem się, dlaczego pyta ojca o jego rodziców, ale nim dotarła do mnie prawda, usłyszałem odpowiedź:
– Tak, syn przyjechał do nas na parę dni odpocząć – na twarzy ojca zobaczyłem uśmiech – uprzejmy, ale chłodny. Nie sięgał jego oczu, w nich odbijało się raczej zmartwienie.
– To zrozumiałe – odpowiedział tamten mężczyzna – dużo pan ostatnio pracuje. A narzeczona również do nas zawita? – pytanie brzmiało niewinnie, po prostu ktoś był zainteresowany naszymi planami. Jednak słuchając go, dotarło do mnie coś innego – w głosie tego człowieka, w jego postawie był niekłamany szacunek – coś, co może jest zrozumiałe w stosunku do mojego ojca, do kogoś starszego, ale nie do mnie. Ja jestem dzieciakiem, na dodatek z miasteczka. Ludzie ze Złożyska rzadko traktowali nas z szacunkiem, uznając nasze życie za łatwiejsze. Nie gardzili nami, bo to nie w ich naturze, ale czasem wyczuwało się to przeświadczenie, że mamy szczęście – znacznie większe niż oni, choć nie zapracowaliśmy na nie. Chyba na chwilę zagapiłem się na twarz naszego rozmówcy, bo nagle poczułem uścisk dłoni ojca na ramieniu.
– Dobrze wiesz, że to tajemnica – puścił oko do mężczyzny i pociągnął mnie w stronę domu.
– Ja nic nie widziałem – zaśmiał się tamten, odchodząc.

Mama mnie przytuliła. Stałem przy drzwiach nowego budynku piekarni i próbowałem wyjść z szoku. Moja matka rozpostarła ramiona i bardzo mocno przycisnęła mnie do siebie. A potem pocałowała mnie w czoło, pogłaskała po głowie i spojrzała wilgotnymi oczami.
– Jak się czujesz, synku? – moja mina chyba dość jasno pokazała moje odczucia, bo matka na moment się cofnęła.
– Peeta, to ja, twoja mama – widziałem jak jej oczy napełniają się łzami, a dolna warga drga mocno.
– Wiem – wydukałem w końcu, nadal zaskoczony jej zachowaniem. Moja matka i ciepłe uczucia – nie znałem takiego połączenia…
– Spokojnie, chłopie – zza mamy wyłonił się Patrick. Był grubszy niż go pamiętam, jego włosy przybrały barwę ciemnego blondu, stężał, spoważniał. – Mama ostatnio tak ma, przytula nas i całuje bez opamiętania i ostrzeżenia. Raczej… przywyknij do tego – stwierdził lekko rozbawiony, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Patrick? – jego wygląd, jego słowa – to wszystko jest nierealne.
– Przywyknij – puścił do mnie oko. – Katniss zrobiła dla nas dużo więcej, niż wszyscy myślą.
– Katniss – moja matka drgnęła, jakby nagle oprzytomniała – gdzie moja ulubiona synowa?
Moja matka – przeciwniczka ludzi mieszkających w Złożysku, szczerze i otwarcie mówiąca o swojej niechęci, żeby nie nazwać tego nienawiścią, do Katniss, (raz wyrzuciła do kosza jedyny kawałek mięsa, który nasza rodzina miała możliwość zjeść od tygodnia, tylko dlatego, że okazało się, że wiewiórkę upolowała właśnie Katniss) zapytała gdzie ona jest? Nazywając ją „ulubioną”? Co tutaj się dzieje?
– Mogę się położyć? – wyrzuciłem z siebie po dłuższej chwili. Musiałem odpocząć, musiałem pomyśleć, bo czułem się bliski zwariowania.
– Oczywiście – odpowiedziała bardzo powoli mama, wskazując ręką schody. – Twoja sypialnia jest tam, gdzie zawsze.
– Patrick – kiedy byłem już w połowie schodów, uświadomiłem sobie, że chcę być sam, a sypialnię dzieliłem właśnie z nim. Peeter nigdy mi nie przeszkadzał, teraz też pewnie czekał na górze na mnie, ale nie chciałem gadać z Patrickiem – możesz mnie zostawić samego, proszę?
