184. Przesyłka

Witamy,

Wiemy, że dawno nic nie publikowałyśmy, ale i tak Was kochamy bardzo (dlatego wracamy, nie porzucamy Was ani na chwilę, nawet jeśli sprawiamy takie wrażenie :() i wierzymy, że Wy nas też i wrócicie nas czytać i komentować 🙂
Następna notka – w kolejnym tygodniu 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

—–

Wracam powoli do domu. Jest trzecia w nocy, dość chłodno, na ulicach pusto. To jeden z niewielu momentów w trakcie doby, kiedy mogę po prostu się przejść – bez wianuszka zaczepiających mnie osób, bez obserwatorów. Jednak dopiero przed momentem skończyliśmy z Paulem omawiać bieżące sprawy, w tym epidemię ospy wietrznej w Szóstce i jestem bardzo zmęczony. Nie pomaga mi też to, że znów nie widuję się z Katniss. Gdy dwa miesiące temu wróciliśmy do domu, przez krótką chwilę wydawało mi się, że będziemy częściej razem, ale szybko się to zmieniło. Dziś ja jestem w Kapitolu, a Katniss i Johanna – w Czwórce. Wizytują dystrykt, a przy okazji odwiedzają także Annie i Nathaniela. Z kolei już pojutrze z Paulem wyruszamy do Trzynastki… Nie wiem nawet kiedy znów zobaczę żonę.

Niewielka winda dowozi mnie na piętro. Ledwie żywy ze zmęczenia idę prosto pod prysznic. Ostatnie co widzę przed zaśnięciem, to elektroniczny zegarek na szafce nocnej wskazujący 3:50 w nocy. Nie zostało mi wiele czasu na odpoczynek – od rana mam już zaplanowane spotkania, a dwie niezagodpodarowane jeszcze godziny prawdopodobnie bardzo szybko wypełnią się niecierpiącymi zwłoki sprawami.

Natarczywy dźwięk boleśnie wibruje mi w uszach. Mija kilkanaście sekund nim orientuję się, że to telefon. Wyrwany ze snu, ze słodkich objęć Katniss sądziłem, że to piec w Dwunastce znów się zepsuł. Z na wpół zamkniętymi oczami podnoszę słuchawkę tego przeklętego urządzenia.

– Halo – charczę rozespany, przez zaschnięte gardło.

– Peeta? – głos po drugiej stronie zaskakuje mnie. – Peeta, to ty?

– Mhm – mruczę, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej. Przecieram oczy, wreszcie udaje mi się skupić wzrok. Na zegarku jest 5:45 – miałem jeszcze dobrą godzinę snu przed sobą.

– Obudziłem cię? – dopytuje Haymitch.

– Taaa – o tej porze i ledwie dwóch godzinach snu nie stać mnie na więcej.

– Wybacz – odchrząkuje. – Elizabeth jest chora, nie było sensu siedzieć w domu, przyszedłem do pracy wcześniej.

– I po to dzwonisz? – niemal przerywam mu poirytowany. Może powinienem zapytać na co choruje jego córka, ale nie mam siły, tym bardziej, że mam wrażenie, że i mnie coś dopada.

– Nie – odpowiada zmieszany. – Dzwonię zapytać co jest w tej dużej skrzyni, którą mi przysłaliście. Nie mam w biurze odpowiednich narzędzi żeby ją otworzyć, musiałbym wzywać kogoś z miasteczka. I… – na chwilę zawiesza głos – w sumie chciałem zapytać, czy muszę ją pilnie otwierać, czy wystarczy jak poczeka jeszcze dwa dni. To jakieś dokumenty, czy…

– Poczekaj – przerywam mu. – Jaka skrzynia?

– No ta duża, drewniana, z godłem Panem. Z kartki od sekretarki wynika, że ktoś dostarczył ją wczoraj późnym popołudniem, kiedy mnie już nie było. Z zaznaczeniem, że to ma trafić do moich rąk, więc Martha zgodziła się na wstawienie jej do gabinetu. 

– Nic ci nie przysyłałem, Paul też nic nie wspominał. Przyznam, że nie wiem o czym mówisz – odpowiadam mu lekko zmieszany, usiłując sobie przypomnieć, czy na pewno o czymś nie zapomniałem. Może jest jakaś okazja – czyjeś urodziny, albo rocznica i Johanna wysłała prezent? Ale raczej wysłałaby go na adres domowy, nie do ratusza… A może…

– Peeta – mentor jest coraz bardziej poirytowany – ja pytam poważnie.

– Ja też – odpowiadam mu coraz bardziej zdenerwowany. – Haymitch, naprawdę nie mam pojęcia kto ci wysłał jakąś skrzynię. Może to jakiś prezent niespodzianka? 

Nagle w Dwunastce zapada cisza. Po dłuższej chwili słyszę dziwne dźwięki, jakby bardzo ciche szepty. Wytężam słuch próbując cokolwiek zrozumieć, ale nie udaje mi się. Natomiast przeraża mnie głos Haymitcha, który pyta mnie: 

– Słyszysz to?

– Coś słyszę, ale nie rozumiem – obudziłem się już i ubieram się trzymając słuchawkę ramieniem.

– To brzmi jakby ta skrzynia mówiła. Albo raczej  raczej szeptała – w głosie Haymichta słyszę mieszankę niedowierzania i… chyba strachu. A to nieczęsta u niego emocja, dlatego tym bardziej przeraża.

– Haymitch, ja nie rozumiem, powiedz mi natychmiast co słyszysz! Jestem już w pełni ubrany, dni na arenie, a potem ostatnie lata spędzone w różnych zakątkach Panem nauczyły mnie jednego – ufać swojemu przeczuciu. Czuję, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Przeciągający się brak odpowiedzi tylko podsyca niepokój. 

– Haymitch, odezwij się!

– To brzmi jak „Kaaatnissss, Katnissss” – szepcze Haymitch, a tle słyszę trzask zamykanych drzwi.

– Wyjdź z gabinetu! – reaguję natychmiast, choć czuję, że cała krew odpłynęła mi z twarzy.

– Właśnie to zrobiłem, Peeta.

– Pod żadnym pozorem nie wchodź tam i czekaj na telefon. Najlepiej zabarykaduj drzwi!- rzucam krótko i się rozłączam. Biegiem pokonuję drogę do pałacu. Po plecach cieknie mi pot, jednak nie z powodu fizycznego zmęczenia, które jest żadne, a z panicznego strachu, sięgającego moich trzewi. Ten dźwięk, który słyszałem w słuchawce w połączeniu z imieniem Katniss… Nigdy tego nie zapomnę. Boję się przełknąć ślinę, aby nie usłyszały mnie te białe, czworonogie jaszczury niosące tylko śmierć.

Z hukiem otwieram drzwi pałacu prezydenckiego, wymijam ochronę, która chyba widzi w jakim jestem stanie, bo rozstępuje się przede mną bez słowa.

– Paul! Paul! – krzyczę na całe gardło, słysząc tylko jak mój głos niesie się echem po pogrążonym we śnie Pałacu Prezydenckim.

175. Zaproszenie do Pałacu

Witamy 🙂
Mamy nadzieję, że pozostaliście z nami (a przynajmniej większość :)) i Wasze komentarze przekonują nas, że tak jest. Dziękujemy i doceniamy, że czekacie :):) Miłego czytania i komentowania, a następna notka – będzie w czwartek (tak, ten najbliższy, 5 marca).
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Białe płatki śniegu wirują na wietrze, równie często unosząc się ku granatowemu niebu, co opadając na ziemię. Mróz szczypie mnie w policzki, a wiatr wciska się, gdzie tylko może, więc otulam się ciaśniej czarnym płaszczem i stawiam wysoki kołnierz. Moje szybkie kroki odbijają się echem po ulicach pogrążonego we śnie Kapitolu. Miasto i jego mieszkańcy dopiero niedawno położyli się, odpoczywają po szaleństwach dzisiejszej nocy. Nie mają świadomości, że przemykam się właśnie pogrążonymi w mroku przecznicami, potencjalnie wystawiony na spojrzenia i zaczajone lufy aparatów. Skręcam w lewo – niestety, tu już jest o wiele jaśniej. Zresztą nie ma się czemu dziwić – zbliżam się do najważniejszego budynku Panem, więc oświetlenie jest niemal oczywiste. Z rękami wciśniętymi w kieszenie wchodzę szybko na wysypaną żwirem alejkę, przeklinając w duchu ten pomysł wyboru nawierzchni. Śnieg jest tu odgarniany codziennie, więc nie tłumi odgłosu kroków, za to w ciszy chrzęst żwiru jest aż nazbyt głośny.

Budynek jest pogrążony w półmroku, okna są ciemne, choć jestem pewien, że w środku nikt nie śpi. Pozory, cały czas robimy wszystko, by zachować pozory. Na imprezie, podczas wywiadów, w dystryktach. A teraz chyba nawet w rodzinach, już nawet tu przestaliśmy być sobą, rozmawiać ze sobą otwarcie, ufać sobie. Cholera, gdzie myśmy doszli? Czym to się różni od sytuacji sprzed 10 lat, gdy Kapitol udawał, że z dumą idziemy na arenę, a i my nie byliśmy wolni od gier i gierek… Szybko przeskakuję trzy schody dzielące mnie od wejścia do Pałacu Prezydenckiego, jednak nim zdążam nacisnąć na klamkę, drzwi same się otwierają.
Ast ubrany jest niemal tak samo, jak na sylwestrowym przyjęciu. Pozbył się tylko marynarki i muszki, a biała koszula niechlujnie wystaje mu ze spodni. Rękawy podwinął do łokci, na twarzy maluje mu się troska i zmęczenie. Nerwowo przeczesuje dłonią włosy, obdarzając mnie na powitanie bladym uśmiechem.
– Czekają na ciebie w gabinecie – mówi cicho, pomagając mi zdjąć wilgotny płaszcz.
– Muszę się napić – odpowiadam chłodno, choć to nie na niego jestem zły. A może jednak na niego? Po powrocie do domu miałem kilka godzin na przemyślenia. Przez cały ten czas krążyłem po ciemnym mieszkaniu i myślałem, próbując zanalizować każdy błąd, moment, znaleźć który to wszystko rozpoczął, a który jakimś cudem przegapiłem. Ast jest moim przyjacielem, ale mimo to pozwolił, aby pod moją nieobecność ktoś spotykał się z moją żoną. Jakoś trudno mi uwierzyć, że o niczym nie wiedział – sam z dumą podkreślał, że Pałac nie ma przed nim tajemnic. Dlaczego nic mi nie powiedział? A może nie chciał wiedzieć? Tak było łatwiej utrzymać pozory, czyż nie?
– To chyba nie jest najlepszy pomysł – odpowiada półszeptem. Nim zdążam się unieść, Paul i Haymitch wychodzą nam na spotkanie.
– Ast ma rację – zaczyna powoli mój mentor, najwyraźniej usłyszał moją uwagę. – Zaufaj mi, alkohol nie jest rozwiązaniem na twoje problemy.
Na końcu języka mam kąśliwą odpowiedź, ale przerywa mi dźwięk otwierających się frontowych drzwi.

