142. Zostań…

Witajcie,

Chyba powinnyśmy się przyznać, że nie spodziewałyśmy się aż takich reakcji na ostatnią notkę, choć same też miałyśmy bardzo emocjonalne reakcje pisząc ją i czytając. Mamy nadzieję, że ta również Wam się spodoba i liczymy na nowe komentarze i opinie.
Kolejna notka – we wtorek.
I gratulacje dla Agnieszki Sz. – ona pierwsza rozpracowała tajemnicę notki „Oczami matki” 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

—————–

Spoglądam przelotnie na swoje odbicie w lustrze i od razu dziwnie się czuję. Próbuję odwrócić wzrok, ale nie udaje mi się. Nie powinnam tego czuć, ale czuję. Wiedziałam, że tak będzie, choć sama się zgodziłam… Strach, prawie panika, choć wiem, że tym razem będzie inaczej. Wiem, ale i tak pocą mi się ręce, a gardło wysycha mi na wiór. Z tyłu dochodzi mnie cichy gardłowy, ledwie słyszalny jęk. To mama… Jest blada, widzę na jej twarzy wymalowany strach…
– Spokojnie, mamo – mówię ledwie słyszalnym głosem. Tylko… Kogo ja chcę oszukać? Obydwie identycznie reagujemy na mój dzisiejszy strój. Niebieska bawełniana sukienka do kolan, przepasana paskiem w tym samym kolorze. Lekko bufiaste rękawy, które zasłaniają górę moich ramion. Do tego dobrane kolorystycznie buty na niewysokim koturnie. I warkocz – taki sam, jaki mama zaplotła mi wtedy… Wyglądam dokładnie tak samo jak pięć lat temu, nawet rzęsy mam niepomalowane. I wychudzona po ostatnim roku twarz też wygląda jak wtedy, nawet cienie pod oczami mam chyba takie same…
Dziś obchodzimy kulminację obchodów Dnia Pamięci. Dokładnie o tej samej porze co pięć lat temu, po raz kolejny zostanę trybutem.
– Jesteś gotowa? – jej głos się łamie, dla niej ten dzień będzie olbrzymim wyzwaniem – po raz kolejny przeżyje swój największy koszmar i to chyba nawet podwójny. Ale taka była nasza decyzja w zakresie obchodów i ich formy. Ostatni hołd dla ludzi, których zniszczyły Igrzyska i rewolucja. Ostatni hołd i ostatnie spotkanie z nimi.

Pogoda też jest dokładnie taka sama jak wtedy – palące czerwcowe słońce i charakterystyczny o tej porze roku, ziemisto-kurzowy zapach Dwunastki. To wszystko miesza mi trochę w głowie, kiedy powoli idę w kierunku Placu Głównego. W głowie pojawiają mi się wspomnienia, ale – co ciekawe – nie te z przed pięciu lat, ale te późniejsze. Dokładnie tak samo czułam się idąc na Dożynki przed 75 Igrzyskami. Wtedy, tak jak i teraz, doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, co zaraz nastąpi. Ale wtedy Peeta był ze mną, mogłam liczyć na jego wsparcie, mimo, że z całego serca chciałam, by to Haymitch poszedł ze mną na arenę. Ale chyba już wtedy cała trójka wiedziała, że będzie inaczej, jakby to było przesądzone, że Effie wylosuje Haymitcha, a Peeta weźmie jego miejsce. W sumie… Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że może na obu karteczkach w tamtej kuli było nazwisko Abenathy… Kapitol znał nas wszystkich znacznie lepiej, niż chcieliśmy, znacznie lepiej niż zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Może z góry było takie założenie, że to on musi trafić na arenę…

Dochodzę w pobliże placu i widzę, że Peeta już tam stoi. Od uroczystości odsłonięcia pomnika pamięci nie rozmawiamy ze sobą. Ani ja, ani pozostali nie umiemy mu wybaczyć tego, że skazał Houlta na pewną śmierć. Wiem, że on nie pamięta, ale mimo to podjął działanie ściśle powiązane właśnie z przeszłością, której nie zna, poza naszymi plecami. Skutkiem tego proces o morderstwo Snowa ma się rozpocząć za tydzień, ale i tak znamy jego wynik. I choć Hoult uparcie milczy, na każde pytanie o swój udział i o udział innych osób, odmawia odpowiedzi, to znaleziono dowody na jego obecność w tamtym miejscu, więc każdy sąd go skaże. Gorzej, że wedle zebranego materiału, jasno wynika, że Houltowi towarzyszyły jeszcze co najmniej dwie osoby, co oznacza, że śledztwo będzie się toczyć jeszcze jakiś czas. I nikt z nas nie wie co i przeciw komu nakręcona przez Peetę machina śledcza znajdzie.

Peeta… Gdybyś tylko wiedział… Ale on nie wie, nie pamięta. Mimo to podejmuje decyzje bez konsultacji z kimkolwiek, niszcząc przy okazji ludzi, którzy murem za nim stali…

– Katniss – jego matka biegnie w moją stronę z szeroko rozłożonymi ramionami. Przytula mnie mocno, żadna z nas nie zwraca uwagi na ludzi, którzy przyglądają się tej scenie z zainteresowaniem. Po chwili dochodzi do mnie, że płacze. Najciszej jak potrafię, wciąż wtulona w jej ramiona, pytam:
– Pani Mellark, czy wszystko w porządku?

Nie odpowiada mi, tylko czuję, że zaczyna jeszcze mocniej płakać. Może na nią też tak podziałał dzisiejszy dzień. Ona też znów wyprawiła syna na Dożynki. Syna, którego późniejsze wydarzenia okaleczyły znacznie bardziej niż mnie…  Odruchowo, bez zastanowienia, pytam ponownie, choć inaczej:
– Mamo, co się dzieje?
Pani Mellark odrywa się ode mnie. Spogląda na mnie zapłakanymi oczami i wreszcie powoli wypuszcza powietrze, jakby chciała się w ten sposób uspokoić.
– Katniss, dziecko kochane, gdybyś tylko wiedziała, gdybyś wiedziała… – nagle mocnym szarpnięciem łapie moją lewą dłoń. Potem powoli, delikatnym ruchem bierze mnie za drugą rękę i uważnie przygląda się mojemu pierścionkowi zaręczynowemu. W tym samym momencie, dociera do mnie, że już nie mam prawa go nosić, ale tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że niemal nie zauważam jego obecności. Matka Peety, przesuwa po nim opuszkiem kciuka, delikatnie się uśmiecha. Na jej twarzy widzę ulgę…
– Jak ci opowiem, dziecko, co mi się śniło… – zawiesza na moment głos, kręci głową, jakby chciała przegonić natrętne myśli – to mi nie uwierzysz.
Stoi jeszcze kilka sekund patrząc na mnie, w końcu jej twarz rozpogadza się i odchodzi w stronę mojej matki, która z boku przypatrywała się tej scenie, zdumiona chyba równie bardzo jak ja.

Kilka kroków przede mną stoi Peeta. Tak samo jak ja, jest ubrany w taki sam strój, jak pięć lat temu. Zauważam, że ma lekko zamięty prawy rękaw koszuli i zastanawiam się, czy to przypadek, czy też ktoś dopilnował, by jego ubiór odwzorował tamten. Peeta patrzy na mnie dziwnie, czeka chwilę, w końcu ruchem głowy wskazuje na plac, pytając tym samym, czy idziemy. Przytakuję mu skinieniem głowy i powoli, ramię w ramię, idziemy na przeznaczone nam miejsce.

Wszystko wygląda identycznie jak pięć lat temu. Plac znów jest podzielony na sektory dla dzieciaków w odpowiednim wieku i wedle miejsca zamieszkania. Nawet Ratusz znów stał się brudnym Pałacem Sprawiedliwości, dzięki odpowiednio nałożonej na nadrukowanej płachcie. Dziwnie jest to wszystko widzieć, dziwnie czuć…

Po wejściu na plac rozdzielamy się – ja idę stanąć w sektorze dla szesnastolatków ze Złożyska, Peeta – do sektora dla dzieciaków z miasteczka. Przesunięto go możliwie blisko sceny, żeby Peeta nie musiał kuśtykać zbyt daleko. Widzę, że Haymitch jest już na podium, zobaczył nas i skinął nam lekko głową. On też jest ubrany w taki sam, jak wtedy strój. Prosty, dość elegancki garnitur, stąd nie widzę, czy jest poplamiony, czy czysty. Może to nawet ten sam, co wtedy… Jedyną różnicą jest to, że pięć lat temu widać było u niego mocno zarysowany brzuch, a dziś jest szczupły, więc wszystko inaczej się na nim układa. I na pewno nie cuchnie alkoholem jak wówczas. I nie spadnie ze sceny – to element, którego nie chcieliśmy powtarzać…

Ludzie milczą, atmosfera jest ciężka. Na wielkich telebimach, rozstawionych na całym placu, widać krótkie sceny z pozostałych dystryktów. W każdym z nich obchody odbywają się w tym samym czasie. Żyjący trybuci,  przebrani w ubrania, w których byli 5 lat temu, stoją na scenie. Oni wszyscy byli wówczas mentorami, więc tam było ich miejsce. Tylko my znaleźliśmy się po drugiej stronie, przygotowując się na horror, który dopiero nas czekał, przekonani, że zginiemy. A gdy wygraliśmy – byliśmy przekonani, że to już koniec… Oni już wtedy wiedzieli, że jest inaczej…
Spoglądam w górę. Pierwsza dama, w prostej beżowej sukience, która lekko ją opina (chyba już wtedy styliści zmuszali ją do nich), stoi blada. Obok jest Paul, który delikatnie trzyma ją za rękę. 5 lat temu go tam nie było, ale ze względu na funkcję i pewne obawy Johanny, czy sobie poradzi, znalazł się tam.

Wiem, że wszyscy czekają na to, by rozpocząć obchody w Dwunastce. Gdy Haymitch (jako burmistrz), zacznie krótkie przemówienie, to będzie sygnał dla pozostałych. Jednak widzę, że jego uwagę przykuło coś innego. Wiodę za jego wzrokiem i już wiem co…

Na ekranie pokazującym Czwórkę stoi Finnick. Gdyby nie lekko, niemal niezauważalnie drgające wokół powietrze, byłabym pewna, że to on. Przygotowany hologram jest właściwie idealny. Finnick ma śnieżnobiałą koszulę i luźne szare spodnie. Stoi obok Annie, która jako jedyna została zwolniona z aktywnego udziału w uroczystościach. Inna sprawa, że i tak nie była wówczas mentorką, więc nikt nie może nam zarzucić jakiś szczególnych względów.
Finnick… wygląda tak, jak wtedy, gdy zaproponował mi cukier w podziemiach Kapitolu. Uśmiechnięty, promienny. Żałuję, że nie mogę teraz usłyszeć jego głosu – Beetee zadbał o to, by hologramy „mówiły”, ale to tylko wykorzystanie nagrań, jakie były dostępne, by wszyscy usłyszeli ich słowa. Mam wrażenie, że Finnick zagląda do wózka, w którym śpi mój chrześniak. Zauważam, że Annie na niego nie patrzy, co w pełni rozumiem. Jego cyfrowy wizerunek wygląda niesamowicie realistycznie, można się pomylić…
Na kolejnych ekranach widzę pozostałe hologramy – Wiress, Rue, Thresh, Cato, Liszka… Wszyscy, którzy tamtego dnia byli na Dożynkach, powrócili z zaświatów, by razem z nami pokazać ludziom, jak wielkie straty ponieśliśmy. Spoglądam uważnie na Rue, która wygląda jakby uśmiechała się do swoich rodziców. Nagle transmisja na wszystkich telebimach zostaje przełączona na Czwórkę. Widzę Nathaniela, który siedzi w wózku. Ma szeroko otwarte oczka, rączki uniesione do góry i krzyczy głośno i wyraźnie. Łzy napływają mi do oczu, nie umiem złapać oddechu, dostrzegam tylko, że Annie chwieje się, a ktoś pomaga jej utrzymać się na nogach. Nathaniel doskonale wie, kogo widzi…:
– Tata, tata, tata, tata, tata, taaaaaaa

Przez łzy ledwie widzę, że ktoś wyprowadza Annie i wtulonego w nią Nathaniela. Nie mogliśmy tego przewidzieć. Nie sądziłam, że ten brzdąc, znający ojca tylko ze zdjęć, tak łatwo go rozpozna. I choć nigdy go nie widział, będzie chciał go dotknąć…

Na placu zapada cisza, widzę oczy wpatrzone we mnie i cicho wzdycham. Uroczystości czas zacząć. Kiwam Haymitchowi głową, a on – skupiony i opanowany – rozpoczyna swoja przemowę.
– Kiedy przygotowywaliśmy obchody Dnia Pamięci, który od tej chwili będzie w Panem obchodzony co roku, długo zastanawialiśmy się, jaka data będzie dla niego najodpowiedniejsza. Zebraliśmy opinie w całym kraju i okazało się, że prawie jednogłośnie, wszyscy wskazali ten dzień. Dzień, w którym pięć lat temu Katniss Everdeen i Peeta Mellark oraz 22 innych trybutów zostali powołani na arenę. Jednak to, co miało miejsce pięć lat temu w naszym dystrykcie, było spektakularne, choć nikt z nas nie miał pojęcia o konsekwencjach jednej emocjonalnej decyzji podjętej przez młodą dziewczynę, by ochronić siostrę. Nikt nie wiedział, że jedno wyznanie młodego chłopaka da podstawy do tego, by zmienić zasady Igrzysk. Ze jeden gest dwojga zakochanych nastolatków zburzy potęgę Kapitolu i da początek rewolucji. Dlatego też, stojąc tu dzisiaj przed wami, po raz kolejny przeprowadzimy to samo losowanie, które odbyło się pięć lat temu. Będzie miało ten sam przebieg i ten sam finał. Jego celem jest przypomnienie każdemu z nas – najstarszemu i najmłodszemu mieszkańcowi Panem – jak okrutne czasy udało nam się zamknąć, do czego może doprowadzić miłość, odwaga i poświęcenie. I jak wiele ta dwójka, wspierana potem przez wielu innych odważnych ludzi, zrobiła dla nas.

Po tych słowach Haymitch odchodzi do mikrofonu, przesuwając się do tyłu sceny, gdzie zawsze siedział burmistrz i mentorzy. Zarówno ja, jak i Peeta stoimy z przodu naszych sektorów, widać nas teraz wyraźnie na telebimach w każdym dystrykcie, zgodnie z planem. Haymitch pochyla głowę, a potem podnosi ją i unosi do góry trzy palce lewej ręki, dotykając nimi wcześniej ust. Gest, którym pięć lat temu pożegnali mnie mieszkańcy Dwunastki, a który potem stał się symbolem rewolucji. Obydwoje odpowiadamy mu w ten sam sposób, a zebrany wokół tłum dołącza się od razu. Na ekranach widać powoli unoszone ręce we wszystkich dystryktach – uroczystości zaczęły się.