Starałem się mówić dość cicho, ale brat stał na dole, więc matka też musiała słyszeć. Czekałem na jej krzyk mówiący, że trzeba się dzielić, ale nic takiego nie nastąpiło, a odpowiedź znów wprawiła mnie w szok.
– Oczywiście. Zresztą, ja już i tak powinienem iść do domu, a Peeter jest dziś u Josha, więc będziesz mógł spokojnie pomyśleć. A gdybyś potrzebował pomocy – zawołaj przez okno.
– Co? To… to gdzie ty teraz mieszkasz? – wyrwało mi się, wzbudzając konsternację.
– Mamo, zrób nam, proszę, herbaty – Patrick otrząsnął się. – Chyba jednak nie dam ci samotnie myśleć, powinienem z tobą pogadać – nieproszony wbiegł za mną po schodach, przeskakując po dwa stopnie…
Nagle dochodzi mnie jakiś krzyk. I jeszcze jeden. Dziecka chyba, albo dziewczynki, brzmi jak krzyk bólu. Czuję jak coś się we mnie skręca, odrywam się od pnia, o który byłem oparty i rozglądam się. Serce mi przyśpieszyło – mimo wszystko to obcy dla mnie teren, a nie mam ze sobą nawet scyzoryka. Znów słyszę krzyk – tym razem ktoś woła pomocy, a pomiędzy drzewami miga coś białego.

Powoli przechodzę w tamtą stronę. Leśne ścieżki, choć w tym miejscu są wyraźnie wydeptane, nawet ubite, nie są dla mnie najłatwiejsze – wciąż uczę się opierać na protezie, wciąż nie czuję się na niej stabilnie. Ciekawe czy kiedykolwiek będę… Widzę ją – kilkanaście metrów ode mnie siedzi na ziemi dziewczynka. Nie wiem ile ma lat – 13, może 14? Lekka kurtka ma rozerwany rękaw, a biała bluzka, jaką ma na sobie, nie była chyba najlepszym pomysłem na spacer po lesie… Nogę ma dziwnie podwiniętą. Gdy podchodzę do niej powoli, widzę, że twarz ma ściągniętą bólem, ale oczy suche.
– Co ci się stało?
– Spadłam – wskazuje ręką wzniesienie po drugiej stronie. Zejść z niego byłoby bardzo ciężko – czyżby się stoczyła? To by wyjaśniało wygląd jej ubrania. Ale mimo to nie powinna dotoczyć się aż tu…
– Co cię boli?
– Noga. Chyba zwichnęłam kostkę. Jakoś doczołgałam się do tej ścieżki, ale już dalej nie dam rady. Za bardzo boli.
– Jesteś tu sama? – dziewczynka odwraca głowę i mruczy coś niewyraźnie. Patrzę na nią wyczekująco – niemożliwe, żeby nikogo z nią nie było, jest na to za mała.
– Uciekłam… – wydusza w końcu.
– Co?
– Nie słyszałeś? Uciekłam! Przyjechałam tu na tę głupią wycieczkę, tylko po to, żeby zobaczyć Wioskę Zwycięzców, piekarnię i las, w którym Katniss polowała! Ale tego nie było w programie – przedrzeźnia kogoś – więc musiałam uciec, żeby tu przyjść! – patrzy na mnie, jakby czekała na mój ruch. Odsuwam znużonym ruchem kaptur. Wcale mi się nie uśmiecha jej pomagać, ale też nie mogę jej samej zostawić. Postąpiła głupio, ale jest unieruchomiona, nijak sobie nie poradzi. Przenoszę wzrok na jej twarz i widzę okrągłe oczy.
– O matko, o matko, o matko… Peeta Mellark… Ty jesteś Peeta Mellark, prawda?