Beetee strzepuje śnieg z grubej, puchowej kurtki. Spogląda na nas uważnie zza okularów, a ja czuję chłód. Znam to spojrzenie, które zawsze sugerowało, że nasze problemy dopiero się zaczną.
– Musimy przygotować jakąś odpowiedź – zaczyna przenosząc wzrok na Paula. – W porannych gazetach ukaże się informacja o ciąży Katniss i Johanny.
– Jakiej ciąży? – to pytanie ledwo przechodzi mi przez gardło. Nie dość, że moja żona mnie zdradzała, to jeszcze spodziewała się z kimś dziecka? Mnie wciąż powtarzała, że nie jest gotowa na ten krok, a tu… Zaczynam czuć, że rozpacz mnie przygniata.
– Pomyśl przez chwilę – spokój Haymitcha tylko mnie nakręca. – Sami powiedzieliście, że dziewczyn nie ma na pokazie fajerwerków, bo źle się poczuły – unosi brwi i przygląda mi się uważnie.
Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie sens jego wypowiedzi. Oczywiście, ma rację. Ten komunikat był pomysłem Paula, nie mogliśmy powiedzieć prawdy, więc poinformowaliśmy wszystkich, że nasze żony poszły wcześniej spać, bo źle się poczuły. Nie pomyśleliśmy wtedy, jakie wnioski zostaną z tego wyciągnięte. Myślami wracam na chwilę do Katniss, jej bezwładnego ciała ułożonego na dużym łożu w jednej z sypialni w Pałacu. Moje serce po raz kolejny przeszywa ból… Jak mogła mi to zrobić? Czy nie wiedziała jak bardzo ją kocham, jak bardzo mi na niej zależy? Czy nie okazywałem jej tego? Gdyby można było cofnąć czas… Ale nie można, już nic nigdy nie będzie takie samo. A moje małżeństwo jest skończone.
– Teraz należy – po raz kolejny to Beetee przerywa moje rozmyślania – wymyślić jakąś sensowną odpowiedź na setki pytań, które zaraz się pojawią. Musi być w miarę wiarygodna i nie budząca następnych plotek – uważnie spogląda na Paula, który w odpowiedzi marszczy brwi i ściąga usta, a wreszcie zaczyna cierpko cedzić:
– Teraz musimy iść na spotkanie dwóm gnojkom, którzy zbałamucili nam żony. Pomimo tego, że niektóre, pracujące w Pałacu, osoby zawiodły mnie – Ast cicho wzdycha – to w końcu były na tyle mądre, aby dowiedzieć się, gdzie te typki mieszkają. Peeta i ja pójdziemy tam sami – unosi rękę, wstrzymując wtrącenie Haymitcha. – Sami! I damy jasno do zrozumienia tym gnidom co sądzimy o sypianiu z naszymi żonami – ton mojego kuzyna jest ostry, podszyty nienawiścią, ale w odpowiedzi Haymitch tylko krótko śmieje się.
– Jesteście aż nazbyt przewidywalni – mówi cicho, ale ironicznie. – Pół godziny temu oddział zaufanych ludzi wyruszył do ich mieszkania. Tylko tacy idioci jak wy mogli wpaść na pomysł, aby dwóch najbardziej rozpoznawalnych mężczyzn Panem poszło wtargnąć do czyjegoś mieszkania. W monitorowanym apartamentowcu..
– Jak śmiałeś? – Paul wrzeszczy na Haymitcha podchodząc do niego w dwóch krokach i wyprowadzając cios w jego twarz. Jednak Abernathy jest bardzo szybki i unika trafienia. Ręce ma luźno opuszczone, ale głos twardy, jakby wydawał rozkaz.
– Uspokój się! Gdym Ci pozwolił ubrudzić te ważne rączki, komunikat o ciążach spadłby ze szpalt momentalnie, a ty przestałbyś być głową państwa w 24 godziny. Tego chcesz? To złóż dymisję, nim splamisz nazwisko Mellark! – patrzę na niego zszokowany. Zapomniałem, że był dowódcą Paula, że był jednym z najważniejszych dowódców rewolucji. I muszę mu przyznać rację. Nienawiść i rozpacz zaślepiły nas kompletnie.
– A teraz radzę wam zejść do piwnicy i na monitorach przyglądać się akcji przewiezienia tamtych mężczyzn tutaj. I chyba nie będzie to dla was zaskoczeniem, jeśli powiem, że na pewno moi ludzie załatwią tę sprawę o wiele ciszej niż wy.
Paul nie odpowiada, tylko skinieniem głowy daje mi znak, abym szedł za nim. Schodząc po krętych schodach do piwnicy ponownie przeżywam tamte chwile, znowu przed oczami staje mi pozbawione życia ciało mojej żony i jej krew na podłodze.

Ukryta przed oczami ciekawskich sala telewizyjna jest niemal ciemna. Jedynym źródłem światła są cztery duże, spasowane monitory, ukazujące widok z kamery umieszczonej na hełmie dowódcy oddziału. Właśnie, dzięki odpowiedniemu wytrychowi, wchodzą do dużego loftu. Cały obraz jest zielony, dając mi pewność, że żołnierze używają noktowizorów. Obszerny pokój wyłożony jest czymś, co wygląda na boazerię. Nie ma tu zbyt wielu mebli, raczej widać ławki, deski, duże piłki, jakieś urządzenia. Natomiast ta część, która wygląda na mieszkalną, urządzona jest w kapitolińskim, bardzo nowoczesnym stylu. Przychodzi mi do głowy, że Katniss bardzo się zmieniła, skoro dała się uwieść człowiekowi tak odmiennemu ode mnie. Komuś, kto reprezentuje sobą wszystko to, czego przez te wszystkie lata nienawidziła. A może to też były pozory?
Dowódca rozgląda się, dając mi szerszy obraz otoczenia. Na ścianach wiszą obrazy wielu kobiet – część z nich rozpoznaję z przyjęć w Kapitolu, części nie znam. Po chwili orientuję się, że to nie są obrazy, tylko zdjęcia. Co dziwne – wszystkie kobiety są skąpo ubrane lub wręcz półnagie, a ich ciała błyszczą, jakby od potu. Zaciskam oczy, próbując odgonić od siebie skojarzenie, jakie niejednoznacznie budzą. Ktoś z oddziału cmoka, więc wracam do ekranu i automatycznie zaciskam pięści. Spoglądam właśnie na zdjęcie Katniss. Jest wsparta o ławeczkę, ubrana w obcisłą koszulkę na ramiączkach. W tej pozycji jej piersi wydają się większe, a dekolt lśni wilgocią. Włosy ma spięte w warkocz, ale kilka kosmyków wysunęło się z niego. Delikatny uśmiech, jaki błąka się na jej ustach, sprawia, że głośno przełykam ślinę. Ta ściana wygląda jak jakaś cholerna wystawa trofeów! Jakby każda z tych kobiet była zdobyczą…

Oddział posuwa się powoli w głąb mieszkania. Za kotarą, której koloru nie jestem w stanie rozpoznać, śpi jakiś mężczyzna. W zielonej poświacie noktowizorów mam wrażenie, że jego rysy są do mnie trochę podobne. Jeden z żołnierzy szybkim ruchem pozbawia go koca, ale jestem pewien, że już po sekundzie żałuje swojej decyzji. Widzę teraz, w pełnej okazałości, nagie pośladki mężczyzny.
– Uwaga, śpią nago – krótki komunikat słyszany jest przez wszystkich żołnierzy i przez nas.
– Spóźniłeś się, zdążyłem zauważyć – pada szybka, zniesmaczona odpowiedź.
W tym momencie mężczyzna budzi się, obraca w stronę żołnierzy, a w jego oczach jeszcze przez ułamek sekundy błąka się sen.
– Co… co się tu dzieje? – jąka się przerażony.
– Pójdzie pan z nami – odpowiada dowódca. Znam Houlta, dlatego słyszę, że choć polecenie jest suche i wyraźne, to gra w nim zdenerwowanie. – Tylko proszę coś na siebie włożyć – dodaje, jakby sądził, że mężczyzna zamierza iść nago.
– Ale gdzie? – trudno nie słyszeć, że obudzony człowiek jest po prostu przerażony. Nie dziwię się, na jego miejscu też bym był.
– Panowie Mellark zapraszają na rozmowę do piwnic Pałacu Prezydenckiego.
– Znam to miejsce – odpowiada mężczyzna, próbując się uśmiechnąć, choć w nerwach wychodzi mu raczej paskudny grymas.
– Tej części pałacu zapewne nie miał pan przyjemności zwiedzić. Ale da się to szybko naprawić – dodaje Hoult, niczego nie wyjaśniając.

Piętnaście minut później obaj mężczyźni znajdują się już w podziemnym pokoju przesłuchań. Siedzą na metalowych krzesłach, nadgarstki mają spięte za plecami kajdankami. W oślepiającym blasku lamp czekają na nas.
Na ich twarzach maluje się przerażenie i dezorientacja.
Spoglądam na Paula, on na mnie i obaj powoli wchodzimy do pokoju.

154. Prośba Kate

Witamy,
Trailer robi wrażenie… Ale tym żyjemy od wczoraj, więc dziś – nowe emocje, czyli nowa notka 🙂 Życzymy miłego czytania i czekamy na komentarze 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Stoi i patrzy na Peetę, a łzy powoli spływają po jej policzkach. Jest w tym momencie taka… taka bezbronna, że nie mam siły – przegrywam wewnętrzną walkę ze sobą. Z jednej strony chcę, by sobie poszła, nie mam ochoty na jej obecność, która przypomina mi jak niewiele brakło, bym go straciła, ale z drugiej strony to jeszcze dziecko, które prawdopodobnie niemało musiało zwalczyć w sobie, by tu przyjść, by prosić o cokolwiek akurat jego…
Jego ciepła dłoń nadal trzyma moją. Stoi i patrzy na nią uważnie, a ja widzę, że on też walczy ze sobą, że waha się, co powinien zrobić.
– Wejdźmy do domu – spokój mojego głosu zaskakuje nawet mnie. Oboje odwracają się w moją stronę z wypisanym na twarzach pytaniem. – Nie będziemy rozmawiać tutaj, nie zdziwiłabym się gdyby już ktoś zdążył nam zrobić zdjęcie… – dodaję, widząc ich reakcję. Nie pokażę, że jest mi jej żal – wolę wyjść na kogoś, kto boi się reakcji opinii publicznej, niż na kogoś o miękkim sercu. Szczególnie w stosunku do niej.

Nie odpowiadają mi, ale Peeta od razu wyciąga rękę, by wbić szyfr domofonu, a jej wzrok zatrzymuje się na mnie. Wreszcie bez słowa, właściwie niemal bez jakiejkolwiek reakcji wchodzi do klatki i sunie w kierunku windy. Kiedy drzwi zasuwają się, zatrzaskując nas w dwumetrowej, lustrzanej pułapce, Peeta głośno przełyka ślinę, ale nim ma czas coś powiedzieć, słyszę głos Kate:
– Nie musiałaś mnie zapraszać – krótkie zdanie, które sprawia, że wzbiera we mnie irytacja.
– Masz rację – odpowiadam kąśliwie – ale nie bardzo pozostawiłaś mi wybór.

Peeta tylko wzdycha. Doskonale wie, że jakakolwiek próba poparcia którejkolwiek z nas, wiązałaby się z natychmiastową reakcją tej drugiej. Wiem, że nie chce kłótni, ale równocześnie to ja jestem jego narzeczoną, to ze mną chce iść przez życie, więc powinien stanąć po mojej stronie. Z drugiej strony to jej ojca zabił, więc na pewno też ma to w głowie…

Wchodzimy do mieszkania – w delikatnym półmroku wygląda na jeszcze bardziej zagubioną, bezbronną, niewinną.
– Peeter, idź proszę, obejrzyj sobie jakąś bajkę. Za chwilę do ciebie przyjdziemy – Peeta jest spokojny i opanowany, gdy zwraca się do brata. Jednocześnie dłonią wskazuje Kate drogę do kuchni. Idę od razu za nimi, nie zostawię ich sam na sam.

