183. Starzy znajomi

Witamy,
Bardzo się cieszymy, że całkiem sporo z Was wierzyło w nas i wróciło nas czytać 🙂 Nieodmiennie tęsknimy za Waszymi komentarzami, więc piszcie ich jak najwięcej. Kolejna notka – w kolejnym tygodniu. A jeśli jedna z nas w najbliższym czasie trafi w swej wędrówce na Jen, Josha, Willow, albo Liama – obiecuje poprosić o autograf dla Was 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dworcu biegają dzieci, rodzice głośno je wołają, a ja cały czas zastanawiam się, gdzie podział się Haymitch. Kiedy zeszłam na dół, już ze spakowaną walizką, jego już nie było, a w kuchni zobaczyłam Peetę, który nadal siedział przy kuchennym okrągłym stole, zasłanym obrusem w biało-czerwoną kratkę. Mama ma ich chyba z 10 – każdy kolejny jest taki sam, jakby chciała zapewnić sobie jakąś stabilność. Może dzięki takiej niezmienności czuje się bezpieczniejsza?

Peeta powoli sączył kawę i po raz nie wiem który przeglądał dokumenty, wciąż coś podkreślając, zaznaczając… Wokół leżało mnóstwo papierów. Właściwie były rozrzucone, ale po kolejnych ruchach wiedziałam, że on wie która kartka leży w której części i nawet lekki wiatr, który nimi poruszał, nie przeszkadzał mu. Shen, oparty o futrynę drzwi, przyglądał mu się, choć nie mam pewności czy widział Peetę, czy może przed oczami miał coś całkiem innego. Spoglądałam przez chwilę na ojczyma, a on tylko pokręcił głową i westchnął, wzbudzając we mnie niepokój. Czyżby martwił się tym, że mój mąż tak szybko wrócił do pracy, czy raczej o jej ilość? Nie zdążyłam go jednak zapytać, bo poczułam na ramieniu dłoń mamy. Odwróciłam się, żeby ją przytulić, a ten nagły ruch wyrwał Peetę z jego transu. Spojrzał na zegarek i przeklął cicho pod nosem. Shen nie dał rady ukryć zaskoczenia – nie znał go takim. Dla mnie było to jednak tylko bolesne potwierdzenie, że moje chwile z Peetą – mężem już się skończyły, że znów stał się Peetą – doradcą prezydenta. Ostatnio często przeklina, choć  głównie w pracy, ale nadal mnie to razi, tym bardziej, gdy słyszę to także u Paula.

– Gotowa? – padło tymczasem z ust mojego męża.
– Gotowa – odpowiedziałam mu smutno, bo wiedziałam, że taka noc jak dzisiaj, nie powtórzy się zbyt szybko. Wrócimy do naszych obowiązków, będziemy odbywać osobne podróże i nieprędko będzie nam dane znów być razem.

Kiedy Shen przytula mnie na pożegnanie, a w oddali słyszę nadjeżdżający pociąg, pytam go cicho, gdzie jest nasz mentor. Odpowiada mi tylko wzruszeniem ramion. Mama ostatni raz nas obejmuje, życząc po raz kolejny szczęśliwej podróży,  Shen ściska rękę Peety, a skład z głuchym łoskotem wjeżdża na stację. Peeta z uwagą przygląda się biletom, a potem obserwuje wagony, szukając naszego. Nagle, tuż przed nami zatrzymuje się wagon specjalny. Wyróżnia się od pozostałych, biało-zielonych, swoją czerwoną barwą. Duże, złote litery WS na rozsuwanych drzwiach potwierdzają tylko moją teorię, że Paul z Johanną przysłali po nas służbową salonkę. Całość została zaprojektowana tak, by zapewnić prezydenckiej parze możliwość bezproblemowej pracy w podróży – bezpośrednie łącze z Kapitolem, telefon, dostęp do komputera… Co prawda wewnątrz jest także 4 wygodne sypialnie, ale jakoś nie mam przekonania, że decyzja Paula była umotywowana tak dalece naszą wygodą. Do tego nie potrzeba było tego wagonu… Zaskoczenie na twarzy Peety mówi mi, że nie wiedział o tym i nie miał z tym nic wspólnego.

– Tak właśnie myślałem, że to wy, cóż za spotkanie – słyszę głos mentora zlewający się lekko z sykiem rozsuwanych drzwi.
– Haymitch? – pytamy jednocześnie.
– Witajcie – odpowiada z uśmiechem, wyskakując lekko z wagonu. Dostrzegam, że zdążył się przebrać, teraz ma na sobie oficjalny garnitur i wygląda jakby – w roli burmistrza Dwunastki – jechał służbowo do Kapitolu, a nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe. Tymczasem podchodzi do nas powoli, uważnie się nam przyglądając. Znam to spojrzenie, mamy podjąć grę. I jak zwykle to Peeta pierwszy przejmuje pałeczkę.
– Witaj – mocno łapie mnie za rękę, drugą wyciągając do Haymitcha. Ten z kolei podaje rękę także mojej matce, a potem Shenowi, pytając:
– Jak budowa?
– Doskonale – odpowiada spokojnie ojczym. – Dzięki pomocy Katniss park przygód rośnie w oczach.
– To świetnie – Haymitch kiwa lekko głową, a jego słowa zagłusza gwizdek konduktora, dający znak do zbliżającego się odjazdu. Jeszcze ostatni raz krótko przytulam Shena, całuję mamę i daję się pociągnąć do wagonu. Drzwi zamykają się tuż za mną, a pociąg nabiera prędkości.

– Park przygód? – Peeta przygląda się Haymitchowi.
– Mhm – mruknięcie wydaje się jedyną odpowiedzią, gdy burmistrz zapada się w miękkim fotelu, a potem opiera nogi na stoliku. W końcu jednak podejmuje wątek:
– Katniss, o co pytałaś Shena, jak mijaliście ogrodzony plac budowy?
– Co to za budowa? – odparowuję zaskoczona. Faktycznie, idąc na dworzec, mijaliśmy ogrodzony plac. Wskazując na niego zapytałam ojczyma o niego, ale miast odpowiedzi, cicho kazał Peecie zerknąć i przytulić mnie. Peeta to zrobił, ale w jego dotyku wyczułam, że jest tak samo spięty jak ja, jak ja nie wie w co mamy grać.
– Pięknie – Haymitch puszcza do mnie oko, a do mnie nagle dociera skąd on to wie.
– Kamery… Wspominałeś o kamerach! – patrzę przerażona. Park, który ponoć rośnie dzięki mojej pomocy, plac budowy, który widziałam po raz pierwszy…
– Wspominałem – odpowiada rozbawiony Haymitch.
– Problem w tym, że żadnej nie widzieliśmy – warczy na niego Peeta. – Ten wagon, twoje zachowanie, to wszystko wygląda jak jakieś przedstawienie. Możesz nam to wytłumaczyć?
– Mogę – odpowiada bardzo spokojnie, ale ciąg dalszy jego wypowiedzi przerywa pracownik obsługi, wsuwając głowę w drzwi:
– Zaczyna się – informuje krótko.
– Dziękuję – odpowiada Haymitch, biorąc do ręki pilota i uruchamiając zainstalowany pod sufitem telewizor, który płynnym ruchem zjeżdża na środek pokoju, jednocześnie rozświetlając ekran. O zgrozo, zaczyna się Kapitol Buzz – program poświęcony kapitolińskim celebrytom, podejmujący głównie takie tematy jak moda, trendy w restauracjach i dyskotekach. I wpadki. Tak, wpadki Kapitolińczyków to temat przewodni tego magazynu.

– Musimy patrzeć na te głupoty? – Peeta ma takie samo zdanie na temat plotek z Kapitolu, jak i ja.
– Musicie – Haymitch nie przyjmuje odmowy. Mam przeczucie, że gdybym spróbowała przejść do innego przedziału, złapałby mnie za rękę i kazał usiąść. Tymczasem na ekranie prezenterka, ubrana we wściekle różowy kombinezon z lateksu, szczerzy się do kamery. Bolą mnie od tego oczy…

– Kochani widzowie – mówi piszczącym głosikiem z przesadzonym, kapitolińskim akcentem – dziś mamy dla was prawdziwą perełkę, jeszcze ciepłą – w tym momencie puszcza oko do kamery.
– Nasi szpiedzy – mówiąc to wykonuje palcami obu rąk gest rysowania cudzysłowia – odnaleźli Najgorętszą Parę Dekady w Czwórce – widzę jak nasze twarze wypełniają ekran za nią.
– Najgorętsza Para Dekady – Haymitch zanosi się śmiechem, a ja zastanawiam się, czy znów nie zaczął pić. A równocześnie dociera do mnie, że nie zauważyłam na dworcu kamerzysty. I chyba Peeta także… A przecież zawsze ich widzieliśmy…

– Jak już wcześniej informowaliśmy – kontynuuje prezenterka – w czasie, kiedy Peeta Mellark jeździł z Prezydentem i jego żoną po dystryktach, Katniss Mellark pomagała w budowie parku przygód, dla dzieci z Dystryktu Czwartego – w tym momencie na ekranie pojawia się moje zdjęcie, wskazuję coś pracującym na budowie robotnikom.
– Beetee – wzdycha Peeta.
– Ano – kwituje Haymitch, ocierając łzy śmiechu z twarzy.

Kamerzysta zarejestrował całą drogę z domu mamy na dworzec, nasze pożegnanie, a  nawet rozmowę z Haymitchem. Scena, która przykuwa najbardziej moją uwagę, to przejście koło wspomnianej budowy parku. Z tej perspektywy rzeczywiście wygląda to tak, jakbym wskazywała coś Peecie, jednocześnie spoglądając na Shena. Wreszcie materiał kończy się, a monitor znów świeci na różowo.
– Oglądajcie nas, wkrótce przedstawimy wam powrót Katniss i Peety do Kapitolu! A może nawet uda nam się zamienić z nimi kilka słów. Do zobaczenia! – prezenterka rozpływa się niemal w zachwycie, a Haymitch wreszcie wyłącza telewizor.
– Jak? – pytam cicho.
– Powinnaś raczej zapytać – przerywa mi wściekły Peeta – gdzie oni są?!
– O co znowu gołąbeczki są złe? – Haymitch spogląda na nas uważnie.
– Niech pomyślę – zaczyna Peeta. – Może o to, że nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy nagrywani? Że mogliśmy narobić niezłych głupstw?
– Ale nie narobiliście – wpada mu w zdanie zaskakująco spokojnie burmistrz Dwunastki.
– Nie mogłeś mieć takiej pewności – syczę. Tak, to nie Peeta narobiłby głupstw, tylko ja… Rozglądaliśmy się dyskretnie za kamerzystą, szukaliśmy też Haymitcha. Wstrzymuję oddech, gdy dociera do mnie, że przecież Kapitol Buzz może mieć nagranie Haymitcha wychodzącego od mojej matki… Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Albo co gorsza poszło, i odbije nam się czkawką, jak już wrócimy do Kapitolu.

– Miałem, skarbie – ucina Haymitch. – Naprawdę myślicie, że przekazalibyśmy im niesprawdzony materiał?
– Wy to przekazaliście?! – Peeta podniósł głos.
– Oczywiście. I jeśli nie przyszło ci to do głowy, jesteś nadal bardzo naiwny – odparowuje mentor.
– Ale jak? – Peeta trochę się uspokaja, mam wrażenie jakby był zrezygnowany. Opada na miękką kanapę obok mnie i nie spuszczając wzroku z Haymitcha.
– To proste – Haymitch wzrusza ramionami. – Zatrudniliśmy wam osobistego kamerzystę i reżysera, którzy oficjalnie pracują w redakcji… tego czegoś – krzywi się tak komicznie, że z trudem powstrzymuję uśmiech. – Cokolwiek zostanie puszczone w telewizji o was, będzie przez nas przygotowane i zmontowane w taki sposób, żeby nie trzeba było potem niczego odkręcać.
–  A jaką masz pewność, że ten twój kamerzysta i reżyser nie nakręcą czegoś. co nie powinno trafić do mediów?
– Dobre pytanie, skarbie – Haymitch na moment zawiesza głos, a w końcu dodaje – może sama ich o to zapytasz.
– Są tu? – pytam zaskoczona.
– Oczywiście, mówiłem przecież, że musimy wszystko omówić – stwierdza jakbym pytała o kolor nieba.
– Może do nas dołączycie? – krzyczy przez ramię Haymitch, a ja czuję dziwny niepokój. Nasza rozmowa z ostatnich kilku minut nieźle mogłaby nam zaszkodzić, a gdyby ją odpowiednio zmontować, zmanipulować…

Najpierw pojawia się ona. Niby nic się nie zmieniła, a nie wiem, czy poznałabym ją na ulicy. Włosy jej urosły, teraz są związane gumką w luźny kok, a kilka pasm, które uwolniły się z niego, delikatnie opada na twarz. Ma na sobie czarne, luźne spodnie i białą koszulkę. Na biodrach zawiązała kraciastą koszulę. On nieodmiennie nosi się w czerni, lekko przytył, ale nadal ma ciepłe oczy i łagodny uśmiech.
– Pollux, Cressida – szepczę i czuję jak łzy szczypią mnie pod powiekami.

Peeta wstaje, chyba nie bardzo wie jak się zachować. Normalnie nie ma z tym problemu, nawet wobec obcych, ale teraz widocznie jest zagubiony. Nie dziwię mu się – żadne z nich nie poznało Peety przed osaczeniem, znają go z czasu po uwolnieniu z Kapitolu. Znają człowieka pełnego sprzeczności – z jednej strony chcącego oddać za mnie życie, a z drugiej – chcącego mi to życie odebrać. Ja też stoję jak wmurowana, uświadamiam sobie, że ani razu się nimi nie zainteresowałam, nigdy nawet nie zapytałam, czy przeżyli, choć walczyli ze mną przeciw kokonom ramię w ramię. Jest mi wstyd.

– Witajcie – mówi cicho Cressida, przechylając lekko głowę. Wciąż ma wygoloną część głowy, choć nie aż tyle co kiedyś, nadal też widać tatuaże. Po krótkiej chwili Pollux trąca ją w ramię i zaczyna coś pokazywać. Cressida tłumaczy na głos:
– Witajcie, dobrze was widzieć.

Robię to niemal instynktownie – podbiegam do nich i mocno obejmuję każdego z nich. Peeta staje za mną, ściskając im dłonie. Pollux znów zaczyna coś migać, a Cressida tłumaczy jego słowa:
– Cieszę się Peeta, że udało ci się pokonać twoje demony.
– One nadal we mnie są – odpowiada cicho mój mąż – ale dzięki Katniss udaje mi się je pokonywać każdego dnia.

Każde z nas chce powiedzieć coś jeszcze, ale drzwi cicho się rozsuwają i do wagonu wjeżdża stolik z kawą i ciasteczkami.

182. Witajcie w Kapitolu

Witamy,
Jak widać poniżej – nie zamknęłyśmy jeszcze bloga i mamy nadzieję, że kolejne notki spodobają się Wam podobnie jak poprzednie 180 😉
Oczywiście czekamy na komentarze 🙂
Następna notka – za tydzień.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A


Spoglądam na niego trochę zestresowana. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nagłe pojawienie się mamy sprawiło, iż niemal całkowicie wstrzymałam oddech. Tymczasem Peeta wygląda, jakby wejście mojej matki kompletnie nie zrobiło na nim wrażenia. Przyglądam się mu dłuższą chwilę, aż w końcu chyba do niego coś dociera, bo skupia przez chwilę na mnie wzrok i wreszcie pyta:
– Coś nie tak, kochanie?
Nie odpowiadam, czując dziwny natłok myśli. Wśród nich jedna wybija się szczególnie mocno – pewność siebie Peety w obecnej sytuacji jest co najmniej dziwna. I zaskakująca…
– Łatwo poszło?
– Tak – spokojnie stwierdza Peeta, wzruszając lekko ramionami. – Przyznaję, że byłem przekonany, iż będzie znacznie gorzej.
– Mogłeś sobie zaoszczędzić obaw, gdybyś przez ostatnie trzy tygodnie choć trochę się mną zainteresował. Gdybyś wykonał choć jeden telefon, Peeta, niewątpliwie nie musiałbyś wchodzić oknem, ani zastanawiać się nad potencjalną reakcją! – sama słyszę jaka jestem poirytowana i zjadliwa, ale uważam, że mu się należy. Czuję się zła i skrzywdzona. I nie wiem, co bardziej mnie boli – podejrzenie o zdradę, niezwykle łatwa zgoda na zabranie mnie z Kapitolu, czy też ta kompletna obojętność, jaką wykazywał przez długie 20 dni. A może wszystko razem? W każdym razie czuję, że wczorajsza euforia już ze mnie wyparowała – teraz czas na wyjaśnienia.
– O czym ty, Katniss, mówisz? – ton Peety jest właściwie taki sam jak mój, jakbym to ja go skrzywdziła. Pochylił się lekko w moją stronę, ale widzę, że mięśnie ramion i szczęki napięły mu się, jak zawsze wtedy, gdy czeka go ciężkie spotkanie.