– Tak. My się znamy? – przynajmniej nie mówi do mnie „pan”. Ale nie mam pojęcia kim jest – mam nadzieję, że nie powinienem jej znać z jakiejś ukrytej przede mną przeszłości…
– Tak! Nie! To znaczy – ja cię znam, ale ty mnie nie. Nikt mi nie uwierzy, że cię tu spotkałam. Na pewno nikt! To przecież niemożliwe, wszyscy myślą, że jesteś w Kapitolu! – ja straciłem pamięć, a ta mała musi być szalona. Nie ma innej opcji.
– Jak masz na imię? – przerywam jej.
– Kate.
Zastanawiam się chwilę co zrobić. Zanim dojdę do miasteczka i sprowadzę pomoc, zapadnie zmrok. A ona na pewno nie jest tu bezpieczna. Sam też nijak jej nie pomogę w tym miejscu. Nie ma wyjścia – muszę jej pomóc dojść chociaż do sadów i stamtąd sprowadzimy lekarza…

Początkowe próby wspólnego „spaceru” szybko spełzają na niczym. Jej noga jest opuchnięta i „chodzić” może rzeczywiście tylko skacząc na drugiej. Łatwo się zorientować, że bardzo ją boli – przestała mówić, zacięła usta, siłą powstrzymuje łzy. Biorę ją na ręce i powoli, uważając na każdy krok, niosę ją do Domu Pomocy Rannym – tam powinien być jakiś lekarz. I chyba nawet mają telefon…

———-
– Witaj dziecko – cichy głos matki dochodzi do mnie, kiedy tylko zamykam za sobą drzwi wejściowe do mieszkalnej części piekarni. Wciągam powietrze, by jej odpowiedzieć, ale kolejny głos skutecznie mnie powstrzymuje.
– Dzień dobry – Katniss mówi lekko drżącym głosem – jest na spacerze?
– Jak zawsze o tej porze – odpowiada ojciec – choć dziś możemy mieć mniej czasu na rozmowę, strasznie u nas pada. A jak pogoda w Kapitolu, córeczko? – odruchowo spoglądam na aparat telefoniczny powieszony na ścianie. Nauczyłem się już, że jeśli mała, czerwona lampka z boku obudowy świeci, to sygnał, że ktoś rozmawia. Pewnie rodzice przełączyli na głośnik, żeby oboje mogli brać udział.
– Pogoda… – odpowiada Katniss dziwnym, rozproszonym głosem – słonecznie. Jak on dziś się czuje? – pociąga nosem.
W domu zapada cisza – rodzice milczą, a Katniss najwyraźniej czeka na odpowiedź. Ciekawe co się wydarzyło, że akurat dziś przyszło jej do głowy o to zapytać. Nie kontaktowała się ze mną przez ostatnie trzy miesiące, a teraz nagle interesuje ją moje samopoczucie… Dziwne…
– Tak jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu – wzdycha ciężko ojciec. – Katniss, dziecko kochane, nic się nie zmienia – jego głos zaczyna się łamać, a w tle słyszę, że i mama pociąga nosem.
– Czy on… – Katniss chyba nie jest w stanie powiedzieć niczego więcej, jej głos jest pełen łez.
– Nie – odpowiada powoli mama, jakby bolało ją to, co wypowiada – nie pytał o ciebie.
– Katniss – głos ojca wchodzi szybko w końcówkę zdania – to dla nas bardzo ważne, że codziennie dzwonisz zapytać jak on się czuje, że nadal interesujesz się jego życiem. Rozumiemy twoją decyzję, że nie chcesz mu się narzucać do czasu, kiedy sam o to nie poprosi, ale Melania i ja bardzo się o ciebie martwimy. Haymitch mówił, że bardzo schudłaś, że nie sypiasz – moi rodzice naprawdę się o nią martwią, słychać to w tonie głosu, w sformułowaniach… Zaraz, Katniss dzwoni tutaj codziennie?! Codziennie od tych trzech miesięcy pyta jak się czuję? I czeka na mój krok?
– Bez względu na wszystko kocham Peetę i nigdy nie przestanę się o niego troszczyć – odpowiada Katniss bardzo stanowczo.
– Nikt w to nie wątpi – przerywa jej matka – ale…
– Ale? – dopytuje się zaniepokojonym głosem Katniss, słysząc urwane zdanie.