Z pokoju szybko dobiega nas znajoma piosenka ulubionej bajki Peetera, a ja stawiam na stole kubki z parującą herbatą. Panuje ciężkie milczenie – jej pewność skończyła się chyba na dole, pod naszym domem, a my nie znamy celu jej wizyty, więc – nawet gdybym chciała – nie wiem jak zacząć.
– Kate – w końcu Peeta przerywa ciszę. Po zwlekaniu, po jego twarzy, po szklistym wzroku domyślam się, co chce zrobić.
– Musisz coś wiedzieć – przerywam mu stanowczo. Nie mam ochoty na słuchanie przeprosin, pewnie wzruszenia po obu stronach, analizy.
– Peeta, spotykając się z tobą, nie wiedział o tym, co stało się z twoim ojcem. Nie masz prawa winić go za to, ani uważać, że cię oszukał.
– Wiem o tym – odpowiada mi zaczepnie, – Zupełnie jak ja nie wiedziałam o tym, że mój ojciec i dziadek byli… mordercami – kończy już mniej buntowniczo, a mnie, po raz kolejny dziś, robi się jej żal. Nagle czuję się tak, jakbym stała obok – widzę przed sobą młodą zagubioną i przerażoną dziewczynę, która nie miała świadomości jak wygląda świat, w którym żyła, co robili jej najbliżsi. Nie brała w tym udziału i raczej nie mogła wiedzieć o postępkach ojca, czy dziadka. Jest dzieckiem, na pewno żaden jej nie wtajemniczał, a plotki raczej też do niej nie docierały – jej reakcja na sali sądowej dość wyraźnie to potwierdziła. Teraz siedzi tu, w naszej kuchni i z jakiegoś powodu jest zdana na naszą łaskę. Aż nadto wiem, jak się czuje.
– Zanim dojdziemy do tego, co cię sprowadza – zmieniam ton na cichy i spokojny. Nie ma sensu, ani potrzeby jej atakować – musimy sobie coś wyjaśnić. Ty i ja – patrzę na nią pewnie, a ona odpowiada mi podobnym wzrokiem.
– Chyba wiem do czego zmierzasz – krótkim spojrzeniem na Peetę potwierdza swój domysł, a ja lekko kiwam głową – przyznaję, od dawna kocham Peetę… Choć chyba wcześnie raczej wydawało mi się, że go kocham. Był moim idolem, wymarzonym chłopakiem z plakatu… Potem, gdy poznałam go bliżej, tylko się w tym upewniłam – w rzeczywistości okazał się chyba jeszcze lepszy niż w moich wyobrażeniach… I będę szczera – nie przepadam za tobą. Właśnie dlatego, że jest z tobą, a nie ze mną. Zresztą, nie znam cię i wasz związek to chyba jedyna rzecz, jaka mi w tobie przeszkadza – odpowiada mi rozbrajająco, wywołując uśmiech na mojej twarzy. W innych okolicznościach chyba mogłabym ją nawet polubić…
– Najbardziej nienawidzę w tobie tego, że prawie udało ci się go mnie odebrać – odpowiadam równie szczerze, nadal patrząc jej w oczy. W tle słyszę chrząknięcie Peety. No tak… rozmawiamy o nim, jakby go to nie było…
– Nigdy mi się to nie udało. Nawet będąc ze mną, zawsze myślami był z tobą, czy to w dobrym czasie, czy nawet podczas waszej największej kłótni.
– Tak sądzisz? – zaskoczyła mnie jej odpowiedź. Ja postrzegałam to całkiem inaczej. Trudno, niech Peeta myśli teraz co chce, ale Kate rozbudziła moją ciekawość.
– Oczywiście – śmieje się krótko, zerkając na niego. – Zapach czekolady kojarzył mu się z tobą, na widok żółtego szala jednej z kobiet zamyślił się na dobre pięć minut. Niczego nie pamiętał, a jednak wszystko kojarzyło mu się z tobą. Wtedy zrozumiałam, że w środku należy do ciebie i nic, nawet żadna amnezja tego nie zmieni. Choć bolało jak cholera, ale nie da się walczyć z cieniem, z czymś nierealnym, z duchem, jakim wtedy byłaś…
– Przykro mi z powodu twojego ojca i dziadka – mówię to niemal odruchowo, choć gdy to słyszę, jestem na siebie trochę zła. Nie znoszę tych sytuacji, kiedy moje usta wypowiadają coś, czego jeszcze nie przemyślałam.
– Mnie też było – odpowiada zwyczajnie, wzruszając lekko ramionami. – Zapewniali mi dostatnie życie, dbali o mnie, ale im więcej o tym myślę tym większą mam pewność, że to było tylko złudzenie, jakaś iluzja dobrego życia, ale pozbawionego ciepła, miłości i zrozumienia. Moja matka zawsze była sama z nami, mojego ojca praktycznie nie było w domu, a dziadka znałam głównie z rozmów telefonicznych i telewizji. Choć on i tak miał dla mnie więcej czasu niż ojciec – czasem odbierał mnie ze szkoły i jedliśmy razem obiad, albo kolację. Czasem też towarzyszyłam mu w jakiś pokazach, prezentacjach. Byłam wtedy taka dumna… – przerywa na chwilę, po czym podejmuje – ale żaden z nich nie zrobił dla mnie nigdy tego, co ty zrobiłaś dla Peety. Ty i burmistrz Ósemki wyciągnęliście tego snajpera chyba spod ziemi – blado się uśmiecha.
– Nie wiedziałam o tym – mówię cicho. Trudno mi już patrzeć na nią, jako na wnuczkę Snowa. Widzę teraz raczej dziecko, któremu runął nagle cały świat. Czuję, że wzruszenie ściska mi gardło.
– Nikt nie wiedział, pilnie strzeżona tajemnica państwowa. Miałyśmy być śliczne w telewizji, uśmiechać się i machać do ludzi, a poza oficjalnymi występami nikogo nie obchodziło, co i gdzie robimy. Za to wszystko odpowiadała mama, a to, co myślimy, czujemy nie miało znaczenia. O to, czy jesteśmy zdrowe, pytano tylko, jak miałyśmy gdzieś się pojawić… Ale wiesz – na co dzień się tego nie zauważa, ja się zorientowałam dopiero będąc w szkole. Rodzice moich koleżanek do nich dzwonili, pisali listy, ze mną rozmawiała tylko mama. Czasem dzwonił dziadek, ale wtedy był w szkole popłoch, więc nawet wolałam, by tego nie robił…

Po tych słowach w kuchni zapada cisza przerywana tylko głosami z bajki. Spoglądam na Peetę, widać, że jest poruszony. Zresztą, znam go na tyle dobrze, żeby być pewną, że jej słowa zrobiły na nim jeszcze większe wrażenie, niż na mnie.
– Jak mogę ci pomóc? – ledwie słyszę jego głos, ale nagle wypowiedziane zdanie sprawia, że i tak lekko podskakuję na krześle, a reakcja Kate jest identyczna.
– Pomóż nam wyjechać – jej oczy znów błyszczą się niebezpiecznie, a po chwili krople toczą się po jej policzkach. – Wszyscy traktują nas tak, jakbyśmy brały w tym udział, jak… potencjalne morderczynie. Nikt już z nami nie rozmawia, nawet moje najbliższe przyjaciółki, a przynajmniej dziewczyny, które za nie uważałam, zerwały ze mną kontakt, unikają mnie nawet na ulicy. Mama straciła pracę, a teraz praktycznie nie wstaje z łóżka. Moja siostra, Beatris, siedzi zamknięta w swoim pokoju, boi się wyjść, odkąd dwóch chłopców na placu zabaw ją pobiło. Nie wytrzymam tego dłużej, pomóż nam – cicho łka.
Peeta powoli wstaje i obejmuje ją ramieniem. Godzinę temu byłabym zazdrosna, a teraz nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia.

– Zadzwonię do mamy – domyślam się, że podpowie, albo prześle lekarstwo, które matkę Kate może postawić na nogi. Doskonale wiem co ta dziewczyna teraz czuje – znalazła się w podobnej sytuacji, jak niegdyś ja, gdy po śmierci ojca miałam na głowie cały dom. Ja sobie w końcu poradziłam, ale spotkałam na drodze Gale’a, który bardzo mi pomógł. A Kate, wychowana w Kapitolu, opływająca dotąd w dostatki, może temu nie podołać. Choć muszę jej przyznać, że i tak wykazała się olbrzymią odwagą, przychodząc tu i prosząc o pomoc. Ja tego nigdy nie umiałam, choć może też nie miałam nikogo, do kogo mogłam się o nią zwrócić…

Może to, co zrobiłam, nie było najlepszym pomysłem, ale widzę w jej oczach cień wdzięczności, kiedy jej przerażona matka i siostra zostają przez wojsko przyprowadzone do naszego mieszkania. Peeta patrzy na mnie zaskoczony, ale i na jego twarzy widzę cień uśmiechu. Co prawda domyślam się, że nie wytłumaczyli im wszystkiego, albo nie uwierzyły, bo ich strach wyraźnie na to wskazuje, ale sama nie mogłam tam iść.
– Dziękuję panom – zwracam się do wojskowych, którzy wprowadzają je do naszego mieszkania – możecie odejść.
Każda z nich trzyma w ręku tylko jedną walizkę, patrzą na nas z lękiem, nie wiedząc co je czeka i dopiero widok Kate trochę je uspokaja.

– Rozmawiałam z Beetee’em – zaczynam cicho, kiedy Peeter zabiera Beatris do salonu i razem oglądają bajki, wtuleni w wielką pandę. – Proszę podać dystrykt, do którego chcecie się panie udać, a my was tam przeniesiemy – mówię najspokojniej, jak potrafię. – Musicie też zdecydować, pod jakim nazwiskiem tam zamieszkacie i czy chcesz kontynuować naukę w prywatnej szkole – dodaję w stronę Kate.
– Co to, to nie – odpowiada szybko, nadal przytulając matkę. – Mama pochodzi z Dwójki, więc może tam znajdzie się dla nas miejsce. A myślę, ze najlepiej będzie jak zostaniemy przy obecnym nazwisku, którego raczej nikt specjalnie nie kojarzy z rodziną Snow.
– Czyli Neve – oświadcza krótko Peeta, a Kate tylko potakuje głową.

Noc spędzają w naszym salonie. Peeta i Kate jeszcze długo rozmawiają w kuchni, kiedy ja czekam na niego w sypialni, słysząc już miarowy i spokojny oddech Peetera. Zastanawiam się, czy nie postąpiłam zbyt gwałtownie. Czy wszyscy sąsiedzi pań Snow… Neve powinni widzieć, że wojsko je wyprowadza? Wtedy wydawało mi się to dobrym pomysłem, ale teraz nie jestem już o tym przekonana. Dałam im szansę stworzenia nowej tożsamości, nowego życia, bez wieloletniego rozpamiętywania tego, co zrobił ich ojciec i dziadek. Tylko czy matka i siostra na pewno chcą tego samego, co Kate? Odcięcia od tego świata pełnego przepychu, bogactwa i samotności…
Mama ma jutro dostarczyć nam lekarstwo. Powiedziała też, że jest dumna ze mnie, że mimo tego, co się wydarzyło, chcę pomóc tym kobietom. Ale czy one kiedyś mi za to podziękują, czy raczej mnie znienawidzą – na to pytanie raczej długo nie poznam odpowiedzi…

– Powiedziała mi, że jestem wielkim szczęściarzem, że jesteś ze mną i że nie powinienem dłużej przekładać decyzji o ślubie – szepcze w moje włosy, kiedy jego lodowate stopy ogrzewają się o moje łydki.
– I co jej odpowiedziałeś? – naprawdę jestem ciekawa, tym bardziej, że jej stwierdzenie całkowicie mnie zaskoczyło.
– To moja tajemnica – odpowiada rozbawiony.
– Peeta – odwracam twarz w jego stronę, by lepiej widzieć go w delikatnym świetle księżyca.
– Powiedz tylko kiedy, ja cały czas czekam na twoją decyzję – odpowiada namiętnie mnie całując.

153. Pluszowy miś

Witamy wszystkich ciepło,
Życzymy miłego czytania, czekamy na komentarze 🙂
Kolejna notka – we wtorek.
Pozdrawiamy,
A & A
—-

Pierwszy tego typu artykuł rozbawił mnie do łez, przy drugim poczułam się mniej rozbawiona, a gdy po raz kolejny trzymam w dłoni brukowiec, w którym widać moje zdjęcie wraz z – jak twierdzi nagłówek artykułu – nowym ukochanym, nie bardzo wiem, jak mam zareagować. Spoglądam na Peetę znad kubka kawy i powoli przesuwam w jego stronę gazetę. Zerka przelotnie na papier, potem powoli bierze do ręki egzemplarz i marszczy brwi.
– Co z tym robimy – pyta mnie cicho.
– Nie mam pojęcia, ale chyba musimy coś zrobić, nim jakiś durny pismak narobi jeszcze większego zamieszania.
– Masz jakiś pomysł? – spogląda na mnie uważnie i w tym samym momencie do salonu wchodzi zaspany Peeter.
– Dzień dobry – siada na kanapie po turecku, bierze do ręki pilota od telewizora i momentalnie przełącza kanał informacyjny na bajkowy.
– Peeter, oglądaliśmy to – wiem, że Peeta nie jest zły, może nawet rozbawiony, choć – jak co dzień od tygodnia – próbuje strofować brata, starając się, by jego głos brzmiał stanowczo.
– No cooo? – ma jeszcze zaspany głos, włosy zmierzwione, tak, że każdy jest w inną stronę, a piżama, którą kazał sobie kupić, jak tylko tu przyjechał, dopełnia całości. Mimo jego wzrostu mam przed sobą uroczy obrazek małego chłopca z przesłodką poranną miną.
– No nic – odpowiadam mu. – Chodź na śniadanie.
Z jego ust wydobywa się nieokreślony dźwięk, jakby połączenie jęknięcia, sapnięcia i czegoś jeszcze. Biorę do ręki biało-czarną miseczkę kupioną specjalnie, by pasowała do piżamy, nalewam mleka, wsypuję kokosowe poduszeczki – ulubione płatki Peetera i podaję mu.
– Tylko nie rozlej – puszczam do niego oko, napotykając olbrzymi uśmiech wdzięczności.