Wzdycham głęboko, próbując zmniejszyć rozdrażnienie. Nie chcę doprowadzić do kłótni – mieliśmy ich ostatnio wystarczająco wiele. Mimo to jestem przekonana, że nie skończymy szybko tej rozmowy. Siadam po turecku, sięgając po leżącą na skraju łóżka czarną koszulkę. Dopiero po chwili zauważam, że jest na mnie sporo za duża. Peeta uśmiecha się lekko, widząc, że obciągam ją niemal jak sukienkę, wiedząc, że jest dowodem naszego wczorajszego pośpiechu.
Nie daję się jednak rozbroić, zamykam na chwilę oczy, pocieram palcami brwi. Wreszcie wracam do zaczętej przed chwilą rozmowy:
– Peeta, przez ostatnie trzy tygodnie nie zadzwoniłeś ani razu, zachowywałeś się jakbym nie miała dla ciebie znaczenia, nie dałeś też ani jednego znaku na to, że zrozumiałeś…
– Katniss – przerywa mi Peeta, nie czekając aż dokończę zdanie – o czym ty do mnie mówisz?
– O czym ja mówię? Nie mam pojęcia jak możesz pytać! – głos podnosi mi się do krzyku. Chyba za dużo ostatnio przeszłam, nie potrafię uspokoić emocji. – Przez ostatnie…
– Do jasnej cholery, Katniss – Peeta znów mi przerywa, podsycając tylko moją złość – ja do Ciebie nie dzwoniłem?! Ja nie dawałem znaku życia? A kto przez ostatnie trzy tygodnie nie raczył odebrać telefonu, kto odsyłał każdy prezent, każdy list? Ja, czy ty?
– Jakie telefony, Peeta, jakie listy? Niczego nie dostałam, podobnie jak nie widziałam żadnych prezentów. Co ty wczoraj piłeś?

Zmiana w wyrazie twarzy męża powstrzymuje moje pytania. Nagle zrywa się, obejmuje moją twarz dłońmi, przybliża swoje czoło do mojego i szepcze:
– Katniss, dzwoniłem codziennie, pierwszy raz kilka godzin po twoim wyjeździe. Ponieważ nie chciałaś ze mną rozmawiać, zacząłem pisać listy, ale wszystkie odsyłałaś nie otwarte. Podobnie wróciły do mnie wszystkie wysłane przez ostatni tydzień kwiaty… A teraz mi mówisz, że to ja nie chciałem się z tobą skontaktować?
– Nie odebrałam od ciebie żadnego telefonu, bo żadnego nie było. Nie widziałam także listów ani kwiatów…
– Twoja mama – Peeta domyślił się szybciej niż ja. Nagle wszystko zaczyna układać się w całość. Całość, która wcale mi się nie podoba. Zrywam się z łóżka, rzucając tylko krótko:
– Nie ruszaj się stąd, za moment wracam.
– Katniss, nie rób czegoś, czego będziesz jutro żałować – powstrzymuje mnie, łapiąc za rękę.
– Nie martw się, to nic takiego – przyklękam na łóżku i całuję go przelotnie w usta. – Naprawdę za moment wracam. – Peeta jednak nie zwalnia uścisku, świdrując mnie wzrokiem. Nie chcę się szarpać, więc czekam aż mnie puści. Widząc, że nic z tego, dodaję:
– Peeta, zejdę na dół, uduszę moją matkę i najszybciej jak się da, wrócę do ciebie.
Zamiast uwolnienia mnie, zamyka mnie w uścisku:
– Peeta, puść – nadal próbuję się uwolnić.
– Nie. Cokolwiek zrobiła twoja mama, zanim dokonasz aktu samosądu, pozwól jej na obronę.
– Po co? – prycham.
– Bo cię o to proszę – odpowiada mi bardzo poważnie.

Wychodzimy wspólnie z pokoju, splatając dłonie. Schodząc powoli po schodach, słyszymy urywek rozmowy:
– Coś długo ich nie ma – uśmiecham się słysząc głos Shena.
– Pewnie muszą sobie sporo wyjaśnić – Haymitch został najwyraźniej na noc. – Wiesz Emmo – znam ten ton… – zastanawiam się, czemu jesteś taka milcząca. Przecież świadomość, że twoja córka i jej mąż dzielą ze sobą pokój i łóżko raczej nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, prawda? W takim razie domyślam się, że obawiasz się czegoś całkiem innego…

Wchodzimy do kuchni, co przerywa myśl mentora. Jego kwaśny uśmiech sugeruje, że znacznie szybciej niż my dodał dwa do dwóch, uświadamiając sobie, jak bardzo namieszała moja matka.
– Dzień dobry – Peeta zachowuje się, jakby był tu cały czas, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyźni odpowiadają, pozdrawiając nas, natomiast moja matka milczy. Stoi wsparta o zlew, ze spuszczonym wzrokiem.
– Mam nadzieję, mamo – kontynuuje Peeta – że nie gniewasz się za moje najście, ale bardzo zależało mi na zobaczeniu żony.
– Peeta…- mama zaczyna drżącym głosem.
– Mamo – przerywa jej – rozumiem.
Spoglądam na niego zaskoczona. Oszalał chyba. Ja na pewno nie rozumiem!
– Posądziłem Katniss o okropne rzeczy, nie mając absolutnie żadnych dowodów. Co więcej – pobiłem tamtych mężczyzn – wymienia niemal beznamiętnie. – Wcześniej zostawiłem ją tuż po naszym ślubie samą na bardzo długo, chyba powinien się przyznać, że nawet ją zaniedbałem. Ale obiecuję, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Dostałem okrutną nauczkę, muszę przyznać, że nie spodziewałem się jej od ciebie, ale, jak widać, nie doceniłem cię. Byłem przekonany, że to naprawdę Katniss odsyła moje listy, że nie chce ze mną rozmawiać. Dałaś mi bolesną lekcję, ale teraz pozwól mi już zabrać Katniss do Kapitolu i naprawić wszystko, co zepsułem.
Nie tak to wyglądało w mojej wyobraźni, ale nie mogę teraz już zmienić tego, co zrobił, co powiedział. Mamie trzęsie się broda, podchodzi powoli do Peety i mocno go przytula. Coś mu szepcze do ucha, a on w odpowiedzi lekko kiwa głową. W końcu, odsuwając się, odpowiada krótko:
– Dobrze, mamo.

Śniadanie jemy w dość dziwnej atmosferze. Początkowo wszyscy są milczący, potem Shen z niewielką pomocą mamy próbują nas na siłę wciągnąć w jakąkolwiek rozmowę i rozbawić, a na koniec Peeta dołącza się do nich z rozpaczliwymi wysiłkami ożywienia dyskusji. Osiągają jednak marny skutek. Dno w kubkach z kawą sprawia, że oddycham z ulgą na myśl o wyjściu z kuchni, jednak wówczas wtrąca się, milczący dotąd, Haymitch:
– Wszystko wyjaśnione?
Kiwamy zgodnie głowami
– Gołąbeczki pogodzone? – dopytuje, jakby oczekiwał większego entuzjazmu. Ponownie przytakujemy.
– No to bierzemy się do roboty. – Sięga po stojącą pod stołem skórzaną torbę i wyciąga z niej niebieską teczkę. Powoli ja otwiera i wręcza każdemu z nas kartkę. Z zaskoczeniem orientuję się, że zdążyłam odwyknąć od precyzyjnych planów dnia… Widzę, że dziś chyba jeszcze dostaliśmy mini urlop, bo na górze arkusza jest jutrzejsza data, a kolejne punkty ciągną się do późnego wieczora w sobotę. Peeta uważnie studiuje swój plan, dość podobny do mojego, aż na głos wypowiada moją radość:
– Dziś mamy wolne.
– Macie – odpowiada Haymitch.
– Na co masz ochotę, kochanie? – Peeta przyciąga mnie do siebie.
– Nie wiem – odpowiadam ucieszona i wdzięczna temu komuś, kto dał nam cały dzień dla siebie.
– To ja ci powiem, skarbie. na co masz ochotę. – Powoli dociera do mnie, że Haymitch nie patrzy na nas, tylko na swoje dłonie. Cholera…
– Po pierwsze mamusia i Shen pięknie i czule pożegnają was za – tu spogląda na zegarek – 25 minut na głównym placu. Po drugie pojedziecie pociągiem i możecie się na kapitolińskim dworcu przytulać ile chcecie. Po trzecie – padła propozycja, żebyś przeniósł Katniss przez próg waszego kapitolińskiego mieszkania – wylicza spokojnie Haymitch. Zauważam, że na planie leżącym przed nim są jakieś dodatkowe zapiski, których nie widzę na naszych arkuszach.
– Potem macie dla siebie jakąś godzinę do półtorej, byle to wyglądało wiarygodnie w czasie. Następnie idziecie na zakupy i macie się uśmiechać do siebie – łypie na mnie, jasno dając do zrozumienia do kogo jest ta uwaga. – Możecie też pójść na lody, a potem wrócicie do domu. W zależności od tego, ile czasu zmitrężycie – macie kilka albo kilkadziesiąt minut, żeby się przebrać i pojechać na kolację – zawiesza na chwilę głos – z parą prezydencką, która niezwykle już za wami się stęskniła. I żeby była jasność – macie być bardzo wiarygodni, żeby w Panem skończyły się wreszcie plotki o wielkim rozwodzie idealnej pary. Czy to jasne?
– Tak – odpowiadamy cicho.
– Pytałem, czy to jasne – Haymitch wstaje z krzesła, opierając otwarte dłonie o blat stołu.
– Jasne – odpowiadamy głośniej, choć uważam, że przesadza.
– To teraz marsz spakować się – wskazuje na mnie palcem. – A ty, Emmo masz być kochającą matką i teściową. Resztę wyjaśnimy sobie w pociągu – kończy Haymitch, dolewając sobie kawę ze stojącego na stole dzbanka.
Kiedy jestem już na schodach, dochodzi mnie znów głos Haymitcha:
– Czy wspominałem, że jedzie z nami kamerzysta?
– Witajcie w Kapitolu – kwituje cierpko Peeta.

180. Moja Zwyciężczyni

Witajcie w upalny dzień 🙂 (tak, wiemy, że u niektórych upały się skończyły, ale u nas nie ;))

Dziękujemy tym, co czekają i wracają do nas. Tym, co czytają bloga od nowa i tym, co trafili tu dziś może po raz pierwszy.
Pozdrawiamy Was i czekamy na komentarze.
A jutro – ogłosimy konkurs 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

Wycieram dłonie o spodnie, nie sądziłem, że aż tak będę się denerwować. Myślałem też, że morska bryza da mi odrobinę przyjemności, jak to bywało wcześniej, ale dziś chyba wszystko się sprzysięgło przeciw mnie – nawet wiatr tylko potęguje nieprzyjemne uczucie chłodu przebiegającego mi po plecach. Cholera, jestem dorosłym facetem, a stoję już od paru minut przed domem jej matki i boję się zapukać. To jakieś szaleństwo.

Zaciskam pięści, usiłuję podnieść rękę, ale nadal mam wrażenie, że nie chce mnie słuchać. Czuję się fatalnie, wraca myśl o alkoholu. Odwrócić się, odejść, pójść do najbliższego baru. Po kilku łykach chłodnego alkoholu na pewno byłoby łatwiej…
Cholera, jestem wściekły. Na siebie i na nią. Alkohol nie rozwiąże moich problemów, nie usunie drzwi z drogi, ani Emmy z domu. Dawno nikt nie doprowadził mnie do takiego stanu. Nie mam pojęcia co siedzi w jej głowie, ale to zaczyna być groźne.

Stojąc na otulonej mrokiem werandzie, widzę ich przez oświetlone okno. Emma i Shen siedzą na kanapie przytuleni, jakby zamyśleni. Rozpalony w kominku ogień, małe koronkowe firanki w oknach… To dziwne, ale jakimś cudem wracam wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa, choć dom Emmy raczej przypomina te z Miasteczka, niż ze Złożyska. Mimo to przed oczami stanęły mi przez chwilę wspomnienia beztroskich zabaw, uśmiechu, radości… Pocałunków matki przed snem, głosu ojca czytającego nam czasem bajki… W gardle rośnie mi gula…

Ocieram szybko oczy, biorę głęboki wdech. Wydech. I raz jeszcze. I kolejny. Zaciskam mocno szczękę, unoszę rękę i mocno uderzam w drewno. Zbyt mocno, ale nic to – lepiej tak, niż za cicho. Przez drzwi słyszę szmery, jakby poruszenie. Niespodziewana wizyta w chłodny, deszczowy wieczór musi być dla nich dużym zaskoczeniem – z tego, co wiem, nieczęsto przyjmują tu ostatnio gości. Po kilku chwilach drzwi w końcu otwierają się. W jasnej plamie widzę Shena i duże zaskoczenie na jego twarzy. Uniesione brwi i zmartwione spojrzenie znad grubych, czarnych oprawek okularów jasno mówią mi, że łatwo nie będzie. Z drugiej strony nic innego nie zakładałem – doskonale wiem, że nie mogę po prostu wejść bez zapowiedzi i po prostu zabrać Katniss do Kapitolu… Mimo tej świadomości i tak przebiega mi przez myśl ostatnia chęć ucieczki, ale nim mam czas, by zrobić krok, za Shenem pojawia się matka Katniss. Odsuwa męża i staje przede mną, patrząc zwężonymi oczami z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
– Cóż cię sprowadza w nasze skromne progi? – cedzi słowa powoli, wkładając w każde masę jadu i niechęci.
– Przyjechałem w odwiedziny – staram się mówić spokojnie, choć nie przychodzi mi to łatwo.
– W odwiedziny – prycha. – Dobre sobie. I ja mam ci niby uwierzyć?  Haymitch, nie traktuj mnie jak dziecko, doskonale wiem, po coś tu przyjechał. Doskonale wiem, kto cię przysłał – jest niezwykle zdenerwowana, podniesiony głos przechodzi w krzyk, gdy dodaje – Nie  życzę sobie, żeby ten zdradziecki cham zbliżał się do mojej córki, nie pozwolę mu jej więcej skrzywdzić!

Stoję osłupiały, przez głowę przelatuje mi milion myśli. Melania mówiła mi, że Emma założyła, że Peeta zdradził Katniss i nie przyjmuje do wiadomości nawet cienia wątpliwości. Mimo to nie sądziłem, że po wielu dniach nadal podchodzi wręcz agresywnie nawet do osób, które – jak podejrzewa – są po „jego” stronie. Wiem jednak, że nie mogę się teraz poddać, bo jeśli odejdę, mogę nie mieć więcej możliwości wejścia do środka.

Zerkam ponad ramieniem kobiety, przesuwam wzrokiem po salonie i kuchni, ale nigdzie nie widzę Katniss.
– Gdzie ona jest? Gdzie jest Katniss? – udaję, że nie widzę ruchu Emmy, która chce zamknąć drzwi, ale blokuję je stopą. Muszę zobaczyć się z jej córką, nawet jeśli zrobi wszystko, by mi to uniemożliwić. Tym bardziej, że w tym momencie jestem przekonany, że coś jest mocno nie w porządku.
– Nie twój interes – Emma nadal kontynuuje tym samym tonem. Widzę, że stojący za nią Shen kręci głową, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że moje wysiłki są nadaremne. Ale nie tacy jak ona mnie nie pokonali.
– Katniss! – krzyczę na całe gardło, bezczelnie odsuwając Emmę i wchodząc do domu. – Katniss! – mijam kobietę, kierując się w stronę schodów. Czuję, że łapie mnie za rękaw, ale w tym samym momencie na górze słychać skrzypnięcie drzwi i moim oczom ukazuje się moja igrająca z ogniem dziewczynka, moja Zwyciężczyni. Ile bym dał, by jej takiej nie oglądać…

Ubrana jest w rozciągnięte, za duże kilka rozmiarów dresy. Krok spodni zwisa jej niemal o kolan, bluza jest cała poplamiona, a jedna z kieszeni zwisa smętnie, jakby oberwana. Tłuste włosy są w totalnym nieładzie. Ale najgorzej wygląda jej twarz – blada, opuchnięta, a oczy są pełne smutku, a nawet rozpaczy. Mam ochotę natychmiast zabrać ją z tego domu, nie oglądając się na nic. Ona jednak zatrzymała się u szczytu schodów, zdrapując resztki czerwonego lakieru z obgryzionych paznokci.
Rozkładam ramiona, przygląda mi się chwilę, a jej podbródek zaczyna niespokojnie dygotać. Po chwili zbiega ze schodów, trafiając wprost w moje objęcia.
– Katniss – szepczę do niej, delikatnie tuląc ją do piersi. – Katniss, co ci się stało?
– A co się miało stać? – odparowuje natychmiast Emma. – Właśnie do takiego stanu doprowadził ją jej mąż, ten gagatek, ten cham, ten… – znów wpada w emocjonalny krzyk.
– Emmo – cichy, acz stanowczy głos Shena przywołuje ją do porządku, a Katniss zaczyna cicho szlochać w moich ramionach.
– Co Emmo, co Emmo? – awantura stoi na krawędzi. – Nie mam już prawa we własnym domu powiedzieć tego co myślę?
– Emmo – Shen mówi do niej jeszcze łagodniej. Delikatnie kładzie jej ręce na ramionach, jakby chciał ją przed czymś powstrzymać.
– Może porozmawiamy spokojnie? – pytam cicho.
– To świetny pomysł – podchwytuje Shen. Bierze Emmę za rękę i prowadzi ją do salonu, jednocześnie ruchem głowy dając mi znak, bym poszedł za nimi.