Effie, znów ubrana w fikuśną garsonkę i różową perukę, stoi przy mikrofonie. Po jej twarzy płyną łzy. Wciąga powoli powietrze, spogląda na mnie ukradkiem i zaczyna:

– Witajcie, witajcie, witajcie – słyszę, że jej głos łamie się coraz bardziej. Zaciska mocno powieki, oddycha głęboko i kontynuuje, na szczęście trochę skrócone, przemówienie sprzed pięciu lat… W końcu dochodzi do nieszczęsnego „Wesołych Głodowych Igrzysk! Niech los zawsze wam sprzyja!” i oświadcza:
– Jak zawsze – panie mają pierwszeństwo – wkłada rękę do szklanej kuli, a mnie serce ściska żal. Mimo tego, że wiem, że mojej siostrze już nic nie grozi, to czuję się całkiem inaczej niż wtedy. Wówczas martwiłam się o Gale’a i o siebie. Nie przyszło mi do głowy, że to jej nazwisko zostanie wyczytane. Dziś wiem, co usłyszę i choć to tylko przedstawienie – serce mi wali jak młotem.
– Primrose Everdeen! – Effie czyta je wyraźnie, choć łzy obficie płyną po jej twarzy. Spoglądam na mamę, a ona nagle szeroko otwiera oczy, patrząc na telebim. Odwracam wzrok w tamtą stronę i widzę Prim. Kamera szybko wyłowiła ją z tłumu dzieci, widzę wyraźnie jej twarz, jej oczy. Rozgląda się i wreszcie powoli, noga za nogą zaczyna podążać w stronę sceny. Patrzę przez moment, jak otumaniona, ale w końcu zbieram się w sobie i mówię na tyle głośno, na ile daję radę:
– Zgłaszam się na trybuta! – wychodzę z sektora, idę w stronę sceny, nie oglądam się za siebie. W tym samym momencie scena zmienia się i na ekranach widać starszą Prim, w stroju pielęgniarki. Śliczne zdjęcie mojej małej, uśmiechniętej siostrzyczki…
Doszłam na scenę… Krew szumi mi tak, że nie słyszę, co Effie mówi. Ale wiem o co pyta:
– Proszę, proszę, brawo! Oto duch igrzysk! Jak się nazywasz?
– Katniss Everdeen – odpowiadam z trudem, jednocześnie kręcąc głową. To nasz umówiony znak, sygnał, że nie dam rady kontynuować tej rozmowy. Przymyka delikatnie oczy na znak, że rozumie i cicho kontynuuje:
– Teraz kolej na panów – spoglądam w stronę Peety. Nie patrzy na Effie, tylko na mnie. Widzę w jego oczach łzy, jakiś żal… Effie zatapia rękę w kuli z nazwiskami chłopców. Wiem co zaraz nastąpi, patrzę na niego uważnie:
– Peeta Mellark – pada z ust Effie. Jak wtedy – rozgląda się przez moment wokół siebie i wreszcie jakimś lekko niepewnym krokiem rusza na scenę. Jak wtedy – ma łzy w oczach. Nie staje jednak obok Effie, tylko koło mnie i robi coś, czego wtedy nie zrobiliśmy – bierze mnie za rękę. Jego dłoń jest ciepła, taka jak zawsze. Nie mam siły jej odtrącić, choć powinnam, a on łączy moje palce ze swoimi, dając mi oparcie w tej przytłaczającej chwili. Patrzę na niego i widzę, że blednie, ale to już nie jest gra. Jego dłoń nagle, niespodziewanie, zaciska moją w żelaznym uścisku, wszystkie mięśnie napinają się, a źrenice kurczą się do wielkości szpilek. Zamyka oczy, ale i tak widzę, jak szybko poruszają się pod powiekami.
Cholera, nie! Nieważne co się działo, nieważne co zrobił. W tej chwili potrzebuje mnie tym bardziej, że ja wiem, co się z nim dzieje, a on nie ma pojęcia. Nie chcę, by całe Panem było świadkiem jego ataku błyszczących wspomnień. Dotykam lekko jego policzka i najciszej jak potrafię szepczę:
– Zostań ze mną…

128. Wybuch

Witamy serdecznie w nowym miejscu :),
Tradycyjnie – zapraszamy do czytania i komentowania. Następna notka – we wtorek wieczór 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

——

Padam na kolana, cisza wokół aż wibruje… Dotykam spoconego czoła Peety, przesuwam dłoń w kierunku szyi – rozpaczliwie chcę wyczuć na niej puls, chcę mieć pewność, że on żyje. On musi żyć… Po co tu przyszliśmy, trzeba było słuchać przeczuć, które szeptały, że to niebezpieczne, zdradliwe. Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie…
Jest. Jest puls…
Na moment przytomnieję. Coś wyrwało mnie z rozmyślań, z tego dziwnego letargu w przerażeniu i gonitwie myśli. Błysk, który znów następuje. Podnoszę powoli głowę, przede mną stoi jakaś para. Ich fikuśne, kolorowe, lekko przyciasne stroje doskonale odzwierciedlają pochodzenie tych ludzi. Oboje patrzą na nas jak zauroczeni i robią zdjęcia. Jakbyśmy byli eksponatem, albo atrakcją turystyczną. Przenoszę wzrok na naszą przewodniczkę i widzę w jej oczach jakieś dziwne, dla mnie niezrozumiałe zadowolenie. Powinna mi pomóc, powinnyśmy ratować Peetę, który leży bezbronny i nieprzytomny na tej wysuszonej ziemi. Przecież on może umrzeć. A ona patrzy tylko…
– Peeta – szepczę przez łzy, bo właśnie dochodzi do mnie jak duży błąd popełniliśmy. Przyjechaliśmy tu sami – bez ochrony, ani nawet jakiejkolwiek asysty. Zanim uda mi się z kimś porozumieć, poprosić kogoś o wsparcie, miną cenne minuty. Na zebranych tu ludzi nie mam co liczyć – oni traktują wszystko, co się w tej chwili dzieje, jak jakieś fantastyczne doświadczenie.
– Katniss – obracam się przerażona, jeszcze jego tu brakuje. Głos Plutarcha brzmi jakby dochodził z chmur, albo z powietrza wokół. – Katniss, obejrzyj ranę i przede wszystkim wyciągnij żądło, to najpilniejsze. Poduszkowiec już po was leci – jego głos, wyraźnie zdenerwowany, niesie się po całej arenie 74 Głodowych Igrzysk.
– Lekarz – mówię przez zaciśnięte gardło, drążącymi dłońmi usiłuję złapać śliski kolec. Sama mam wrażenie, że ledwie mnie słychać, więc pewnie do Plutarcha i tak nie dociera mój szept.
– Spokojnie, wszystko jest przygotowywane… – a jednak usłyszał. Nie kończy zdania, gdy na ramieniu czuję dotyk czyjejś dłoni. Wzdrygam się i natychmiast gotowa do walki przyjmuję pozycję obronną. Hoult patrzy na mnie zaskoczony.
– Spokojnie, to tylko ja – mówi powoli, jakby bał się, że szybsza wypowiedź wyzwoli we mnie agresję. – Czy mogę go zabrać? – wskazuje głową na Peetę. Ulga sprawia, że nie jestem w stanie nawet odpowiedzieć, kiwam tylko głową. Hoult szybkim ruchem przerzuca sobie Peetę przez ramię i wynosi go z areny, czemu towarzyszy wyraźny jęk zawodu wydawany przez obserwujących nas ludzi.
– Chodźmy stąd – Zack delikatnie łapie mnie za łokieć, pomagając wstać.
– Jak? – patrzę na niego pytająco.
– Kamery – Zack wskazuje ruchem ręki cały teren. – To miejsce nadal jest nadzorowane. Plutarch produkuje tu jakieś dziwne programy. Nigdy ich nie oglądałem – momentalnie zastrzega się. – To on powiadomił pana Beetee’ego, że weszliście na arenę. Na szczęście – wypuszcza powoli powietrze.

Mimo, że Beetee – ja zwykle – wszystko szybko zorganizował, mimo, że tak naprawdę transport nieprzytomnego Peety do Kapitolu zajmuje zaledwie pół godziny, dla mnie trwa to całą wieczność… Lekarze już na nas czekają i przejmują pacjenta. Teraz czekanie pozostaje mnie – nic innego nie mogę już zrobić…

Siedzę pod salą, w której badają Peetę, gdy dołącza do mnie Johanna. Paul pojawia się chwilę później. Znów czekamy. Nienawidzę tych wlokących się niemiłosiernie minut, bezczynności i natłoku myśli… Wreszcie gdy lekarz wychodzi z sali, podrywam się z krzesła z nadzieją, ale już po jednym jego spojrzeniu wiem, że jest bardzo źle.
– Jad rozprzestrzenił się bardzo szybko. Niestety, nie znamy sposobu na skuteczne usunięcie go z organizmu. Pozostaje nam tylko czekać, aż sam sobie z nim poradzi. Na wszelki wypadek podajemy mu duże dawki środków uspakajających, nie chcemy, by męczyły go koszmary – zatrzymuje na chwilę wzrok na mojej twarzy, delikatnie kiwa głową i w końcu odchodzi.

Wchodzimy do sali – blady i pogrążony we śnie Peeta po raz kolejny leży na szpitalnym łóżku. Jego oddech jest spokojny, miarowy, ale gałki oczne bardzo szybko poruszają się pod powiekami. Instynktownie wiem, że nie zwiastuje to niczego dobrego. Powoli do niego podchodzę – tym razem jego dłoń nie jest tak zimna jak ostatnio, choć nie czuję także znanego mi ciepła. Odczuwam nieodpartą potrzebę przytulenia się do niego, przysiadam na skraju łóżka i znów, jak wtedy, ściągam buty. Johanna i Paul wymieniają krótkie spojrzenia i kierują się powoli do wyjścia, gdy do szpitalnej sali wchodzi Hoult. W ręce trzyma przenośny telefon, który stanowi specjalny sposób łączności z prezydentem. Numer pozwalający się z nim połączyć mają tylko wybrane osoby i ma być używany tylko w nagłych przypadkach. Paul wysuwa po niego rękę, ale Hoult go powstrzymuje.
– Z całym szacunkiem Panie Prezydencie, ale burmistrz Abernathy chce rozmawiać z panną Everdeen.
Bez zbędnych formalności przejmuję od niego telefon i ochrypłym głosem witam się z Haymitchem.
– Czy wyście kompletnie zwariowali?! – nasz mentor nie bawi się w zbędne powitania. – Po jaką cholerę – krzyczy coraz bardziej – właziliście na tę cholerną arenę? Co wam strzeliło do łba?
– To Peeta chciał – odpowiadam cicho i momentalnie robi mi się głupio, że całą winę zwalam na niego.
– To trzeba go było powstrzymać – warczy. – Niby dorośli, a dzieci, które trzeba pilnować na okrągło. Lecę do was. A tobie radzę odebrać telefon od teściowej – syczy. – Ale najpierw zobacz jakieś wiadomości, bo nakręcono z wami niezwykle ciekawy materiał – kończy rozmowę.
Spoglądam zaskoczona na Paula i Johannę – Haymitch wrzeszczał tak głośno, że słyszeli wszystko. Widzę rosnącą w ich oczach wściekłość.

Okazało się, że byłam tak zaaferowana tym, co stało się z Peetą, że nie zauważyłam, iż ta dziwna para nie była naszymi „fanami”, tylko pracownikami telewizji. Nakręcili całą relację z wydarzeń, w których wzięliśmy udział i zdążyli kilkakrotnie wyemitować, nim Beetee zdążył to zablokować.

Rozmowa z matką Peety nie należała do przyjemnych, choć ona sama nie krzyczała na mnie. Ale wiem, że każdy, z kim dziś rozmawiam, ma do mnie pretensje o to, że dałam się namówić na wejście na arenę. Że go nie powstrzymałam, że zgodziłam się iść tam bez ochrony. Ale byłam pewna, że nic nam nie grozi, że wszystkie niebezpieczne i zmodyfikowane genetycznie zwierzęta zostały z niej usunięte dawno temu, nim dopuszczono do zwiedzania obiektu. Okazało się, że osy przeniosły swoje gniazdo do dziupli drzewa, a dawno nie widziany błysk flesza aparatu, najprawdopodobniej je wywabił…

Haymitch i Johanna towarzyszą mi, kiedy w mroku wieczoru udajemy się ponownie na arenę. Komunikaty o konieczności natychmiastowego jej opuszczenia podawane są już od jakiegoś czasu. Protestujący stoją jednak zwartym szykiem przed jej wejściem, nadal gotowi bronić tego przeklętego miejsca.
– Strasznie mi przykro z powodu wypadku – zaczyna powoli przywódczyni protestu – ale nie rozumiem pani zdenerwowania, pani Everdeen – mówi wyniośle, najwyraźniej mając do mnie o coś żal. – Przecież pan Mellark był już w czasie Igrzysk pogryziony przez te paskudne owady i nic mu się nie stało. Ta utrata przytomności to pewnie przez upał – mówi z porozumiewawczym uśmiechem.
– O czym ona mówi? – wyrywa mi się.
Mocne szarpnięcie Haymitcha odciąga mnie na bok.
– Oni nic nie wiedzą. Informacja o osaczaniu Peety nie została nigdy podana do publicznej wiadomości. Nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji – mówi cicho wprost do mojego ucha.
– Rozumiem. I nie powinni się dowiedzieć – odpowiadam mu równie cicho. Przez ostatnie kilka miesięcy Peeta nauczył paru rzeczy nie tylko Paula, ale również mnie. Dlatego nabieram powoli powietrza i bardzo spokojnie, choć w środku cała drżę, zaczynam mówić:
– Proszę państwa, mój narzeczony bardzo dużo pracuje, jest przemęczony. Dziś mieliśmy wolny dzień, dlatego postanowiliśmy się z wami spotkać. Niemniej warunki jakie panują na arenie, nie wpłynęły na nas zbyt dobrze. Dlatego Peeta zemdlał – to prawdopodobnie reakcja na to, co działo się w naszym życiu w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Dodatkowo jeszcze ta osa – przywróciła złe wspomnienia. Tak, złe – dodaję w reakcji na zaskoczone miny zebranych wokół mnie ludzi. – Arena to miejsce narodzin i rozkwitu naszej miłości. Ale przede wszystkim to miejsce śmierci dwudziestu dwóch osób, miejsce gdzie cierpieliśmy głód, pragnienie, ból i strach. Dlatego decyzją sprzed roku postanowiliśmy wyburzyć wszystkie areny, włącznie z tą. I z tego względu proszę was – odsuńcie się, pozwólcie nam to bezpiecznie zrobić. Wróćcie do swoich domów, a – przez moment zastanawiam się czy to dobry pomysł, ale wydaje mi się, że Peeta postąpiłby tak samo – a za dwa tygodnie zobaczycie zdjęcia z najważniejszego wydarzenia w naszym dotychczasowym życiu.
– Co masz na myśli? – dochodzi z tłumu.
– Peeta i ja bierzemy ślub, wszystko jest już prawie gotowe. Dodatkowo zaraz po powrocie z podróży poślubnej udzielimy wywiadu telewizyjnego.
– Brawo skarbie – mówi cicho Haymitch, kiedy protestujący powoli opuszczają teren wokół areny.

Niebo przybrało barwę głębokiego granatu, na tle którego migocze milion gwiazd. Ktoś podaje mi małe prostokątne urządzenie z czerwonym guzikiem umieszczonym na środku. Jeszcze raz spoglądam na arenę, która budzi ponownie we mnie masę sprzecznych uczuć. Z jednej strony te ciepłe, jakich doświadczyłam w czasie pobytu z Peetą w jaskini, szczęście kiedy znalazłam go nad strumieniem. Ale i strach o jego życie, kiedy leżał chory, kiedy jego rana otworzyła się po walce z Cato, kiedy dziś padł nieprzytomny na ziemię. Bez mrugnięcia okiem naciskam czerwony przycisk. Po krótkiej chwili ciszy, siła wybuchu sprawia, że cofam się o kilka kroków, a w uszach dzwoni mi nieprzyjemnie. Arena płonie trawiąc nasze złe wspomnienia, dając mi przy tym dziwne uczucie satysfakcji.

Ojciec Peety siedzi na prostym krześle, ściska delikatnie rękę syna.
– Ślicznie powiedziane, dziecko – uśmiecha się do mnie delikatnie, a ja patrzę na niego zaskoczona. Wskazuje brodą telewizor.
– Relacjonowali to na żywo? – pytam go zaskoczona.
– Oczywiście – odpowiada mi przysuwając kolejne siedzisko do łóżka Peety.

Nawet nie wiem kiedy zasypiam. Budzi mnie ciepłe światło dnia i widok pięknych niebieskich oczu wpatrzonych we mnie.