Peeta otwiera usta, by coś mi powiedzieć, ale przerywa mu dźwięk telefonu. Niechętnie podnosi się i podchodzi do aparatu, a ja szybko przesiadam się obok Peetera.
– Co chciałbyś dzisiaj robić?
– Newemawy – pada z jego ust.
– Peeter – mówię z uśmiechem – najpierw połknij to, co masz w buzi, a potem dopiero mów, dobrze?
– Bobzie – odpowiada dokładnie w ten sam sposób, a ja wybucham śmiechem, który jednak bardzo szybko gaśnie. Peeta spogląda na mnie uważnie, delikatnym ruchem głowy wołając mnie.
– Beetee sugeruje, byśmy spotkali się z Plutharem – szepcze mi na ucho, kiedy do niego podchodzę.
– Po co?
– Żeby udzielić mu wywiadu i… I wyjaśnić kim jest Peeter – patrzy mi prosto w oczy. – To nie wygląda za dobrze – dopiero „wróciliśmy” do siebie, a ty już chodzisz na spacery po parku w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, trzymasz go za rękę, chlapiecie się wodą z fontanny – patrzy na mnie z uniesionymi brwiami.
– Racja, wczoraj bawiliśmy się świetnie – odpowiadam mu kąśliwie, patrząc mu pewnie w oczy. – Wiedziałbyś o tym, gdybyś był tam z nami. I uważam, że wywiad to najgorsze, co możemy zrobić.
– Co więc proponujesz? – Peeta zaplata ręce na piersiach.
– Dziś cały dzień spędzisz z nami – unoszę dłoń do góry, nie chcę, by mi przerywał, a wiem, że już chce to zrobić. – A jeśli ktoś nas zapyta, kim jest Peeter, powiemy, że to twój brat. To proste – uśmiecham się lekko. Peeta nie wie, że Haymitch przewidział propozycję Beetee’ego i podsunął mi ten pomysł. I to właśnie on, podczas naszej wieczornej rozmowy telefonicznej, powiedział mi, że sędzia dotrzymał słowa – wysłał do prezydenta wniosek o ułaskawienie, a Paul go podpisał. Dzięki temu Haymitch nadal może piastować urząd burmistrza Dwunastego Dystryktu.
– Niech będzie – Peeta przyciąga mnie do siebie i delikatnie obejmuje. – Ale jeśli to nie pomoże, jutro udzielimy wywiadu.
– Dobrze – odpowiadam, całując go w usta.

Jakąś godzinę później, ubrani w wygodne ciuchy, opuszczamy mieszkanie – przed nami dzień pełen wrażeń. Na początek – gokarty. Siedząc w zacienionym miejscu sączę sok pomarańczowy i przyglądam się braciom szalejącym na torze. Nie wiem, czy Peeter jest tak dobry, czy raczej Peeta daje mu wygrać, bo już po raz kolejny to jego starszy-młodszy brat jako pierwszy przekracza linię mety. Na moment zamykam oczy i zwracam twarz ku słońcu, pozwalając, by ciepłe promienie pieściły moją skórę. Jest przyjemnie ciepło, a delikatna bryza lekko drażni moją skórę – z głową opartą o oparcie krzesła, oddaję się tej drobnej przyjemności. Dotyk jego ust jest zaskoczeniem, ale natychmiast rozpływam się, pozwalając mu kontynuować pieszczoty.
– Nie zasypiaj, kochanie – mruczy cicho, przesuwając ustami wzdłuż mojej szyi, docierając do ucha i przygryzając jego płatek.
– Nie zasypiam – odpowiadam lekko chrapliwym głosem. Peeta doskonale wie, jak doprowadzić mnie do tego błogiego, cudownego stanu rosnącego podniecenia.
– Co będziemy teraz robić?- mogę się tylko roześmiać w reakcji na słowa Peetera. Kocham go, ale muszę przyznać, że od czasu przyjazdu do Kapitolu, bardzo skutecznie przerywa nam każdą taką chwilę. I wiem, że robi to całkowicie nieświadomie.
– Teraz… Katniss nauczy cię strzelać – odpowiada pogodnie Peeta. Muszę przyznać, że to niespodzianka nawet dla mnie.

Olbrzymi lunapark tętni życiem chyba o każdej porze, więc i teraz pełno tu ludzi. Peeter jest tak zaaferowany tym, że pokażę mu, jak strzelać z łuku, że nie zauważa nawet tych wszystkich karuzel, diabelskich młynów i zjeżdżalni wodnych. Podchodzimy do stoiska strzeleckiego, tarcze ustawione są blisko, jakieś trzy, może pięć metrów od nas. Do dyspozycji mamy karabin, pistolet, procę i łuk. Sprzedawca, gdy tylko nas zauważa, kłania się nisko i z promiennym uśmiechem wyjmuje spod lady idealną replikę mojej broni z czasów rewolucji.
– Panno Everdeen – podaje mi go z namaszczeniem – czy będzie pani uprzejma skorzystać z tego łuku?
– Oczywiście – biorę go do ręki i choć wiem, że to kopia, to czuję się prawie zawiedziona, że mój głos nie wprawia go w znajome drżenie. Puszczam oko do Peety i pytam Peetera:
– A ty? Z czego będziesz strzelać?
– Z łuku – odpowiada, jakby to było coś zupełnie oczywistego i bierze do ręki ten, który podaje mu od razu sprzedawca. Napinamy cięciwy – Peeter dokładnie kopiuje moje ruchy i niemal równocześnie wypuszczamy strzały. Moja celuje dokładnie w środek tarczy, podczas gdy jego – w jakąś nie do końca określoną stronę.

Bawimy się w ten sposób dobrą godzinę, aż w końcu Peeterowi także udaje się trafić w dziesiątkę, za co otrzymuje wielką pluszową pandę. Cała nasza trójka wybucha śmiechem, a Peeta dodaje:
– Będzie ci pasować do piżamy, braciszku – mierzwi ręką jego włosy.
– Nooo – odpowiada mu Peeter, a ja cierpnę na niespodziewany dźwięk migawek aparatów. Nawet nie zauważyłam kiedy zebrał się tutaj ten cały tłum gapiów, dziennikarzy i fotoreporterów. Wszyscy uważnie się nam przyglądają, wytykają nas palcami. Na twarzy Peetera widzę powoli wypływający cień niepokoju, kuli się w sobie, przesuwa za Peetę, który też widzi co się dzieje.
– Pozwolą panowie – stanowczość i chłód w jego tonie nieodmiennie mnie zaskakują. Wciąż nie umiem się przyzwyczaić do tego, że tak potrafi mówić – że moja narzeczona, mój brat i ja pójdziemy coś zjeść? – rzuca w stronę fotoreporterów, a ja napajam się ich zaskoczonymi minami. Byli absolutnie pewni, że trafili na jakiś dziwny kapitoliński trójkąt miłosny, że udało im się ustrzelić prawdziwą perełkę – zdjęcie całej naszej trójki razem – moi dwaj kochankowie i ja… Uśmiecham się ironicznie – mieszkam od dawna w Kapitolu, a nadal niektóre zachowania… i oczekiwania jego mieszkańców mnie zaskakują.

Po kolacji zjedzonej w małej pizzerii (pizza szybko stała się ulubionym daniem Peetera), idziemy powoli do domu. Kapitol z wolna pogrąża się w mroku, już rozpraszanym setkami świateł. Peeta trzyma mnie za rękę, a idący tuż przed nami Peeter dzierży w ramionach ogromną pluszową pandę.

Gdy dochodzimy do naszego apartamentowca, widzę tam kogoś. Stoi samotnie pod drzwiami wejściowymi budynku ubrana w proste czarne spodnie i dresową bluzę, przez co jest w pierwszej chwili jej nie rozpoznaję. Dopiero kiedy podchodzimy bliżej, a ona zsuwa kaptur z głowy, staję jak wryta. Nie chcę, by tu była, chcę, by sobie poszła, zaraz. Widzę, że dla Peety jej widok jest takim samym zaskoczeniem jak dla mnie. Co dziwne – najlepiej z tą sytuacją radzi sobie Peeter. Spogląda pewnie w stronę Kate i oznajmia z dumą:
– Zobacz jaką fajną pandę wygrałem.
Kate uśmiecha się do niego, ale widzę, że w jej oczach błyszczą łzy. Może dlatego pyta go bardzo cicho:
– Bardzo fajna panda, jak udało ci się ją wygrać?
– Katniss nauczyła mnie strzelać z łuku – odpowiada z uśmiechem mój przyszły szwagier, a Kate blednie po tych słowach, po czym wciąga głośno powietrze i wyrzuca z siebie:
– Peeta, potrzebuje twojej pomocy…

127: Powrót na arenę

Witajcie,

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

 

Powoli otwieram oczy, budząc się leniwie. Dziś mamy wolne – to dzień, w którym nie musimy biegać, rozmawiać z obcymi ludźmi. Dzień, który możemy spokojnie spędzić razem… Razem… W tym momencie żołądek zwija mi się w kulkę – dociera do mnie z całą mocą przyczyna naszego wolnego – to żaden urlop, żaden odpoczynek. Natychmiast skacze mi adrenalina, wyzwalając chęć ucieczki, czuję przeraźliwy strach i pragnienie, które ciężko będzie zaspokoić. Powtarzam sobie szeptem, że nic nam się nie stanie, nic nam nie grozi, jesteśmy bezpieczni… Ale sama w to do końca nie wierzę – przecież wracamy na arenę. A dla nas to nigdy nie było bezpieczne miejsce, nawet po zwycięstwie…

Podnoszę się lekko na łokciach, chcę sprawdzić czy Peeta już się obudził i widzę, że rzeczywiście on też już nie śpi. Napięcie mięśni twarzy zdradza, że czuje to, co ja, choć wzrok ma wbity w sufit – prawdopodobnie po to, bym nie widziała jego przerażenia. Jak zawsze, próbuje mnie chronić, choćby minimalizując przekazywanie negatywnych emocji. Dzisiejszy dzień odwlekaliśmy tak długo, jak było to możliwe – od ślubu Johanny i Paula minął już prawie miesiąc… Jednak oboje wiemy,  że musimy to w końcu załatwić – zwłoka tylko pogłębia problem. Protesty przybrały na sile, ludzie się buntują, wymachują transparentami z chorymi dla nas hasłami:
– Nie niszczcie świątyni miłości!
– Zostawcie jaskinię w spokoju!
– Zbudujmy im tutaj dom!
Kapitolińczycy są święcie przekonani, że dla nas to miejsce jest cudowną „świątynią miłości”, naszym pomnikiem. Nie wiedzą, że czujemy coś całkowicie przeciwnego – lęk i obrzydzenie. Co prawda gdyby się zastanowili, to wyciągnęli jakieś wnioski choćby z tego, że nigdy tam nie jeździmy, nie wspominamy, a każdą próbę rozmowy na ten temat w wywiadach ucinamy natychmiast. Ale czego można wymagać od zaślepionych mieszkańców Kapitolu – oni nie patrzyli na umierające dzieci własne, bądź sąsiadów, tylko na „bohaterów”… Głupcy…

Przytulam się do Peety, dokładnie tak jak wtedy na arenie, w jaskini. Obejmuje mnie ramieniem i całuje w czoło:
– Damy radę? – pyta cicho.
– Chyba nie mamy wyjścia, tylko my możemy ich przekonać, że nie cierpimy tego miejsca i na pewno nie marzymy o tym, by tam zamieszkać.
– Jak oni mogli w ogóle o tym pomyśleć? – patrzy na mnie z niedowierzaniem. Wczoraj wieczorem, kiedy oglądaliśmy skrót wiadomości, to właśnie hasło o arenie jako naszym przyszłym domu dało nam jasno do zrozumienia, że dłużej nie możemy odkładać tej wizyty. Haymitch chciał jechać z nami, nawet Johanna i Paul wyrazili chęć wsparcia nas w tym zadaniu, ale doskonale wiemy, że to nasza sprawa i to my ją musimy załatwić. Obecność innych osób tylko to utrudni.

Pomysł Beetee’ego, który popieramy z całego serca, a który protesty wstrzymują, jest bardzo dobry – arena zostanie zburzona, jak wszystkie pozostałe, ale na miejscu tej konkretnej powstanie pomnik upamiętniający wszystkich poległych trybutów, którzy oddali swoje życie przez 75 lat trwania Głodowych Igrzysk.