– Idź do siebie – szepczę cicho do ucha Katniss.
– Ale… – odpowiada mi łapiąc mocnymi haustami powietrze, pomiędzy szlochami. Podnosi jednak głowę i patrzy mi uważnie w oczy.
– Idź do siebie, Katniss – puszczam do niej oko.
– Po co? – pyta cicho, ale widzę, że w oczach pojawia się jakiś mały świetlik, cień dawnego blasku.
– Może powinnaś przewietrzyć pokój? – sugeruję, uśmiechając się do niej szczerze.

Odprowadzam wzrokiem Katniss wchodzącą po schodach. Mimo, że jeszcze kilka chwil temu wyglądała jak tysiąc nieszczęść, mam wrażenie, że z każdym kolejnym stopniem, jakby stawała się lżejsza. Jakby wstępowała w nią jakaś nadzieja.

Siadam, a raczej zapadam się w miękkiej kanapie. Shen nalewa mi gorącej herbaty, a ja zauważam, że ręce trzęsą mi się niesamowicie. Z trudem udaje mi się opanować ich drżenie, unosząc filiżankę do ust. Jadąc tutaj układałem w głowie różne scenariusze, ale nie sądziłem, że emocje Emmy zaszły tak daleko, że ma tak wielki żal do Peety, że odgrodziła Katniss od świata. Shen siada z boku i czeka na dalszy rozwój wypadków. Wciągam powietrze, spoglądając na Emmę, która sztywno siedzi naprzeciw mnie na kanapie. Ręce zaplotła na piersi, uniosła brwi i czeka, choć widzę, że najchętniej rozszarpałaby mnie i wyrzuciła za drzwi.

– Emmo, czy możesz mi powiedzieć, dlaczego tak bardzo nienawidzisz Peety?
– Jeszcze pytasz? – prycha, jakby to naprawdę było oczywiste.
– Tak. W jednym momencie zmieniłaś całkowicie swoje nastawienie do niego – od ukochanego zięcia, do człowieka, którego jawnie nienawidzisz. Odsyłasz z powrotem do nadawcy wszystkie prezenty, jakie przysyła dla Katniss, podobnie jak i listy, nie pozwalasz im nawet porozmawiać przez telefon. To już trwa ponad trzy tygodnie, Emmo.

Przyglądam się jej uważnie, spostrzegam, że po lewym policzku płynie jedna łza. Po chwili dołącza do niej kolejna, Emma zaczyna drżeć, ale w końcu przełyka głośno i odpowiada mi zaskakująco spokojnie:
– Katniss cierpiała przez niego przez wiele tygodni. Nic nie mówiła, ale ja to czułam. Podejrzewała że on jej już nie kocha, że może gdzieś kogoś ma, a potem przyszedł ten cały bal i jego podejrzenia. Wiesz moja mama zawsze mówiła, że osądzamy ludzi w oparciu o własne czyny, więc chyba oczywistym jest, że Peeta ją zdradził – patrzy na mnie przekonana o swej słuszności, nawet chyba nie oczekuje odpowiedzi.
– Czy przed chwilą powiedziałaś, że podejrzewamy ludzi w oparciu o własne czyny?
– Tak, dokładnie tak.
– Czyli skoro Katniss podejrzewała Peetę, to – idąc drogą twojej dedukcji – ona również go zdradzała, czy tak?

Emma spogląda na mnie gniewnie, mruży oczy i nagle blednie. Nie odzywam się, wiem, że właśnie zrozumiała, że mogła popełnić ogromny błąd w ocenie Peety. Podrywa się z kanapy, jakby chciała biec na górę, do Katniss, jakby chciała z nią porozmawiać. Powstrzymuję ją jednak ruchem ręki i krzyczę:
– Katniss, mam nadzieję, że właśnie rozmawiasz z mężem?
– Oczywiście – odkrzykuje mi lekko przytłumionym głosem Katniss.
– Ale jak? – po minie Emmy widzę, że jest zdezorientowana.
– Są przecież telefony, kochanie – podpowiada jej Shen i prawie niezauważalnie puszcza do mnie oko. Widać też usłyszał to samo, co ja.

176. Atak

Witamy,
Cieszymy się, że seria się Wam podoba i zmusza do myślenia 🙂 Zapraszamy do czytania i komentowania.
Przy okazji – życzenia wszystkiego najlepszego dla Oliwii (Kiciaka) i Ady D. 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Wchodzimy obaj do pomieszczenia, natomiast Haymitch i Hoult zostają na zewnątrz, obserwując wszystko przez lustro weneckie. Mają nam pomóc, zareagować, gdyby nazbyt poniosły nas nerwy. Beetee odmówił uczestnictwa w przesłuchaniu i przezornie wyłączył wszystkie kamery, a Ast został odesłany do swojego prywatnego apartamentu. Cały czas powtarzał nam, że jesteśmy w błędzie, że podjęliśmy pochopną decyzję, nie znając wszystkich faktów. Mimo to, gdy poprosiliśmy o wyjaśnienia, nie chciał nam nic powiedzieć, zasłaniając się „obietnicą złożoną Pierwszej Damie i Katniss”. Zwykła wymówka, w którą nie wierzę. Mój wieloletni przyjaciel, facet z którym łączy mnie tak wiele wspomnień, odwrócił się ode mnie. Jak mógł mnie tak potraktować! Nie dość, że wiedział o potajemnych schadzkach mojej żony, to jeszcze najwyraźniej dawał na to przyzwolenie. Poczułem, że rośnie we mnie wściekłość, podszyta rozczarowaniem. Ast mnie cholernie zawiódł i to nie pierwszy raz. Poprzednio naiwnie mu wybaczyłem, wyciągnąłem do niego rękę, a chyba zamiast tego trzeba było mu pozwolić zmarnować sobie życie.
– Załatwimy to, jak skończymy z nimi – stwierdza Paul, domyślając się najwyraźniej, co mną targa. Jego obietnica chwilowo poprawia mi nastrój.

Pokój jest nieduży i praktycznie nie ma w nim żadnych mebli. Ściany z trzech stron pomalowane są na popielaty kolor, a ta, w której umieszczone jest wejście, ma także wmontowane lustro weneckie. Zatrzymujemy się na moment, a później powoli zamykamy za sobą drzwi. Duże lampy świecą mocnym, żółtym światłem wprost w oczy naszych więźniów. To celowy zabieg, mający na celu jeszcze większe udręczenie przesłuchiwanych i – choć to metody Snowa – to aktualnie nie przeszkadza mi to, że z nich korzystamy.
– Panie Prezydencie, panie Mellark – zwraca się do nas drugi z mężczyzn, ten, którego nagich pośladków nie musieliśmy podziwiać. – Bardzo miło mi panów w końcu poznać, żony panów dużo nam o was opowiadały.
Pięści zaciskają mi się automatycznie, nie mam do końca świadomości momentu, w którym poniosły mnie nerwy i wyprowadziłem cios. Wiem tyle, że nie jestem w stanie nad sobą zapanować.
Krew spływa z rozciętej wargi mojego rozmówcy. W jego oczach widzę szok i niedowierzanie, wygląda zupełnie tak, jakby nie wiedział o co nam chodzi i co się właśnie wydarzyło.
– Oszczędźmy sobie zbędnych uprzejmości – Paul kipi z wściekłości, uderza pięściami o oparcie krzesła ustawionego naprzeciw naszych gości. – Wszyscy dobrze wiemy, po co się tu spotkaliśmy, więc im szybciej zaczniecie mówić, tym mniej będzie was bolało.

Przez moment nawet ja spoglądam na Paula zaskoczony. Już dawno nie widziałem w nim takiej determinacji i chyba nigdy takich emocji. Zdrada Johanny dotknęła go do żywego.
– Panie Prezydencie – zwraca się do niego pierwszy z mężczyzn, a w jego głosie słychać niekłamane przerażenie – nie mamy pojęcia o co chodzi. Proszę powiedzieć, czy żony panów są niezadowolone z naszych usług? Takie klientki to dla nas zaszczyt, staraliśmy się, jak mogliśmy, wszystko odbywało się powoli i delikatnie, ale stanowczo. Niemniej przyrzekam, że nie zrobiliśmy niczego, na co one same nie miały ochoty i na co nie wyraziły zgody. Za każdym razem opowiadaliśmy dokładnie co będziemy robić, mówiliśmy o każdym bólu, który będą musiały znieść, na wszystko były gotowe i bardzo zdeterminowane.

Już po chwili mężczyzna leży na wznak na podłodze, powalony ciosem Paula. Przez okres jego prezydentury zapomniałem, że mój kuzyn jest wyszkolonym żołnierzem. Agentem ochrony najważniejszych osób… Ten cios był tak niezwykle precyzyjny, a przy tym wyglądał jakby był wykonany automatycznie, jakby był jednym z tysięcy, zrobionych przez Paula. Muszę się wiele od niego nauczyć, a dziś będzie chyba idealna okazja do tego, by zacząć.

– Pójdzie nam łatwiej – rozpoczynam tuż po tym, jak Hoult wychodzi z pokoju po podniesieniu mężczyzny z podłogi. Udaję, że nie widzę rzuconego w naszą stronę spojrzenia. Nie mam zamiaru się nim przejmować. – Jeśli powiecie nam, który z was pracował – ledwie przechodzi mi przez gardło to słowo, ale sami to tak określili… Nie mieści mi się w głowie, że moja żona, moja Katniss, mogła mu płacić za tego typu usługi, ale na to wygląda… Wykorzystuję pauzę na próbę uspokojenia się i w końcu podejmuję wątek – który z was pracował z moją żoną, a który z Pierwszą Damą?
– Ja – odpowiada drugi z mężczyzn – to ja miałem przyjemność pracować z pana żoną. Ale to nie zmienia faktu, że nie bardzo wiemy, co wywołało takie zdenerwowanie u panów. Robiliśmy tylko to, o co nas prosiły i za co nam zapłaciły.

Podchodzę do niego powolnym krokiem. Przyglądam mu się uważnie, widzę nawet drobne kropelki potu, które pojawiają się na jego czole i pod nosem. Jego rysy w ogóle nie przypominają moich, budowa ciała również. Nic go do mnie nie upodabnia, nawet kolor włosów ma inny. Jakim cudem Effie mogła go ze mną pomylić? A może nie mówiła wcale o nim? Może… Może jest ktoś jeszcze inny? Coś przestaje mi tu pasować, gdzieś, głęboko w środku, zaczynam mieć wątpliwości. Pierwszy z mężczyzn również nie jest do mnie podobny, choć byłem skłonny przysiąc, że tak jest, gdy widziałem jego twarz na monitorze, w zielonej poświacie z noktowizora. Przed oczami przewija mi się raz po raz obraz mojej żony, uwiecznionej na zdjęciu wiszącym na ścianie ich mieszkania. I to właśnie rozwiewa wszelkie moje wątpliwości.
– Od jak dawna sypiasz z moją żoną? – wypalam bez zastanowienia.
W oczach mężczyzny widzę odbicie jego uczuć. Lęk gdzieś znika, w jego miejscu pojawia się totalne zaskoczenie, a oczy przybierają kształt spodków od filiżanek.
-Co? – słyszę w odpowiedzi.
-Co? – warczę do niego – tylko tyle jesteś z siebie w stanie wydusić? Jesteś idiotą, skończonym idiotą, jeśli sądzisz, że pomimo mojej nieobecności, nie doszły mnie słuchy o tym, że jesteś kochankiem mojej żony! Wiem o tym, wiem, że przychodziłeś tu trzy razy w tygodniu, zamykałeś się z nią w piwnicy, kochałeś się z nią, a ona ci jeszcze za to płaciła! – furia wypełnia ponownie moje ciało, od palców u stóp po czubek głowy. Dyszę, przed oczami zaczynają mi przebiegać jasne błyski. Boję się, że w tej jednej chwili lata pracy nad poskramianiem moich napadów, spełzną na niczym. Ogarnia mnie panika, zaczynam się w zatracać, odpływam w świat pełen gniewu i bólu.
– Panie Mellark – mężczyzna powoli, bardzo powoli cedzi słowa – ja nigdy, przenigdy nie spałem z pana żoną. Przychodziłem tutaj z zupełnie innych powodów. Ale one, na wyraźne życzenie pana żony, pozostaną tajemnicą moją i jej.
Jego słowa dochodzą do mnie jak zza szklanej ściany. Brzmią tak samo jak krzyk Katniss na drugiej arenie. Po raz kolejny jej prawie nagie zdjęcie powraca do mojej pamięci.
– Dobrze wam radzę – Paul syczy przez zaciśnięte zęby – mówcie prawdę, całą prawdę, bo poznacie gniew prezydenta. Poznacie mnie z najgorszej strony, a jeśli nie wiecie – przez wiele lat byłem żołnierzem sił specjalnych, szkolonym na zabójcę. Mój kuzyn również wiele przeszedł i albo zaraz zaczniecie mówić, albo to spotkanie zakończy się dla was wieloma godzinami bólu i cierpienia.

Świat wokół mnie zaczyna wirować, ogarnia mnie ciemność.
– Ale my nie zrobiliśmy niczego złego – pierwszy z mężczyzn już rozpaczliwie krzyczy, choć jeszcze nic nie zrobiliśmy. Strach miesza w głowie nie tylko mnie.
Widzę w ruchach mojego kuzyna, w jego oczach, że w tej chwili jego cierpliwość wyczerpała się. Szybkim krokiem przemierza odległość dzielącą go od naszych gości, znów unosi w górę dłoń, zaciska mocno pięść, znów przygotowuje się do ciosu. Mam wrażenie, że widzę całą sytuację w zwolnionym tempie i wiem, że nie chciałbym teraz być na miejscu tego mężczyzny. Znam siłę Paula, wiem, że to uderzenie nie będzie należało do najprzyjemniejszych. Zapewne mężczyzna ponownie upadnie na plecy, zapewne po raz kolejny jego spięte za plecami ręce wiele wycierpią. Nim jednak dłoń Paula dociera do szczęki mężczyzny, drzwi pokoju otwierają się z głuchym łoskotem i do pomieszczenia wpada Haymitch. Nie mam pojęcia jakim cudem zdążył zatrzymać rękę Paula dosłownie o centymetry od celu. Z oczu Paula sypią się skry wściekłości, ale moją uwagę przykuwa wyraz twarzy Abernathy’ego. To nie jest gniew, żal, ani nic innego, co mógłbym tu usprawiedliwić. To konsternacja, która nijak nie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno nie wywołało jej nasze zachowanie, bo tego się raczej spodziewał. I wiem już, że nie powstrzymał Paula przed posunięciem się za daleko, tylko z jakiegoś innego, pozostającego dla mnie zagadką, powodu.
– Panie Prezydencie, panie Mellark, zapraszam panów do pomieszczenia obok. Mamy dla was kilka faktów które rzucą nowe światło na obecną sytuację.
– Sami znajdziemy sobie to światło – odpowiada z furią w głosie Paul.
– Raczej wątpię – odpowiada Haymitch, siłą wywlekając Paula na zewnątrz. Nie widząc innego wyjścia, idę za nim. Oddycham przy tym głęboko, starając się odgonić atak szału. Ale powoli zaczynam przegrywać tę walkę.