– Ale Peeta widział film z waszych pierwszych Igrzysk – zaczyna mój ojciec. – Potem długo rozmawiał o tym z Haymitchem, uznaliśmy, że on lepiej mu wszystko wyjaśni. Podobno powiedział mu całą prawdę.
Opieram się plecami o ścianę, faktycznie tak było – obejrzałem nagranie z 74 Głodowych Igrzysk, widziałem na arenie siebie i Katniss i coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Haymitch, który zabronił mi mówić do siebie per „pan”, długo tłumaczył mi co się stało. Nie mogę powiedzieć, że popieram zachowanie Katniss, ale chyba zacząłem je rozumieć. Co nie zmienia faktu, że nic mi to nie dało – poza nocnymi koszmarami z Cato w roli głównej. Nic sobie nie przypomniałem – wszystko nadal znam tylko z filmu i opowieści.
– I wydaje mi się – kontynuuje ojciec – że wczoraj w nocy oglądał Ćwierćwiecze Poskromienia…
Zastanawiam się przez chwilę skąd ojciec to wie. Rzeczywiście, oglądałem. I nas, na tamtej dziwnej arenie, w towarzystwie innych Zwycięzców.
– Mówił coś o tym? – Katniss jest bardzo poważna.
– Nie – ucina matka.
W pokoju znów zapada cisza, słyszę chyba tylko ich oddechy. I nagle przypominają się słowa Haymitcha, którymi skończył swoje wspomnienia o nas, dwójce nastolatków, którzy z miłości i uporu postawili się Kapitolowi:
– Ja nie powiem ci co czuła i myślała Katniss – akurat jej małomówność znasz równie dobrze jak ja. Chcesz poznać prawdę – zapytaj ją. Nie okłamujecie się od jakiegoś czasu, na pewno wszystko ci wyjaśni. Nie pierwszy raz zresztą…
Nogi same mnie niosą, wchodzę do salonu i widzę powoli odwracające się w moją stronę twarze rodziców. Mama otwiera usta, by coś powiedzieć, ale ruchem dłoni powstrzymuję ją. Podchodzę do aparatu, słuchawka leży na stole i – tak jak przypuszczałem – telefon przełączony jest na głośnik. Wyłączam głośnik i przykładam słuchawkę do ucha, a kątem oka widzę, że rodzice bez słowa wychodzą.
– Katniss? – zaczynam cicho.
– Peeta? – odpowiada mi po dłuższej chwili, wyraźnie zaskoczona.
– Możemy porozmawiać? – ton jej głosu dziwnie mnie uspokaja. Przed chwilą targały mną niesamowite emocje, a teraz czuję przyjemne ciepło w okolicy serca.
– Oczywiście – odpowiada, a ja słyszę, że się uśmiecha. W wyobraźni widzę, jak jej twarz się rozpromienia.
– Przyjedziesz do mnie? – propozycja wychodzi sama, nawet się nad tym nie zastanowiłem.
– Będę za trzy godziny – odpowiada pośpiesznie, jakby od wielu dni była gotowa, jakby tylko czekała na pytanie.
– Czekam na ciebie – mówię cicho, a ona odkłada słuchawkę.

Wchodzę powoli po schodach. Kiedy jestem w połowie, mama wychodzi z kuchni i patrzy na mnie smutnym wzrokiem.
– Katniss będzie na kolacji. Mam nadzieję, że to nie problem? – przyglądam się jej uważnie. Nie odpowiada, uśmiecha się, a ja widzę łzę spływającą po jej policzku.

Padam na łóżko w sypialni, biorę do ręki pilota i po raz kolejny dziś (prawie całą noc to robiłem), włączam film z 75 Igrzysk. Znów czuję to dziwne uczucie w brzuchu – jakieś dziwne łaskotanie i poczucie szczęścia, którymi napawa mnie perspektywa spotkania i rozmowy z Katniss.
Tak jak w nocy, tak i teraz interesuje mnie tylko jedna scena z tego filmu. Piękna plaża, szum fal rozbijających się o brzeg i Katniss mówiąca do mnie, że jestem jej potrzebny…