Powoli wstajemy z łóżka, ubieramy się. Nawet nie myślimy o śniadaniu – boję się, że jeśli cokolwiek bym zjadła, bardzo szybko mogłabym zwrócić posiłek już na sam widok Rogu Obfitości. Z opisu miejsca i migawek telewizyjnych wiem, że nadal są tam plamy krwi Cato. I Peety…

Całkowite pustkowie, daleko za granicami Kapitolu. Arena ma kształt kwadratu wytyczonego barierkami – gdyby nie one, pewnie obóz obrońców tego reliktu okrucieństwa byłby w środku, a nie na zewnątrz. Ludzie wiwatują na nasz widok… Dobrze, że Peeta mocno trzyma mnie za rękę, nie wiem czy inaczej dałabym radę stawić temu wszystkiemu czoła. Główna organizatorka protestów – kobieta w średnim wieku, z bardzo krótko ostrzyżonymi po bokach włosami i fikuśnym zielonym kucykiem na środku głowy, ściska nasze dłonie.
– Witam państwa bardzo, bardzo serdecznie. Tak się cieszę, że dołączają państwo do naszego protestu…
– My do niczego nie dołączamy – przerywa jej stanowczo Peeta. Jego twardy głos sprawia, że kobieta momentalnie cofa się o krok. Nie tego spodziewała się po naszym przyjeździe.
– O czym pan mówi, panie Mellark? – patrzy szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż wierzyła, że jego reakcja to jakieś nieporozumienie.
– Mówię – Peeta nie zmienia tonu – że chcemy, by arena została wyburzona. Popieramy obecne plany Kapitolu – stworzenie tutaj pomnika pamięci poległych. I nie życzymy sobie żadnych protestów.
– Ale… – nasza rozmówczyni na moment się zapowietrza. – Przecież to świątynia państwa miłości…
– To cmentarz – przerywam jej, z trudem powstrzymując odruch zwrotny. – Zginęło tutaj 22 osoby, oddając swoje życie dla rozrywki Kapitolu i politycznych rozgrywek. A łącznie, na takich arenach jak ta – setki. Oddajmy im należyty szacunek. To nie lunapark! – nie umiem powstrzymać podnoszącego się głosu. Peeta ściska mocniej moją dłoń, próbując mnie uspokoić. Twarz Kapitolinki przybiera jakiś dziwny wyraz – sama nie wiem, czy to nadzieja, czy raczej jakiś pomysł, który się właśnie urodził w jej głowie.
– Zapraszam państwa na wycieczkę. Jeśli to, co wam pokażę, nie zrobi na was wrażenia… możecie zrównać to miejsce z ziemią – pierwsze zdania wypowiada z żarliwością, kolejne już lekko płaczliwym głosem, jakbyśmy rozbijali jej marzenia. Spoglądam na Peetę, on na mnie, a zielonowłosa kobieta odwraca się i pewnie przemierza drogę w kierunku wejścia na arenę.
– Nie – szepczę i czuję jak strach mnie całkowicie paraliżuje. Nie dam rady się ruszyć, nogi mam jak z ołowiu, nie słuchają mnie. Stopy wrosły w ziemię, nie dam rady ich podnieść, ani nawet przesunąć, choćby o milimetr. Zapadam się głębiej, choć wiem, że to niemożliwe…
– Będę przy tobie – Peeta jest lekko zielonkawy na twarzy, bardzo mocno ściska moją rękę, powoli czuję, że odcina mi dopływ krwi do palców, ale z tym też nie mogę nic zrobić. – Będę cały czas, nie spuszczę cię z oczu nawet na sekundę.
– Nie – mówię coraz ciszej. Mam silne przeczucie, że nie powinniśmy tam wchodzić. Już raz weszłam na arenę z własnej woli, kolejny raz nie dam rady.
– Wyjdziemy na tchórzy – Peeta zdążył się zebrać w sobie. Nie zaciska już tak mocno dłoni, ale robi krok do przodu, pociągając mnie delikatnie za sobą. Z olbrzymim trudem robię krok za nim. I kolejny. I następny. Aż przekraczamy wrota areny.

Delikatny wiatr owiewa moją twarz, a pierwszy rzut oka na miejsce, w którym się znajduję, znów wywołuje u mnie panikę. Staję w miejscu, wymuszając zatrzymanie Peety. Patrzy na mnie z lekko uniesionymi brwiami:
– Tutaj się poparzyłam – odpowiadam mu szeptem, a on przyciąga mnie lekko bliżej, tak, że czuję jego ciepło.

Nasza przewodniczka czuje się tutaj jak ryba w wodzie – prowadzi nas po dobrze znanych jej ścieżkach. Niestety – my znamy je równie dobrze, mijane miejsca przypominają mi twarze i sylwetki poległych trybutów. Nasze splecione dłonie są całkowicie mokre od potu, twarze mamy blade, a mięśnie spętane strachem, który siedzi w nas tak głęboko, że chyba nigdy się go nie pozbędziemy.

Do jaskini zostało zrobione specjalne tylne wejście, umożliwiające zwiedzającym dostanie się do środka bez potrzeby pełzania. Na ziemi nadal widać ślady naszej krwi, jest tu znacznie zimniej niż to zapamiętałam. Mimo ogromnego lęku, staram się zachowywać normalnie. Spoglądam w ciepłe oczy mojego narzeczonego i zastanawiam się przez krótki moment, czy jemu też przypominają się nasze pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk.
– Pokazała nam pani już chyba wszystko, czy teraz możemy wrócić do wyburzania? – Peeta spogląda chłodno na organizatorkę protestu.
– Ale… Nic nie czujecie? Nie macie wspomnień, ciepłych uczuć związanych z tym miejscem? – jest wyraźnie zaskoczona, a w jej głosie słyszę traconą nadzieję.
– Czujemy – odpowiada Peeta spokojnie – obrzydzenie, że ktoś ma ochotę zwiedzać miejsce, w którym tyle wycierpieliśmy.
– Przecież to świątynia waszej miłości – powtarza jak zacięta płyta i tupie nogą na znak protestu.
– Nie dla nas – odpowiadam jej groźnie, chcąc uciąć temat i uciec stąd jak najszybciej.
– Spokojnie kochanie – zwraca się do mnie Peeta i po chwili znów przenosi wzrok na naszą towarzyszkę – mówi pani, że to nasza świątynia, tak?
– Tak – odpowiada mu uszczęśliwiona. W tunelu naszych odmów zobaczyła światełko…
– W takim razie możemy tu zrobić co tylko chcemy? – nie do końca wiem do czego mój narzeczony zmierza, ale ufam mu całkowicie.
– Tak, tak! Możecie tu zamieszkać, wybudować dom, albo czasem bywać i pozwolić ludziom zwiedzać ten teren, Możecie organizować spotkania, albo wiece. Co tylko zechcecie – patrzy tak rozpromienionymi oczami, że na krótki moment robi mi się jej żal. Oddała swój czas i serce sprawie, która jest okropna i której nie chcemy. Niezależnie od jej wyraźnej samolubnej miłości do nas.
– Chcemy to zburzyć i postawić tu pomnik poległym. Na tym skończmy już i chodźmy stąd, bo przemarzliśmy oboje – mówi stanowczo i wychodzi z jaskini na zewnątrz, prowadząc mnie za sobą.

Z opisu Beetee’ego wiemy, że drugie wyjście z areny jest przy Rogu Obfitości, tam też stoją zablokowane maszyny burzące – nogi same nas tam niosą. Koryto rzeki znów jest pełne czystej wody, kątem oka widzę nawet pływające w nim ryby. Przekraczamy linię lasu, jesteśmy na otwartej przestrzeni, tuż przy rogu. I wtedy słyszę ciche brzęczenie. Rozglądam się szybko wokół siebie i widzę, że na policzku Peety siada osa. Wszystko dzieje się jak na zwolnionym filmie – nie zdążam nic powiedzieć, ani zareagować, gdy on – czując łaskotanie i słysząc wibracje pochodzące ze skrzydeł owada, odruchowo podnosi rękę i odtrąca go. Uderzona osa wraca natychmiast i wściekła w sekundzie kąsa go w lewą skroń. Źrenice Peety kurczą się do wielkości łebków od szpilek, on sam zasysa głośno powietrze, zaciska dłoń na mojej w żelaznym uścisku i pada na ziemię. Nieprzytomny.

—-

Ta notka była graniczną podczas przeprowadzki naszego bloga, z tego względu na razie komentarze do niej można przeczytać tu – http://poigrzyskach.blox.pl/2014/07/127-Powrot-na-arene.html#komentarze 🙂

126: Ślub

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Idziemy powoli, majestatycznie. Sala jest długa, po obu stronach zastawiona wygodnymi krzesłami z wysokimi oparciami, pośrodku zostawiono przejście. Tu też królują białe kwiaty, połączone ze świeżą zielenią wiosennych liści. Na szczęście nie ma ich tak dużo jak na korytarzu, dzięki czemu można oddychać bez przeszkód. Spoglądam na zebranych tu ludzi i po raz kolejny czuję ukłucie żalu. Tak niewielu nas zostało, zaledwie garstka tych, których nazywamy przyjaciółmi i rodziną. Gdyby nie wojna byłoby ich tu o wiele więcej – choćby Prim, Finnick… Z drugiej strony – czy gdyby rewolucji nie było, to kiedykolwiek zaprzyjaźniłabym się z „szaloną” Johanną i „pawiem” z Czwartego Dystryktu? Czy byłabym gościem na tym ślubie? Może Peeta, którego lubili od początku – tak, ale ja chyba nie. To tamte wydarzenia pozwoliły nam się poznać, zbliżyć do siebie, zrozumieć jak wiele nas łączy pod maskami, do których nakładania zmuszał nas Kapitol…

W rozmyślaniach i wspomnieniach dochodzimy do końca sali, gdzie na podwyższeniu stoi jakiś mężczyzna. Rozpoznaję go od razu, choć tym razem jest ubrany znacznie bardziej elegancko. Czarny garnitur, wyprasowana biała koszula z modnym kolnierzykiem, czerwony krawat – to wszystko nadaje mu szyku i powagi, ale niewiele zmienił się przez te miesiące.
– Dalton – mówię półgłosem.
– Katniss – odpowiada równie cicho, pochylając lekko głowę. Nim odwracam się do Peety, czuję na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, dlatego używam małego wybiegu, który jako pierwszy przychodzi mi do głowy, licząc, że mój narzeczony się domyśli:
– Będziesz Mistrzem Ceremonii na wszystkich ślubach Zwycięzców?
– Z największą przyjemnością – odpowiada spokojnie, równocześnie dłonią dając nam znak, byśmy zajęli swoje miejsca. Peeta, opuszcza ramię, przytrzymuje przez moment moją rękę, całuje dłoń i dopiero wtedy pozwala mi na zrobienie tych kilku kroków. Staję poniżej podestu, po prawej stronie, Peeta jest po lewej. Muzyka się zmienia i na dźwięk kolejnych taktów, zgodnie z planem, obracamy się powoli. Paul, ubrany w grafitowy garnitur, idzie pewnym krokiem w naszą stronę. Jest skupiony, ale uśmiechnięty, zdenerwowanie dosięga tylko jego oczu. Godziny spędzone na ćwiczeniach z Peetą i wieloma innymi osobami, przygotowania jakie podjął, przyniosły efekt. Podchodzi do podestu, tuż przed nim zwalnia, by wymienić jeszcze jakieś zdanie z Peetą, tak cicho, że nawet ja tego nie słyszę. Wreszcie robi mały krok i staje twarzą w twarz z Daltonem, mając Peetę za sobą.

Czekamy na kolejną zmianę muzyki i znów zwracamy się w stronę wejścia do sali. Jest – Johanna idzie podtrzymywana pod rękę przez moją matkę. Wygląda zdumiewająco, posągowa piękność… Po dziesiątkach przymiarek (i ona narzekała na Effie), w końcu wybrała suknię, którą zapamiętałam od samego początku. Wąski fason zaczyna się dekoltem w formie serca, mocno podkreślającym biust. Na górę nałożona jest delikatna koronka, w której wzorze ukryte są liście drzew z Siódemki – prezent od Effie, która ustaliła wymianę z salonem sukien jako niespodziankę dla Johanny (choć ostateczna decyzja należała oczywiście do dzisiejszej Panny Młodej). Misterny wzór spływa przez pas na boki bioder dodatkowo uwydatniając figurę kobiety. Talię podkreśla plisowany pas, zebrany biżuteryjną klamrą. To ukłon w stronę tradycyjnego stroju ślubnego z dystryktu Johanny, gdzie sztywne plisy nawiązują do faktury drewna. Suknia rozszerza się dopiero na wysokości kolan, umożliwiając Johannie poruszanie się, a na samym dole rozchodzi się w przepiękny półokrągły tren, obszyty tą samą co góra stroju, koronką. Już samo to wystarczyłoby, aby suknia zapierała dech, ale dla większego efektu została uszyta ze specjalnie tkanego materiału nazwanego rockiem – jak wytłumaczyła nam sprzedawczyni, splot w poziomie i w pionie nici o różnym kolorze sprawia, że w zależności od światła i ułożenia, suknia ma różną barwę – od kremu, przez złoto aż do bardzo jasnej, niemal niezauważalnej miedzi. Każdy krok, każdy ruch sprawia, że suknia wygląda inaczej, jakby była uszyta z dodatkiem magii, albo technologii Beetee’ego…


Uśmiecham się do niej najserdeczniej jak potrafię, kiedy oddaje mi bukiet. Niemal odruchowo wącham malutki, biało-zielony bukiecik. Uwielbiam zapach frezji – kwiatów, które rosną jakby rodzinnie, na wspólnej gałązce, rozwijając się powoli… Tym razem są przybrane gałązkami klonu tworząc prosty, cudny duet, który uzupełnia kreację, nie walcząc o pierwszeństwo, nie dominując nad strojem, ani panną młodą.