175. Zaproszenie do Pałacu

Witamy 🙂
Mamy nadzieję, że pozostaliście z nami (a przynajmniej większość :)) i Wasze komentarze przekonują nas, że tak jest. Dziękujemy i doceniamy, że czekacie :):) Miłego czytania i komentowania, a następna notka – będzie w czwartek (tak, ten najbliższy, 5 marca).
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Białe płatki śniegu wirują na wietrze, równie często unosząc się ku granatowemu niebu, co opadając na ziemię. Mróz szczypie mnie w policzki, a wiatr wciska się, gdzie tylko może, więc otulam się ciaśniej czarnym płaszczem i stawiam wysoki kołnierz. Moje szybkie kroki odbijają się echem po ulicach pogrążonego we śnie Kapitolu. Miasto i jego mieszkańcy dopiero niedawno położyli się, odpoczywają po szaleństwach dzisiejszej nocy. Nie mają świadomości, że przemykam się właśnie pogrążonymi w mroku przecznicami, potencjalnie wystawiony na spojrzenia i zaczajone lufy aparatów. Skręcam w lewo – niestety, tu już jest o wiele jaśniej. Zresztą nie ma się czemu dziwić – zbliżam się do najważniejszego budynku Panem, więc oświetlenie jest niemal oczywiste. Z rękami wciśniętymi w kieszenie wchodzę szybko na wysypaną żwirem alejkę, przeklinając w duchu ten pomysł wyboru nawierzchni. Śnieg jest tu odgarniany codziennie, więc nie tłumi odgłosu kroków, za to w ciszy chrzęst żwiru jest aż nazbyt głośny.

Budynek jest pogrążony w półmroku, okna są ciemne, choć jestem pewien, że w środku nikt nie śpi. Pozory, cały czas robimy wszystko, by zachować pozory. Na imprezie, podczas wywiadów, w dystryktach. A teraz chyba nawet w rodzinach, już nawet tu przestaliśmy być sobą, rozmawiać ze sobą otwarcie, ufać sobie. Cholera, gdzie myśmy doszli? Czym to się różni od sytuacji sprzed 10 lat, gdy Kapitol udawał, że z dumą idziemy na arenę, a i my nie byliśmy wolni od gier i gierek… Szybko przeskakuję trzy schody dzielące mnie od wejścia do Pałacu Prezydenckiego, jednak nim zdążam nacisnąć na klamkę, drzwi same się otwierają.
Ast ubrany jest niemal tak samo, jak na sylwestrowym przyjęciu. Pozbył się tylko marynarki i muszki, a biała koszula niechlujnie wystaje mu ze spodni. Rękawy podwinął do łokci, na twarzy maluje mu się troska i zmęczenie. Nerwowo przeczesuje dłonią włosy, obdarzając mnie na powitanie bladym uśmiechem.
– Czekają na ciebie w gabinecie – mówi cicho, pomagając mi zdjąć wilgotny płaszcz.
– Muszę się napić – odpowiadam chłodno, choć to nie na niego jestem zły. A może jednak na niego? Po powrocie do domu miałem kilka godzin na przemyślenia. Przez cały ten czas krążyłem po ciemnym mieszkaniu i myślałem, próbując zanalizować każdy błąd, moment, znaleźć który to wszystko rozpoczął, a który jakimś cudem przegapiłem. Ast jest moim przyjacielem, ale mimo to pozwolił, aby pod moją nieobecność ktoś spotykał się z moją żoną. Jakoś trudno mi uwierzyć, że o niczym nie wiedział – sam z dumą podkreślał, że Pałac nie ma przed nim tajemnic. Dlaczego nic mi nie powiedział? A może nie chciał wiedzieć? Tak było łatwiej utrzymać pozory, czyż nie?
– To chyba nie jest najlepszy pomysł – odpowiada półszeptem. Nim zdążam się unieść, Paul i Haymitch wychodzą nam na spotkanie.
– Ast ma rację – zaczyna powoli mój mentor, najwyraźniej usłyszał moją uwagę. – Zaufaj mi, alkohol nie jest rozwiązaniem na twoje problemy.
Na końcu języka mam kąśliwą odpowiedź, ale przerywa mi dźwięk otwierających się frontowych drzwi.

Beetee strzepuje śnieg z grubej, puchowej kurtki. Spogląda na nas uważnie zza okularów, a ja czuję chłód. Znam to spojrzenie, które zawsze sugerowało, że nasze problemy dopiero się zaczną.
– Musimy przygotować jakąś odpowiedź – zaczyna przenosząc wzrok na Paula. – W porannych gazetach ukaże się informacja o ciąży Katniss i Johanny.
– Jakiej ciąży? – to pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło. Nie dość, że moja żona mnie zdradzała, to jeszcze spodziewała się z kimś dziecka? Mnie wciąż powtarzała, że nie jest gotowa na ten krok, a tu… Zaczynam czuć, że rozpacz mnie przygniata.
– Pomyśl przez chwilę – spokój Haymitcha tylko mnie nakręca. – Sami powiedzieliście, że dziewczyn nie ma na pokazie fajerwerków, bo źle się poczuły – unosi brwi i przygląda mi się uważnie.
Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie sens jego wypowiedzi. Oczywiście, ma rację. Ten komunikat był pomysłem Paula, nie mogliśmy powiedzieć prawdy, więc poinformowaliśmy wszystkich, że nasze żony poszły wcześniej spać, bo źle się poczuły. Nie pomyśleliśmy wtedy, jakie wnioski zostaną z tego wyciągnięte. Myślami wracam na chwilę do Katniss, jej bezwładnego ciała ułożonego na dużym łożu w jednej z sypialni w Pałacu. Moje serce po raz kolejny przeszywa ból… Jak mogła mi to zrobić? Czy nie wiedziała jak bardzo ją kocham, jak bardzo mi na niej zależy? Czy nie okazywałem jej tego? Gdyby można było cofnąć czas… Ale nie można, już nic nigdy nie będzie takie samo. A moje małżeństwo jest skończone.
– Teraz należy – po raz kolejny to Beetee przerywa moje rozmyślania – wymyślić jakąś sensowną odpowiedź na setki pytań, które zaraz się pojawią. Musi być w miarę wiarygodna i nie budząca następnych plotek – uważnie spogląda na Paula, który w odpowiedzi marszczy brwi i ściąga usta, a wreszcie zaczyna cierpko cedzić:
– Teraz musimy iść na spotkanie dwóm gnojkom, którzy zbałamucili nam żony. Pomimo tego, że niektóre, pracujące w Pałacu, osoby zawiodły mnie – Ast cicho wzdycha – to w końcu były na tyle mądre, aby dowiedzieć się, gdzie te typki mieszkają. Peeta i ja pójdziemy tam sami – unosi rękę, wstrzymując wtrącenie Haymitcha. – Sami! I damy jasno do zrozumienia tym gnidom co sądzimy o sypianiu z naszymi żonami – ton mojego kuzyna jest ostry, podszyty nienawiścią, ale w odpowiedzi Haymitch tylko krótko śmieje się.
– Jesteście aż nazbyt przewidywalni – mówi cicho, ale ironicznie. – Pół godziny temu oddział zaufanych ludzi wyruszył do ich mieszkania. Tylko tacy idioci jak wy mogli wpaść na pomysł, aby dwóch najbardziej rozpoznawalnych mężczyzn Panem poszło wtargnąć do czyjegoś mieszkania. W monitorowanym apartamentowcu..
– Jak śmiałeś? – Paul wrzeszczy na Haymitcha podchodząc do niego w dwóch krokach i wyprowadzając cios w jego twarz. Jednak Abernathy jest bardzo szybki i unika trafienia. Ręce ma luźno opuszczone, ale głos twardy, jakby wydawał rozkaz.
– Uspokój się! Gdym Ci pozwolił ubrudzić te ważne rączki, komunikat o ciążach spadłby ze szpalt momentalnie, a ty przestałbyś być głową państwa w 24 godziny. Tego chcesz? To złóż dymisję, nim splamisz nazwisko Mellark! – patrzę na niego zszokowany. Zapomniałem, że był dowódcą Paula, że był jednym z najważniejszych dowódców rewolucji. I muszę mu przyznać rację. Nienawiść i rozpacz zaślepiły nas kompletnie.
– A teraz radzę wam zejść do piwnicy i na monitorach przyglądać się akcji przewiezienia tamtych mężczyzn tutaj. I chyba nie będzie to dla was zaskoczeniem, jeśli powiem, że na pewno moi ludzie załatwią tę sprawę o wiele ciszej niż wy.
Paul nie odpowiada, tylko skinieniem głowy daje mi znak, abym szedł za nim. Schodząc po krętych schodach do piwnicy ponownie przeżywam tamte chwile, znowu przed oczami staje mi pozbawione życia ciało mojej żony i jej krew na podłodze.

Ukryta przed oczami ciekawskich sala telewizyjna jest niemal ciemna. Jedynym źródłem światła są cztery duże, spasowane monitory, ukazujące widok z kamery umieszczonej na hełmie dowódcy oddziału. Właśnie, dzięki odpowiedniemu wytrychowi, wchodzą do dużego loftu. Cały obraz jest zielony, dając mi pewność, że żołnierze używają noktowizorów. Obszerny pokój wyłożony jest czymś, co wygląda na boazerię. Nie ma tu zbyt wielu mebli, raczej widać ławki, deski, duże piłki, jakieś urządzenia. Natomiast ta część, która wygląda na mieszkalną, urządzona jest w kapitolińskim, bardzo nowoczesnym stylu. Przychodzi mi do głowy, że Katniss bardzo się zmieniła, skoro dała się uwieść człowiekowi tak odmiennemu ode mnie. Komuś, kto reprezentuje sobą wszystko to, czego przez te wszystkie lata nienawidziła. A może to też były pozory?
Dowódca rozgląda się, dając mi szerszy obraz otoczenia. Na ścianach wiszą obrazy wielu kobiet – część z nich rozpoznaję z przyjęć w Kapitolu, części nie znam. Po chwili orientuję się, że to nie są obrazy, tylko zdjęcia. Co dziwne – wszystkie kobiety są skąpo ubrane lub wręcz półnagie, a ich ciała błyszczą, jakby od potu. Zaciskam oczy, próbując odgonić od siebie skojarzenie, jakie niejednoznacznie budzą. Ktoś z oddziału cmoka, więc wracam do ekranu i automatycznie zaciskam pięści. Spoglądam właśnie na zdjęcie Katniss. Jest wsparta o ławeczkę, ubrana w obcisłą koszulkę na ramiączkach. W tej pozycji jej piersi wydają się większe, a dekolt lśni wilgocią. Włosy ma spięte w warkocz, ale kilka kosmyków wysunęło się z niego. Delikatny uśmiech, jaki błąka się na jej ustach, sprawia, że głośno przełykam ślinę. Ta ściana wygląda jak jakaś cholerna wystawa trofeów! Jakby każda z tych kobiet była zdobyczą…

Oddział posuwa się powoli w głąb mieszkania. Za kotarą, której koloru nie jestem w stanie rozpoznać, śpi jakiś mężczyzna. W zielonej poświacie noktowizorów mam wrażenie, że jego rysy są do mnie trochę podobne. Jeden z żołnierzy szybkim ruchem pozbawia go koca, ale jestem pewien, że już po sekundzie żałuje swojej decyzji. Widzę teraz, w pełnej okazałości, nagie pośladki mężczyzny.
– Uwaga, śpią nago – krótki komunikat słyszany jest przez wszystkich żołnierzy i przez nas.
– Spóźniłeś się, zdążyłem zauważyć – pada szybka, zniesmaczona odpowiedź.
W tym momencie mężczyzna budzi się, obraca w stronę żołnierzy, a w jego oczach jeszcze przez ułamek sekundy błąka się sen.
– Co… co się tu dzieje? – jąka się przerażony.
– Pójdzie pan z nami – odpowiada dowódca. Znam Houlta, dlatego słyszę, że choć polecenie jest suche i wyraźne, to gra w nim zdenerwowanie. – Tylko proszę coś na siebie włożyć – dodaje, jakby sądził, że mężczyzna zamierza iść nago.
– Ale gdzie? – trudno nie słyszeć, że obudzony człowiek jest po prostu przerażony. Nie dziwię się, na jego miejscu też bym był.
– Panowie Mellark zapraszają na rozmowę do piwnic Pałacu Prezydenckiego.
– Znam to miejsce – odpowiada mężczyzna, próbując się uśmiechnąć, choć w nerwach wychodzi mu raczej paskudny grymas.
– Tej części pałacu zapewne nie miał pan przyjemności zwiedzić. Ale da się to szybko naprawić – dodaje Hoult, niczego nie wyjaśniając.

Piętnaście minut później obaj mężczyźni znajdują się już w podziemnym pokoju przesłuchań. Siedzą na metalowych krzesłach, nadgarstki mają spięte za plecami kajdankami. W oślepiającym blasku lamp czekają na nas.
Na ich twarzach maluje się przerażenie i dezorientacja.
Spoglądam na Paula, on na mnie i obaj powoli wchodzimy do pokoju.

174. Sylwester

Witajcie,
Uważni Obserwatorzy pewno zauważą, że tą notką spełniamy życzenia niektórych osób 😉
Miłego czytania 🙂
A & A
PS A jeszcze Inni uważni pewnie wiedzą, że… No właśnie – że co? 😉

Szklanka jest chłodna, kostki lodu cicho uderzają o grube szkło, a brązowy płyn – choć zimny –  rozgrzewa gardło. Jestem w gabinecie Paula i z każdym kolejnym słowem stojącego przed nami człowieka, moja irytacja rośnie. Po co, do jasnej cholery, siedzimy tutaj i słuchamy tych bredni? Czy nie lepiej byłoby, po kolejnym tak długim rozstaniu, spędzić trochę czasu z naszymi żonami? Szczególnie dziś? Przenoszę wzrok na Paula – siedzi w fotelu i choć wygląda na niezwykle spokojnego, to widzę, że jego dłoń mocno zacisnęła się na trzymanym naczyniu. Obejmuje je tak silnie, że aż zbielały mu kostki. Oddycha powoli, głęboko, jakby tłumił w sobie wybuch. Znam go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że słowa tego idioty również w nim budzą rozdrażnienie i gniew.

– Panie Jonson – Paul podnosi się, przerywając wywód jednego z burmistrzów. – Rozumiem, że pana intencją było ostrzeżenie mnie i pana Mellarka przed… – zawiesza na moment głos, jakby szukał odpowiedniego słowa. Choć raczej trudno odpowiednio skwitować ten stek bzdur, który właśnie wysłuchaliśmy, nie obrażając przy tym naszego rozmówcy… – Przed zdradą naszych małżonek, ale nim postanowimy się rozwieść, porozmawiamy na z nimi na ten temat – kończy krótko.
Jonson chyba liczył na całkiem inną odpowiedź, bo zaciska mocno pięści, a jego twarz purpurowieje.
– A róbcie co chcecie – wyrzuca w końcu z siebie, a każde słowa wypluwa coraz szybciej. – Tylko pamiętajcie, że… że tym… tym dwóm, tym dwóm – przy każdym słowie unosi wyżej palec wskazujący celując raz we mnie raz w Paula – Zwyciężczyniom nie można ufać! – sapie, jakby słowa, które wypowiedział, kosztowały go mnóstwo wysiłku. – To zabójczynie, one były na arenie, im nie wolno ufać! One was zdradzają, a przy tym dybią na wasze życie! – spogląda na nas, jakby znów czekał na naszą reakcję, jakby liczył, że zmienimy zdanie.
– Coś jeszcze? – spoglądam na niego uważnie. Ja też byłem na arenie, jeśli Zwycięzcom nie można ufać, to chyba nie powinienem znajdować się w tym pokoju. Tym bardziej, że doskonale wiem, że najgorszą rzecz chciałem zrobić poza areną. Tłumię uśmiech, co przychodzi mi dość łatwo, bo pogarda i odraza z jaką Jonson wypowiada się Katniss i Johannie, budzi we mnie wściekłość.
– Nie, panie Mellark – spogląda na mnie chyba z litością. A na pewno ze współczuciem i poczuciem wyższości – jak na nastolatka, który niewiele jeszcze widział w życiu. Jego twarz przybrała już normalny kolor, ale wyraz, który na niej pozostał, wyraża wszystko, czego nie dopowiedział – jemu jest nas naprawdę żal.
– To wszystko, co miałem panom do powiedzenia. Zrobicie co będziecie chcieli, ale pamiętajcie – jeśli wyjdziecie tam – wskazuje na salę balową – a ich nie będzie, lepiej od razu zapytać służby z kim i gdzie poszły – swoją odpowiedź kwituje cierpkim uśmiechem. Po kilku sekundach krótko skłania głowę na znak szacunku i opuszcza gabinet Paula.