126: Ślub

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Idziemy powoli, majestatycznie. Sala jest długa, po obu stronach zastawiona wygodnymi krzesłami z wysokimi oparciami, pośrodku zostawiono przejście. Tu też królują białe kwiaty, połączone ze świeżą zielenią wiosennych liści. Na szczęście nie ma ich tak dużo jak na korytarzu, dzięki czemu można oddychać bez przeszkód. Spoglądam na zebranych tu ludzi i po raz kolejny czuję ukłucie żalu. Tak niewielu nas zostało, zaledwie garstka tych, których nazywamy przyjaciółmi i rodziną. Gdyby nie wojna byłoby ich tu o wiele więcej – choćby Prim, Finnick… Z drugiej strony – czy gdyby rewolucji nie było, to kiedykolwiek zaprzyjaźniłabym się z „szaloną” Johanną i „pawiem” z Czwartego Dystryktu? Czy byłabym gościem na tym ślubie? Może Peeta, którego lubili od początku – tak, ale ja chyba nie. To tamte wydarzenia pozwoliły nam się poznać, zbliżyć do siebie, zrozumieć jak wiele nas łączy pod maskami, do których nakładania zmuszał nas Kapitol…

W rozmyślaniach i wspomnieniach dochodzimy do końca sali, gdzie na podwyższeniu stoi jakiś mężczyzna. Rozpoznaję go od razu, choć tym razem jest ubrany znacznie bardziej elegancko. Czarny garnitur, wyprasowana biała koszula z modnym kolnierzykiem, czerwony krawat – to wszystko nadaje mu szyku i powagi, ale niewiele zmienił się przez te miesiące.
– Dalton – mówię półgłosem.
– Katniss – odpowiada równie cicho, pochylając lekko głowę. Nim odwracam się do Peety, czuję na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, dlatego używam małego wybiegu, który jako pierwszy przychodzi mi do głowy, licząc, że mój narzeczony się domyśli:
– Będziesz Mistrzem Ceremonii na wszystkich ślubach Zwycięzców?
– Z największą przyjemnością – odpowiada spokojnie, równocześnie dłonią dając nam znak, byśmy zajęli swoje miejsca. Peeta, opuszcza ramię, przytrzymuje przez moment moją rękę, całuje dłoń i dopiero wtedy pozwala mi na zrobienie tych kilku kroków. Staję poniżej podestu, po prawej stronie, Peeta jest po lewej. Muzyka się zmienia i na dźwięk kolejnych taktów, zgodnie z planem, obracamy się powoli. Paul, ubrany w grafitowy garnitur, idzie pewnym krokiem w naszą stronę. Jest skupiony, ale uśmiechnięty, zdenerwowanie dosięga tylko jego oczu. Godziny spędzone na ćwiczeniach z Peetą i wieloma innymi osobami, przygotowania jakie podjął, przyniosły efekt. Podchodzi do podestu, tuż przed nim zwalnia, by wymienić jeszcze jakieś zdanie z Peetą, tak cicho, że nawet ja tego nie słyszę. Wreszcie robi mały krok i staje twarzą w twarz z Daltonem, mając Peetę za sobą.

Czekamy na kolejną zmianę muzyki i znów zwracamy się w stronę wejścia do sali. Jest – Johanna idzie podtrzymywana pod rękę przez moją matkę. Wygląda zdumiewająco, posągowa piękność… Po dziesiątkach przymiarek (i ona narzekała na Effie), w końcu wybrała suknię, którą zapamiętałam od samego początku. Wąski fason zaczyna się dekoltem w formie serca, mocno podkreślającym biust. Na górę nałożona jest delikatna koronka, w której wzorze ukryte są liście drzew z Siódemki – prezent od Effie, która ustaliła wymianę z salonem sukien jako niespodziankę dla Johanny (choć ostateczna decyzja należała oczywiście do dzisiejszej Panny Młodej). Misterny wzór spływa przez pas na boki bioder dodatkowo uwydatniając figurę kobiety. Talię podkreśla plisowany pas, zebrany biżuteryjną klamrą. To ukłon w stronę tradycyjnego stroju ślubnego z dystryktu Johanny, gdzie sztywne plisy nawiązują do faktury drewna. Suknia rozszerza się dopiero na wysokości kolan, umożliwiając Johannie poruszanie się, a na samym dole rozchodzi się w przepiękny półokrągły tren, obszyty tą samą co góra stroju, koronką. Już samo to wystarczyłoby, aby suknia zapierała dech, ale dla większego efektu została uszyta ze specjalnie tkanego materiału nazwanego rockiem – jak wytłumaczyła nam sprzedawczyni, splot w poziomie i w pionie nici o różnym kolorze sprawia, że w zależności od światła i ułożenia, suknia ma różną barwę – od kremu, przez złoto aż do bardzo jasnej, niemal niezauważalnej miedzi. Każdy krok, każdy ruch sprawia, że suknia wygląda inaczej, jakby była uszyta z dodatkiem magii, albo technologii Beetee’ego…


Uśmiecham się do niej najserdeczniej jak potrafię, kiedy oddaje mi bukiet. Niemal odruchowo wącham malutki, biało-zielony bukiecik. Uwielbiam zapach frezji – kwiatów, które rosną jakby rodzinnie, na wspólnej gałązce, rozwijając się powoli… Tym razem są przybrane gałązkami klonu tworząc prosty, cudny duet, który uzupełnia kreację, nie walcząc o pierwszeństwo, nie dominując nad strojem, ani panną młodą.

Johanna zatrzymuje się obok mnie, czekając na słowa Daltona:
– Witam wszystkich zebranych na tej podniosłej uroczystości – Mistrz Ceremonii zaczyna powoli pewnym i mocnym głosem. – Zebraliśmy się tu dziś, aby na zawsze połączyć losy tych dwojga – Johanny i Paula. Ale nim do tego dojdzie, tradycji musi stać się zadość. Pytam więc – kto oddaje rękę tej kobiety temu mężczyźnie?
– W zastępstwie jej rodziców – zaczyna moja mama drżącym ze zdenerwowania głosem – ja oddaję ją jemu i jego rodzinie.
– Kto – ponownie odzywa się Dalton – przyjmuje ją do swojej rodziny i obiecuje traktować jak jej członka, od teraz po wsze czasy?
– Ja – matka Paula tylko tyle jest w stanie z siebie wydusić. Łzy szczęścia i wzruszenia obficie płyną po jej twarzy, a moja mama symbolicznie „oddaje” Johannę Paulowi, wkładając jej rękę w jego dłonie.
– Moja matka i ja – kontynuuje Rose również wzruszonym i poddenerwowanym głosem – przysięgamy na honor własnej rodziny, że będziemy ją kochać i wspierać do końca naszych dni, jako naszą córkę i siostrę, którą dzięki temu małżeństwu się stanie.
Spoglądam zaskoczona na Peetę, nie jest to standardowy punkt ślubnej uroczystości. Krótka odpowiedź przyszłej teściowej wystarczyłaby w zupełności – matki zawsze w takim momencie się wzruszają, więc nikt nie oczekiwał niczego więcej. Wzrok Peety wędruje na krótki moment w stronę Asta, który w rogu sali, uśmiechając się delikatnie, odhacza jakiś punkt na podkładce, którą trzyma w ręce. Oczywiście, to on pomyślał o wszystkim.
– Paulu Mellark – Dalton bez mrugnięcia okiem kontynuuje uroczystość – czy w świetle słów wypowiedzianych przez twoją rodzinę, bierzesz za żonę obecną tu Johannę i przyrzekasz jej miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam ją kochać, szanować i trwać przy niej w zdrowiu i chorobie aż po kres moich dni – odpowiada Paul, a w jego oczach widzę szklące się łzy.
– Johanno Mason, czy przyjmujesz miłość obecnego tutaj Paula i przyrzekasz mu miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam kochać go, wspierać i trwać przy nim w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, aż po kres moich dni – odpowiada moja przyjaciółka.
– Mocą nadaną mi przez Panem z największą radością ogłaszam was mężem i żoną. Na znak przypieczętowania słów, które dziś wypowiedzieliście, wymieńcie się obrączkami – znów słyszymy spokojny głos Daltona, a w tym samym czasie Josh, ubrany w jasny garnitur, będący niemal kopią stroju Haymitcha, wchodzi na podest niosąc małą tacę, na której leżą dwa złote symboliczne krążki, z prostym grawerem z datą i inicjałami wewnątrz. Jest niesamowicie przejęty, a gdy mnie mija, słyszę jak cicho sobie powtarza:
– Najpierw wujek Paul, najpierw wujek Paul…

Paul wsuwa obrączkę na serdeczny palec prawej dłoni żony i delikatnie całuje jej rękę. Johanna robi to samo, ale na koniec całuje usta Paula. Wszyscy wstają, biją brawo, a Dalton mocnym głosem stara się przekrzyczeć burzę oklasków:
– Panie i Panowie – oto państwo Johanna i Paul Mellarkowie!
Brawa się nasilają, Johanna i Paul patrzą chwilę na zebranych, a później wpadają w nasze ramiona. Johanna ściska mnie mocno.
– Gratuluję kochana – mówię cicho, tuląc ją do siebie.
– Dziękuję – mówi coraz bardziej łamiącym się głosem.
– Hej, co jest – Johanna Mason płacze? – pytam ją rozbawiona, choć wzruszenie ściska i moje gardło.
– Mellark – odchyla się ode mnie – Johanna Mellark, półmózgu – ripostuje i odchodzi ode mnie z udawanym naburmuszeniem ale równocześnie puszcza do mnie oko. Kiedy składam gratulacje Paulowi, on patrzy na mnie chwilę, a potem zamyka mnie w uścisku i cicho mówi:
– Teraz wasza kolej, nie dajcie waszym matkom długo czekać.
– To nie tylko ode mnie zależy – odpowiadam z uśmiechem. – A dziś jest wasz dzień – jeszcze raz serdecznie gratuluję i życzę wam spokoju. I tej miłości, której dziś macie pod dostatkiem i takiego samego uśmiechu na twarzach…
– Dziękuję Katniss – patrzy mi uważnie w oczy – dziękuję za wszystko…

W piątkę przechodzimy do sali obok. Pośrodku stoi stół z przygotowanym do podpisu aktem małżeństwa, a tuż za nim – wycelowana prosto w nas kamera. Przez otwarte okno balkonu słychać zamieszanie na placu – oczywiście Kapitol zebrał się, by powitać nowe małżeństwo. Najpierw Johanna z Paulem (po dopowiedzeniu Daltona, że po raz ostatni Johanna ma się podpisać panieńskim nazwiskiem) podpisują akt małżeństwa, a po nich to samo robimy my, jako świadkowie. Na koniec swój podpis składa Dalton, poświadczając tym samym, że dokument i zawarte małżeństwo są ważne.

Za oknem wiwaty są coraz głośniejsze, ludzie domagają się wyjścia na balkon pary prezydenckiej. Raz jeszcze my składamy im gratulacje, tym razem słowami dokładnie przygotowanymi przez Asta i Peetę, a potem wychodzimy na zalany słońcem taras. Ludzi jest mnóstwo, krzyczą imiona młodej pary, mężczyźni rzucają w górę nakrycia głowy, a kobiety – kwiaty. Mimo wrzawy jeden mocny głos jakoś przedziera się i dociera do nas.
– Panie Prezydencie – to Connor zwraca się do Paula rozbawiony. Domyślamy się, że przyszykowali coś ponad ustalenia dokonane z Astem. – Panie Prezydencie, mamy coś dla Pana.
Wszyscy momentalnie spoglądamy w dół – na placu przed pałacem stoi Connor i kilku członków jego drużyny. W jednej ręce trzymają małe drzewko, to chyba sosna z korzeniami owiniętymi jakąś płachtą. Jeden z nich trzyma na sznurku coś jeszcze – małą bielutką owieczkę.  Johanna i Paul wybuchają gromkim śmiechem i szybko wychodzą z balkonu, chcąc udać się na plac. Spoglądam na Peetę, a on ściska moją dłoń i gdy chodzimy ze schodów, tłumaczy mi, że w Siódemce w dniu ślubu para młoda sadzi wspólnie młode drzewko, które symbolizuje później ich rodzinę, zaś w Dziesiątce rodzina i przyjaciele kupują młodym coś na rozpoczęcie hodowli – na ogół jest to jakieś źrebię, cielaczek lub owca.
– Owca? – Paul pyta Connora, tuż po tym, jak przyjmuje od niego gratulacje.
– Tak, bo ty i twoja żona jesteście łagodni jak baranki – puszcza do nich oko, kiedy wszyscy wybuchamy śmiechem. 

Johanna i Paul sadzą drzewo tuż przy murze Pałacu Prezydenckiego. Owieczka została zaprowadzona do jakiejś specjalnie na tę okoliczność przygotowanej przez Asta zagrody. Na szczęście poznał zwyczaje obu dystryktów i domyślił się, że prezent będzie zawierał nie tylko drzewko.

Peeta mocno mnie obejmuje, całuje w tył głowy. Stojąc za mną, zaplótł ręce na mojej talii, przez co możemy dokładnie podziwiać poczynania pary młodej.
– Ładnie ci w zielonym – mówi cicho.
– To butelkowa zieleń – odpowiadam mu z uśmiechem.
– Wiem, ale… – zawiesza głos.
– Ale…?
– Wolałbym cię w bieli.
– To może pora coś z tym zrobić?
– Może pora – zawiesza głos, bierze głęboki oddech. – Czerwiec to piękny miesiąc, nie sądzisz?
Obracam się szybko w jego stronę, uważnie mu się przyglądam. On patrzy na mnie wyczekująco.
– O czym rozmawiacie? – przerywa nam ojciec Peety, który wraz z resztą gości zszedł na dół, by wziąć udział w obrzędach z dystryktów.
– O czerwcu – odpowiada spokojnie Peeta.
– O czerwcu? – moja mama patrzy na niego zaskoczona.
– Tak – Peeta delikatnie się uśmiecha – co powiecie na czerwiec? – spogląda na nich uważnie, nadal trzymając mnie w objęciach.
– Ładny miesiąc – odpowiada jego ojciec – taki słoneczny.

Peeta delikatnie mnie odchyla i całuje w usta. A mnie ogarnia niesamowite poczucie radości.

125: Oświadczyny

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejny rozdział we wtorek (w ramach prezentów urodzinowo- imieninowych 🙂 ).

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Patrzę z zadowoleniem w lustro, w którym odbijamy się obie z mamą. Bardzo rzadko mamy okazję spędzić razem czas, więc gdy zaproponowała, że upnie mi włosy, ucieszyłam się. Choć mam tu na zawołanie fryzjerów i stylistów, najczęściej robię to sama. Dziś też miałam taki zamiar, ale układanie włosów przez mamę kojarzy mi się z dzieciństwem. I zachwytem Cinny, który nie miał wątpliwości, że fryzura przygotowana właśnie przez nią była idealna. Teraz jest tak samo – na początku nie byłam do końca przekonana, czy kwiat będzie do mnie pasował – to taka dziewczęca ozdoba. Teraz, gdy widzę efekt, wiem, że mama znów miała rację – śmietankowo biała lilia idealnie współgra z kolorem moich włosów, dodając elegancji odpowiedniej do dzisiejszej uroczystości.

Mimo tego, że przez cały poranek mama jest pozornie w bardzo dobrym nastroju, przede mną i tak nie ukryje prawdy. Widzę, że pod maską pogody i dobrego humoru kryje się zdenerwowanie. Widziałam je już w poduszkowcu w czasie lotu do Kapitolu – wówczas podejrzewałam, że to może smutek ze względu na rozstanie z Shenem, na zostawienie pacjentów w szpitalu, z którymi wydaje się zżyta, którzy wypełniają jej większość czasu. Jednak widzę, że kolejny dzień nic nie zmienił – podejrzewam, że coś się stało i to chyba coś złego, skoro mama stara się to przede mną (nieudolnie) ukryć. Peeta, zgodnie z tradycją, poszedł przygotować się z Paulem, więc postanawiam wykorzystać sytuację.
– Mamo?
– Tak kochanie? – spogląda na mnie z wyraźna dumą. Długa suknia, którą mam na sobie, idealnie podkreśla moją figurę. Delikatne rozkloszowanie tuż poniżej linii bioder dodaje mi kobiecości, a dekolt karo ładnie podkreśla mój biust. Mimo, że suknia jest na szerokich ramiączkach, żakiet w identycznym kolorze sprawi, że nie będzie mi zimno.
– Co się dzieje? – spoglądam na nią uważnie, biorąc ją za ręce.
– Nic – mama głośno przełyka ślinę. Ona także wygląda bardzo elegancko. Kostium w delikatnym odcieniu mięty, który wczoraj kupiłyśmy w Kapitolu, sprawia, że moja mama wygląda dużo młodziej niż pokazuje to jej metryka. Po śmierci taty i Prim przygarbiła się, na jej twarzy pojawiło się mnóstwo nowych zmarszczek, włosy straciły dawny blask. Zresztą, ślad czasu i przeżyć widać nie tylko u niej, ale także u pani Mellark… Dlatego wczoraj cały dzień spędziłyśmy w polecanym przez Effie salonie piękności. Nasze matki zrobiły sobie nowe fryzury, a kosmetyczki zajęły się ich twarzami i paznokciami. Dziś będą pod bacznym okiem fotoreporterów, nie chciałam, by jakieś gryzipiórki dokuczały im złośliwymi komentarzami.
– Trochę się denerwuję – odpowiada mi po chwili.
– Rozumiem – pociągam ją lekko w stronę sofy, na której obie możemy usiąść wygodnie.
– Trema jest oczywista, w końcu pierwszy raz prowadzisz kogoś do ołtarza… Ale nie o to chodzi, prawda?
Mama długo milczy, po czym odpowiada:
– To przez Shena.
– Coś nie tak? – moje przypuszczenia jednak się potwierdzają.
– Nie, właśnie bardzo tak. I… I on… on…
– Co on? – serce mi wali tak, że prawie nie słyszę nic innego. Jeśli zranił mamę, to znów może zamknąć się w sobie, znów się załamie. Nie…
– Poprosił mnie o rękę – wyrzuca z siebie w końcu.
W pierwszej chwili się cieszę – moja mama znalazła kogoś, kto zapewni jej szczęście. Ale niemal w tym samym momencie czuję się, jakbym dostała cios w brzuch. Silny, odbierający oddech i spokój… Przed oczami widzę tatę – to przecież on był mężczyzną jej życia. To z nim miała się zestarzeć, to z nim miała patrzeć jak dorastamy. To on miał mnie prowadzić do ołtarza… Los chciał inaczej, ale tak trudno mi sobie wyobrazić ją w ramionach innego mężczyzny, zasypiającej w łóżku z innym. Moją matkę noszącą inne nazwisko. Zaczynam się pocić, spoglądam na nią z ukosa. Widzę, że wie jaka walka we mnie się toczy – mogłam oszukać telewidzów jadąc na dożynki, mogłam ich oszukać na arenie, ale mama mnie zna znacznie lepiej niż oni wszyscy razem wzięci. Widzę to w jej nerwowej reakcji – w napięciu mięśni wokół ust, drżących dłoniach złożonych razem, usztywnionych, by zmniejszyć niekontrolowany ruch.
– I co mu odpowiedziałaś? – pytam po chwili nienaturalnym głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła. Mam wrażenie jakby to mówił ktoś inny, jakbym słyszała to zza ściany z waty.
– Nic – odpowiada i zaczyna płakać.