Johanna zatrzymuje się obok mnie, czekając na słowa Daltona:
– Witam wszystkich zebranych na tej podniosłej uroczystości – Mistrz Ceremonii zaczyna powoli pewnym i mocnym głosem. – Zebraliśmy się tu dziś, aby na zawsze połączyć losy tych dwojga – Johanny i Paula. Ale nim do tego dojdzie, tradycji musi stać się zadość. Pytam więc – kto oddaje rękę tej kobiety temu mężczyźnie?
– W zastępstwie jej rodziców – zaczyna moja mama drżącym ze zdenerwowania głosem – ja oddaję ją jemu i jego rodzinie.
– Kto – ponownie odzywa się Dalton – przyjmuje ją do swojej rodziny i obiecuje traktować jak jej członka, od teraz po wsze czasy?
– Ja – matka Paula tylko tyle jest w stanie z siebie wydusić. Łzy szczęścia i wzruszenia obficie płyną po jej twarzy, a moja mama symbolicznie „oddaje” Johannę Paulowi, wkładając jej rękę w jego dłonie.
– Moja matka i ja – kontynuuje Rose również wzruszonym i poddenerwowanym głosem – przysięgamy na honor własnej rodziny, że będziemy ją kochać i wspierać do końca naszych dni, jako naszą córkę i siostrę, którą dzięki temu małżeństwu się stanie.
Spoglądam zaskoczona na Peetę, nie jest to standardowy punkt ślubnej uroczystości. Krótka odpowiedź przyszłej teściowej wystarczyłaby w zupełności – matki zawsze w takim momencie się wzruszają, więc nikt nie oczekiwał niczego więcej. Wzrok Peety wędruje na krótki moment w stronę Asta, który w rogu sali, uśmiechając się delikatnie, odhacza jakiś punkt na podkładce, którą trzyma w ręce. Oczywiście, to on pomyślał o wszystkim.
– Paulu Mellark – Dalton bez mrugnięcia okiem kontynuuje uroczystość – czy w świetle słów wypowiedzianych przez twoją rodzinę, bierzesz za żonę obecną tu Johannę i przyrzekasz jej miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam ją kochać, szanować i trwać przy niej w zdrowiu i chorobie aż po kres moich dni – odpowiada Paul, a w jego oczach widzę szklące się łzy.
– Johanno Mason, czy przyjmujesz miłość obecnego tutaj Paula i przyrzekasz mu miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam kochać go, wspierać i trwać przy nim w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, aż po kres moich dni – odpowiada moja przyjaciółka.
– Mocą nadaną mi przez Panem z największą radością ogłaszam was mężem i żoną. Na znak przypieczętowania słów, które dziś wypowiedzieliście, wymieńcie się obrączkami – znów słyszymy spokojny głos Daltona, a w tym samym czasie Josh, ubrany w jasny garnitur, będący niemal kopią stroju Haymitcha, wchodzi na podest niosąc małą tacę, na której leżą dwa złote symboliczne krążki, z prostym grawerem z datą i inicjałami wewnątrz. Jest niesamowicie przejęty, a gdy mnie mija, słyszę jak cicho sobie powtarza:
– Najpierw wujek Paul, najpierw wujek Paul…

Paul wsuwa obrączkę na serdeczny palec prawej dłoni żony i delikatnie całuje jej rękę. Johanna robi to samo, ale na koniec całuje usta Paula. Wszyscy wstają, biją brawo, a Dalton mocnym głosem stara się przekrzyczeć burzę oklasków:
– Panie i Panowie – oto państwo Johanna i Paul Mellarkowie!
Brawa się nasilają, Johanna i Paul patrzą chwilę na zebranych, a później wpadają w nasze ramiona. Johanna ściska mnie mocno.
– Gratuluję kochana – mówię cicho, tuląc ją do siebie.
– Dziękuję – mówi coraz bardziej łamiącym się głosem.
– Hej, co jest – Johanna Mason płacze? – pytam ją rozbawiona, choć wzruszenie ściska i moje gardło.
– Mellark – odchyla się ode mnie – Johanna Mellark, półmózgu – ripostuje i odchodzi ode mnie z udawanym naburmuszeniem ale równocześnie puszcza do mnie oko. Kiedy składam gratulacje Paulowi, on patrzy na mnie chwilę, a potem zamyka mnie w uścisku i cicho mówi:
– Teraz wasza kolej, nie dajcie waszym matkom długo czekać.
– To nie tylko ode mnie zależy – odpowiadam z uśmiechem. – A dziś jest wasz dzień – jeszcze raz serdecznie gratuluję i życzę wam spokoju. I tej miłości, której dziś macie pod dostatkiem i takiego samego uśmiechu na twarzach…
– Dziękuję Katniss – patrzy mi uważnie w oczy – dziękuję za wszystko…

W piątkę przechodzimy do sali obok. Pośrodku stoi stół z przygotowanym do podpisu aktem małżeństwa, a tuż za nim – wycelowana prosto w nas kamera. Przez otwarte okno balkonu słychać zamieszanie na placu – oczywiście Kapitol zebrał się, by powitać nowe małżeństwo. Najpierw Johanna z Paulem (po dopowiedzeniu Daltona, że po raz ostatni Johanna ma się podpisać panieńskim nazwiskiem) podpisują akt małżeństwa, a po nich to samo robimy my, jako świadkowie. Na koniec swój podpis składa Dalton, poświadczając tym samym, że dokument i zawarte małżeństwo są ważne.

Za oknem wiwaty są coraz głośniejsze, ludzie domagają się wyjścia na balkon pary prezydenckiej. Raz jeszcze my składamy im gratulacje, tym razem słowami dokładnie przygotowanymi przez Asta i Peetę, a potem wychodzimy na zalany słońcem taras. Ludzi jest mnóstwo, krzyczą imiona młodej pary, mężczyźni rzucają w górę nakrycia głowy, a kobiety – kwiaty. Mimo wrzawy jeden mocny głos jakoś przedziera się i dociera do nas.
– Panie Prezydencie – to Connor zwraca się do Paula rozbawiony. Domyślamy się, że przyszykowali coś ponad ustalenia dokonane z Astem. – Panie Prezydencie, mamy coś dla Pana.
Wszyscy momentalnie spoglądamy w dół – na placu przed pałacem stoi Connor i kilku członków jego drużyny. W jednej ręce trzymają małe drzewko, to chyba sosna z korzeniami owiniętymi jakąś płachtą. Jeden z nich trzyma na sznurku coś jeszcze – małą bielutką owieczkę.  Johanna i Paul wybuchają gromkim śmiechem i szybko wychodzą z balkonu, chcąc udać się na plac. Spoglądam na Peetę, a on ściska moją dłoń i gdy chodzimy ze schodów, tłumaczy mi, że w Siódemce w dniu ślubu para młoda sadzi wspólnie młode drzewko, które symbolizuje później ich rodzinę, zaś w Dziesiątce rodzina i przyjaciele kupują młodym coś na rozpoczęcie hodowli – na ogół jest to jakieś źrebię, cielaczek lub owca.
– Owca? – Paul pyta Connora, tuż po tym, jak przyjmuje od niego gratulacje.
– Tak, bo ty i twoja żona jesteście łagodni jak baranki – puszcza do nich oko, kiedy wszyscy wybuchamy śmiechem. 

Johanna i Paul sadzą drzewo tuż przy murze Pałacu Prezydenckiego. Owieczka została zaprowadzona do jakiejś specjalnie na tę okoliczność przygotowanej przez Asta zagrody. Na szczęście poznał zwyczaje obu dystryktów i domyślił się, że prezent będzie zawierał nie tylko drzewko.

Peeta mocno mnie obejmuje, całuje w tył głowy. Stojąc za mną, zaplótł ręce na mojej talii, przez co możemy dokładnie podziwiać poczynania pary młodej.
– Ładnie ci w zielonym – mówi cicho.
– To butelkowa zieleń – odpowiadam mu z uśmiechem.
– Wiem, ale… – zawiesza głos.
– Ale…?
– Wolałbym cię w bieli.
– To może pora coś z tym zrobić?
– Może pora – zawiesza głos, bierze głęboki oddech. – Czerwiec to piękny miesiąc, nie sądzisz?
Obracam się szybko w jego stronę, uważnie mu się przyglądam. On patrzy na mnie wyczekująco.
– O czym rozmawiacie? – przerywa nam ojciec Peety, który wraz z resztą gości zszedł na dół, by wziąć udział w obrzędach z dystryktów.
– O czerwcu – odpowiada spokojnie Peeta.
– O czerwcu? – moja mama patrzy na niego zaskoczona.
– Tak – Peeta delikatnie się uśmiecha – co powiecie na czerwiec? – spogląda na nich uważnie, nadal trzymając mnie w objęciach.
– Ładny miesiąc – odpowiada jego ojciec – taki słoneczny.

Peeta delikatnie mnie odchyla i całuje w usta. A mnie ogarnia niesamowite poczucie radości.

125: Oświadczyny

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejny rozdział we wtorek (w ramach prezentów urodzinowo- imieninowych 🙂 ).

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Patrzę z zadowoleniem w lustro, w którym odbijamy się obie z mamą. Bardzo rzadko mamy okazję spędzić razem czas, więc gdy zaproponowała, że upnie mi włosy, ucieszyłam się. Choć mam tu na zawołanie fryzjerów i stylistów, najczęściej robię to sama. Dziś też miałam taki zamiar, ale układanie włosów przez mamę kojarzy mi się z dzieciństwem. I zachwytem Cinny, który nie miał wątpliwości, że fryzura przygotowana właśnie przez nią była idealna. Teraz jest tak samo – na początku nie byłam do końca przekonana, czy kwiat będzie do mnie pasował – to taka dziewczęca ozdoba. Teraz, gdy widzę efekt, wiem, że mama znów miała rację – śmietankowo biała lilia idealnie współgra z kolorem moich włosów, dodając elegancji odpowiedniej do dzisiejszej uroczystości.

Mimo tego, że przez cały poranek mama jest pozornie w bardzo dobrym nastroju, przede mną i tak nie ukryje prawdy. Widzę, że pod maską pogody i dobrego humoru kryje się zdenerwowanie. Widziałam je już w poduszkowcu w czasie lotu do Kapitolu – wówczas podejrzewałam, że to może smutek ze względu na rozstanie z Shenem, na zostawienie pacjentów w szpitalu, z którymi wydaje się zżyta, którzy wypełniają jej większość czasu. Jednak widzę, że kolejny dzień nic nie zmienił – podejrzewam, że coś się stało i to chyba coś złego, skoro mama stara się to przede mną (nieudolnie) ukryć. Peeta, zgodnie z tradycją, poszedł przygotować się z Paulem, więc postanawiam wykorzystać sytuację.
– Mamo?
– Tak kochanie? – spogląda na mnie z wyraźna dumą. Długa suknia, którą mam na sobie, idealnie podkreśla moją figurę. Delikatne rozkloszowanie tuż poniżej linii bioder dodaje mi kobiecości, a dekolt karo ładnie podkreśla mój biust. Mimo, że suknia jest na szerokich ramiączkach, żakiet w identycznym kolorze sprawi, że nie będzie mi zimno.
– Co się dzieje? – spoglądam na nią uważnie, biorąc ją za ręce.
– Nic – mama głośno przełyka ślinę. Ona także wygląda bardzo elegancko. Kostium w delikatnym odcieniu mięty, który wczoraj kupiłyśmy w Kapitolu, sprawia, że moja mama wygląda dużo młodziej niż pokazuje to jej metryka. Po śmierci taty i Prim przygarbiła się, na jej twarzy pojawiło się mnóstwo nowych zmarszczek, włosy straciły dawny blask. Zresztą, ślad czasu i przeżyć widać nie tylko u niej, ale także u pani Mellark… Dlatego wczoraj cały dzień spędziłyśmy w polecanym przez Effie salonie piękności. Nasze matki zrobiły sobie nowe fryzury, a kosmetyczki zajęły się ich twarzami i paznokciami. Dziś będą pod bacznym okiem fotoreporterów, nie chciałam, by jakieś gryzipiórki dokuczały im złośliwymi komentarzami.
– Trochę się denerwuję – odpowiada mi po chwili.
– Rozumiem – pociągam ją lekko w stronę sofy, na której obie możemy usiąść wygodnie.
– Trema jest oczywista, w końcu pierwszy raz prowadzisz kogoś do ołtarza… Ale nie o to chodzi, prawda?
Mama długo milczy, po czym odpowiada:
– To przez Shena.
– Coś nie tak? – moje przypuszczenia jednak się potwierdzają.
– Nie, właśnie bardzo tak. I… I on… on…
– Co on? – serce mi wali tak, że prawie nie słyszę nic innego. Jeśli zranił mamę, to znów może zamknąć się w sobie, znów się załamie. Nie…
– Poprosił mnie o rękę – wyrzuca z siebie w końcu.
W pierwszej chwili się cieszę – moja mama znalazła kogoś, kto zapewni jej szczęście. Ale niemal w tym samym momencie czuję się, jakbym dostała cios w brzuch. Silny, odbierający oddech i spokój… Przed oczami widzę tatę – to przecież on był mężczyzną jej życia. To z nim miała się zestarzeć, to z nim miała patrzeć jak dorastamy. To on miał mnie prowadzić do ołtarza… Los chciał inaczej, ale tak trudno mi sobie wyobrazić ją w ramionach innego mężczyzny, zasypiającej w łóżku z innym. Moją matkę noszącą inne nazwisko. Zaczynam się pocić, spoglądam na nią z ukosa. Widzę, że wie jaka walka we mnie się toczy – mogłam oszukać telewidzów jadąc na dożynki, mogłam ich oszukać na arenie, ale mama mnie zna znacznie lepiej niż oni wszyscy razem wzięci. Widzę to w jej nerwowej reakcji – w napięciu mięśni wokół ust, drżących dłoniach złożonych razem, usztywnionych, by zmniejszyć niekontrolowany ruch.
– I co mu odpowiedziałaś? – pytam po chwili nienaturalnym głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła. Mam wrażenie jakby to mówił ktoś inny, jakbym słyszała to zza ściany z waty.
– Nic – odpowiada i zaczyna płakać.