– I co kuzynie, jak się czujesz jako rogacz? – Paul z uśmiechem podnosi w górę szklaneczkę, w którą delikatnie uderzam.
– Doskonale, a ty?
– Fantastycznie – Paul wypuszcza powoli powietrze, odstawia drinka i kładąc mi rękę na ramieniu, prowadzi mnie na salę balową.
– Lepiej tam wracajmy, bo prawdziwy kryzys w związku czeka nas za chwilę, gdy tylko pojawimy się na horyzoncie. Wystarczająco długo były już same.

Bal sylwestrowy w Pałacu Prezydenckim powoli zbliża się do części kulminacyjnej, zegar właśnie wybił kwadrans po jedenastej w nocy. Goście suną po parkiecie, siedzą wesoło ze sobą gawędząc, lub kosztują pysznych i wykwintnych potraw. Paul zrobił z tego balu już niemal tradycję – to jeden z niewielu momentów w roku, gdy zbiera wokół siebie najważniejsze osoby w Panem. Są tu burmistrzowie wraz z małżonkami, wszyscy jego doradcy, członkowie Rady Zwycięzców, delegacje rad z poszczególnych dystryktów. W założeniu wieczór ten ma charakter rozrywkowy, ale nie jest tajemnicą, że w kuluarach dochodzi do wielu umów, zawierane są porozumienia, podejmowane decyzje i nawiązywane nowe kontakty.

Tuż za drzwiami gabinetu rozstajemy się i każdy z nas wpada w wir uścisków dłoni i zachęt do wspólnej rozmów i zabawy. Rozmawiając o błahostkach, wymieniając pozdrowienia, raz po raz omiatam salę wzrokiem. Nigdzie nie widzę mojej żony, nie umiem też znaleźć Johanny.

– Jak dobrze cię widzieć – oddycham z ulgą, przytulając się do niej mocno – ty będziesz pewnie wiedzieć, gdzie jest Katniss.
Annie nie odpowiada, spogląda na mnie tylko zaskoczona, mrugając przy tym.
– Nie ma jej z tobą? – rozgląda się, jakby wystraszona – byłam pewna, że poszła z tobą do gabinetu.
– Nie, byliśmy tylko z Paulem. Czy chcesz powiedzieć, że od ponad godziny jej tu nie ma? – odpowiadam powoli, czując rosnący w żołądku ciężar. Łapię Annie delikatnie za łokieć i przeciskam się przez tłum, kierując się w stronę Paula rozmawiającego z Haymitchem.

– Nigdzie ich nie ma – mówię coraz bardziej zdenerwowany, a mina mojego kuzyna wcale mnie nie uspokaja.
– Wiem – odpowiada przywołując na twarz uprzejmy uśmiech, wzrokiem wzywając mnie do tego samego. Po krótkiej chwili komunikat do mnie dociera i robię to samo. Nie chcemy, aby ktokolwiek, a zwłaszcza Jonson, dowiedział się, że coś się stało. Że żaden z nas nie ma pojęcia gdzie jest jego żona.
– Kiedy schodziły w dół, do piwnic, byłam pewna, że to wy im towarzyszycie – Effie dodaje jakby od niechcenia, natychmiast koncentrując na sobie uwagę nas wszystkich.
– O czym mówisz, Effie? – Haymitch patrzy na żonę, podczas gdy ona spokojnie opowiada jak widziała Katniss i Johannę schodzące do piwnicy w towarzystwie dwóch mężczyzn o jasnych włosach. Automatycznie założyła, że to my i była przekonana, że poszliśmy po jakieś specjalne wino, albo… w jakimś innym celu. Gdy tylko kończy swoją wypowiedź, zakrywa usta – w tym momencie dotarło do niej, jak niestosownie – w obecnej sytuacji – to zabrzmiało.

Zimny dreszcz przechodzi mi po plecach, z twarzy Paula również znika wyuczony uśmiech. Obydwu nam do głowy przychodzi ta sama irracjonalna myśl. A jeśli to prawda?

– Chodźmy zobaczyć gdzie wybrały się nasze przyjaciółeczki – Haymitch szybkim ruchem kieruje się w stronę schodów, ale Paul reaguje natychmiast.
– Haymitch, zostań tutaj, tak będzie lepiej. Kiedy my i nasze dziewczyny znikniemy z pola widzenia, wszyscy pomyślą, że jesteśmy razem i dla nikogo nie będzie to powodem do plotek, czy niezdrowego zainteresowania. Ale jeśli ty zostawisz tutaj Effie samą i znikniesz razem z nami, ludzie zaczną pytać.
– Może i racja – przyznaje nasz mentor, a na jego twarzy widać troskę. – Dobra, wy idźcie, a ja postaram się dyskretnie dowiedzieć co to za tajemniczy mężczyźni.
– Nie – Paul i ja reagujemy natychmiast. Wiem, że Haymitch chce działać w dobrej wierze i jest raczej przekonany, że Katniss i Johanna zostały uprowadzone, albo szykują jakąś niespodziankę. Ale jeśli tamten człowiek powiedział prawdę i nasze żony naprawdę nas zdradzają, to lepiej, żeby nikt na razie o tym nie wiedział. – My się tym zajmiemy – dodaję, ale po minie Abernathy’ego, widzę, że czeka mnie przesłuchanie w tej sprawie. Na szczęście nie naciska w tej chwili, tylko kiwa głową na znak zgody i prowadzi Effie na parkiet, gdzie – jak sądzę – będzie mógł mieć na wszystko oko, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Kręte schody oświetlone są malutkimi żarówkami powieszonymi w odległości kilkunastu centymetrów od siebie. W piwnicy jest cicho, przytłumione światło wcale nie poprawia atmosfery, a wyciszenie wnętrza sprawia, że nie dochodzą nas żadne dźwięki dochodzące z góry. Mimo to zaskakuje mnie zupełna cisza panująca tu. Jeśli ktoś tu jest, powinno być cokolwiek słychać. Rosnące we mnie obawy sprawiają, że serce wali mi coraz mocniej, mam wrażenie, że za moment wyskoczy mi z piersi. Schodzimy coraz niżej i nadal nic nie słychać. W pewnym momencie Paul odwraca się w moją stronę i widzę jego twarz bez zasłony – w oczach ma lęk.

– A jeśli on mówił prawdę? – wypowiada na głos moje najgorsze obawy. Jeszcze dziesięć minut temu oskarżenia rzucane przez Jonsona., wspomnienia o potajemnych schadzkach w zaciszu pałacowych murów, które ponoć nie uchodzą uwadze służby i postronnych obserwatorów, wydawały się być całkowicie bezpodstawne i irracjonalne. Ale teraz perspektywa tego, że Katniss mogłaby mnie jednak zdradzić, zaczyna powoli przedzierać się do mojej świadomości. Z drugiej strony jeśli tu jest, to dlaczego jest tak cicho?

– W sumie sam bym się nawet nie dziwił – kontynuuje Paul, opierając się prawą ręką o ścianę, podczas gdy lewą przeciera sobie oczy. – Peeta, to nasza wina, to my od wielu lat zostawiamy je na długie tygodnie same. A ostatnio coraz częściej wieczorami brakuje nam czasu na rozmowy z nimi. Peeta, ja… – głos więźnie mu w gardle, a ja nawet nie próbuję się odzywać. Dopiero kilka tygodni temu ślubowałem Katniss miłość i wierność do końca moich dni. Ona mnie to samo, więc chyba niemożliwe jest, by ktoś inny zawrócił jej w głowie. Jednak gdzieś, z tyłu głowy, cichutki głosik podpowiada mi, że wiem doskonale, że byłaby do tego zdolna, że już kiedyś to zrobiła. Próbuję zagłuszyć te myśli, nie dać się im opanować. Zdaję sobie sprawę, że jeśli pozwolę im na to, niełatwo mi będzie wyjść z ich szponów. Rozpaczliwie pragnę wierzyć, że to tylko moja wyobraźnia, moje własne koszmary, że Katniss nigdy by tego nie zrobiła. Spoglądam na Paula i przełykam ślinę, choć z zaciśniętym gardłem wcale nie jest to łatwe:
– Chodźmy ich poszukać – mówię do niego cicho, szybko zbiegając ze schodów, by nie zdążył mi odpowiedzieć.

Piwnice pałacu to prawdziwa plątanina korytarzy. Jest tu wiele zamkniętych pomieszczeń, w których przechowywane są różne przedmioty, należące jeszcze do poprzednich właścicieli, ale większość schowków jest od dawna otwarta. Idę powoli zaglądając w każdą, nawet najciemniejszą dziurę. Nagle coś zauważam. Kilka kropel krwi tworzy plamę wielkości kilku centymetrów. Krew jeszcze nawet dobrze nie zastygła, a co gorsza, przesuwa się w głąb pomieszczeń piwnicznych, tworząc ścieżkę z kolejnych kropli. Delikatnie dotykam ramienia Paula, jednocześnie przyciskając palec do ust i wskazując mu ślady na podłodze. Wymieniamy spojrzenia i powoli przesuwamy się w głąb korytarza. Bordowe w mdłym świetle krople są coraz większe, coraz bliżej siebie. Nie chcę się zastanawiać czyja to krew, ale nie jestem w stanie odpędzić sprzed oczu wizji zakrwawionej Katniss. I Johanny. Kolejne drzwi są lekko uchylone, a czerwony ślad urywa się na podłodze, przenosząc się na okrągłą klamkę. Pomieszczenie jest oświetlone jasnym światłem, dlatego z łatwością zaglądamy do środka przez pozostawioną szparę. Wystarczy mi jedno spojrzenie, jeden krótki rzut oka do środka, by wiedzieć, że moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Paul mocnym pchnięciem otwiera drzwi i wpada do środka – nie wątpię, że dla niego ten widok musi być równie bolesny jak dla mnie.

Katniss z rozciętą ręką leży na podłodze, z prowizorycznego bandaża sączy się krew. Johanna leży obok niej, choć jest zwinięta w kłębek, jej głowa bezwładnie opada na bok. Obie mają potargane suknie, buty leżą porzucone tuż przy drzwiach, nic nie pozostało z misternych balowych fryzur. Przez kilka sekund nie jestem w stanie zrobić ani jednego kroku więcej, stoję jak wmurowany, nie mogąc oderwać wzroku od tego przerażającego obrazu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co tu się stało, ale nie mogę – wyobraźnia z niesamowitą szybkością podsuwa mi kolejne obrazy, wymuszając kolejne domysły.

Paul zbliża się do Johanny, kuca przy niej i odgarnia jej włosy z twarzy. Po jego pełnej ulgi minie widzę, że choć Johanna wygląda strasznie, to najwyraźniej nic złego jej się nie stało. To dodaje mi odwagi, ja też podchodzę do mojej żony i nachylam się nad jej ciałem, po czym dociera do mnie, że dla Katniss nie ma już ratunku.

172. Pierwsza kłótnia

Witamy ciepło,
Czy u Was też śnieg nie zapowiada się na Święta? Taka jesień zamiast zimy 😉
Zapraszamy do czytania i komentowania, informując, że następna notka będzie jeszcze w tym roku.
I życzymy Wam wszystkim spokoju na nadchodzące Świąteczne Dni.
A na samym dole czeka niespodzianka – wraz z kilkoma Czytelniczkami i Czytelnikami bloga aktywnymi na grupie facebookowej, przygotowałyśmy alternatywny Soundtrack do Kosogłosa – miłego słuchania 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dłuższej chwili Caesar przestaje się śmiać, wierzchem dłoni ociera łzy, które spłynęły mu z oczu i przez krótką chwilę uważnie nam się przygląda, nim znów zaczyna mówić:
– Muszę wam, waszym rodzinom i przyjaciołom oddać honor – jak na tak dużą i ważną uroczystość, zorganizowaną w tak krótkim czasie, udało się wam perfekcyjnie. Jeśli pozwolicie, opowiem teraz o niej w kilku słowach – przerywa na moment, wygląda jakby chciał coś jeszcze dodać, ale Peeta jest szybszy.
– To ci może pomóc – podaje mu z uśmiechem plik przygotowanych przez nas fotografii.

Caesar bierze je delikatnie, przegląda niemal z namaszczeniem, uśmiechając się do każdego zdjęcia. Wybiera jedno z nich, puszcza do nas oko, a następnie podnosi trzymany obrazek, pokazując go w kamerze.

Zerkam na podgląd – to ja. Stoję uśmiechnięta na progu naszego domu, a moja suknia pięknie się mieni w promieniach słońca. Na schodach leżą porozrzucane jesienne liście, w tle widać tamte kolory i niemal czuć zapach, jaki nam towarzyszył… Lubię to zdjęcie. Fotograf – młody chłopak z miasteczka – prostym, nieustawianym ujęciem osiągnął ideał. Sprawił, że wyglądam pięknie, a otoczenie – barwy, gra świateł – jest niezwykłe – nawet ja to widzę. Peeta mocniej ściska moją dłoń, a Caesar wzdycha lekko.
– Katniss – głos ma pełen wzruszenia, a oczy jakby lekko zamglone. W tej chwili nie jest Caesarem, którego zna całe Panem, jest miłym, starszym panem, pełnym ciepła, przyjaźni i chyba dumy, jakiej nigdy wcześniej nie miałam przyjemności podziwiać.
– Jeśli dobrze widzę, bo – choć oczy już nie te, wszędzie rozpoznam rękę Cinny – z suknią ślubną nie miałaś problemu.

Peeta krztusi się śmiechem, ja unoszę brew i zaciskam zęby na samo wspomnienie tego, co zaserwowały mi moja druhna i Effie. Peeta nie przestaje się śmiać, ale równocześnie kręcąc lekko głową patrzy na Caesara, jakby dawał mu znak, że nie powinien kontynuować tematu. Caesar zorientował się w końcu, przez jego twarz przebiega cień, ale wycofuje się słowami:
– Jeśli nie chcesz Katniss, nie musisz odpowiadać na to pytanie.
– Nie, dlaczego, odpowiem – zwracam się do niego z najbardziej ironicznym uśmiechem na jaki mnie stać. – Oczywiście, że odpowiem, Panem powinno wiedzieć jak dowcipną ma Pierwszą Damę, zaś cały Dystrykt Dwunasty na pewno jest ciekaw, jakie pomysły siedzą w głowie Pani Burmistrzowej.
– Pani Burmistrzowa, jak to ładnie ujęłaś Katniss – przerywa mi Caesar – to znana państwu Effie Trinket – uśmiecha się do kamery, uświadamiając mi, że faktycznie mieszkańcy Kapitolu i innych dystryktów mogli dotąd  tego nie wiedzieć.
– Effie Abernathy – prostuje gładko Peeta, pochylając się w jego stronę – i lepiej to zapamiętaj, Caesarze, bo jak ona usłyszy, że nie pamiętasz jak się nazywa i tu wpadnie, to nie chcę być w twojej skórze.
– Myślisz, że może to zrobić? – dopytuje rozbawiony dziennikarz, naśladując ruch Peety, jakby powierzali sobie jakieś tajemnice. Dołączam się do ich gry i dodaję cicho:
– Wszystko jest możliwe, w końcu mieszka zaledwie kilka domów dalej, a jestem pewna, że nas teraz ogląda.