Peeta, czemu cię tu nie ma, gdy jesteś potrzebny… W tej chwili jego obecność tutaj byłaby nieoceniona – jego spokój i opanowanie. Wiedziałby co powiedzieć, co zrobić. Byłby w stanie pomóc mi pokonać lęk i opór, jaki wywołały słowa mamy. Czuję, że oddycham bardzo szybko, a mimo to mam wrażenie, że się duszę, że nie jestem w stanie napełnić płuc powietrzem. Próbuję, ale nie jestem w stanie ustabilizować oddechu. Chyba nic nie jestem w stanie zrobić – ciągle mam przed oczami obraz taty całującego mamę na powitanie, gdy wracaliśmy z leśnych wypraw. Jego ciepły uśmiech na jej widok, jego miłość, jaką widziałam na każdym kroku. Wszystko we mnie krzyczy: nie rób tego, nie zgadzaj się! Zostań wierną tacie do końca… Zostań do końca życia wdową.
Ostatnia myśl trochę mnie trzeźwi – czy to fair? Ja mam Peetę, mamy wspólną przyszłość, mieszkamy obecnie z dala od Dwunastki. Mama jest sama, właściwie w jej pobliżu nie ma już nikogo, kogo kocha. Tata i Prim odeszli, ja jestem daleko. Często nawet nie mam czasu, by z nią porozmawiać, nie mówiąc o byciu z nią. Po całym dniu spędzonym w pracy nierzadko nawet nie sprawdzam poczty głosowej – zdarzało się, że wiadomość od mamy odsłuchiwałam po 3-4 dniach. A jeszcze częściej to Peeta informował mnie, że mama nas pozdrawia, że pyta co słychać… Czasem to on nocami z nią rozmawia… Gdy uświadamiam sobie to wszystko, słowa przychodzą same:
– Kochasz go? – nagle mój głos jest cichy i opanowany, jakby struny głosowe uspokoiły się jako pierwsze, szybciej niż serce i mózg.
– Tak – mówi cicho mama, zaraz dodając – ale to inna miłość niż ta, którą czułam do twojego taty. Shen daje mi poczucie bezpieczeństwa, ciepła. Dba o mnie, pomaga mi. Jest… – spogląda na mnie, a w jej oczach widzę strach, pomieszany z nadzieją. W ustach czuję gorycz – moja matka boi się mnie… Boi się mojej reakcji na to, że jakiś inny mężczyzna może być dla niej ważny. Jest dorosła, niezależna, a mimo to swoją decyzję uzależnia od mojej reakcji. Nie mam prawa stawać na jej drodze, nie w taki sposób.
– Może powinnaś się zgodzić? – obraz ojca rozmywa się. Pozostaje tylko ona – moja matka, która świetnie zdaje sobie sprawę z moich początkowych odczuć. Studiuje bardzo dokładnie moją twarz, chcąc się upewnić, czy moje słowa są szczere, czy mają potwierdzenie w mojej minie, reakcji mojego ciała. A ja już rozumiem – nic nie zastąpi jej mojego ojca, dawno utraconej miłości. Ale moja mama tak wiele przeszła, tak wiele wycierpiała, a teraz ma szanse na normalne życie, u boku mężczyzny, który ją kocha. Może tak właśnie miało być. Ani tata, ani Prim nigdy nie chcieliby, abyśmy były nieszczęśliwe, żebyśmy całe życie poświęciły na żałobę po nich. Shen to dobry człowiek, tak samo skrzywdzony przez życie jak moja mama – może dzięki temu jest w stanie zrozumieć ją znacznie lepiej niż ktokolwiek inny.
– Tak – odpowiadam już pewnie, uśmiechając się delikatnie. Wiem, że to dobra decyzja. – A teraz chodźmy już, pora na nas. Bez nas nie zaczną – przytulam ją mocno.

Cały pałac został specjalnie udekorowany na dzisiejszy dzień. Idziemy powoli przez hol, tonący w tysiącu białych kwiatów. Ich zapach jest niemal duszący, ale zdjęcia będą przepiękne. Mama, która po naszej rozmowie, zrobiła się na chwilę pogodniejsza, znów wydaje się być spięta swoją rolą.
Cała uroczystość odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Dopiero podpisanie aktu małżeństwa zostanie upublicznione, tak samo jak obrzędy ślubne z dystryktu. Zdecydowaliśmy, że Kapitol powinien się dowiedzieć jak to się odbywa, jak fantastycznie obywatele Panem potrafią celebrować takie chwile. Początkowo mieszkańcy Kapitolu byli niezadowoleni brakiem relacji na żywo z całej ceremonii zaślubin, ale Peeta, jak zawsze, potrafił im to wyjaśnić. Powołał się na intymność chwili, na delikatność uczuć, na to wszystko, co sprawia, że młoda para chce w tym momencie być tylko z rodziną i przyjaciółmi. Równocześnie dziennikarzom obiecał trzy zdjęcia – z wymiany obrączek i pierwszego pocałunku oraz skrót z przysięgi Młodych. Wszyscy przyjęli to do wiadomości, choć wątpię, by w pełni zaakceptowali…

Podchodzę do stojącego przy wejściu do głównej sali Peety, on spogląda na mnie uważnie. Wygląda świetnie, garnitur idealnie leży, koszula współgra z kolorem mojej sukni. Wystarczył mu rzut oka na mnie i mamę, by dowiedział się, że coś się wydarzyło.
– Powiesz mi o co chodzi? – pyta szeptem, gdy zza drzwi słychać już pierwsze takty muzyki.
– Nie teraz – odpowiadam z uśmiechem. Nie mamy już na to czasu.
– Pięknie wyglądasz – mówi zmieniając łatwo temat, a ja jestem mu wdzięczna, że nie dopytuje o szczegóły.
– Musimy zaczynać – przerywa nam głos Asta – pora się przygotować.

Stajemy na wyznaczonych pozycjach, drzwi się otwierają, a wszyscy goście wstają. Uroczystość czas zacząć.

124: Sześcioraczki

Witamy 🙂

Sześcioraczki dedykujemy Kasi (nick wariatka59) i Adzie (nick adusia13248) – za inspiracje do poniższej notki 🙂 Dziękujemy 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy w niedzielę.

Pozdrawiamy A. & A.

Winda powoli sunie do góry, otaczając mnie cichym szumem niemal jak kołdrą. Zmęczenie dopada mnie coraz mocniej, powieki stają się ciężkie, same zamykają się. Gdyby było tu jakieś krzesło, prawdopodobnie już bym spała – tylko pozycja stojąca powstrzymuje mnie od odpłynięcia. Opieram głowę na piersi Peety, a on delikatnie gładzi moje włosy. Przytulona słyszę jego serce, czuję oddech i ciepło. I stłumione ziewnięcie. Podnoszę na niego wzrok – oczy ma tak przekrwione, że stały się niemal całkiem czerwone – białka pokryte czerwoną siatką nieprzyjemnie odcinają się od błękitu tęczówek; oczodoły otaczają fioletowo-szare sińce. To był ciężki i aktywny dzień. Poprzedzony dwiema dobami niemal bez snu…
– Zmęczony? – pytam cicho, kiedy winda hamuje, zatrzymując się na naszym piętrze.
– Wykończony – nawet gdyby tego nie powiedział, aż nadto wyraźnie słychać to w jego głosie. 
– Szybki prysznic i do łóżka? – marzę tylko o tym, by to potwierdził. Marzę o odpoczynku i śnie, ale chcę zasnąć z nim, a nie sama.

Całą noc nadrabialiśmy zaległości. W naszym domu, w Wiosce Zwycięzców, wśród lubianych sprzętów, wśród znanych dźwięków i spokojnych kolorów, w miejscu gdzie nie byłam wciąż wystawiona na widok, poczułam się znowu sobą. Znów najważniejsi byliśmy my, a nie Panem, Kapitol, dystrykty – ciągła bieganina i obowiązki, w której zatracamy siebie, która nas wyniszcza. Czar prysł nad ranem, kiedy nasze umysły zaczęły znów podsuwać nam listę spraw, jakie nas czekają, gdy tylko słońce wstanie.

Beetee przysłał po nas największy poduszkowiec – już wcześniej ustalaliśmy, że cała rodzina Peety i moja mama przylecą do Kapitolu – różnica polega tylko na tym, że lecą z nami, a nie sami. Na pokładzie znaleźli się także Haymitch z Joshem. Tylko Effie nie zdecydowała się na wyjazd, ale jej decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem – Elizabeth jest jeszcze malutka, ma zaledwie dwa miesiące. Haymitch pewnie też zostałby w domu, ale Josh żył wyprawą już od kilku tygodni, więc nie chciał zawieść syna. Natomiast Shen został w Dwunastce – ma się opiekować Effie. Z jednej strony cieszy mnie jego decyzja – Haymitch będzie spokojniejszy wiedząc, że przy jego żonie i córce jest ktoś zaufany, ale z drugiej… Miałam wrażenie, że ta decyzja przyszła mu bardzo łatwo, jakby nie chciał brać udziału w tym zamieszaniu. Mam nadzieję, że chodzi o Kapitol, którego nie lubi, a nie o jakieś problemy między nim, a mamą…

Tuż po wylądowaniu, przewozimy wszystkich szybko i sprawnie do ośrodka szkoleniowego, który pełni rolę hotelu. Cała rodzina zmieściła się bez problemu na dwunastym piętrze. Na szczęście, po remoncie, wystrój w środku nie przypomina tego, w którym spędzaliśmy czas przed Igrzyskami, więc nie wyzwala w nas traumatycznych odczuć. Resztę wątpliwości rozwiała mina mojej mamy, gdy zobaczyła widok z okna. Mnie już nie zapiera tchu, ale komuś, kto widzi po raz pierwszy panoramę Kapitolu – niewątpliwie tak.

Godzinę później, gdy już wszyscy się rozpakowali, zarządziliśmy wielkie zwiedzanie Kapitolu. To był fantastyczny, choć wyczerpujący dzień. Chodziliśmy po odbudowanych uliczkach, zaglądaliśmy do sklepów i kawiarenek rozpieszczając naszych bliskich. Staraliśmy się ukryć przed nimi ceny, ale dwukrotnie widziałam spojrzenie mam, gdy nie byliśmy wystarczająco szybcy. Choć obie wiedzą, że mamy niemałe oszczędności pozostałe z wynagrodzeń Zwycięzców, a nasze obecne kapitolińskie wypłaty pozwalają nam na bezproblemowe korzystanie z tego typu drogich rozrywek, to nadal mają w pamięci biedę i konieczność zaciskania pasa, jakie towarzyszyły im całe życie. I trudno się im pogodzić z bajońskimi cenami w stolicy.

Na początku nasza mała, dziesięcioosobowa wycieczka wzbudzała spore zainteresowanie. Ludzie oglądali się za nami zarówno dlatego, że rzadko widywali trzech Zwycięzców razem, jak i szukając śmiechu i rozbawienia, jakie towarzyszyło cały czas Joshowi i Peeterowi.  Mały Abernathy (Haymitchowi bardzo zależało, by jego syn jak najszybciej oficjalnie nosił jego nazwisko i choć testy potwierdzające ojcostwo były tylko formalnością, musiały zostać przeprowadzone ze względów prawnych – z tego względu on, jako jedyny, nie objął urzędu natychmiast, ale tydzień później) okazał się niezawodny w wyszukiwaniu kolejnych miejsc do zabawy. Mimo, że od wielu miesięcy nie mieszka już w Kapitolu, nadal doskonale zna jego topografię – szczególnie w zakresie miejsc stworzonych dla dzieci. Wreszcie chłopcy uparli się, żeby pójść do jakiegoś „wesołego kącika”, ciągnąc nas wszystkich. „Kącik” okazał się być olbrzymią salą zabaw – z kulkami, dziesiątkami rur, lin i ścianek wspinaczkowych. Przez moment przeszło mi przez myśl, że mogą nie zgodzić się na wejście Peetera, który wyglądem jest dorosłym mężczyzną, ale na szczęście nie było z tym problemu. Zresztą szybko okazało się, że nie był tam jedynym dużym uczestnikiem zabaw.

Kiedy chłopcy szaleli w swoim raju, my powoli sączyliśmy kawę w miejscu dla rodziców. Ludzie pokazywali nas palcami, słychać było szepty Czy to Katniss i Peeta? Czy to doradcy Pary Prezydenckiej? Peeta, wyczuwając moje zdenerwowanie, delikatnie gładził moją rękę. Zawsze próbuję się wyłączyć, nie słyszeć i nie widzieć ogólnego zainteresowania i ciekawości, ale chyba nigdy nie zaakceptuję tego, że każde nasze wyjście z domu, nawet prywatne, na kilkanaście minut, nie pozostaje niezauważone. 
– Czy wam to nie przeszkadza? – Patrick, skubiąc serwetkę, spogląda na nas z ukosa.
– Pytasz – Peeta na moment zawiesza głos – o to? – wskazuje głową jedną z kobiet siedzących za nami, która teatralnym szeptem tłumaczy koleżance, że to na pewno my, przy okazji komentując zachwyconym tonem mój ubiór.
– Mhm – potakuje cicho Patrick, krzywiąc się przy tym.
– Wiesz – odpowiadam mu – mnie bardzo. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Ale twój młodszy brat to uwielbia – odpowiadam kąśliwie.
– Tak – Peeta śmieje się krótko – uwielbiam to. Jak mam zły dzień, to biegam nago po Kapitolu i czekam aż mnie rozpoznają.
Pani Mellark krztusi się herbatą
– To dlatego jesteś tak popularny? – zagaduję go z uśmiechem.
– Tak kochanie, odkryłaś mój  sekret – delikatnie całuje moją dłoń.
– A tak poważnie Patricku – momentalnie zmienia mu się ton – prywatność odebrano nam w momencie, kiedy nasze nazwiska zostały wylosowane w czasie Dożynek. Od tamtej pory staliśmy się rozpoznawalni. A później ten osobnik – wskazuje dłonią na Haymitcha – dołożył wszelkich starań, by nikt nie zapomniał kim jesteśmy. Cóż, dzięki temu przeżyliśmy, ale to nie zmienia faktu, że w Kapitolu nieodmiennie jesteśmy traktowani jak małpki w zoo. W dystryktach jest trochę lepiej, ale tylko trochę. Dlatego tak tęsknimy za Dwunastką, za miejscem, w którym znają nad od tak dawna, że nie emocjonują się tym… – ma rację, dla nas Dwunastka to nie tylko rodzinny dystrykt, to miejsce w którym możemy być sobą. Owszem, tam też nie unikamy rozpoznania, uśmiechów, pozdrowień, ale tamci ludzie nigdy nie są nachalni. Znają nas od dziecka, patrzyli jak rośniemy, zmieniamy się, patrzyli na nas w czasie Igrzysk i Tournee. Nie jesteśmy dla nich celebrytami z okładek pism, tylko dzieciakami z sąsiedztwa, które znalazły się w złym miejscu w złym czasie i musiały stawić czoło sytuacji, by przeżyć.