Peeta, czemu cię tu nie ma, gdy jesteś potrzebny… W tej chwili jego obecność tutaj byłaby nieoceniona – jego spokój i opanowanie. Wiedziałby co powiedzieć, co zrobić. Byłby w stanie pomóc mi pokonać lęk i opór, jaki wywołały słowa mamy. Czuję, że oddycham bardzo szybko, a mimo to mam wrażenie, że się duszę, że nie jestem w stanie napełnić płuc powietrzem. Próbuję, ale nie jestem w stanie ustabilizować oddechu. Chyba nic nie jestem w stanie zrobić – ciągle mam przed oczami obraz taty całującego mamę na powitanie, gdy wracaliśmy z leśnych wypraw. Jego ciepły uśmiech na jej widok, jego miłość, jaką widziałam na każdym kroku. Wszystko we mnie krzyczy: nie rób tego, nie zgadzaj się! Zostań wierną tacie do końca… Zostań do końca życia wdową.
Ostatnia myśl trochę mnie trzeźwi – czy to fair? Ja mam Peetę, mamy wspólną przyszłość, mieszkamy obecnie z dala od Dwunastki. Mama jest sama, właściwie w jej pobliżu nie ma już nikogo, kogo kocha. Tata i Prim odeszli, ja jestem daleko. Często nawet nie mam czasu, by z nią porozmawiać, nie mówiąc o byciu z nią. Po całym dniu spędzonym w pracy nierzadko nawet nie sprawdzam poczty głosowej – zdarzało się, że wiadomość od mamy odsłuchiwałam po 3-4 dniach. A jeszcze częściej to Peeta informował mnie, że mama nas pozdrawia, że pyta co słychać… Czasem to on nocami z nią rozmawia… Gdy uświadamiam sobie to wszystko, słowa przychodzą same:
– Kochasz go? – nagle mój głos jest cichy i opanowany, jakby struny głosowe uspokoiły się jako pierwsze, szybciej niż serce i mózg.
– Tak – mówi cicho mama, zaraz dodając – ale to inna miłość niż ta, którą czułam do twojego taty. Shen daje mi poczucie bezpieczeństwa, ciepła. Dba o mnie, pomaga mi. Jest… – spogląda na mnie, a w jej oczach widzę strach, pomieszany z nadzieją. W ustach czuję gorycz – moja matka boi się mnie… Boi się mojej reakcji na to, że jakiś inny mężczyzna może być dla niej ważny. Jest dorosła, niezależna, a mimo to swoją decyzję uzależnia od mojej reakcji. Nie mam prawa stawać na jej drodze, nie w taki sposób.
– Może powinnaś się zgodzić? – obraz ojca rozmywa się. Pozostaje tylko ona – moja matka, która świetnie zdaje sobie sprawę z moich początkowych odczuć. Studiuje bardzo dokładnie moją twarz, chcąc się upewnić, czy moje słowa są szczere, czy mają potwierdzenie w mojej minie, reakcji mojego ciała. A ja już rozumiem – nic nie zastąpi jej mojego ojca, dawno utraconej miłości. Ale moja mama tak wiele przeszła, tak wiele wycierpiała, a teraz ma szanse na normalne życie, u boku mężczyzny, który ją kocha. Może tak właśnie miało być. Ani tata, ani Prim nigdy nie chcieliby, abyśmy były nieszczęśliwe, żebyśmy całe życie poświęciły na żałobę po nich. Shen to dobry człowiek, tak samo skrzywdzony przez życie jak moja mama – może dzięki temu jest w stanie zrozumieć ją znacznie lepiej niż ktokolwiek inny.
– Tak – odpowiadam już pewnie, uśmiechając się delikatnie. Wiem, że to dobra decyzja. – A teraz chodźmy już, pora na nas. Bez nas nie zaczną – przytulam ją mocno.

Cały pałac został specjalnie udekorowany na dzisiejszy dzień. Idziemy powoli przez hol, tonący w tysiącu białych kwiatów. Ich zapach jest niemal duszący, ale zdjęcia będą przepiękne. Mama, która po naszej rozmowie, zrobiła się na chwilę pogodniejsza, znów wydaje się być spięta swoją rolą.
Cała uroczystość odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Dopiero podpisanie aktu małżeństwa zostanie upublicznione, tak samo jak obrzędy ślubne z dystryktu. Zdecydowaliśmy, że Kapitol powinien się dowiedzieć jak to się odbywa, jak fantastycznie obywatele Panem potrafią celebrować takie chwile. Początkowo mieszkańcy Kapitolu byli niezadowoleni brakiem relacji na żywo z całej ceremonii zaślubin, ale Peeta, jak zawsze, potrafił im to wyjaśnić. Powołał się na intymność chwili, na delikatność uczuć, na to wszystko, co sprawia, że młoda para chce w tym momencie być tylko z rodziną i przyjaciółmi. Równocześnie dziennikarzom obiecał trzy zdjęcia – z wymiany obrączek i pierwszego pocałunku oraz skrót z przysięgi Młodych. Wszyscy przyjęli to do wiadomości, choć wątpię, by w pełni zaakceptowali…

Podchodzę do stojącego przy wejściu do głównej sali Peety, on spogląda na mnie uważnie. Wygląda świetnie, garnitur idealnie leży, koszula współgra z kolorem mojej sukni. Wystarczył mu rzut oka na mnie i mamę, by dowiedział się, że coś się wydarzyło.
– Powiesz mi o co chodzi? – pyta szeptem, gdy zza drzwi słychać już pierwsze takty muzyki.
– Nie teraz – odpowiadam z uśmiechem. Nie mamy już na to czasu.
– Pięknie wyglądasz – mówi zmieniając łatwo temat, a ja jestem mu wdzięczna, że nie dopytuje o szczegóły.
– Musimy zaczynać – przerywa nam głos Asta – pora się przygotować.

Stajemy na wyznaczonych pozycjach, drzwi się otwierają, a wszyscy goście wstają. Uroczystość czas zacząć.

124: Sześcioraczki

Witamy 🙂

Sześcioraczki dedykujemy Kasi (nick wariatka59) i Adzie (nick adusia13248) – za inspiracje do poniższej notki 🙂 Dziękujemy 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy w niedzielę.

Pozdrawiamy A. & A.

Winda powoli sunie do góry, otaczając mnie cichym szumem niemal jak kołdrą. Zmęczenie dopada mnie coraz mocniej, powieki stają się ciężkie, same zamykają się. Gdyby było tu jakieś krzesło, prawdopodobnie już bym spała – tylko pozycja stojąca powstrzymuje mnie od odpłynięcia. Opieram głowę na piersi Peety, a on delikatnie gładzi moje włosy. Przytulona słyszę jego serce, czuję oddech i ciepło. I stłumione ziewnięcie. Podnoszę na niego wzrok – oczy ma tak przekrwione, że stały się niemal całkiem czerwone – białka pokryte czerwoną siatką nieprzyjemnie odcinają się od błękitu tęczówek; oczodoły otaczają fioletowo-szare sińce. To był ciężki i aktywny dzień. Poprzedzony dwiema dobami niemal bez snu…
– Zmęczony? – pytam cicho, kiedy winda hamuje, zatrzymując się na naszym piętrze.
– Wykończony – nawet gdyby tego nie powiedział, aż nadto wyraźnie słychać to w jego głosie. 
– Szybki prysznic i do łóżka? – marzę tylko o tym, by to potwierdził. Marzę o odpoczynku i śnie, ale chcę zasnąć z nim, a nie sama.

Całą noc nadrabialiśmy zaległości. W naszym domu, w Wiosce Zwycięzców, wśród lubianych sprzętów, wśród znanych dźwięków i spokojnych kolorów, w miejscu gdzie nie byłam wciąż wystawiona na widok, poczułam się znowu sobą. Znów najważniejsi byliśmy my, a nie Panem, Kapitol, dystrykty – ciągła bieganina i obowiązki, w której zatracamy siebie, która nas wyniszcza. Czar prysł nad ranem, kiedy nasze umysły zaczęły znów podsuwać nam listę spraw, jakie nas czekają, gdy tylko słońce wstanie.

Beetee przysłał po nas największy poduszkowiec – już wcześniej ustalaliśmy, że cała rodzina Peety i moja mama przylecą do Kapitolu – różnica polega tylko na tym, że lecą z nami, a nie sami. Na pokładzie znaleźli się także Haymitch z Joshem. Tylko Effie nie zdecydowała się na wyjazd, ale jej decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem – Elizabeth jest jeszcze malutka, ma zaledwie dwa miesiące. Haymitch pewnie też zostałby w domu, ale Josh żył wyprawą już od kilku tygodni, więc nie chciał zawieść syna. Natomiast Shen został w Dwunastce – ma się opiekować Effie. Z jednej strony cieszy mnie jego decyzja – Haymitch będzie spokojniejszy wiedząc, że przy jego żonie i córce jest ktoś zaufany, ale z drugiej… Miałam wrażenie, że ta decyzja przyszła mu bardzo łatwo, jakby nie chciał brać udziału w tym zamieszaniu. Mam nadzieję, że chodzi o Kapitol, którego nie lubi, a nie o jakieś problemy między nim, a mamą…

Tuż po wylądowaniu, przewozimy wszystkich szybko i sprawnie do ośrodka szkoleniowego, który pełni rolę hotelu. Cała rodzina zmieściła się bez problemu na dwunastym piętrze. Na szczęście, po remoncie, wystrój w środku nie przypomina tego, w którym spędzaliśmy czas przed Igrzyskami, więc nie wyzwala w nas traumatycznych odczuć. Resztę wątpliwości rozwiała mina mojej mamy, gdy zobaczyła widok z okna. Mnie już nie zapiera tchu, ale komuś, kto widzi po raz pierwszy panoramę Kapitolu – niewątpliwie tak.

Godzinę później, gdy już wszyscy się rozpakowali, zarządziliśmy wielkie zwiedzanie Kapitolu. To był fantastyczny, choć wyczerpujący dzień. Chodziliśmy po odbudowanych uliczkach, zaglądaliśmy do sklepów i kawiarenek rozpieszczając naszych bliskich. Staraliśmy się ukryć przed nimi ceny, ale dwukrotnie widziałam spojrzenie mam, gdy nie byliśmy wystarczająco szybcy. Choć obie wiedzą, że mamy niemałe oszczędności pozostałe z wynagrodzeń Zwycięzców, a nasze obecne kapitolińskie wypłaty pozwalają nam na bezproblemowe korzystanie z tego typu drogich rozrywek, to nadal mają w pamięci biedę i konieczność zaciskania pasa, jakie towarzyszyły im całe życie. I trudno się im pogodzić z bajońskimi cenami w stolicy.

Na początku nasza mała, dziesięcioosobowa wycieczka wzbudzała spore zainteresowanie. Ludzie oglądali się za nami zarówno dlatego, że rzadko widywali trzech Zwycięzców razem, jak i szukając śmiechu i rozbawienia, jakie towarzyszyło cały czas Joshowi i Peeterowi.  Mały Abernathy (Haymitchowi bardzo zależało, by jego syn jak najszybciej oficjalnie nosił jego nazwisko i choć testy potwierdzające ojcostwo były tylko formalnością, musiały zostać przeprowadzone ze względów prawnych – z tego względu on, jako jedyny, nie objął urzędu natychmiast, ale tydzień później) okazał się niezawodny w wyszukiwaniu kolejnych miejsc do zabawy. Mimo, że od wielu miesięcy nie mieszka już w Kapitolu, nadal doskonale zna jego topografię – szczególnie w zakresie miejsc stworzonych dla dzieci. Wreszcie chłopcy uparli się, żeby pójść do jakiegoś „wesołego kącika”, ciągnąc nas wszystkich. „Kącik” okazał się być olbrzymią salą zabaw – z kulkami, dziesiątkami rur, lin i ścianek wspinaczkowych. Przez moment przeszło mi przez myśl, że mogą nie zgodzić się na wejście Peetera, który wyglądem jest dorosłym mężczyzną, ale na szczęście nie było z tym problemu. Zresztą szybko okazało się, że nie był tam jedynym dużym uczestnikiem zabaw.