Wszyscy podnosimy się, niemal jak na komendę, głośno się śmiejąc.
– Mówiłaś coś o dowcipie, jaki zrobiły ci Johanna i Effie ? – Caesar zwraca się do mnie.
– Taaaaaaaa – wciągam mocno powietrze. Nawet teraz, na samą myśl o ich „wspaniałym” pomyśle, gotuje się we mnie. – Wyobraź sobie Caesarze – zaczynam moją opowieść – moje dwie przyjaciółki szybko uświadomiły mi, że musimy udać się na zakupy w celu wyboru najpiękniejszej, najlepszej i najbardziej niesamowitej sukni ślubnej, która będzie godna naszego ślubu…
– Ale moment, przecież… – przerywa mi lekko zdezorientowany Caesar.
– Daj mi skończyć – podejmuję, nim zdąża wypowiedzieć swoją myśl. – Na nic były moje tłumaczenia, że mogę prostą suknię uszyć tu, w Dwunastce. Skutkiem tego odwiedziłyśmy wszystkie, dosłownie wszystkie salony sukien ślubnych w Jedynce i Dwójce, a także kilka położonych na obrzeżach Kapitolu. Zgadnij Caesarze ile ich jest?
Nie odpowiada mi, kręci tylko przecząco głową. Za to Peeta niemal dusi się ze śmiechu.
– Czterdzieści trzy, Caesarze, czterdzieści trzy salony mody ślubnej. I to tylko dlatego, że uparłam się nie iść do 10 położonych w centrum, mając świadomość, że na pewno znalazłby się tam jakiś paparazzi, który wypatrzyłby nas i trudno byłoby tak długo utrzymać ślub w tajemnicy. W każdym z nich przymierzyłam przynajmniej jedną suknie ślubną, przynajmniej jedną, a w wielu po dwie lub trzy. I z każdą było coś nie tak – jedna była za obcisła, inna za luźna tak, że nie było możliwość zebrania jej. Jedna za biała, inna wyglądała ponoć jak szara, jedna bufiasta, inna miała za mało falbanek, albo trenu, albo materiał był nieodpowiedni – jednym słowem – horror. Ja byłam coraz bardziej zmęczona i wściekła, podczas gdy moje przyjaciółki jakimś cudem pozostawały uśmiechnięte, wesołe i zadowolone z siebie. W końcu doprowadziły mnie do ostatniego salonu – zapewniły, że jeśli tu nic nie znajdziemy, to pozwolą mi uszyć suknię w Dwunastce. Właścicielką była nasza stara znajoma, Tigris – spoglądam na Ceasara upewniając się, że wie o kim mówię. – U niej przymierzyłam aż pięć sukien, tylko ze względu na nią – skąd inąd byłam zaskoczona, że ma na składzie także dość zwyczajne kreacje – i wreszcie powiedziałam dość. Byłam gotowa iść do ołtarza w skórzanej kurtce i spodniach, byle po raz kolejny nie wciskać się w tiule i falbanki. I wtedy Tigris powiedziała, że ma coś jeszcze, co powinnam zobaczyć, coś wyjątkowego. I pokazała mi…
– Suknię projektu Cinny? – Caesar nie wytrzymuje, a ja tylko kiwam głową, czując, że oczy napełniają mi się łzami, tak samo jak wówczas u Tigris, kiedy zobaczyłam tę moją suknię ślubną. Od razu wiedziałam, że wyszła spod ręki Cinny.
– Tak, spojrzałam wtedy na Effie, a ona opowiedziała mi o tym, że na krótko przed Ćwierćwieczem Cinna zostawił u niej dwie suknie. Jedną błękitną z informacją, że to na prawdziwe zaręczyny, a drugą – ślubną. Jak zawsze dokładnie wiedział, jak powinna wyglądać, bym była zachwycona i dobrze się w niej czuła. Tylko on naprawdę wiedział co mi się spodoba i w czym będę sobą.

W pokoju zapada cisza, nie słychać nawet szumu kamery, a ja czuję, że po policzku spływa mi samotna łza.

– A ty Peeta? – Caesar daje mi odetchnąć – Czy i tobie drużba przygotował jakąś niespodziankę? Bo chyba i twój garnitur nie był od nikogo anonimowego, tylko od Portii, prawda?
Peeta krótko się śmieje, nim zaczyna opowiadać.
– Ja mój ślubny strój dostałem od Asta, który jest moim przyjacielem i pełnił rolę drużby oraz od Haymitcha.  Plan był taki, że miałem – podobnie jak Katniss – przymierzyć setki garniturów, smokingów i fraków, by na końcu, w ostatnim sklepie dostać ten właściwy, ale – Peeta na moment zawiesza głos, jakby zastanawiał się, czy powinien kontynuować, jednak wreszcie kończy zdanie – Haymitch powiedział, że jest za stary na bieganie po sklepach i obaj wręczyli mi pokrowiec z garniturem. I tyle – tak wyglądało moje poszukiwanie stroju.

Obracam powoli głowę w stronę Peety. On też zwraca się w moją stronę i uśmiech spełza z jego twarzy. Chyba właśnie przypomniał sobie o tym, że nie wyprowadził mnie z błędu, gdy go żałowałam, że i jemu zaserwowano przedślubną wędrówkę.
– Nie chodziłeś o sklepach? – cedzę.
– Katniss…
– I nie musiałeś przymierzać tych wszystkich spodni, koszul, marynarek i muszek? – nie daję mu dojść do słowa.
– Katniss – powtarza ciszej Peeta, próbując mnie powstrzymać.
– I mnie okłamałeś!
– Nie okłamałem cię, nie opowiadałem ci tylko o tamtym dniu. A ty nie pytałaś – stanowczo stwierdza Peeta, na co nakłada się głos Haymitcha, który najwyraźniej także postanowił interweniować:
– Katniss, nie przesadzasz?
– To, czy przesadzam, nie jest twoją sprawą – odpowiadam mu stanowczo, z ironicznym uśmiechem. – Zresztą, ciekawe jak na te rewelacje zareaguje twoja żona.
– Jej tu na szczęście nie ma – odpowiada rozbawiony Haymitch, kiedy oko kamery zwraca się w jego stronę.
– Jesteś tego pewien? – ciche pytanie pada z ust Effie.

W jednej krótkiej chwili nasz prywatny wywiad zmienia się w jakiś chaos. Effie, mocno gestykulując, upomina Haymitcha, ja mierzę wzrokiem Peetę, mocno zaciskając usta, aby nie krzyczeć na niego publicznie. Najprzytomniejszy z nas pozostaje Caesar, który na wpół rozbawiony, na wpół zdezorientowany mówi wprost do kamery:
– Nim będą państwo świadkami pierwszej małżeńskiej kłótni Państwa Mellark, zapraszam na krótką przerwę. Po niej dowiecie się dalszych szczegółów ze ślubu i wesela – kto podarował Katniss i Peecie piękny drewniany łuk, pod którym składali sobie przysięgę małżeńską, jakie są tradycje ślubne w Dwunastym Dystrykcie i gdzie Para Młoda zamierza spędzić miesiąc miodowy. Do zobaczenia po krótkiej przerwie.

Czerwona lampka kamery się wyłącza, a my znów udowadniamy sobie, że musimy trzymać się naszej obietnicy sprzed sześciu lat…

I niespodzianka:
Mockingjay Soundtrack by PoIgrzyskach.pl (fan made) – wersja Spotify

Mockingjay Soundtrack by PoIgrzyskach.pl (fan made) – wersja Youtube

Jeśli nasza wersja się Wam podoba – zapraszamy do dzielenia się. Prosimy tylko o dodanie wówczas linka do naszego bloga 🙂

163. Spot wyborczy

Witamy,
Zapraszamy do czytania i komentowania (komentarze są BARDZO ważne :)),
Następna notka będzie w weekend,Pozdrawiamy,
A & A

Ich podobieństwo jest uderzające, to niemal kopia, zdjęcie, tylko żywe. Cofam się chwiejnym krokiem, opieram dłonią o szklany blat stołu. Mam wrażenie, że nie mogę złapać oddechu, mając przed sobą tę twarz, na którą nakłada mi się obraz tamtej, zmasakrowanej przez zmiechy. I ten szept, który nadal słyszę nocami: „Proszę”.
Przełykam głośno ślinę, a Marcus spogląda na mnie z lekko przechyloną głową.
– Wiem – odzywa się wreszcie, pocierając dłonią skroń. – Staram się wmówić sobie, że twoja strzała skróciła tylko jego cierpienia, ale – siada na podłokietniku kanapy – ale nie potrafię.
Spogląda na mnie jakoś twardo, ale zaskakująco szczerze, powtarzając – nie potrafię.

Czuję jak łzy powoli płyną mi po policzkach. Peeta nadal stoi przy drzwiach, jakby nie wiedział co zrobić w tej sytuacji, a Kate wodzi wzrokiem ode mnie do Marcusa i z powrotem, lekko zdezorientowana, zaskoczona, niepewna.
– Pytałam cię – podchodzi powoli do swojego chłopaka, biorąc go płynnym ruchem za rękę – czy na pewno chcesz tu ze mną przyjechać.
– Kate – Marcus odwraca głowę w jej stronę. Ma taki dumny gest, podczas którego podnosi głowę… To spojrzenie lekko spode łba, a teraz ten ruch i mina… Myślałam, że będąc kopią brata nie może go bardziej przypominać, ale gesty wzmacniają to wrażenie kilkakrotnie.
– Cato zginął na arenie, tego nikt nie zmieni. Gdybym skupiał się na tym co było, nigdy nie związałbym się z tobą. Poszedł tam, bo taka była decyzja twojego dziadka… – milknie.
– Ale ją obwiniasz, widzę to. Dlaczego? – choć ona nie zrobiła nic złego, widzę, że czuje się niezręcznie. Mówi cicho, lekko łamiącym się głosem.
– Nie obwiniam jej – spogląda znów na mnie. – Ale nigdy nie wymażę z pamięci tamtego obrazu, tamtej strzały wypuszczonej z jej łuku, ani jego martwych oczu.

W takiej chwili jak ta, jeszcze bardziej nienawidzę Snowa. Marcus ma rację, zabiłam Cato. A może powinnam powiedzieć „zabiliśmy”? Wspólnym wysiłkiem podjętym z Peetą zepchnęliśmy go z rogu obfitości, a ja wiele godzin później wystrzelliłam strzałę, która definitywnie pozbawiła go życia. Niezależnie od wszystkiego – to jest nasza wina. Oczywiście widząc to wszystko, wtedy myślałam, że wyświadczam mu ostatnią przysługę, ale z drugiej strony… Wiem, że było drugie dno… I to wspomnienie boli najbardziej…

Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego Kate do tej pory nie pokazała nam swojego chłopaka, tym bardziej, że ich ślub zaplanowany jest już za parę tygodni. Robią to wbrew woli jej matki, ale Kate ma charakter, który ciężko złamać. Przez ostatnie trzy lata była u nas kilka razy. Przyjaźń połączyła ją z Peetą – to z nim spędza długie godziny na rozmowach, to jemu się zwierza, natomiast nasz związek to raczej bliska znajomość. Obie próbowałyśmy, mam wrażenie, że starałyśmy się, ale gdzieś w głębi serca chyba od początku zdawałyśmy sobie sprawę, że nie będzie to możliwe.

– Masz wielkie szczęście, że nie musiałeś nigdy dokonywać wyboru pomiędzy swoim, a cudzym życiem – Peeta mówi cicho i choć pozornie jego głos jest spokojny, wyczuwam grające pod powierzchnią emocje. Mam ochotę podejść do niego i przytulić go. Przytulić się do niego.
– Wiem – odpowiada Marcus. – Wiem, ile wam zawdzięczam.
Nie tak to odebrał, nie o to chodziło, to całkiem nie tak…
– Nie chcemy twojej wdzięczności. Chcę, byś zrozumiał, że to, co się robi, mówi i myśli na arenie, normalnie nie przyszłoby ci do głowy. I to nie frazes – wiem, co mówię, byłem na niej dwa razy.
– Panie Mellark…
– Jestem Peeta – przerywa mu mój narzeczony.
– Peeta – Marcus kontynuuje swoją wypowiedź – my byliśmy szkoleni do areny. Wiem, że nie widziałeś tego nigdy i na pewno nikt ci nie powiedział, skąd płynęła siła Jedynki i Dwójki, prawda? Domyślasz się na pewno, że walczyliśmy ze sobą podczas szkoleń, ale raczej nie wiesz, że noże i miecze były ostre, a nie wszyscy dożywali dnia kolejnego losowania. Niemniej instruktorzy nawet nam zawsze powtarzali, że arena to piekło na ziemi, że tego nie da się nauczyć, ani wytrenować. Bo na ringu stoisz godzinę, dwie, pięć. Tam – setki godzin, czasem bez snu, czasem bez wody, czasem na krawędzi szaleństwa. Mimo to byłem niesamowicie dumny z Cato, kiedy zgłosił się na ochotnika. Byłem pewien, że wygra, on zresztą chyba też. Podczas pożegnania powiedział mi „do zobaczenia za parę tygodni”. Nikt z nas nie zakładał, że on może nie wrócić do domu. Dlatego dla mnie i dla mamy jego śmierć była podwójnie trudna. Te wspomnienia bolą, bardzo bolą i proszę mi wybaczyć, ale nigdy o tym nie zapomnę.
– My też nigdy o nim nie zapomnimy – Peeta nadal mówi pewnym głosem, choć ja znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że pod maską twardego mężczyzny, bardzo przeżywa tamte chwile.
Żałuję, że Kate nigdy nie zdradziła nam, kim jest Marcus, a my ani nie domyśliliśmy się, ani jej nie wypytywaliśmy. Teraz wiem, że powinniśmy…

– Mamy zaproszenie do pałacu prezydenckiego na kolację – chcę przerwać kłopotliwą ciszę, która zapadła. – Będzie tam wiele osób, wielu Zwycięzców… Macie ochotę tam pójść, czy raczej chcecie spędzić ten wieczór tylko z nami?
– Nigdy nie byłem w pałacu – stwierdza krótko Marcus. Blond włosy opadają niedbale na twarz, przesłaniając lekko oczy. Twarz Kate tężeje, ona sama kurczy się w sobie i w końcu wydusza:
– Nie wiem, czy będę tam mile widziana.
– Będziesz. Choćby dlatego, że będziesz z nami – odpowiada jej Peeta. – Poza tym wiele się zmieniło w ciągu ostatnich lat, nikt nic ci nie zrobi.
Dziewczyna patrzy przez chwilę na Marcusa, jakby rozważając w sobie wybór. W końcu podejmuje decyzję:
– Chodźmy więc.

W pałacu panuje nerwowa atmosfera. Jutro rozpoczynają się wybory – przez najbliższe dwa dni całe Panem będzie decydować, kto zostanie głową państwa na kolejne pięć lat.
Peeta miał rację, nikt nie ma za złe Kate jej przeszłości, ani rodzinę, za to większość podobnie jak my reaguje na Marcusa…

Kolację trudno zaliczyć do udanych. Prawie cały czas milczymy, skubiąc tylko podawane posiłki, a atmosfera jest prawie grobowa.
– Jeśli państwo pozwolą – Marcus zabiera głos, kiedy obsługa zabiera kolejne prawie pełne talerze ze stołu – chciałbym wyrazić swoje zdanie.
– W jakim temacie? – Paul spogląda na niego. Stres, w jakim ostatnio żyje wyostrzył mu rysy, a nawet uśmiech przychodzi mu niełatwo.
– Dlaczego nie prowadzi pan takiej kampanii wyborczej, jak pana kontrkandydat?
– Bo uważam, że powinno się mnie wybrać ze względu na to, co zrobiłem, a nie na to, co obiecuję zrobić – wydawało mi się, że Paul nie może się już bardziej spiąć, ale jednak to następuje. Od wielu tygodni każde z nas wspominało mi o tym, ale on uparcie trzymał się swojego zdania. Johanna prycha, jak zawsze w takiej sytuacji, ale Marcus wydaje się być tym nie zrażony – nie wie jak kończyły się ostatnie dyskusje na temat kampanii i wyborów. Za to po spięciu ramion Peety wiem, że równie dobrze jak ja, zna kres takich rozmów, ale nie ma pojęcia jak to przerwać nie stawiając w niezręcznej sytuacji ani kuzyna, ani naszego gościa.
– Rozumiem. Ale… jest pan pewien, panie prezydencie, że wszyscy pamiętają, co pan zrobił?
– Co masz na myśli? – Johanna uprzedza uwagę męża, wyraźnie zaskoczona postawioną tezą.
– Pytam, czy pan prezydent jest pewien, że każdy pamięta jego zasługi. Ludzie szybko zapominają co było złe, przyzwyczajając się szybko do tego, co dobre. A to oznacza, że jest wiele miejsc, gdzie obecny porządek rzeczy jest przyjęty jako obecny tu od lat, jak sądzę.
– Co proponujesz? – do rozmowy włącza się Haymitch, zagłuszając wręcz protesty Paula.
– Wydaje mi się, że to ostatni moment, by przypomnieć obywatelom, co było kiedyś i co może się powtórzyć. Ostatni moment, by przebić się przez wszechobecne komunikaty pana Grada.

Na twarz Beetee’ego wypływa dobrze znany mi uśmiech, który zwiastuje, że ma pomysł, gotów do szybkiej realizacji.