W tym samym momencie, moje rozmyślania przerywa dziwne zamieszanie. Spoglądam za wzrokiem Peety, który wstaje z krzesła i widzę sunącą w naszą stronę Johannę. Obok niej idzie spokojnym krokiem Hoult – gdyby nie spojrzenie, którym wciąż wędruje wokół, spokojnie można byłoby ich wziąć za zatopionych w rozmowie przyjaciół.
– Dzień dobry – Pierwsza Dama uśmiecha się ciepło na nasz widok, a kobieta przy stoliku za nami mdleje artystycznie. 
– I jak znajdujecie Kapitol? – pyta z dziwnym akcentem, który natychmiast przywodzi mi na myśl Caesara.
– Takie to wszystko – zaczyna powoli ojciec Peety – wyniosłe.
Po jego słowach wszyscy wybuchają śmiechem, ale równocześnie mam poczucie, że on ma rację. Tu nic nie jest normalne – wszystko jest egzaltowane, wyniosłe, niezwykłe…
– Ciocia? – mała rączka Josha ciągnie za bladoróżowy żakiet Johanny zarzucony na jasną sukienkę.
– O, cześć przystojniaku – odpowiada mu z promiennym uśmiechem.
– Czemu jesteś w sukience? – Joshua marszczy brwi i ze zmarszczonym nosem uważnie się jej przygląda, czekając na odpowiedź.
– Bo muszę – odpowiada Johanna z nieukrywanym żalem i skrzywieniem, jakby ten fakt niemal ją bolał.  – Zapraszam wszystkich na kolację do Pałacu – zmienia po krótkiej chwili temat. – A z wami – wskazuje palcem na nas – mam do pogadania.
– Idziemy na dywanik? – Peeta mówi to tak poważnie, że przechodzi mi przez myśl, że to może nie być żart.
– Coś w tym stylu – odpowiada, jednak jej uśmiech przeczy słowom. Po chwili jednak pogodny wyraz twarzy znika, jak zdmuchnięty. – Mamy… mały problem z rozbiórką jednej z atrakcji turystycznych. Musicie tam pojechać jak najszybciej. Najlepiej zaraz po ślubie. 
– To chore – wchodzę jej w zdanie – przecież wszystko miało być już dawno załatwione.          
– Wiem – twardo kwituje Johanna – ale niektóre osoby traktują to jak pałac waszej miłości. I chyba tylko wy możecie coś z tym zrobić.
– Zrobimy – obiecuje poważnie Peeta – choćbym sam miał ją rozebrać.
Jego rodzice i moja matka wymieniają tylko spojrzenia. Nikt z nich o nic nie pyta, przyzwyczaili się do tego, że niestety często tak rozmawiamy, mając swoje sprawy, które ich nie dotyczą, lub w które nie chcemy ich wtajemniczać.
 
Resztę popołudnia i wieczór spędzamy w Pałacu Prezydenckim. W międzyczasie przyjechała także Annie i wraz z moją mamą pojechały do hotelu, podczas gdy Haymitch i Josh zostali w Pałacu. My odwieźliśmy rodziców i braci Peety do ośrodka, a później wróciliśmy do domu.
 
Wysiadamy z windy trzymając się za ręce. Przykładam palec do czytnika, wbijam kod i wchodząc do mieszkania marzę tylko o bardzo szybkim prysznicu i śnie. Nie dochodzę jeszcze do łazienki, gdy już dzwoni telefon. Spoglądamy na siebie zrezygnowani – nie mam ochoty z nikim rozmawiać, chcę spać. A dzwonek telefonu z reguły oznacza jakieś problemy, którymi trzeba się zająć… Peeta głośno wzdycha, ale podnosi słuchawkę. Na moment marszczy brwi, woła mnie, po czym uruchamia głośnik w telefonie. 
– Cześć – głos Gale’a mnie zaskakuje. Peeta siada na krześle, wzrusza ramionami i mówi:
– Słuchamy Pana, Panie Burmistrzu.
– Panie Doradco, dzwonię prywatnie – odpowiada mu równie oficjalnym tonem Gale. Tak jest odkąd został mianowany na burmistrza Ósemki i chyba żadnemu z nich nie zależy na zmianie.
– Co jest? – pytam go, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. Gale sporo nam pomógł, choć nadal, gdzieś z tyłu głowy, kołaczą mi się wspomnienia, jak bardzo nam kiedyś zaszkodził. 
– Kupiłem rodzeństwu psa – zaczyna Gale, a Peeta przerywa mu głośno się śmiejąc.
– Wiesz stary, to fantastycznie, ale jest pierwsza w nocy, a my prawie nie sypiamy. Możemy porozmawiać o twoim nowym zwierzątku kiedy indziej?
– Bardzo śmieszne – odpowiada mu kąśliwie Gale, choć chyba jednocześnie słyszę w jego głosie uśmiech. Po otrzymaniu nominacji, Gale szybko ściągnął do Ósemki swoją matkę i rodzeństwo. Nie było to dla mnie dziwne – ma teraz duży dom, pieniądze, może wreszcie zapewnić rodzinie utrzymanie. A pies… Cóż, to najlepszy dowód na to, że dobrze mu się wiedzie. Żadne z nas nie pozwoliłoby sobie na posiadanie w domu zwierzęcia, które byłoby tylko kolejną gębą do wyżywienia. Ale to było kiedyś, dawno temu. Jak mamy zwyczaj mawiać „wcześniej”, tym jednym słowem wyrażając wszystko, co działo się z nami przed rewolucją. 
– Dobra – kontynuuje Gale – chciałem wam tylko powiedzieć, że znalazłem Enobarię, ale skoro was to nie interesuje… – na moment przerywa, jakby czekał na naszą reakcję.
– A nie można było tak od razu? – ripostuje Peeta.
– Właśnie nie, bo Śnieżek, nasz pies, odegrał w tym dużą rolę. 
– Dobra, opowiadaj – mówię zainteresowana. Jakim cudem nasze wielomiesięczne poszukiwania spełzły na niczym, a jakiemuś psu udało się to tak szybko? Śnieżek… Dziwne imię…
– Śnieżek od jakiegoś czasu był nieswój. Chodziliśmy z nim do weterynarza, ale nic nie skutkowało. Marniał w oczach, a Posy chlipała po kątach. Parę dni temu jeden z moich pracowników powiedział mi, że kilka kilometrów stąd jest jakaś znachorka zwierząt. Uprzedził jednak, że ogólnie kobieta jest dziwna. Mówią na nią Koza, a mieszka w domu, który na pierwszy rzut oka wygląda jak beczka. Niemniej – jest skuteczna. Ponoć nie tylko leczy zwierzęta, ale też umie się z nimi porozumieć. Wygadałem się o tym i Posy zaczęła bez przerwy za mną chodzić i prosić, błagać, bym ratował psiaka. W końcu zabrałem Śnieżka i pojechaliśmy tam. Dom okazał się być wielką drewnianą stodołą, z malusimi oknami, rzeczywiście do złudzenia przypominał beczkę. Pukam, pukam, wreszcie otworzyła mi jakaś kobieta – cała w kozich skórach, z rozczochranymi włosami i błędnym wzrokiem. Miałem nawet wrażenie, że wzdrygnęła się na mój widok. Na początku nie chciała ze mną gadać, próbowała zamknąć drzwi, ale trochę ją postraszyłem i dało radę. Bardzo dokładnie obejrzała Śnieżka, dała jakiś ziołowy napar. Porozumiewała się ze mną na migi, nic nie mówiła. Ale słyszałem, że do Śnieżka coś szeptała, niemniej tam było ciemno, wilgotno i ponuro – ani nie słuchałem, ani się jej nie przyglądałem. Zapłaciłem, wyszedłem, a ona poszła za mną. Nawet pomachała mi na do widzenia. Ale coś nie dawało mi spokoju – miałem wrażenie, że gdzieś już widziałem te oczy. Dziwny był też ten początkowy strach, który potem przerodził się w  jakąś pewność siebie. Wróciłem do domu, a  Śnieżek faktycznie szybko wyzdrowiał. Ale ta myśl, że już ją spotkałem wciąż we mnie siedziała, więc postanowiłem się o niej czegoś dowiedzieć. Okazało się, że nikt nie wiedział skąd się przyjechała, jak ma na imię. Po prostu pewnego dnia się pojawiła, mówiąc, że nazywa się Koza. Wszyscy potwierdzali tylko, że ma rękę do zwierząt, aż wreszcie usłyszałem coś, co rozjaśniło mi w głowie.
– Co? – Peeta pyta cicho.
– Ona ma wilcze zęby – odpowiada Gale. A ja przed oczami widzę szpiczaste, ostro zakończone zęby wilka…
– Enobaria – wypowiadamy z Peetą jednocześnie. 
– Trzeba ją tutaj sprowadzić – dodaje spokojnie Peeta, ale Gale mu przerywa.
– Zapomnij o tym, pojechałem tam od razu. Powiedziała coś w stylu, że długo mi zajęło skojarzenie kim jest, ale pomyliłem się. Enobarii już nie ma – jest Koza, której jest dobrze tu, gdzie jest, bez zbędnego poklasku i bez wytykania palcami. Mam wam przekazać, że jeśli będzie kiedyś gotowa, to wróci, ale na razie liże rany i opiekuje się maleństwami.
– Maleństwami? – zastanawiam się, czy umysł nie płata mi figla.
– Tak – odpowiada zupełnie poważnie. – Enobaria ma… dzieci, dokładnie sześcioro. Sześcioraczki – milknie w oczekiwaniu na naszą reakcję.
– Ale… Ale jak, z kim, kiedy? Poza tym z tego co mówisz, to nie jest normalny dom. Dzieci muszą mieszkać w lepszych warunkach – Peeta ma gonitwę myśli, którą słychać w jego głosie.
– Nic im nie jest, nic im nie brakuje – przerywa mu Gale. Momentalnie rozpoznaję ten ton.
– Gale? – czekam aż wreszcie wyjaśni o co chodzi.
– Te wilczki są śliczne – mówi i parska śmiechem. 

123: Co się zdarzyło w Dwunastce

Witajcie.

Na wstępie przypominam o jutrzejszym spotkaniu- zaczynamy o 17:30 w Krakowie, Rynek Główny 11- Malaga 🙂 Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy !!! 

A teraz zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę wieczorem. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

Jednym z plusów pracy dla Prezydenta jest niemal nieograniczony dostęp do poduszkowca, z którego – o ile jest na miejscu – możemy skorzystać o każdej porze dnia i nocy. Wyszliśmy z mieszkania w dużym pośpiechu, więc dopiero kiedy już spokojnie siedzimy, zapięci pasami, spoglądam uważnie na Peetę. Nie muszę nic mówić, sam zaczyna.
– Dzwoniła ze szpitala twoja mama. Powiedziała, że Ivon urodziła i… I że powinniśmy przyjechać. 
– Peeta – spoglądam na niego unosząc brwi. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że moja mama uznała, że nasza obecność jest konieczna tylko ze względu na narodziny potomka Ivon. Szczególnie jej. Na dodatek jego odpowiedź, jaką słyszałam w trakcie rozmowy telefonicznej, nijak nie pasuje do prostego stwierdzenia, jakim mnie teraz obdarza. Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
– Co naprawdę powiedziała moja mama?
– Katniss, to co usłyszałem, było dziwne… Nieprawdopodobne nawet – wypuszcza powoli powietrze. – Sami przekonamy się, czy dobrze usłyszałem, czy może coś źle zinterpretowałem.
Strasznie mnie to irytuje – wie coś, ale mnie nie chce powiedzieć. Na dodatek strzępki rozmowy, jego mina… W tym momencie od mojego zgryźliwego komentarza ratuje go jeden z członków załogi, informując nas, że Beetee chce z nami rozmawiać. Przez kolejne kilka minut tłumaczymy dlaczego wzięliśmy najszybszy poduszkowiec. Na koniec Peeta wspomina niemal mimochodem, że zależy nam, by informacja o naszej nieobecności została możliwie tajną. 
– Za pięć dni ślub, a wy znikacie? – pyta nas lekko rozbawiony. – Odważni jesteście. 
– Rose uciekła – odpowiada mu śmiertelnie poważnie Peeta.
– Rozumiem – Beetee natychmiast poważnieje. Niestety, to nie pierwszy numer Rose – w takim razie znajdźcie ją szybko, a ja w razie potrzeby powiem, że pojechaliście do Dwunastki po rodziny, zgoda?
– Jesteś wielki – odpowiadam za nas, bo pomysł Beetee’ego w swojej prostocie jest niemal genialny. Praktycznie wszystkie przygotowania do ślubu są już zakończone, co boleśnie odczuwam w stopach i niemal każdym skrawku ciała. Spoglądam na Peetę, ale on unika mojego wzroku, patrzy przez okno, jakby zamyślony, ale po pracujących mięśniach wokół szczęki widzę, że jest poważnie wytrącony z równowagi. Widzę jednak, że nie powie mi o co chodzi, więc postanawiam lot wykorzystać na krótką drzemkę zamiast przekomarzać się z nim.
Gdy lądujemy na polach w pobliżu szpitala w Dwunastce, mama już na nas czeka. Widzę, że drżą jej lekko ręce, czego nie widziałam już od długiego czasu. Jest roztrzęsiona, ale głos ma pewny i od razu, nie bawiąc się nawet w słowa powitania, komenderuje nami. 
– Może wam uda się z niej coś wyciągnąć. Nie wiem co zrobiła, nie mam pojęcia co sobie myślała, ani na co liczyła. W każdym razie Ast się załamał. Najpierw nie chciał uwierzyć własnym oczom – mówi szybko, równocześnie prowadząc nas w stronę budynku –  potem dopytywał się, czy to jest możliwe…
– Ale o co chodzi? – wyrzucam z siebie, wykorzystując moment, gdy mama nabiera powietrza, bo obawiam się, że za chwilę znów zacznie się kolejna tyrada nawiązująca do czegoś, co wiedzieć powinnam, ale czego mój narzeczony mi nie przekazał. Mama zatrzymuje się na chwilę, spoglądając na Peetę.
– A co jej miałem powiedzieć? Sam nie wiedziałem czy dobrze zrozumiałem. Po co miałem coś pokręcić – tłumaczy się pod bacznym wzrokiem mamy.
– Peeta – w głosie mamy słyszę lekką dezaprobatę – chodź, pokażę ci niedowiarku. Myślisz, że sama nie byłam zaskoczona? Ale na pewno nie przekazałabym ci takiej informacji, gdybym nie była całkowicie pewna – przyznaje już trochę łagodniej.
Chłopczyk jest śliczny – ma niebieskie oczy, tłuściutkie nóżki, kępkę czarnych jak sadza włosków na małej główce. Leży spokojnie, zawinięty szczelnie w niebieski kocyk. Uśmiecham się na jego widok, a on odpowiada mi poważnym spojrzeniem małego dziecka. W końcu spoglądam na mamę, w oczach     mam pytanie o powód pokazania nam tego chłopczyka. Przed momentem bardzo się śpieszyliśmy, a teraz nagle mamy czas. Czyżby w jakiś pokrętny sposób chciała nam dać do zrozumienia, że marzą się jej wnuki?
– Jest śliczny mamo, ale chyba nie mamy na to czasu. Skoro już tu jesteśmy, to może zobaczymy dziecko Asta i Ivon?
– Katniss – mama lekko marszczy brwi – to właśnie jest dziecko Ivon.
Z wrażenia wspieram się na ramieniu Peety. On też patrzy na malucha z niedowierzaniem, nawet nie wyciągnął ręki w jego stronę, choć widziałam to wcześniej bardzo często. Zaczynam głośno, niekontrolowanie chichotać – jak zwykle w sytuacjach stresowych… Mama patrzy z pewnym niedowierzaniem, Peeta ze zrozumieniem. W końcu biorę tego chłopca za jego małą rączkę – leżąc w mojej białej dłoni wydaje się być jeszcze bardziej czekoladowa. W tym samym momencie przychodzi opamiętanie – dochodzi do mnie tragedia Asta. Związał się z Ivon, bo była z nim w ciąży. Później spotkał Rose, ale jego wcześniejsze działania rozdzieliły ich. Oboje ciężko przeżyli rozstanie i naszą decyzję o jej przeprowadzce do Kapitolu. Nagle teraz wszystko widać w innych barwach. Ciemnych jak skóra tego chłopczyka…
– Zostań tutaj – Peeta ma w głosie twarde nuty, choć widzę, że jest mu ciężko – idę z nią porozmawiać.
Nie czekając na moją reakcję szybko wychodzi z sali dla noworodków. Przez chwilę stoję na środku, zastanawiając się co powinnam zrobić. Iść za nim? A może nie powinnam się tam pojawiać – nie przepadamy za sobą, więc jej reakcja może być różna. Spoglądam na mamę, ona tylko bezradnie wzrusza ramionami, odkładając malucha do łóżeczka. Wychodzimy razem na jasno oświetlony korytarz i wtedy dochodzi do nas podniesiony głos Peety:
– Mów prawdę Ivon! – czuję na plecach dłoń mamy, która lekko mnie popycha, dając mi znak, bym interweniowała. Sama mam ochotę zrobić jej krzywdę za to, że tak perfidnie nas oszukała, ale jest środek nocy, a to jest szpital. Krzyki nie są tu mile widziane.