Kiedy chłopcy szaleli w swoim raju, my powoli sączyliśmy kawę w miejscu dla rodziców. Ludzie pokazywali nas palcami, słychać było szepty Czy to Katniss i Peeta? Czy to doradcy Pary Prezydenckiej? Peeta, wyczuwając moje zdenerwowanie, delikatnie gładził moją rękę. Zawsze próbuję się wyłączyć, nie słyszeć i nie widzieć ogólnego zainteresowania i ciekawości, ale chyba nigdy nie zaakceptuję tego, że każde nasze wyjście z domu, nawet prywatne, na kilkanaście minut, nie pozostaje niezauważone. 
– Czy wam to nie przeszkadza? – Patrick, skubiąc serwetkę, spogląda na nas z ukosa.
– Pytasz – Peeta na moment zawiesza głos – o to? – wskazuje głową jedną z kobiet siedzących za nami, która teatralnym szeptem tłumaczy koleżance, że to na pewno my, przy okazji komentując zachwyconym tonem mój ubiór.
– Mhm – potakuje cicho Patrick, krzywiąc się przy tym.
– Wiesz – odpowiadam mu – mnie bardzo. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Ale twój młodszy brat to uwielbia – odpowiadam kąśliwie.
– Tak – Peeta śmieje się krótko – uwielbiam to. Jak mam zły dzień, to biegam nago po Kapitolu i czekam aż mnie rozpoznają.
Pani Mellark krztusi się herbatą
– To dlatego jesteś tak popularny? – zagaduję go z uśmiechem.
– Tak kochanie, odkryłaś mój  sekret – delikatnie całuje moją dłoń.
– A tak poważnie Patricku – momentalnie zmienia mu się ton – prywatność odebrano nam w momencie, kiedy nasze nazwiska zostały wylosowane w czasie Dożynek. Od tamtej pory staliśmy się rozpoznawalni. A później ten osobnik – wskazuje dłonią na Haymitcha – dołożył wszelkich starań, by nikt nie zapomniał kim jesteśmy. Cóż, dzięki temu przeżyliśmy, ale to nie zmienia faktu, że w Kapitolu nieodmiennie jesteśmy traktowani jak małpki w zoo. W dystryktach jest trochę lepiej, ale tylko trochę. Dlatego tak tęsknimy za Dwunastką, za miejscem, w którym znają nad od tak dawna, że nie emocjonują się tym… – ma rację, dla nas Dwunastka to nie tylko rodzinny dystrykt, to miejsce w którym możemy być sobą. Owszem, tam też nie unikamy rozpoznania, uśmiechów, pozdrowień, ale tamci ludzie nigdy nie są nachalni. Znają nas od dziecka, patrzyli jak rośniemy, zmieniamy się, patrzyli na nas w czasie Igrzysk i Tournee. Nie jesteśmy dla nich celebrytami z okładek pism, tylko dzieciakami z sąsiedztwa, które znalazły się w złym miejscu w złym czasie i musiały stawić czoło sytuacji, by przeżyć.

W tym samym momencie, moje rozmyślania przerywa dziwne zamieszanie. Spoglądam za wzrokiem Peety, który wstaje z krzesła i widzę sunącą w naszą stronę Johannę. Obok niej idzie spokojnym krokiem Hoult – gdyby nie spojrzenie, którym wciąż wędruje wokół, spokojnie można byłoby ich wziąć za zatopionych w rozmowie przyjaciół.
– Dzień dobry – Pierwsza Dama uśmiecha się ciepło na nasz widok, a kobieta przy stoliku za nami mdleje artystycznie. 
– I jak znajdujecie Kapitol? – pyta z dziwnym akcentem, który natychmiast przywodzi mi na myśl Caesara.
– Takie to wszystko – zaczyna powoli ojciec Peety – wyniosłe.
Po jego słowach wszyscy wybuchają śmiechem, ale równocześnie mam poczucie, że on ma rację. Tu nic nie jest normalne – wszystko jest egzaltowane, wyniosłe, niezwykłe…
– Ciocia? – mała rączka Josha ciągnie za bladoróżowy żakiet Johanny zarzucony na jasną sukienkę.
– O, cześć przystojniaku – odpowiada mu z promiennym uśmiechem.
– Czemu jesteś w sukience? – Joshua marszczy brwi i ze zmarszczonym nosem uważnie się jej przygląda, czekając na odpowiedź.
– Bo muszę – odpowiada Johanna z nieukrywanym żalem i skrzywieniem, jakby ten fakt niemal ją bolał.  – Zapraszam wszystkich na kolację do Pałacu – zmienia po krótkiej chwili temat. – A z wami – wskazuje palcem na nas – mam do pogadania.
– Idziemy na dywanik? – Peeta mówi to tak poważnie, że przechodzi mi przez myśl, że to może nie być żart.
– Coś w tym stylu – odpowiada, jednak jej uśmiech przeczy słowom. Po chwili jednak pogodny wyraz twarzy znika, jak zdmuchnięty. – Mamy… mały problem z rozbiórką jednej z atrakcji turystycznych. Musicie tam pojechać jak najszybciej. Najlepiej zaraz po ślubie. 
– To chore – wchodzę jej w zdanie – przecież wszystko miało być już dawno załatwione.          
– Wiem – twardo kwituje Johanna – ale niektóre osoby traktują to jak pałac waszej miłości. I chyba tylko wy możecie coś z tym zrobić.
– Zrobimy – obiecuje poważnie Peeta – choćbym sam miał ją rozebrać.
Jego rodzice i moja matka wymieniają tylko spojrzenia. Nikt z nich o nic nie pyta, przyzwyczaili się do tego, że niestety często tak rozmawiamy, mając swoje sprawy, które ich nie dotyczą, lub w które nie chcemy ich wtajemniczać.
 
Resztę popołudnia i wieczór spędzamy w Pałacu Prezydenckim. W międzyczasie przyjechała także Annie i wraz z moją mamą pojechały do hotelu, podczas gdy Haymitch i Josh zostali w Pałacu. My odwieźliśmy rodziców i braci Peety do ośrodka, a później wróciliśmy do domu.
 
Wysiadamy z windy trzymając się za ręce. Przykładam palec do czytnika, wbijam kod i wchodząc do mieszkania marzę tylko o bardzo szybkim prysznicu i śnie. Nie dochodzę jeszcze do łazienki, gdy już dzwoni telefon. Spoglądamy na siebie zrezygnowani – nie mam ochoty z nikim rozmawiać, chcę spać. A dzwonek telefonu z reguły oznacza jakieś problemy, którymi trzeba się zająć… Peeta głośno wzdycha, ale podnosi słuchawkę. Na moment marszczy brwi, woła mnie, po czym uruchamia głośnik w telefonie. 
– Cześć – głos Gale’a mnie zaskakuje. Peeta siada na krześle, wzrusza ramionami i mówi:
– Słuchamy Pana, Panie Burmistrzu.
– Panie Doradco, dzwonię prywatnie – odpowiada mu równie oficjalnym tonem Gale. Tak jest odkąd został mianowany na burmistrza Ósemki i chyba żadnemu z nich nie zależy na zmianie.
– Co jest? – pytam go, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. Gale sporo nam pomógł, choć nadal, gdzieś z tyłu głowy, kołaczą mi się wspomnienia, jak bardzo nam kiedyś zaszkodził. 
– Kupiłem rodzeństwu psa – zaczyna Gale, a Peeta przerywa mu głośno się śmiejąc.
– Wiesz stary, to fantastycznie, ale jest pierwsza w nocy, a my prawie nie sypiamy. Możemy porozmawiać o twoim nowym zwierzątku kiedy indziej?
– Bardzo śmieszne – odpowiada mu kąśliwie Gale, choć chyba jednocześnie słyszę w jego głosie uśmiech. Po otrzymaniu nominacji, Gale szybko ściągnął do Ósemki swoją matkę i rodzeństwo. Nie było to dla mnie dziwne – ma teraz duży dom, pieniądze, może wreszcie zapewnić rodzinie utrzymanie. A pies… Cóż, to najlepszy dowód na to, że dobrze mu się wiedzie. Żadne z nas nie pozwoliłoby sobie na posiadanie w domu zwierzęcia, które byłoby tylko kolejną gębą do wyżywienia. Ale to było kiedyś, dawno temu. Jak mamy zwyczaj mawiać „wcześniej”, tym jednym słowem wyrażając wszystko, co działo się z nami przed rewolucją. 
– Dobra – kontynuuje Gale – chciałem wam tylko powiedzieć, że znalazłem Enobarię, ale skoro was to nie interesuje… – na moment przerywa, jakby czekał na naszą reakcję.
– A nie można było tak od razu? – ripostuje Peeta.
– Właśnie nie, bo Śnieżek, nasz pies, odegrał w tym dużą rolę. 
– Dobra, opowiadaj – mówię zainteresowana. Jakim cudem nasze wielomiesięczne poszukiwania spełzły na niczym, a jakiemuś psu udało się to tak szybko? Śnieżek… Dziwne imię…
– Śnieżek od jakiegoś czasu był nieswój. Chodziliśmy z nim do weterynarza, ale nic nie skutkowało. Marniał w oczach, a Posy chlipała po kątach. Parę dni temu jeden z moich pracowników powiedział mi, że kilka kilometrów stąd jest jakaś znachorka zwierząt. Uprzedził jednak, że ogólnie kobieta jest dziwna. Mówią na nią Koza, a mieszka w domu, który na pierwszy rzut oka wygląda jak beczka. Niemniej – jest skuteczna. Ponoć nie tylko leczy zwierzęta, ale też umie się z nimi porozumieć. Wygadałem się o tym i Posy zaczęła bez przerwy za mną chodzić i prosić, błagać, bym ratował psiaka. W końcu zabrałem Śnieżka i pojechaliśmy tam. Dom okazał się być wielką drewnianą stodołą, z malusimi oknami, rzeczywiście do złudzenia przypominał beczkę. Pukam, pukam, wreszcie otworzyła mi jakaś kobieta – cała w kozich skórach, z rozczochranymi włosami i błędnym wzrokiem. Miałem nawet wrażenie, że wzdrygnęła się na mój widok. Na początku nie chciała ze mną gadać, próbowała zamknąć drzwi, ale trochę ją postraszyłem i dało radę. Bardzo dokładnie obejrzała Śnieżka, dała jakiś ziołowy napar. Porozumiewała się ze mną na migi, nic nie mówiła. Ale słyszałem, że do Śnieżka coś szeptała, niemniej tam było ciemno, wilgotno i ponuro – ani nie słuchałem, ani się jej nie przyglądałem. Zapłaciłem, wyszedłem, a ona poszła za mną. Nawet pomachała mi na do widzenia. Ale coś nie dawało mi spokoju – miałem wrażenie, że gdzieś już widziałem te oczy. Dziwny był też ten początkowy strach, który potem przerodził się w  jakąś pewność siebie. Wróciłem do domu, a  Śnieżek faktycznie szybko wyzdrowiał. Ale ta myśl, że już ją spotkałem wciąż we mnie siedziała, więc postanowiłem się o niej czegoś dowiedzieć. Okazało się, że nikt nie wiedział skąd się przyjechała, jak ma na imię. Po prostu pewnego dnia się pojawiła, mówiąc, że nazywa się Koza. Wszyscy potwierdzali tylko, że ma rękę do zwierząt, aż wreszcie usłyszałem coś, co rozjaśniło mi w głowie.
– Co? – Peeta pyta cicho.
– Ona ma wilcze zęby – odpowiada Gale. A ja przed oczami widzę szpiczaste, ostro zakończone zęby wilka…
– Enobaria – wypowiadamy z Peetą jednocześnie. 
– Trzeba ją tutaj sprowadzić – dodaje spokojnie Peeta, ale Gale mu przerywa.
– Zapomnij o tym, pojechałem tam od razu. Powiedziała coś w stylu, że długo mi zajęło skojarzenie kim jest, ale pomyliłem się. Enobarii już nie ma – jest Koza, której jest dobrze tu, gdzie jest, bez zbędnego poklasku i bez wytykania palcami. Mam wam przekazać, że jeśli będzie kiedyś gotowa, to wróci, ale na razie liże rany i opiekuje się maleństwami.
– Maleństwami? – zastanawiam się, czy umysł nie płata mi figla.
– Tak – odpowiada zupełnie poważnie. – Enobaria ma… dzieci, dokładnie sześcioro. Sześcioraczki – milknie w oczekiwaniu na naszą reakcję.
– Ale… Ale jak, z kim, kiedy? Poza tym z tego co mówisz, to nie jest normalny dom. Dzieci muszą mieszkać w lepszych warunkach – Peeta ma gonitwę myśli, którą słychać w jego głosie.
– Nic im nie jest, nic im nie brakuje – przerywa mu Gale. Momentalnie rozpoznaję ten ton.
– Gale? – czekam aż wreszcie wyjaśni o co chodzi.
– Te wilczki są śliczne – mówi i parska śmiechem.