Johanna zajmuje się uspokajaniem wściekłego Paulowi, podczas gdy Beetee intensywnie pracuje. Jego dłonie śmigają po klawiaturze z prędkością, jakiej chyba jeszcze nigdy nie widziałam. W końcu, po trzech kwadransach, materiał jest gotowy.
– Miałeś to już wcześniej przygotowane, prawda? – warczy na niego wzburzony Paul.
– Nie do końca w takiej formie, ale tak – odpowiada spokojnie Beetee. Uwielbiam ten jego uśmiech – w kącikach oczu, w kącikach ust. Dla kogoś obcego to niewiele ponad cień uśmiechu, ale my wiemy, że Beetee jest rozradowany. – Panie prezydencie, to moje zadanie – pozyskiwać informacje, współpracować i przekuwać to na pana korzyść.
Widząc minę Beetee’ego, słysząc ten pewny głos doskonale wiem, że materiał emitowany tuż po wiadomościach, zaraz po spocie wyborczym przeciwnika, przekona wszystkim niezdecydowanych…

Ekran czernieje. Gdy wygasa już całkiem, powoli pojawia się na nim płonący symbol kosogłosa. W miarę jak rośnie, za nim wyłania się arena. A raczej kilka aren – szybki montaż kilkunastu ujęć, migają różne otoczenia, a zaraz potem twarze zmarłych trybutów z każdego dystryktu. Potem słychać przemówienie Snowa ogłaszające nasz powrót na arenę. Tym razem widzowie widzą twarze Zwycięzców, którzy trafili na 75 Igrzyska, z tym, że tylko kilka jest w kolorze, a reszta – przybrana kirem, podkreślającym poległych.
– Edukacja – Haymitch wypowiada tylko jedno słowo, a specjalny filtr wydobywa jego twarz z tła, by zaraz potem ponownie go w nie wtopić.
– Opieka medyczna – tym razem słychać i widać Beetee’ego.
– Bezpieczeństwo – Peeta ma opanowany, pewny głos, jaki zna całe Panem…
– Bez strażników pokoju – dodaję, uzupełniając jego wypowiedź.
– Równouprawnienie – Enobaria delikatnie się uśmiecha. Przechodzi mi przez myśl, że ten obraz jest jednym z silniejszych. Enobaria – Zwyciężczyni nigdy się nie uśmiechała. Była dzika, szalona, poważna, ale nie uśmiechnięta.
– Bez różnic pomiędzy Kapitolem i dystryktami – Kate wyłania się z ciemności i jako pierwsza pozostaje w świetle, a do niej dochodzi powolnym krokiem Marcus.
– Nigdy więcej igrzysk, nigdy więcej aren, nigdy więcej żałoby – chłopak patrzy pewnie w kamerę, biorąc za rękę Kate. Kolejny efekt płynnie nakłada na ich sylwetki dwa zdjęcia. Dziadka Kate i brata Marcusa.

158. Wybór Katniss

Witamy,
Ponieważ zauważamy niepokojący spadek ilości komentarzy, to chcąc Was rozruszać – następna notka pojawi się dopiero, jak pod tą dzisiejszą będzie co najmniej 60 unikatowych (czyli różnych – w sensie, żeby np. jeden komentarz nie został skopiowany 10 razy :)) komentarzy (aczkolwiek nie wcześniej niż we wtorek).
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Nie mogę przestać się uśmiechać – Flora jest śliczna i rozbrajająco słodka. Przez ostatnie kilka miesięcy sporo urosła, a jej buzia, z uroczymi pulchnymi policzkami, otulona kilkoma blond lokami na czubku głowy, sprawia, że nie mogę oderwać od niej oczu. Błękitne oczka podążają za każdym moim ruchem, a większość działań budzi śliczny, rozbrajający, dwuzębny uśmiech. Ubrana jest w białą koronkową sukieneczkę, przewiązaną różową szarfą tuż pod pachami, a małe nóżki z fałdkami wesoło podskakują przy każdym ruchu, kiedy chce zdjąć ze stóp białe skarpetki z różową kokardką.
– Ty tak nie patrz, tylko bierzcie się do roboty – z zamyślenia wyrywa mnie uwaga Amandy. Mam ochotę na ostrą odpowiedź, to nie jej sprawa, a równocześnie czuję rumieniec wypływający mi na twarz.
– I na nas przyjdzie pora – nawet nie zauważyłam, kiedy Peeta wszedł do salonu, ale jego odpowiedź przyjmuję z wyraźną ulgą.
– Tylko nie każcie mi długo czekać – ojciec Peety odpowiada z promiennym uśmiechem, puszczając do nas oko.
– Czy wyście wszyscy powariowali? – Haymitch jest stanowczy. Jego głos, tak różny od używanego ostatnio w tym domu delikatnego tonu, od razu przykuwa uwagę wszystkich, a w szczególności Flory. Na moment odrywa się od zabawy stópkami i spokojnie, wtulona w ramiona babci, patrzy na naszego mentora. Zupełnie, jakby wiedziała o czym mówimy, jakby chciała poznać dalszą cześć wypowiedzi Haymitcha.
– Przecież oni mają dopiero po dwadzieścia jeden lat. Już chcecie ich pchać w pieluchy? – rzuca pytanie w stronę naszych rodziców, a oni wymieniają dziwne, jakby porozumiewawcze spojrzenia.
– Wiesz – pani Mellark mówi cicho i spokojnie – ja w ich wieku miałam już kilkumiesięczne dziecko i…
– I może – przerywa jej bezpretensjonalnie Haymitch – powiesz mi, że ta sytuacja w pełni cię satysfakcjonowała? Może będziesz mi chciała wmówić, że uszczęśliwiały cię kilkurazowe nocne pobudki, zasikane pieluchy i ciągłego zmęczenie?
– Haymitch – Effie próbuje przebić się przez słowa męża, ale nie bardzo się jej to udaje.
– Takie życie wybrałam – odpowiada spokojnie matka Peety, a w jej oczach widzę tę pewność. Przez jedną krótką chwilę mam ochotę zapytać, czy dlatego była tak zgorzkniała i zła na cały świat, jaką ją nieraz widziałam, ale w porę gryzę się w język.
– Ale chyba wiem, do czego zmierzasz – zawiesza na moment głos. – Katniss i Peeta prowadzą zgoła odmienne życie, mają pracę, odnoszą sukcesy, cieszą się sobą i tym, co im to daje. I z żalem – puszcza oko do Haymitcha – muszę ci przyznać rację, w ich wypadku chyba jeszcze nie pora na dziecko.
– Dziękuję – Haymitch podnosi rozłożone ręce do góry, jednocześnie spoglądając na nas.
– Haymitch – Peeta przyciąga mnie delikatnie do siebie – ten jeden raz pozwól, abyśmy to my podjęli tę decyzję, dobrze?

W reakcji na jego słowa uśmiecham się promiennie. Nie sądziłam, że on, pragnący tego dziecka, będzie bronił mojej decyzji. Jestem mu wdzięczna za to i za fakt, że nie naciska na mnie w żaden sposób. Może kiedyś wrócić do tego, ale dziś, teraz przepełnia mnie błogie poczucie szczęścia i świadomości, że bez względu na swoje odczucia, stoi murem za mną. Wspinam się na palce, delikatnie przykładam usta do jego policzka i ledwie muskam jego skórę. Odskakuję zaskoczona – jeszcze nigdy tego nie czułam. Jego skóra jest inna od tej, jaką znam – lekko szorstka, chropowata. Podnoszę dłoń, przesuwam po policzku i czuję, że na jego twarzy pojawia się delikatny zarost. Dochodzi do mnie, że to, co wstrzyknęli mu jeszcze przed pierwszymi Igrzyskami, przestaje działać…

Byłam w swoim życiu zaledwie na kilku chrztach w Dwunastce. Zawsze wyglądają tak samo – dziecko, ubrane w czyste, odświętne ubranko (na tyle piękne, na ile stać rodziców), trzymane jest w ramionach przez jedno z chrzestnych, stojących na środku największego pomieszczenia w domu. Naprzeciw nich stoją rodzice, trzymają w dłoni zwykłą tacę. Na niej leżą dwie rzeczy – babeczka, apetyczna, ale bez ozdób, które przyciągałyby uwagę dziecka, a obok – mały kawałek czarnego węgla. To chwila, w której następuje moment wyboru, chyba pierwszego w życiu takiego malucha. Wyboru, który określi dalszy życie tego dziecka. Czy – sięgając po węgiel – określi, że będzie pracowało ciężko, za marne grosze w kopalni, czy – wybierając babeczkę – wywróży sobie mieszkanie w miasteczku i będzie wieść znacznie spokojniejsze i zasobniejsze życie.

Nie dziwi mnie, że Flora pewnie sięga po babeczkę – nieraz już ją jadła. Jej mała, pulchna rączka odrywa kawałek i pakuje wprost do swojej buzi, a do mnie dociera smutna kwestia. My, dzieci ze Złożyska, chyba zawsze wybieramy węgiel. To on wysypuje się z butów naszych ojców wracających z pracy do domu, to jego pył gości w naszych domach, to on jest elementem naszego życia. Jeszcze nigdy nie widziałam chrztu dziecka z Miasteczka, ale jestem prawie pewna, że one z kolei zawsze wybierają babeczkę. Każdy z maluchów wybiera to, co dobrze zna – dla nas jest to węgiel, a dla nich babeczka.
– To dziwne, a jednocześnie piękne – szepcze cicho Effie, a odpowiada jej tylko lekkie sapniecie Haymitcha.
– Może i masz rację – pan Mellark mówi cicho i spokojnie, jednocześnie sprawiając wrażenie zamyślonego. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby jakieś dziecko wybrało węgiel – spogląda na mnie z ukosa, jakby nad czymś się zastanawiał.
– Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby jakieś dziecko wybrało babeczkę – odpowiadam bez zastanowienia. Po ich minach widzę, że chyba powinnam była zachować to dla siebie. Ale ojciec Peety, choć zapewne nieświadomie, jakoś dziwnie sam wezwał mnie do ujawnienia moich przemyśleń…
– Dzieci ze Złożyska rzadko to robią – odpowiada smutno Haymitch – dla nich babeczka to coś nieznanego, dziwnego, więc wybierają coś, co już znają, co kojarzy się z rękami ojca i podłogą domu, po której raczkują.
– Co masz na myśli? – dopytuje Effie, kiedy siadamy i przyglądamy się Florze zajadającej w najlepsze słodkie ciastko.
– Nie wiem skąd wziął się ten obrzęd, ale jest dziwny – Haymitch nadal mówi powoli, jakby w zamyśleniu. – Nie świadczy o tym, jakiego życia zazna nasz potomek, a raczej o tym, co króluje w naszym domu – widząc niezdecydowaną minę żony, dopowiada. – Patricku, czy to pierwszy raz, gdy pozwalacie Florze zjadać takie przysmaki?
– Nie – odpowiada Patrick. – To nie jest jej pierwszy raz. Ona ma słabość do słodyczy, a dziadkowie to wykorzystują – spogląda lekko krytycznie na rodziców.
– I o tym właśnie mówię – stwierdza Haymitch. – Dzieci wybierają to, co jest im znane, nie to, co wedle gwiazd, przeznaczenia, czy czego tam jeszcze jest im zapisane. A potem często są wychowywane w przeświadczeniu, że będą pracować do śmierci w kopalni, albo opływać w wyimaginowane bogactwa w Miasteczku.
Wszyscy spoglądają na niego zaskoczeni. Tymczasem ja doskonale wiem, o czym mówi i bardzo się z tego cieszę.
– Czyli, jak dobrze zrozumiałem – włącza się do rozmowy Peeta – chodzi ci o to, że ja wybrałem babeczkę, Katniss węgiel, a nasze życie potoczyło się zupełnie inaczej?
– Dokładnie o to mi chodzi – ripostuje Haymitch, a Flora zaczyna się niecierpliwić na moich kolanach. Zdążyła już pochłonąć cały przysmak i najwyraźniej ma ochotę na jeszcze.
– Nieważne co się wybierze, ważne jak się żyje – Haymitch z promiennym uśmiechem rozpiera się na krześle i patrzy na wszystkich wyraźnie z siebie zadowolony.

Moja matka milczy, patrzy gdzieś w dal, podobnie jak rodzice Peety. Najprawdopodobniej wspominają dzień naszego chrztu, wybór przez nas dokonany i myślą teraz o tym, że ten zwyczaj faktycznie może nie mieć sensu. Opieram głowę o ramię Peety, a Flora pochłonięta kolejną babeczką ukradkiem podarowaną jej przez dziadka, cicho pomlaskuje.
– Przykro mi Haymitch – chwilową ciszę przerywa moja mama, spoglądają na mentora lekko szklistymi oczami – ale w twojej teorii jest drobna luka. Niewielka, ale jednak – spogląda na mnie ciepło.
– Jaka? – Haymitch mruży oczy.
– To wszystko, co powiedziałeś, ma jakiś sens, jest logiczne. Ale moje doświadczenie pokazuje, że jednak gwiazdy, przeznaczenie, czy jakkolwiek to nazwiemy, jednak istnieje.
– Masz na to jakiś dowód? – dopytuje Haymitch, a z tonu jego głosu zgaduję, że nie odpuści łatwo.
– Nawet nie wiesz, jak byliśmy zaskoczeni z Janem, kiedy Katniss sięgnęła po babeczkę – odpowiada moja mama spokojnie. Patrzę na nią z szeroko otwartymi ustami. Ja wybrałam babeczkę? Jakim cudem? Mama nigdy nie opowiadała mi o moim chrzcie, aż do teraz.
Podchodzi do mnie powoli, delikatnie kładzie mi dłoń na ramieniu i cicho mówi:
– Najpierw uważnie przyjrzałaś się tacy, wyciągnęłaś rączkę, jakbyś nie była pewna tego, co chcesz zrobić. Potem spojrzałaś na nas oboje i po chwili trzymałaś w rączce kawałek ciasta. Jadłaś go z niesamowitym apetytem, ale też wyciągnęłaś kawałki do nas. Nie wiedzieliśmy, co o tym myśleć, nie chwaliliśmy się tym za bardzo, bo nie znaliśmy nikogo, czyje dziecko postąpiłoby tak samo. Widać zawsze taka byłaś – walczyłaś o swoje, jednocześnie pamiętając o innych, Kochanie. I zobacz, gdzie cię to zaprowadziło – pochyla się i delikatnie całuje mnie w głowę. A potem szepcze:
– Ja wierzę w przeznaczenie.

Haymitch przez całe popołudnie siedzi dziwnie naburmuszony, jego spiskowa teoria chrzcielna została drastycznie obalona przez moja mamę i chyba trochę przeze mnie. Przez moment jest mi nawet trochę głupio, ale po chwili o tym zapominam.

Idziemy powoli droga prowadzącą do Wioski Zwycięzców. Mijamy znajome drzewa, krzewy, kamienie. Nie rozmawiamy, po prostu trzymamy się za ręce, każde zatopione w swoich myślach. Cały czas wraca do mnie fakt, że wybrałam inaczej jak wszystkie dzieci ze Złożyska.
– Od zawsze byłaś indywidualistką – Peeta spogląda na mnie lekko przechylając głowę, a jego kciuk delikatnie muska wnętrze mojej dłoni.
– Tak sądzisz? – pytam tylko, bo nadal nie bardzo wiem, co mam o tym wszystkim myśleć.
– Sadzę, że przeznaczenie istnieje Katniss i nasze wybory są tylko złudzeniem, bo tak naprawdę skrzętnie realizujemy plan, od dawna zapisany dla nas w gwiazdach.
– To by znaczyło, że nasze życie nie ma sensu. Po co wybierać, skoro i tak wszystko jest zapisane? A skoro już – wiesz może, co gwiazdy zaplanowały nam na dzisiejszy wieczór? – pytam go, lekko się uśmiechając. Dziś jestem już zbyt zmęczona, żeby podejmować się takich rozważań, jakie chyba proponuje.
– Tego nikt nie wie – odpowiada mi bardzo poważnie. – Ale wydaje mi się, że czeka nas miły wieczór – delikatnie całuje moją dłoń, przepuszczając mnie przodem w drzwiach naszego domu.