Kiedy przekraczam próg sali, w której leży Ivon, widzę, że kurczy się pod szpitalną kołdrą, jakby chciała zniknąć, albo choć pozostać niezauważoną. Choć na to już dawno za późno. Spogląda na mnie przerażona, przekonana, że ja też zacznę zaraz krzyczeć.
– To Eddie, prawda? – wymieniam imię przystojnego czarnoskórego chłopca z Dwunastki. Ivon nie odpowiada, naciąga tylko kołdrę na twarz i coś pod nią mamrocze. Peeta szybkim ruchem ściąga jej ją z głowy.
– Mama mnie zabije – po jej twarzy płyną łzy.
– Od kiedy wiedziałaś, że to nie dziecko Asta? – Peeta cedzi przez zaciśnięte zęby.
– Nie wiedziałam. Myślałam… Miałam nadzieję… – Ivon zanosi się płaczem.
– Miałaś nadzieję? Wiesz co zrobiłaś?! Masz świadomość, że…  
– On mnie nigdy nie kochał – przerywa mu Ivon.
– O kim mówisz? Pogubiłem się już w twoich kochankach – masz na myśli Asta, Eddy’ego, czy może jeszcze kogoś innego? – zakrywam dłoń Peety swoją. Ta dziewczyna jest głupia, ale robienie tu sceny nie ma sensu.
– Chodź, poszukamy Asta, nim zrobi coś nieodwracalnego.
– Peeta – Ivon najwyraźniej nie zrozumiała szansy, jaką chciałam jej dać, próbując wyciągnąć Peetę z sali. Domyślam się co chce powiedzieć…
– Nie Ivon – Peeta unosi ręce w obronnym geście. – Nie. Masz… niesamowity talent – mówi kręcąc głową – do niszczenia ludziom życia. Niesamowity. A ja nie mam ochoty po raz kolejny słuchać twoich kłamstw. 
Po tych słowach mocno łapie mnie za rękę i wyciąga na korytarz. Kiedy opuszczamy szpital rześkie, majowe powietrze pomaga nam się uspokoić. Peeta chodzi w kółko po placu przed szpitalem, raz po raz zatapiając dłonie we włosy. 
– Nie mam pomysłu gdzie mógł pójść – wyparowuje nagle niespodziewanie. Mam ochotę odpowiedzieć, że na razie nigdzie nie sprawdził, ale nie chcę go dobijać.
– A gdzie chodziliście, jak było wam źle? – skoro ja miałam takie miejsce, w którym się uspokajałam, którego pozwalało mi zebrać myśli, albo po prostu odciąć się od ludzi, to oni pewnie też. Peeta unosi do góry kącik ust i widzę błysk w jego oczach. Dałam mu nadzieję, że go odnajdzie nim będzie za późno.
 
Szkolny plac zabaw uległ całkowitej metamorfozie. Stare i odrapane sprzęty ustąpiły miejsca nowym, kolorowym i wygodnym. Domyślam się, że teraz to fantastyczne miejsce dla dzieciaków. Kiedy staję na czymś, co brałam za pomalowanym beton, okazuje się, że podłoże jest całkiem inne. Miękkie, sprężyste – pewno skutecznie łagodzi wszelkie upadki. Peeta też je zauważył – chodzi po nim śmiesznie, jakby sprawdzał sprężystość. Kucam, dotykam tej gumowatego podłoża i uśmiecham się promiennie. Haymitch świetnie się spisał – spędzanie tutaj przerw może być prawdziwą przyjemnością.

Peeta zatrzymał się i patrzy w dal. Podążam za jego wzrokiem i widzę Asta, który powoli, rytmicznie buja się na jednej z huśtawek. Podchodzimy powoli, gumowe podłoże maskuje dźwięk naszych kroków. Bez słowa zajmujemy miejsca koło niego, biorąc go w środek. Zauważa nas dopiero po dłuższej chwili. 
– Co tutaj robicie? – myślałam, że już się nie odezwie. Ma cichy i słaby głos – to, co się stało w ciągu ostatnich kilku godzin, na pewno było dla niego bardzo trudne.
– Przyszliśmy się pohuśtać – odpowiada spokojnie Peeta.
Ast gwałtownie odwraca głowę w jego stronę, skutkiem czego nie widzę jego twarzy. Tymczasem Peeta spokojnie i pewnie patrzy w oczy przyjaciela.
– Nie żartuj sobie ze mnie – głos Asta pobrzmiewa urazą, złością i rozpaczą.
– Nie zamierzam.
– Zapytam jeszcze raz – co tutaj robicie?
– Jesteśmy – inna odpowiedź, znacznie bardziej na miejscu niż poprzednia, wywołuje zupełnie inną reakcję. 
– Co ja mam teraz zrobić? – głos Asta się łamie.
– Nie mnie ci doradzać, moje rady ostatnimi czasy nie były zbyt trafne. Ale jeśli chcesz, mogę powiedzieć, co ja zrobiłbym na twoim miejscu. 
– Chyba nie chcę – cedzi Ast. Ale po chwili zmienia zdanie – no dobra, mów.
– Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym się nad sobą użalać. Spakowałbym się i poleciał jutro do Kapitolu. 
– Do Kapitolu – prycha Ast. – Niby po co mam lecieć do Kapitolu?
– Wiesz, w Kapitolu brakuje nam dobrych pracowników, a ty zawsze miałeś umiejętności organizatorskie. Niedawno z Pałacu Prezydenckiego odszedł główny zarządca, a ja muszę znaleźć kogoś na jego miejsce. 
Propozycja Peety jest dość nieoczekiwana, ale rzeczywiście to Ast, jako przewodniczący klasy, odpowiadał za różne akcje i zbiórki przeprowadzane w szkole. Nie mam pojęcia jak to robił, ale wszystko, co przechodziło przez jego ręce, zawsze było świetnie zorganizowane i zaplanowane. 
– To propozycja, panie Mellark? – chciałabym słyszeć cień uśmiechu w jego głosie, ale nie mam przekonania, czy sobie tego nie wymyśliłam.
– Tak. Pytanie tylko czy ją przyjmiesz.
– Przyjąłbym, tu nic mnie nie trzyma. Ale jak będę w Kapitolu, w Pałacu Prezydenckim, mógłbym przypadkowo spotkać Rose. Co wtedy?
– Może wtedy moja kuzynka znów zacznie się uśmiechać… 

Rose znajdujemy u Amandy i Patricka. To właśnie Amanda, pomagająca przy porodzie Ivon, powiadomiła o czarnoskórym synku kuzynkę swojego męża. Rose natychmiast wsiadła w pociąg do Dwunastki, ale nie znalazła Asta ani w szpitalu, ani w jego domu. Teraz rzucili się sobie w objęcia, mając nadzieję, że los pozwoli im znów na odwzajemnioną miłość. Choć to dopiero początek, a Rose ma charakter, który nie jest łatwy i pewnie jeszcze nieraz wystawi oboje na próbę.

Poranek i popołudnie spędzamy z rodzicami Peety, którzy dawno nie mieli możliwość spędzenia z nim kilku godzin, bo nawet jak był w Dwunastce, to wpadał do nich dosłownie na kilkanaście minut. Z kolei kolację jemy z moją mamą, która od razu proponuje nam nocleg, ale my wolimy spędzić tę noc w naszym domu. Prawdziwym domu. 

121: Zaprzysiężenie

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka we wtorek. 

Pozdrawiamy A. & A. 

– Bardzo ładnie wyglądasz Rose – uśmiecham się do niej delikatnie. Kuzynka mojego narzeczonego stoi, jak zwykle naburmuszona, przed dużym lustrem. Fryzjerka upięła jej włosy w delikatny kok, pozostawiając kilka pasm łagodnie spływających na plecy. W jednej z moich sukienek, przywiezionych tutaj zapobiegawczo przez panią Mellark, prezentuje się prześlicznie, choć jej mina na to nie wskazuje.
– Taaaa, wszystko jest cudownie – mówi ironicznie – tylko czemu czuję się jak skończona idiotka? – rzuca w moją stronę, kiedy i ja staję przed lustrem, by ocenić swój wygląd. 
– Takie już jesteśmy – odpowiadam jej szczerze. Doskonale pamiętam swoje początkowe odczucia w czasie 74 Igrzysk. Wydawało mi się, że te wszystkie stroje, które przygotował dla mnie Cinna, nie pasują do mnie. Wygładzam delikatny materiał sukienki, w której byłam na ślubie Patricka i Amandy. Byli doradcy Paylor chcieli nas wszystkich ubrać w nowe stroje, ale my wolimy wystąpić w tych, których już używaliśmy. Oczywiście za wszystko miał zapłacić Kapitol, ale Peeta ma rację – za pieniądze, które wydalibyśmy na ten jeden wieczór, można nakarmić wiele głodnych dzieci w dystryktach. Nasze plany co do kolacji z okazji zaprzysiężenia też raczej nie spodobają się ludziom w Kapitolu, ale tej chwili niespecjalnie nas to interesuje. Oczywiście nie możemy ich lekceważyć, ale równocześnie o wiele bliżej nam do tych głodnych ludzi, których spotkaliśmy w czasie objazdów dystryktów. To oni potrzebują naszej pomocy, nie Kapitol. Stąd też wzięły się nasze plany na dzisiejszy wieczór…

Do Kapitolu, na wieczorną uroczystość, przywiezieni zostali członkowie rodziny Paula, a także burmistrzowie wszystkich dystryktów. Ci ostatni będą nam potrzebni przede wszystkim jutro, choć ich obecność na zaprzysiężeniu też będzie dobrze wyglądać. Natomiast dziś… Dziś rozpoczynamy nowy etap naszego życia. Życia w ciągłym blasku reflektorów, pod ciągłym obstrzałem kamer i aparatów, ciągle obserwowani… Widzę, że Rose też się tego boi – jeszcze wczoraj nawet przez myśl jej nie przeszło, że jej brat będzie najważniejszym człowiekiem w całym Panem. A kilka tygodni temu nawet nie zdawała sobie sprawy z działań brata w czasie rewolucji. Brała go za dezertera – i choć była z tego powodu nieszczęśliwa, to chyba przyzwyczaiła się do tamtego biednego, ale stosunkowo spokojnego życia.
– To wszystko – zaczyna bardzo cicho, ze spuszczoną głowa, gdy sadzam ją na stojącej obok lustra, bogato zdobionej, pufie – nie mieści mi się w głowie. Paul… Nigdy nie sądziłam, że taką rolę dla niego przygotował los… I wy. Ale… – głośno przełyka ślinę i milknie.
– Ale? – zachęcam ją do kontynuacji.
– Ale – spogląda na mnie oczami pełnymi łez – nie potrafię się cieszyć jego sukcesem.
– Co się dzieje Rose? – kładę jej dłoń na ramieniu, przysiadając obok niej.
– To wszystko jest nie fair! – rozpłakała się na dobre. Próbuję się domyśleć gdzie tkwi problem, ale nie potrafię. Dlatego gładzę tylko delikatnie jej włosy, czekając aż się uspokoi.

Drzwi otwierają się cicho i do pokoju wchodzi Peeta. On też wygląda tak samo jak na ślubie swojego brata – równie pociągająco, wyprostowany, z lekkim uśmiechem i błyskiem w oczach. Patrzy na mnie pytająco, a ja bezradnie wzruszam ramionami. 
– Rose? – przysiada przed nią, biorąc jej dłoń w swoje.
Na jego widok Rose zaczyna szlochać i odwraca wzrok. Peeta powoli wypuszcza powietrze, wycierając kciukiem łzy.
– Rose – jego głos jest stanowczy, ale nie agresywny – zostaniesz tutaj z nami, dobrze? W tej sytuacji to najlepsze rozwiązanie – spoglądam na niego zaskoczona, a on ruchem głowy daje mi do zrozumienia, żebym nic nie mówiła. – Przykro mi, ale ten związek to kiepski pomysł, dlatego lepiej, byście pozostali oddzielnie. Nie chcę mówić, że nie pozwolę na ten związek, ale znasz już moje zdanie. Rozmawialiśmy o tym…
– Wiem – Rose przerywa mu cicho. – Nic nie zrobię, ale czemu to tak bardzo boli? – unosi zapłakaną twarz, spoglądając mu w oczy.
– Bo złamane serce, tak samo jak złamana noga – jak się zrasta, to boli – całuje ją delikatnie w czubek głowy. – A teraz doprowadź się do porządku, zaczynamy za pół godziny. Chyba nie chcesz, żeby całe Panem pomyślało, że płaczesz tak z powodu brata – uśmiecha się, puszczając do niej oko. Rose odwzajemnia się tym samym, ale uśmiech szybko znika z jaj twarzy. Peeta bierze mnie za rękę i wyprowadza z pokoju. Na korytarzu delikatnie mnie obejmuje i całuje w szyję.
– Pięknie wyglądasz, kochanie – szepcze, nie przestając mnie całować.
– Aż tak? – nie jestem w stanie się skupić się na niczym innym.
– Obawiam się, że tak – poważnieje, wzdycha ciężko, ale wciąż nie wypuszcza mnie z objęć. W końcu podejmuje – od jakiegoś czasu to podejrzewałem, w końcu Ast mi się wygadał. Zakochali się w sobie, ale ze względu na ciążę Ivon… – nie kończy, nie musi. Doskonale znam jego zdanie i choć ciężko mi na to patrzeć, zgadzam się z nim. Ast oświadczył się Ivon, zostawienie jej w tej sytuacji byłoby bardzo nie w porządku. 
– Ty też wyglądasz bardzo pociągająco – ruchem głowy staram się odgonić smutne myśli.
– Skoro już o tym mowa – figlarny uśmiech wypływa na jego twarz – to musimy jeszcze coś załatwić.  Ciągnie mnie w stronę wyjścia z pałacu, a potem w stronę szpitala, do gabinetu lekarskiego. 

Kiedy dziesięć minut później żegnamy się z lekarzem, triumfalny uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Ja też się uśmiecham.
– Teraz mi wierzysz? – pyta patrząc na mnie z przechyloną głową.
– Tak – nie muszę mówić nic więcej. Całuję go w usta, pozwalam się objąć, dotykać. Lekarz powiedział to, co tak bardzo chciałam usłyszeć, co mnie uspokoiło. Peeta jest całkowicie zdrowy, rana zagoiła się dobrze. Co prawda nadal powinien się oszczędzać, ale lekkie sporty i mały wysiłek mu nie zaszkodzą… 

Cała ceremonia przebiega szybko i zgodnie z planem. Gale nie daje po sobie poznać, że w czymkolwiek nam pomógł. Paylor kipi ze złości, ale widać przyjęła już do wiadomości, że Beetee powiedział prawdę. Podczas nominacji ani razu nie użyła imienia Peety, więc nasza interpretacja jest prawnie usankcjonowana. Mam tylko nadzieję, że nigdy się nie domyśli kto nam pomógł – bo o tym, że mieliśmy pomoc od kogoś z jej otoczenia, wie na pewno.

– Świadomy ciążącej na mnie odpowiedzialności – słowa Paula niosą się echem po placu, a także – dzięki transmisji telewizyjnej – są słyszane w całym Panem. Stoję pomiędzy Johanną, a Peetą, zwrócona w stronę przemawiającego Paula – przysięgam, że wszystko co zrobię w czasie piastowania urzędu Prezydenta Panem, będzie miało na celu dobro obywateli Panem – Paul kończy słowa krótkiej przysięgi prezydenckiej i odbiera z rąk Paylor małą książeczkę. Nigdy jej nie wiedziałam, ale dziś Beetee opowiedział nam, że to spisane 77 lat temu prawa, podstawa działania państwa. Czarna skóra jest w niektórych miejscach przetarta, ale widać, że przechowywano ją w dobrych warunkach. 
Paul siada na bogato zdobionym krześle, Paylor schodzi ze specjalnie przygotowanej na tę uroczystość sceny. Kiedy Johanna siada po jego prawicy, Peeta wystawia dłoń w moja stronę i stajemy za nimi. Peeta mówi cicho coś do Paula, a ten wstaje i ponownie podchodzi do mikrofonu.
– Obywatele Panem, chciałbym jeszcze ogłosić trzy kwestie. Po pierwsze z ogromną przyjemnością informuję, że Peeta Mellark zgodził się pełnić rolę mojego rzecznika i w razie potrzeby – reprezentanta. Po drugie – jego głos jest teraz bardzo poważny – jutro zostaną ogłoszone nowe nominacje na stanowiska burmistrzów w poszczególnych dystryktach. A po trzecie – jego głos znów lekko się zmienił – ale wcale nie najmniej ważne – w każdym Pałacu Sprawiedliwości w Panem czeka na wszystkich obywateli przygotowana kolacja z okazji dzisiejszego zaprzysiężenia. Mając na uwadze to, że zmieszczenie wszystkich obywateli w tych budynkach byłoby trudne, przygotowaliśmy ją w formie paczek. Czekają na każdego z was – od najstarszego do najmłodszego Panemczyka. Świętujcie razem z nami – uśmiecha się szeroko, wypuszczając powoli powietrze. Peeta dobrze nauczył go jak ma to powiedzieć – słowa, ton głosu. Z czasem Paul pewno sam będzie umiał się wczuć, ale na razie – musi się tego nauczyć.

Wrzawa jest nie do zniesienia. Jednak obecni tutaj burmistrzowie nie cieszą się z przyjęcia – właśnie zdali sobie sprawę, że ich dotychczasowe poczynania będą brane pod uwagę w czasie nowych nominacji. Zostawiamy ich samych, udając się powoli na kolację przygotowaną w sali obok. 

120: Prezydent Mellark

Kochani – korzystając z okazji- Anno- wszystkiego naj, najlepszego w dniu urodzin. 

A Was wszystkich zapraszam do czytania i komentowania. Kolejna odsłona w sobotę. Pozdrawiam ciepło.

A. & A. 

Samochód powoli zatrzymuje się na placu przed Pałacem Prezydenckim. Im wolniej jedzie, tym mocniej czuję zaciskające się wewnątrz obcęgi strachu. Zastanawiam się, czy to po mnie widać, czy powinnam to jakoś lepiej ukryć. Czy nie zdradzę siebie i nas wszystkich jakąś miną, jakąś nieprzemyślaną odzywką, spojrzeniem… Mam wrażenie, że Peeta i pozostali poradzą sobie lepiej ode mnie. Chyba tylko Johanna może wypalić z czymś niespodziewanym, ale obiecała się nie odzywać, więc słabym ogniwem pozostaję ja. Jeśli Paylor zechce mnie sprowokować… Nie, nie dam się, będę się trzymać ustaleń…
Zastanawia mnie tłum na placu – jest tu zaskakująco dużo ludzi. Czyżby Paylor zwołała zgromadzenie? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Choć z drugiej strony to akurat dość dobry układ, sprzyja naszym planom…

Zack otwiera przede mną drzwi i lekko się do mnie uśmiecha. Kiedy podaje mi rękę, pomagając wysiąść, cicho szepcze:
– Jest w sali obok, czeka tylko na wasz znak.
– Dziękuję – odpowiadam spokojnie, co z zewnątrz wygląda na kurtuazyjną wymianę uprzejmości.
 
Powoli wchodzimy po schodach, kierując się do przesadnie długiej sali, pełnej krzeseł przy prostokątnym stole. Paylor nie ma jeszcze, więc siadamy na wybranych miejscach i czekamy na nią. Wiem, że jej spóźnienie ma nam dać do zrozumienia, że jej pozycja jest wyższa niż nasza, że nie musi się z nami liczyć. Albo po prostu zdenerwować nas, żebyśmy łatwiej stracili panowanie nad sobą, dając jej możliwość przeprowadzenia własnych planów z mniejszą przytomnością umysłów.
– Witajcie – wchodzi zamaszyście, napełniając salę zapachem mięty, czyniąc przy tym wiele bardzo zbędnego hałasu. Wygląda zaskakująco elegancko, upięła włosy w wymyślny kok, ciemnopopielaty kostium nadaje jej szyku. Coś mi w tym wszystkim nie gra.
Paylor siada na honorowym miejscu i przygląda nam się przez moment, wygładzając delikatnie spodnium. Wreszcie spokojnym głosem zwraca się do nas:
– Zapoznaliście się z moimi propozycjami?
– Tak – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, w naszym imieniu mówi Beetee.
– Jakie jest wasze stanowisko? – uważnie i powoli przesuwa wzrok po nas wszystkich, jakby chciała sprawdzić, czy jest spójne, czy ktoś z nas przypadkiem się nie wyłamie, dając jej podstawy do dalszych zmian.
– Chcemy byś wiedziała, że bardzo uważnie przeanalizowaliśmy twoje sugestie. Nie możemy się zgodzić na żadną z nich – odpowiada pewnie patrząc jej w oczy. Uśmiecham się w duchu – Paylor to niezły polityk, Beetee to geniusz. Szkoda, że ta rozgrywka nie może być dłuższa, bo mogłaby być naprawdę ciekawa…
– Dlaczego? – Paylor niby wydaje się być zdegustowana naszą odpowiedzią, ale odnoszę wrażenie, że widzę cień uśmiechu przebiegający przez jej twarz. Jest pewna, że nas przechytrzy, zaskoczy.
– Paylor, nie możemy zgodzić się na twój powrót do władzy. To by oznaczało powrót do sytuacji sprzed kilku tygodni, która była dramatyczna. Anulowanie traktatu o Radzie Zwycięzców jest nierealne choćby ze względu na jego wewnętrzne zapisy – ani Prezydent, ani sami Zwycięzcy nie są uprawnieni do samowolnego wprowadzania zmian do tego aktu. Nie zgadzamy się również na twoją propozycję oddania władzy w ręce ludu Kapitolu – to chyba najbardziej absurdalny pomysł, jaki znalazł się na tej liście. Nie będę pytać, który z doradców go wymyślił, ale zwolnij go natychmiast. Jednocześnie musimy przyznać, że masz rację w jednym przypadku – stan wyjątkowy nie może trwać wiecznie. Władza w rękach wojska nie wpływa pozytywnie na nastroje nigdzie – ani w Kapitolu, ani w dystryktach. Im dłużej trwa, tym bardziej podsyca niepewność i niepokoje. W tej sytuacji muszę zapytać, czy masz jakieś inne propozycje? – teraz okaże się, czy Gale nie okłamał Peety, albo czy sam nie został wprowadzony w błąd. Czy informacje, które nam przekazał, mają pokrycie w rzeczywistości. Paylor lekko się rozpogadza, prawdopodobnie przekonana, że wszystko idzie po jej myśli. Pomysły, które przedstawiła wczoraj były tak absurdalne, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wyraziłby na nie zgody. I jesteśmy przekonani, że właśnie o to chodziło – o to, byśmy odrzucili jej sugestie, a równocześnie zaczęli się zastanawiać nad innym rozwiązaniem tej patowej sytuacji. Nie mamy też wątpliwości, że ma dla nas jakąś propozycję, która – po stanowczym odrzuceniu dotychczasowych, powinna – w jej rozumieniu – być przez nas łatwiej przyjęta, jako rozsądna i dobrze rokująca. Beetee wczoraj tłumaczył nam, że to dość znany mechanizm psychologiczny, choć zdążyłam już zapomnieć jego nazwę. 
– W takim razie, pewnie zgodzicie się ze mną, że Panem potrzebuje prezydenta.  I to pilnie – zaczyna mówić spokojnie i pewnie. – Potrzebuje kogoś, kto stanie na jego czele, kogoś kto, może z waszym udziałem, a może nie – nie może sobie nawet w tej chwili odpuścić uszczypliwości – będzie rządził krajem i wyprowadzi go jakoś na prostą, co wam przez ostatnie tygodnie niezbyt się udało. Tak się składa, że to ja mam nieszczęście być ustępującym prezydentem i zgodnie z prawem Panem, mogę wybrać swojego następcę.
– A my – przerywa jej Beetee.
– Jeszcze nie skończyłam – muszę przyznać, że Paylor potrafi być władcza. W trzech słowach, bez krzyku, bez szarpania, osadziła Beetee’ego, nie dając sobie przerwać. I rozumiem dlaczego pociągnęła za sobą ludzi 2 lata temu. Jest młoda i choć w tej chwili znajduje się na przegranej pozycji, do końca się nie poddaje. Wstaje z krzesła.
– To ja wybieram swojego następcę. I czy się wam to podoba, czy nie, według aktów prawnych dotyczących Prezydenta i Rady Zwycięzców, musicie go poprzeć – patrzy na nas z góry, chyba czeka na sprzeciw. Ale jestem pewna, że dokładnie wszystko sprawdziła i nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości sprzeciwu.
– Dobrze więc – głos przejmuje Haymitch – kogo proponujesz?
– Chcę, by na stanowisku Prezydenta Panem, zastąpił mnie Mellark – pada z ust Paylor. Pora na przedstawienie – przechodzi mi przez myśl. Wszyscy staramy się wyglądać na zaskoczonych, udajemy, że nic o tym nie wiedzieliśmy. Moja rola jest tu duża, bo to ja muszę wyglądać na nieprzekonaną i wcale nieucieszoną…
– Chcę też – Paylor, wyraźnie zadowolona z naszej reakcji, kontynuuje swoją wypowiedź – by oficjalnym powodem mojego odejścia, był mój stan zdrowia. Zabraniam wam mówić, że istnieje jakakolwiek inna przesłanka. Rozumiemy się? 
– Jak sobie życzysz – odpowiada za nas Beetee. Spodziewaliśmy się tego i naszą intencją nie jest robienie jej wbrew, jeśli nie musimy. To zresztą niewielkie żądanie, które nijak nie psuje naszych planów. – Kiedy chcesz to ogłosić? – stara się, by jego głos brzmiał na zrezygnowany, jakby ta informacja nie była dla niego zadowalająca, ale musiał się z nią pogodzić.
– Dziś. Od wielu dni nie czuję się najlepiej, a utarczki z wami nie pomagają mi ani trochę. Chciałabym to już zakończyć i móc odpocząć – uśmiecha się sztucznie. – Niemniej – nie ma go tutaj, a jego obecność jest konieczna, więc musicie go sprowadzić. Ile czasu potrzebujecie? – ostatnie zdanie wypowiada bardzo szybko, ponownie siada i przytyka sobie chusteczkę do ust.
– Właściwie – Haymitch powoli wstaje i podchodzi do drzwi. Otwiera je i wpuszcza do sali konferencyjnej stojącego za nimi Peetę – to już jesteśmy gotowi.
Widzę, że z trudem powściągnął triumfalny uśmiech. Cholera, nie możemy się jeszcze zdradzić przed Paylor, jeszcze nie… Paylor, wyraźnie zaskoczona uważnie nam się przygląda. Mam nadzieję, że nie popełniliśmy błędu, może trzeba było poczekać te kilka godzin…
– Witaj Paylor – Peeta delikatnie skłania głowę. – Masz rację, załatwmy to od razu. Jestem przekonany, że masz już napisaną przemowę, prawda? – ton jest spokojny, wyważony, choć słowa nie do końca. Paylor przez chwilę przygląda się uważnie Peecie. Taksuje jego strój – granatowy mundur, jaki mają na sobie wszyscy Zwycięzcy, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Nie sądzisz, że powinieneś założyć coś innego?
– Paylor, jestem Zwycięzcą i jestem dowódcą. W chwili obecnej to najbardziej odpowiednie ubranie. Ale możesz być spokojna – na uroczystość zaprzysiężenia ubiorę garnitur.
– Skoro tak twierdzisz… Paylor zawiesza głos, wciąż nieprzekonana. Nawet ją rozumiem – przejęcie władzy w mundurze to dla wielu osób brak zmiany władzy. I kontynuacja stanu wyjątkowego. Chyba Peeta rzeczywiście nie powinien go mieć teraz na sobie – ale teraz już tego nie zmienimy.
– Chodźmy, ludzie czekają – na twarzy Paylor znów miga zaskoczenie. Dociera do mnie, że to nie ona zorganizowała ten tłum. A jeśli tak, to musiał to być Beetee. Sprytnie, choć wiem już, że w naszym planie było sporo luk. Czuję, że serce mi przyśpiesza, dłonie mam mokre. Wycieram je dyskretnie o spodnie pod stołem. O czym jeszcze nie pomyśleliśmy? W którym momencie polityczny umysł Paylor, przyzwyczajony do tajnych gierek, zorientuje się, że nie tylko ona pogrywa z nami, ale i my z nią? I w którym momencie uniemożliwi nam wyłożenie naszych kart?
Na szczęście Paylor decyduje się na dołączenie do Peety, który przepuszcza ją w drzwiach prowadzących na balkon, będący także obszerną mównicą. Równocześnie wyciąga dłoń w moją stronę, a potem, w ślad za Paylor, razem wchodzimy na taras.

Stoję u boku Peety i nagle dochodzi do mnie z całą świadomością, że już zawsze tak będzie, już zawsze będę stała u jego boku, bez względu na to, czy będę tutaj, czy w dystryktach, czy gdziekolwiek indziej. Już zawsze będę przy nim – tak mają nas postrzegać ludzie – jako parę nie tylko w życiu, ale również w obowiązkach, które dla nas zaplanowano.

Słońce oświetla jasno cały plac i nas. Po chłodnej nocy, niemal upalny dzień jest niesamowitą zmianą. Ale wolę taką pogodę, niż mgłę i zimno. Dzięki temu mogę stać spokojnie, a nie kulić się smagana wiatrem i wilgocią…  
– Obywatele Panem – Paylor zwraca się zarówno do ludzi stojących pod balkonem, jak i do wszystkich mieszkańców kraju – w dniu dzisiejszym poinformowałam Radę Zwycięzców, iż mój stan zdrowia nie pozwala mi na dalsze sprawowanie urzędu. Spodziewam się dziecka – zgodnie z przewidywaniami, rozlegają się oklaski. Przez chwilę zastanawiam się czy to dobrze, czy źle – ale publiczne rozstanie z Paylor w złej komitywie nie dałoby nam niczego dobrego, więc nie widzę powodu, dla którego ta chwila radości miałaby jej być odebrana.
– Z tego względu – kontynuuje, a ja czuję jak Peeta napina mięśnie. Wie doskonale, że od tej chwili zależy wszystko. Każde słowo ma znaczenie… – zgodnie z obowiązującym w Panem prawem, które dało mi możliwość wskazania swojego następcy, chcąc do końca ponosić odpowiedzialność za kraj i za was, jak czyniłam to ostatnie dwa lata, po długim namyśle – przerywa na chwilę, znów przykładając do ust chusteczkę – postanowiłam przekazać władzę, a co za tym idzie i urząd prezydenta, w ręce pana Mellarka… – Paylor patrzy na Peetę, przełyka ślinę. Wyraźnie chce jeszcze coś powiedzieć, ale nim do tego dochodzi, Haymitch bierze ją pod rękę i wyprowadza z balkonu. Sytuacja bardzo nam sprzyja – Paylor jest bardzo blada, a jej twarz jest mokra od potu. Nie dziwię się temu – poza jej dolegliwościami, wysoko zapięta pod szyją bluzka i żakiet na pewno nie sprzyja jej w tej temperaturze. Paylor opiera się, nie do końca tak to sobie wyobrażała, ale dzięki zbliżeniu, jakie kamera przed momentem dała na jej twarz, całe Panem widziało to co ja – kobietę w ciąży, która zaraz, na tej mównicy, zemdleje. Wyprowadzenie jej było widoczne jako pomoc, a nie siłowe usunięcie, czym naprawdę było…

Zebrany pod balkonem tłum milczy, czujemy nerwowe wyczekiwanie wśród zebranych. Kapitolińczycy nie bardzo wiedzą jak mają zareagować na jej słowa, na naszą reakcję, panuje konsternacja. Po krótkiej chwili Peeta puszcza moją dłoń, dając mi znak, bym też się wycofała, a sam podejmuje przemowę:
– Obywatele Panem, z przyjemnością ogłaszam nowego prezydenta Mellarka – Peeta przerwał na krótko, dla podkreślenia dalszych słów, a ja słyszę zdziwiony głos Paylor:
– Sam siebie ogłasza? To już ty powinnaś to zrobić, jak nie mieliście innego pomysłu – patrzy na mnie ze skrzywionymi ustami. Wiem, jak to wygląda w jej oczach.
– Paula Mellarka – głos Peety, wzmocniony głośnikami, niesie się echem po całym placu.
– Co? – wyrywa się Paylor, kiedy Paul i Johanna wchodzą na balkon. Jej oczy są okrągłe ze zdumienia. Dopiero teraz zrozumiała, że nie tylko ona prowadziła grę, że sama została wmanewrowana w układ, którego nie przewidziała.
– Mellarków ci u nas dostatek – syczy ironicznie Haymitch, kiedy Paylor ciężko opada na krzesło stojące najbliżej niej.