152. Bart Mullvaden

Witamy,
Dziękujemy za komentarze i prosimy o kolejne – one nas motywują niemało do dalszego pisania 🙂
Następna notka – w piątek.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Na salę wchodzi wysoki, lekko szpakowaty mężczyzna w czarnej todze, łańcuch na jego piersi symbolizuje władzę, jaką posiada. Omiata przelotnym wzrokiem salę, ale tak naprawdę chyba na nikogo nie patrzy. Podchodzi do stołu sędziowskiego i powoli siada na wysokim, obitym bordowym aksamitem, krześle. Na sali panuje cisza, ale sędzia i tak uderza drewnianym młotkiem w podstawkę, rozpoczynając rozprawę.
– Proszę oskarżonych o powstanie – mówi pewnym i stanowczym głosem, a czterej mężczyźni, odgrodzeni od pozostałych zebranych w sali rozpraw drewnianą barierką, zgodnie, niemal równocześnie wstają. – Ogłaszam wyrok… – sędzia zawiesza na chwilę głos, a ja zamykam oczy. Boję się, tak bardzo się boję, że nam się nie udało…
– Sąd uznaje oskarżonych winnych popełnienia przestępstwa…

Czuję się, jakbym cofnęła się w czasie, jakbym znów przeżywała wydarzenia ostatniej godziny…
Ledwo udało nam się wraz z adwokatem przecisnąć przez tłum dziennikarzy zebranych pod budynkiem. Kilka kroków od wejścia, kątem oka, zauważyłam Effie, która też próbowała się przepchnąć przez zbitych ludzi. Na szczęście jej twarz – wbrew pozorom – nie jest tak silnie kojarzona przez pismaków z brukowców, jak moja, więc poza trudnościami z przejściem, nie była przynajmniej atakowana przez nich pytaniami i aparatami fotograficznymi. Wyciągam rękę i mocnym szarpnięciem przyciągam ją do nas. Ma podkrążone i przekrwione oczy, pewnie żegnając się z Haymitchem też wylała niemało łez.
– Wiesz, co on mi powiedział? – mówi do mnie konspiracyjnym szeptem. Pewnie w normalnej sytuacji słyszałabym ją bez trudu, ale w tym harmidrze mam spore trudności, by zrozumieć, co do mnie mówi. W końcu domyślam się i kręcę przecząco głową, a ona znów nachyla się do mnie i tym samym tonem, z jakąś nutką oburzenia, szepcze:
– Kazał mi znaleźć sobie nowego męża, rozumiesz? – odsuwa się i patrzy na mnie z uniesionymi brwiami.
– Zmówili się chyba – stwierdzam. – Peeta powiedział mi to samo.
Effie prycha, a drzwi sądu zamykają się za nami. Idziemy obok siebie w milczeniu, słychać tylko głośny stukot szpilek Effie i wtórujący im znacznie ciszej stukot moich obcasów na kamiennej posadzce. Wchodzimy na salę rozpraw, ale dzisiaj siadamy gdzie indziej. Tym razem będziemy mieć sędziego naprzeciw siebie. Jesteśmy same – Paul i Johanna postanowili wziąć udział w oficjalnej uroczystości w Trzecim Dystrykcie, aby – ze względu na powiązania rodzinne – uniknąć ewentualnych podejrzeń, co do manipulacji przy wyroku.

Czekamy. Wprowadzają ich po dłuższej chwili, podobnie jak wcześniej skutych, w tych samych pomarańczowych kombinezonach. Mam tylko wrażenie, jakby zapadli się w sobie, jakby świadomość końca zmieniła ich postawy. Czuję jak drobna dłoń malutkiej Effie zaciska się na mojej – chyba nie ma nawet świadomości, że to robi, a ja nie mam serca powiedzieć jej, że zaczyna mnie boleć. Nie wiedziałam nawet, że ma tyle siły… Czuję czyjeś spojrzenie i kiedy podnoszę głowę widzę zaskoczenie Peety – musiał być pewien, że będę siedzieć blisko niego, ale jest inaczej…

Na salę rozpraw wchodzi sędzia, a za nim pełnomocnicy obu stron. Szybkie mrugnięcie okiem adwokata w naszą stronę sprawia, że obydwie na krótki moment oddychamy z ulgą. Udało się – sędzia wyraził zgodę na przesłuchanie jeszcze jednego świadka, choć nie musiał tego robić, bo teoretycznie postępowanie zostało zamknięte. Ale zgodził się, a teraz cała nadzieja w tych zeznaniach.
– Bardzo proszę o uwagę – sędzia szybko zaprowadza spokój na sali, a ja za plecami znów słyszę znienawidzony dźwięk migawek aparatów. – Ze względu na ujawnione przed momentem okoliczności, wyłączam jawność rozprawy – ton mężczyzny jest bardzo stanowczy, ale oświadczenie – tak różne od dotychczasowego przebiegu, sprawia, że na kilka sekund milkną wszyscy, a potem natychmiast podnosi się wrzawa ze strony reporterów. Nie dziwi mnie to – ich redakcje prawdopodobnie w każdej minucie czekają na ogłoszenie wyroku. Szczególnie popołudniówki liczyły pewnie na szybkie zamknięcie i publikację tego jeszcze dziś…
Po szybkiej interwencji ochrony sądu sala pustoszeje. Zostaje tylko sędzia, prokurator, adwokat i oskarżeni. Oraz my i pani Neve z córkami.
– W dniu dzisiejszym obrońca oskarżonych zgłosił świadka obrony. Co prawda zrobił to bardzo późno, ale po konsultacji z prokuratorem, dopuściłem dowód z jego zeznań – adwokat tłumaczył mi już, że to taka forma informowania przez sędziego, ale nadal dziwnie się czuję, bo nie opuszcza mnie wrażenie, że nie wiem, do kogo on się zwraca. Do oskarżonych, do nas, czy do rodziny Snowa…
– Panie mecenasie, proszę zaczynać – zwraca się w stronę naszego adwokata. Ten wstaje, krótko odchrząkuje i prosi o wprowadzenie do środka Barta Mullvadena.

To dość niski, szczupły mężczyzna. Ubrany jest na czarno, w przylegającą do ciała koszulkę z krótkimi rękawami i luźne spodnie. Do tego ma krótko przystrzyżone czarne włosy. Wygląda na silnego i wysportowanego. I choć większość świadków występuje w garniturach, lub choćby marynarkach, to on chyba nie wyglądałby w takim stroju naturalnie. Gdzieś w głębi budzi mi się wspomnienie Paula w takim samym stroju. Choć różni ich wzrost i kolor włosów, wyglądał… zaskakująco podobnie. Jakby mieli coś wspólnego. Choć wiem, że nie mają…
– Proszę się przedstawić.
– Bart Mullvaden – głos ma pewny, niski.
– Panie Mullvaden, proszę powiedzieć kim pan jest z… – adwokat przez moment zastanawia się – z zawodu? – kontynuuje gładko kończąc pytanie.
– Nim na to odpowiem, chcę mieć absolutną pewność, że nasza umowa jest aktualna – wyraźnie zwraca się do adwokata, ale patrzy na sędziego. Jakby miał świadomość, że tylko jego decyzja ma tu znaczenie.
– Jak najbardziej – sędzia potwierdza bez wahania – otrzymuje pan status świadka koronnego i tuż po złożeniu przez pana zeznań, zostanie pan przewieziony w wybrane przez siebie miejsce, gdzie zamieszka pan pod zmienionym nazwiskiem.
– Dziękuję – odpowiada świadek. – Jestem jedną z osób z listy płac nieżyjącego prezydenta Snowa, a później – jego syna.
– Rozumiem. Proszę wyjaśnić czym dokładnie się pan zajmował, jakiego rodzaju usługi świadczył pan obu panom Snow?
– To, co umiem najlepiej – odpowiada kąśliwie świadek.
– To znaczy? – adwokat nie daje za wygraną.
– Jestem zawodowym zabójcą – na sali panuje cisza od wprowadzenie świadka, ale mam wrażenie, że teraz jest jeszcze większa. Jakby nikt nie śmiał się poruszyć. Widzę tylko, że Peeta, Hoult, Connor i Haymitch wyprostowali się na swoich miejscach i wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. A pani Neve i Kate cicho wzdychają, zakrywając sobie usta dłońmi. Nie dziwię im się – podejrzewam, że nie posiadały takiej wiedzy…
– Czy może nam pan opowiedzieć o ostatnim zleceniu, jakie otrzymał pan od Snowa Juniora?
– Moim ostatnim wykonanym zleceniem było postrzelenie Peety Mellarka. Zresztą nawet nie do końca opłaconym. Część wynagrodzenia straciłem za karę, za postrzelenie tej małej z Jedenastce. Nie dostałem nic z drugiej transzy, bo zleceniodawca był na mnie za to wściekły. I potem przez jakiś czas nie dawał mi żadnych zleceń.
– Powiedział pan, że „przez jakiś czas”. Czy możemy rozumieć, że później się to zmieniło?
– Tak. Byliśmy po wstępnych rozmowach, ale zapłacić miał mi dopiero dzień po tym, jak go zabito. Byliśmy umówieni w małej kawiarni w okolicach centrum. Wtedy – jak zawsze – miałem dostać zaliczkę, a po wykonaniu roboty resztę.
– Co pan zrobił, jak dowiedział się, że on nie żyje? – dopytuje nasz adwokat.
– Spanikowałem – odpowiada bez zastanowienia Mullvaden. – Dla mnie komunikat był jasny – jeśli kogoś zabijają w ciemnej uliczce, jednym strzałem w głowę, to z reguły znaczy tylko jedno. Ktoś wiedział, co on planuje i postanowił temu zapobiec.
– Co pan zrobił potem? – wtrąca się nagle prokurator. Sędzia wykonuje jakiś ruch ręką, który chyba jest jakimś upomnieniem, ale adwokat nie reaguje, wręcz zachęca świadka do odpowiedzi.
– Wyjechałem natychmiast. Nawet nie wracałem do domu po rzeczy, tylko ruszyłem z tym, co miałem na sobie i z paroma groszami w kieszeni, pojechałem do Piątki.
– Dlaczego akurat tam? – drąży adwokat.
– Bo tylko na taką podróż starczyło mi pieniędzy – odpowiada Bart, wzruszając ramionami. Jego proste odpowiedzi są niesamowicie wiarygodne, a przy tym kompletnie nie wyglądają na wyuczone…
– Kogo miało dotyczyć zlecenie – adwokat wraca do tematu – za które miał pan otrzymać zaliczkę tamtego dnia w kawiarni?
Mullvaden powoli odwraca się, spogląda na mnie uważnie i lekko mruży oczy. Wreszcie znów zwraca się do sędziego i spokojnie odpowiada.
– Miałem dostać zaliczkę za zabicie Katniss Everdeen.
Cicha jest aż namacalna, słyszę bicie własnego serca i mam wrażenie, że wszyscy je słyszą. Czuję na sobie spojrzenia wszystkich, także Peety, ale nie chcę na niego patrzeć, nie teraz. Wpatruję się, jak zahipnotyzowana, w plecy Barta, kiedy pada kolejne pytanie, znów ze strony prokuratora.
– Jak pan sądzi, panie Mullvaden, czy pan Mellark i pozostali oskarżeni mogli dowiedzieć się o tym, co planuje Snow Junior?
– Myślę, że tak – zapytany przerywa na chwilę, jakby zastawiał się nad czymś – ten idiota omawiał ze mną wstępne szczegóły w domu pani prezydent Paylor, a z tego, co mi wiadomo, mogło to w prosty sposób przeniknąć do panny Everdeen i jej narzeczonego.
– Co ma pan na myśli?
– Już wtedy podejrzewałem, że pani Paylor zbyt łatwo wprowadza w różne pomysły swojego narzeczonego, który jest znany z przyjaźni z panną Everdeen… i panem Mellarkiem – cała sympatia, jaką udało mu się we mnie wzbudzić, pierzchła momentalnie. Jakimś cudem nawet gdy mówił o postrzeleniu Peety, jeszcze byłam tak szczęśliwa, że tu jest, że reszta nie miała dla mnie znaczenia. Ale to krótkie, jakże wymowne zawieszenie głosu, wyrwało mnie z jakiegoś letargu.
– Ale na potwierdzenie tego nie mamy żadnych dowodów, to tylko pana domysły, prawda? – oponuje prokurator.
– Tak się akurat składa – przerywa mu gestem dłoni mecenas – że mamy.
Podchodzi do swojej aktówki i wyjmuje z niej dwie zapisane kartki.
– Mam tu odręcznie spisane zeznania pana Hawthorne’a i pani Paylor, potwierdzające, że Snow Junior wspominał byłej pani prezydent o swoich planach. I choć ona ich nie popierała, uważając za zbyt ryzykowne, to dotarły one do pana Hawthorne’a inną drogą, a on rzeczywiście przekazał te informacje panu Mellarkowi.
– No dobrze – prokurator nie daje łatwo za wygraną. – A jak znalazł się pan ponownie znalazł w Kapitolu?
Bart krótko się śmieje i odpowiada:
– Burmistrz Ósemki mnie odnalazł i… grzecznie poprosił o złożenie zeznań.
Po tym oświadczeniu następuje chwila ciszy, aż przerywa ją sędzia:
– Czy mają panowie jeszcze jakieś pytania? – obaj przesłuchujący świadka mężczyźni kręcą przecząco głowami.
– Dobrze, więc ja mam jeszcze jedno pytanie – sędzia uważnie przygląda się świadkowi. – Czy wszystko, co pan powiedział, było prawdą?
– Tak – odpowiada Mullvaden stojąc mocno na nogach i prostując plecy.
– Rozumiem – sędzia kiwa głową – nim uruchomię całą procedurę przesiedlenia i ukrycia pana, potrzebuję jeszcze jednej rzeczy. Musi się pan zobowiązać, że dostarczy nam pan listę wszystkich osób, za których śmiercią pan stoi, a także listę zleceniodawców.
– Proszę o białą kartkę – odpowiada spokojnie Bart. Domyślam się, że te warunki zostały ustalone wcześniej, bo nie czuł się w żaden sposób zaskoczony oczekiwaniami. Sędzia kiwa głową, kiedy dwóch mężczyzn wyprowadza świadka bocznym wyjściem.

Gdy drzwi zamykają się, sędzia spogląda na oskarżonych, unosi pytająco brwi i głośno zadaje pytanie:
– Panie Mellark, czy był pan świadomy zagrożenia życia swojej narzeczonej, panny Everdeen?
– Tak, wysoki sądzie – odpowiada Peeta, wstając.
– Panie Haymitch, w jakim celu pan i pan Connor poszliście razem z panem Mellarkiem pod tamten klub?
– Aby zapewnić mu bezpieczeństwo i asystę w czasie wykonywania wyroku – odpowiada pewnie Haymitch, również wstając.
– A kto wydał wyrok? – wydawało mi się, że sprawy idą w dobrym kierunku, ale słyszę, że sędzia jest zirytowany i znów wpadam w jakiś rodzaj paniki, że wszystko poszło na marne, że się nie uda.
– Była to decyzja najwyższego rangą Dowódcy w całym Panem – wtrąca się Connor. – Jak wiadomo, jest ona jednoznaczna z wyrokiem.
– Mówi pan o?
– O dowódcy naczelnym Mellarku – dopowiada Hoult wstając jako ostatni.
– Dlaczego to pan pociągnął za spust? – sędzia postanowił dokładnie poznać wszystkie okoliczności, które dotąd zgodnie ukrywali.
– To był mój obowiązek, jako żołnierza dowódcy Mellarka – nie słyszałam Houlta przez całą rozprawę i chyba w ogóle niewiele mówił, bo głos ma bardzo chropawy, ale mimo to pewny.
– I było panów czterech?
Żaden z nich nie odpowiada, widzę tylko, że Haymitch skinął głową. Dzięki temu nie skłamał, choć sędzia domyśla się, że nadal coś ukrywają. Kręci głową i w końcu zadaje kolejne, równie celne pytanie:
– Szybki sąd wojskowy w obronie narzeczonej? – jest bardzo poważny…
– Nie, wysoki sądzie. W obronie Kosogłosa – odpowiada Haymitch patrząc w oczy sędziemu.

Wspomnienie tych słów Haymitcha wyrywa mnie z wspomnień, nagle dochodzi do mnie, że sędzia coś mówi, że odczytuje wyrok i dopiero po chwili dochodzi do mnie znaczenie jego słów:
– Sąd odstępuje od wymierzenia kary, powołując się na obronę konieczną, w tym wypadku obronę Kosogłosa, symbolu wolnego państwa Panem. Osobiście napiszę do prezydenta Mellarka wniosek o ułaskawienie panów. Zamykam rozprawę.

Mężczyzna w wojskowym mundurze podchodzi do ławy oskarżonych, zdejmuje kajdanki każdemu z nich, a później staje naprzeciw nich na baczność, unosi prawą dłoń do góry i salutuje im. Peeta  odpowiada na ten gest, po czym spogląda na mnie. Słowa przychodzą same, choć nie wypowiadam ich na głos, tylko poruszam ustami:
– Ja nigdy, przenigdy, nie będę z nikim poza tobą. Kocham tylko ciebie i jedyną osobą, z którą mogę być, jesteś ty.
Peeta w odpowiedzi przeskakuje barierkę, dwoma szybkimi susami dopada do mnie, bierze moją twarz w swoje dłonie i  cicho mówi:
– Zamknij się już, nie mów nic więcej – jego oczy są pełne szczęścia, jego dłonie nadal drżą po tym co usłyszał i co się tu wydarzyło, a w końcu cicho dodaje – chodź tu do mnie. – A potem długo i namiętnie mnie całuje.
Bardziej słyszę niż widzę, że Haymitch i Effie robią dokładnie to samo.