Cisza, która zapadła na placu, nie wróży niczego dobrego dla Paula, ale nie może teraz dać po sobie tego poznać. Paul, ubrany w szary garnitur, powoli podchodzi do balustrady, Johanna, w prostej, zielonej sukience, stoi krok za nim, wpasowując się w rolę pierwszej damy. Paul zaczyna drżącym głosem swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. A może pierwsze w życiu?…
– Obywatele Panem, sam jestem zaskoczony rolą, jaką nałożyła na mnie ustępująca Pani Prezydent. Obiecuję, że będę ją wypełniał najlepiej jak potrafię. Zarówno ja, moja narzeczona, jak i nasi doradcy dołożymy wszelkich starań, aby poprawić jakość życia w całym państwie. Jednocześnie pozwolę sobie złożyć podziękowania Paylor za trud włożony w ostatnie lata sprawowania władzy i życzyć szczęśliwego rozwiązania – Paul kończy swoją krótką przemowę delikatnym skinieniem głowy i tylko my wiemy ile ona go kosztowała.
– Panie Prezydencie – Peeta z promiennym uśmiechem na twarzy podchodzi do kuzyna, ściskając mu dłoń.
– Nie możecie – warczy Paylor, która chyba dopiero teraz odzyskała mowę.

– Możemy – odpowiada jej spokojnie Beetee – ani razu nie użyłaś imienia Mellarka, którego desygnowałaś na swoje stanowisko, a to oznacza, że wybór Paula jest ważny – mówi, kiedy wszyscy wychodzimy z sali by przygotować się do dalszych obowiązków. Tymczasem za drzwiami czekają na nas Connor i pozostali byli towarzysze broni Paula, którzy stojąc na baczność, salutują nowemu prezydentowi Panem.

119. Pionek w grze

Witamy serdecznie 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w środę (raczej popołudniu). Pozdrawiamy ciepło 🙂

A. & A.

Zack nie chciał nawet słyszeć o naszym powrocie do Pałacu Prezydenckiego, gdzie czekały przygotowane dla nas sypialnie. Mnie zresztą też się to nie uśmiechało – Peeta i tak musiał spać tu, by Paylor nie dowiedziała się na razie o jego obecności. Z tego względu naciski Zacka, byśmy wszyscy u niego zostali, były mi bardzo na rękę – oddał nam do dyspozycji swoją sypialnię i zorganizował szybko kilka materacy i śpiworów. Znów przechodzi mi przez głowę, że w tym miejscu, na obrzeżach, ludzie żyją trochę jak w Dwunastce – pomagają sobie, często nie pytając po co i dlaczego, nie analizując. Potrzeba pomocy, to jej udzielają – tylko tyle i aż tyle…

Zanurzam się w ciepłym materiale śpiwora, zakopuję dodatkowo pod kocem i czekam. Ciszę przerywają tylko nasze oddechy i nieliczne odgłosy z ulicy. To wszystko, ciemność i przeciągająca się nieobecność Peety, napawa mnie niepokojem. Długo go nie ma – miał iść załatwić jakąś mało istotną sprawę, a tymczasem nieobecność jego i całej grupy coraz bardziej się przeciąga. Pytania bez odpowiedzi tłuką mi się po głowie, nie dając zasnąć. Jednak w końcu zmęczenie zwycięża…

Budzi mnie lodowaty dotyk – Peeta wtula się we mnie, dotykając zimnymi dłońmi brzucha. Jego usta delikatnie całują mnie w tył głowy.
– Gdzie byłeś? – szepczę cicho, by nie budzić innych.
– Kocham cię – mówi nienaturalnym głosem.
– Peeta? – obracam się szybko w jego stronę, nasze twarze są centymetry od siebie. Ponawiam pytanie, jego unik tylko wzmógł mój niepokój – gdzie byłeś?
– Już myślałem, że mi się w końcu udało. Ale nie… – zawiesza na moment głos. – To im się udało – kończy wypuszczając powoli powietrze.
– Co i komu się udało, Peeta? – jego zachowanie, głos silnie pokazują mi, że miałam rację – nie powinnam była się zgodzić na tę wyprawę. Albo… może należało iść z nimi. Coś się stało, coś bardzo niedobrego…
– Im – w jego głosie słyszę zawód, rozpacz, złość. – Udało im się mnie zmienić, stałem się pionkiem w ich grze. Na ich rozkazach… Katniss, co ja najlepszego zrobiłem – to już nie jest tylko zawód – Peeta jest przerażony i nawet nie stara się tego ukryć. Milczę, czekam, by sam powiedział mi o co chodzi. W końcu, po dłuższej chwili milczenia, podejmuje.
– Gale powiedział mi kto zlecił zamach. Nie tylko na mnie, ale też na ciebie. Od początku taki był plan – ja byłem tylko początkiem, przygrywką. Przede wszystkim ty miałaś zginąć. I od pierwszej chwili, kiedy się o tym dowiedziałem, chciałem to zrobić. I prawie zrealizowałem swój plan, Katniss, prawie pociągnąłem za spust. Rozumiesz to? Rozumiesz kim się stałem? Bezwzględnym mordercą wymierzającym sprawiedliwość na własną rękę. Bez sądu, bez świadków, na podstawie jednego zdania, w dodatku podsłuchanego, może nie do końca dobrze zinterpretowanego. Nie mam żadnej pewności, że na sto procent on za tym stał. A może był niewinny? Może wcale nie planował zamachu na ciebie, może to nie on zapłacił tamtemu snajperowi? Stałem tam, trzymałem palec na spuście i nagle to do mnie dotarło – mężczyzna stojący przy tamtym obdartym murze, choćby nie wiem jak pijany, choćby mataczący, choćby manipulujący Paylor, czy kimkolwiek innym – ma prawo do sądu, do uczciwego procesu. Ale wcześniej nie przyszło mi to do głowy – jedyną rzeczą, o jakiej myślałem przez cały lot tutaj, to jak strzelam mu prosto w serce. Co ja najlepszego zrobiłem? – dotyka czołem mojego i bardzo ciężko oddycha. Przełykam głośno ślinę, szukając gorączkowo jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi. I siłą powstrzymuję się, by nie powtórzyć jego słów – Peeta, coś ty zrobił… 
– O kim mówisz? – pytam, choć boję się usłyszeć odpowiedź.
– Snow nie żyje – odpowiada mi cicho.
– Zastrzeliłeś go jednak? – pogubiłam się. Wydawało mi się, że z jego słów wynikało, że nie dał rady tego zrobić, ale teraz już nie wiem. Może opamiętanie przyszło zbyt późno… Albo…
– Hoult to zrobił – w ciemności widzę zarys jego twarzy. Moje oczy zdążyły już do niej przywyknąć, ale jednak trudno mi rozróżnić szczegóły, muszę bardziej polegać na tym, co słyszę, niż na oczach…
– Bo ty nie potrafiłeś, tak? – nagle dociera do mnie, o czym mówił. Siedzieliśmy wtedy na dachu, w noc przed naszymi pierwszymi Igrzyskami. Wówczas nie rozumiałam tamtego pragnienia, by go nie zmieniono, tego, że chciał „umrzeć sobą”. I choć to właśnie jego najbardziej starano się zmienić, to też on najbardziej walczy, by pozostać sobą. Mimo dwóch aren, mimo tortur, osaczenia, rewolucji – nadal walczy, choć wielu ze znacznie mniejszymi przeżyciami – poddało się. Nawet ja się poddałam w pewnym momencie. Ale może właśnie dzięki tamtemu pragnieniu, które nadal w nim tkwi, jakoś pozostaje sobą. Prawie zawsze…
– Peeta, nie stałeś się pionkiem w ich grze – to nie ty go zabiłeś. Zrozumiałeś co należało zrobić, wiedziałeś, że to rozwiązanie jest złe, nie masz o co się obwiniać.
– Mam Katniss, doskonale o tym wiesz. Gdyby nie ja, Connora by tam nie było. A skoro go tam już zaprowadziłem, powinienem był go powstrzymać. Ale za późno to do mnie dotarło, zdecydowanie za późno.
– To też nie twoja wina, dobrze o tym wiesz. Jeśli nawet czasem nie jesteś sobą, to stary Snow cię do tego doprowadził, nic co zrobiłeś sam – mówię w końcu.
Peeta przez chwilę gładzi mój policzek.
– Tak bardzo się bałem, że on cię skrzywdzi, że cię zabije. Paul o nic nie pytał, Haymitch też. Zresztą, Haymitch nawet nie wiedział co planuję – po prostu poszedł. Obaj byli przy mnie, ramię przy ramieniu. Dlaczego mnie nie powstrzymali? Dlaczego oni nie wykazali się większym rozumem niż ja? Dlaczego?
Rozpaczliwe nuty w ostatnim pytaniu przeszywają mnie na wskroś, nie wiem co mu odpowiedzieć. Peeta jest o wiele lepszy niż ja, jest dobry – zawsze taki był. Ja pewnie nie wahałabym się ani przez moment. Za to, że Snow zapłacił snajperowi za zamach na Peetę, osobiście bym go zastrzeliła, gdybym tylko o tym wiedziała. Domyślam się też dlaczego Haymitch go nie powstrzymał – wiedział, że tutaj, w Kapitolu, proces młodego Snowa nie byłby uczciwy. Musielibyśmy mieć naprawdę mocne dowody wskazujące, że to on zapłacił snajperowi. A – jak się domyślam – nie mamy takich, więc Haymitch uznał, że takie rozwiązanie jest jedynym możliwym dla skutecznej ochrony nas. Zresztą – Haymitch i Paul to poniekąd nadal nasze Cienie. Chyba nigdy nie wyszli z tej roli – ich zadaniem, nawet jeśli nie oficjalnym – jest nas chronić. Dlatego Haymitch nie wnikał po co idą Paul z Peetą – jeśli oni szli, on czuł się w obowiązku iść z nimi. I zadbać o to, by wszyscy wrócili.
Nie odpowiadam na pytanie Peety, nie chcę go okłamywać, ani wymyślać jakiejś durnej bajeczki. Oboje wiemy czemu cała czwórka z nim poszła, czemu nigdy nie zadają pytań. Czemu w razie nawet podejrzenia niebezpieczeństwa, zawsze wyjdą w pierwszy szereg, czemu zawsze mają ze sobą broń. Tak samo jak wiem, że tamten strzał w Jedenastce, będzie w Hamitchu siedział równie mocno jak niemożność wyciągnięcia Peety z areny 75 Igrzysk. Do końca życia będzie analizował gdzie popełnił błąd, czego nie zauważył. Ale do głowy przychodzi mi inna rzecz – coś, co mnie sprawia ból, coś co nie pasuje do Peety – dlatego muszę powiedzieć to na głos.
– Peeta, kochanie, bardzo cię proszę, nigdy już nie zabijaj w mojej obronie. Już dawno zeszliśmy z areny, nie musimy mordować ludzi, żeby się wzajemnie chronić. Są na to inne sposoby – przyglądam mu się uważnie. Mruży oczy, myśli o czymś intensywnie.
– Nigdy nie wysiądziemy z tego pociągu…
– Wiem – odpowiadam mu cicho, mocno wtulając się w jego ramiona. Dochodzi do mnie, że pociąg jutro tylko przyspieszy. 

Przez resztę nocy, na wpół śpiąc, na wpół odganiając koszmary, myślałam o tym, co powiedział mi Peeta. Przed świtem podnoszę się cicho z legowiska, Peeta śpi jeszcze – niespokojnym, rwanym snem. Kiedy kieruję się w stronę łazienki, znajdującej się na końcu wąskiego korytarza, z drugiej sypialni słychać głośne chrapanie Zacka. Po kilku minutach pokonuję tę samą drogę, zaglądając do kuchni. Siedzi zgarbiona na krześle, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Nieznaczny gest głową na mój widok, upewnia mnie w przekonaniu, że jest tak samo przerażona tym, co nas czeka, jak ja. Wyciągam spod kuchennego stołu jeszcze jeden taboret i siadam obok niej, w takiej samej pozycji. Johanna przez moment na mnie spogląda, kiedy w końcu pyta:
– Powiedział ci?
– Tak, a tobie?
– Nie miał wyboru – mówi cicho, ale pewnie. – Wiesz, że kiedyś możemy mieć z tego tytułu problemy?
– Wiem. Oni też – odpowiadam, choć tak naprawdę dochodzi to do mnie dopiero w tym momencie.
– Co robimy? – chyba mam nadzieję, że ma gotowe rozwiązanie. Jak nieraz bywało.
– Nic – głos Paula brzmi tak samo jak Johanny. – Udajemy, że o niczym nie wiemy.
– I miejmy nadzieję, że nikt tego z nami nie połączy – czuję na ramieniu ciepłą dłoń Peety.
Przez chwilę wszyscy milczymy. 
– Chyba musimy omówić jakąś strategię na najbliższe lata – rzadko słyszę nerwowość w głosie Paula.
– Chyba już wszystko zostało wczoraj powiedziane – przerywam mu, nie chcę po raz kolejny omawiać tego tematu. Plan został zaakceptowany przez nas wszystkich. Każde z nas ma w nim swoją niemałą rolę. I musimy zrobić wszystko, by ją dobrze odegrać, bo od tego zależy powodzenie naszych ustaleń. I nasze życie.
– Wiem, Katniss. Chodzi mi o to, że teraz będziemy podzieleni na pary. Nie do końca takie, jakie byśmy chcieli, dlatego…
– Dlatego – włącza się Peeta – kiedy będziecie w dystryktach, macie na siebie uważać. I macie pozwolić Houltowi działać, macie się go słuchać – podkreśla twardo ostatnie słowo patrząc znacząco na mnie. – Jeżeli powie wam, że coś jest niebezpieczne, to nie dyskutujecie, tylko się wycofujecie. Jeśli powie, że musicie jechać inną drogą, że odwołujecie jakieś spotkanie, że zmieniacie miejsce noclegu, to po prostu to robicie. Czy to dla was obu jest jasne?
– Ale chwilę, Hoult miał być waszą obstawą – Johanna prostuje się na krześle.
– W nocy zmieniliśmy zdanie – odpowiada jej spokojnie Peeta.
– Ale – chcę powiedzieć, że to oni potrzebują ochrony, to oni będą na celowniku, ale Peeta nie daje mi dojść do głosu.
– Właśnie o tym mówię Katniss. Nie ma żadnego „ale”, to postanowione. Hoult i jego oddział będzie jeździł z wami. Nam wystarczą Connor i Zack. 
– Nie – wypowiadamy jednocześnie, ale widzimy, że żaden z nich nic nie robi sobie z naszych protestów. Mam wrażenie, że w nocy stało się jeszcze dużo więcej, niż obaj nam powiedzieli. Że spotkanie ze Snowem tylko coś zapoczątkowało…

Peeta w przebraniu wychodzi długo przed nami. Prawdę mówiąc, w tej czapce, bluzie i obcisłych spodniach nawet mnie byłoby trudno go rozpoznać. Zack zabiera go ze sobą, dostanie się do pałacu jako jego kuzyn, który szuka pracy. Obaj będą czekać na nasz znak, żeby Peeta pojawił się w odpowiednim momencie. Ja też jestem już ubrana – po kilku tygodniach czuję, że dobrze mi w tym mundurze – czuję się w nim jakoś sobą. Świadomość, że od dzisiejszego wieczora ten mundur nierzadko będę musiała zmienić na elegancką suknię, a wygodne buty – zastąpić eleganckimi, wcale mi nie pasuje. Ale już wiem, że nie mam wyboru.