144. Flora

Witamy,

Nieodmiennie cieszymy się z rosnącej liczby komentarzy i czekamy na kolejne 🙂 Następna notka będzie w sobotę.

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

– Zawsze – szepcze, patrząc mi w oczy. Rozpaczliwie chcę wierzyć, że wrócił do mnie, że jest tu ze mną naprawdę, że… Że odzyskał pamięć. Jednak równocześnie boję się w to uwierzyć, boję się, że nastawię się na coś, co znów okaże się marą, niespełnioną nadzieją. Nie mam już siły na kolejną, na życie wciąż pomiędzy radosnym oczekiwaniem, a kolejnym rozczarowaniem. Nigdy nie byłam mocna w słowach, więc nie dziwi mnie, że nie wiem o co zapytać, co powiedzieć.
Mam wrażenie, że czas się zatrzymał, gdy mocne szarpnięcie oddziela nas od siebie. Spoglądam w stronę napastnika i widzę czerwoną ze złości twarz Haymitcha, który trzyma w mocnym uścisku ramię Peety i syczy cicho, przez zaciśnięte zęby, z głową spuszczoną w dół – tak, by nie wyłapały tego rozstawione mikrofony:
– Dostałeś instrukcje, szczegółowe jak cholera. Dlaczego się ich nie trzymasz?
Peeta patrzy na niego uważnie. Kilka razy otwiera usta, ale zaraz je zamyka. Widać sam szuka odpowiednich słów, nawet jemu ich zabrakło.
– Odpowiadaj – warczy cicho Haymitch.
– Nie dajcie się zabić – Peeta ma opanowany głos, jego dłoń nadal trzyma moją, ale uścisk nie jest już tak mocny. Kolana mi się uginają, tego zdania nie mógł usłyszeć na taśmach, to swego rodzaju hasło – klucz, które pozostało między nami. Początkowo oboje traktowaliśmy je jak zbędną radę pijaka, później stało się dla nas ważne. Czuję, że za chwilę nie dam rady utrzymać się na nogach, za chwilę upadnę, ale Peeta reaguje natychmiast. Bierze mnie w ramiona i szybko wynosi ze sceny, a drzwi Pałacu Sprawiedliwości po raz kolejny zamykają się za nami, niemal znów jak pięć lat temu. Na zewnątrz zostają zdezorientowana Effie i blady jak kreda Haymitch.

Peeta sadza mnie delikatnie na jednym z krzeseł, sam kuca przed nim, dzięki czemu twarz ma na podobnej wysokości, jak ja. Patrzę na niego z otwartymi ustami – nie wiem co robić. Setki razy wyobrażałam sobie tę chwilę, układając w myślach różne scenariusze, dialogi, marząc o każdej sekundzie. A teraz czuję się kompletnie bezradna. Podnoszę powoli dłoń, lekko dotykam jego gładkiego policzka, a on od razu wtula twarz w moją rękę. Przymyka oczy… Łzy płyną powoli, niosąc ulgę i dziwną radość. Wszystko, co wydarzyło się przez ostatni rok, w tej jednej krótkiej chwili staje się nieważne. Mam go z powrotem. A przynajmniej w to wierzę.

Drzwi otwierają się z cichym skrzypnięciem i do środka wchodzi Haymitch. Ruchem ręki daje komuś znak, by pozostał na zewnątrz. Podchodzi do nas powoli i nie odrywając wzroku od Peety, zwraca się do mnie:
– Wszystko w porządku, skarbie?
Kiwam tylko głową, gardło wciąż skutecznie ściska mi wzruszenie – nie ma szans, bym wydobyła z siebie jakiekolwiek słowo. Czekam, a właściwie chyba obydwoje czekamy na jakieś potwierdzenie, na jeszcze jeden gest lub słowo, które da nam pewność, że jest tu z nami, że to nie była jakaś chora manipulacja, albo kolejny pojedynczy przebłysk.
Peeta zatapia dłoń we włosach gestem, który świetnie znam, wzdycha ciężko i w końcu cicho pyta:
– Czy mamy jakiekolwiek szanse na to, żeby wyciągnąć Houlta z tego, w co go wpakowałem?
– Boisz się, że cię wyda? – Haymitch chyba nadal nie wierzy w przemianę.
– A kiedykolwiek bałem się odpowiedzialności za swoje czyny? – głos ma smutny, ale spokojny. Wie, że Abernathy ma sporo racji stawiając takie pytanie. – Jeśli to cokolwiek pomoże, to w tej minucie pójdę na najbliższy posterunek i…

Nie daję mu dokończyć, zamiast tego rzucam się na niego i siłą rozpędu powalam na podłogę. Leżę na nim, całuję każdy centymetr jego twarzy, a równocześnie nie umiem powstrzymać szlochu. Słone strumyczki płyną obficie po mojej twarzy, ale żadne z nas nie zwraca na to uwagi. Haymitch siedzi na posadzce obok nas i śmieje się w głos. Po chwili Peeta bierze moją twarz w swoje dłonie, spogląda mi przez chwilę uważnie w oczy i mocno do siebie przyciąga. Słodycz pocałunku miesza się ze słonym posmakiem, a mnie brakuje tchu. Jednak nie chcę tego przerwać, nie chcę stracić tej chwili, na którą czekałam ponad rok.

– Haymitch? – głos pana Mellarka odrywa nas od siebie. Nie podnosząc się z podłogi, odwracamy głowy w jego stronę. W drzwiach stoi kilka osób, uważnie nam się przyglądając. Wszyscy są niezwykle zaskoczeni sceną, której są świadkami, widzę po ich twarzach, że zastanawiają się jak powinni zareagować.
– Co? – Haymitch powoli podnosi się, otrzepuje spodnie, a na twarz ma szczery uśmiech. – Coś się stało, Arturze?
– Co oni wyrabiają? – Effie przez moment uważnie przygląda się swojemu mężowi, jakby zastanawiała się, czy nie postradał zmysłów, a potem przenosi wzrok na nas. Peeta puszcza do mnie oko, całuje mnie jeszcze raz przelotnie i my też powoli wstajemy.
– Nie widzisz kochanie? – zwraca się do niej Haymitch. – Nasze gołąbeczki się całują. Właściwie nie rozumiem, co was tak dziwi, przecież często im się to zdarza. Powiedziałbym nawet, że z reguły ciężko ich od siebie oderwać…
– Wszystko w porządku, córeczko? – zatroskany głos mamy, połączony z wyrazem jej twarzy uświadamia mi, że przecież oni nie mają pojęcia, że Peecie wróciły wspomnienia, że wróciła mu pamięć. Z ich perspektywy do jego ułomności dołącza moje szaleństwo, a Haymitch zamiast wysłać nas oboje do lekarza, jeszcze nam kibicuje…
– W jak najlepszym, mamo – odpowiadam jej i zaczynam znowu łkać, jednocześnie śmiejąc się przy tym od ucha do ucha.
– Peeta? – ton mojej mamy jest chłodny, ale jednocześnie słychać w nim jakiś cień troski o niego.
– Jeśli chodzi o to, jak się czuję, to wszystko ze mną w porządku… mamo – odpowiada  jej Peeta, patrząc na nią szczerze, z lekkim uśmiechem. Mamie nie potrzeba już niczego więcej – jej oczy rozszerzają się, nabiera szybko powietrza, przykrywa dłonią usta i… Nie sądziłam, że jest w stanie tak szybko do niego dobiec, tak mocno go do siebie przytulić.
– Ale jak? – szepcze wciąż go tuląc i drugą ręką przyciągając mnie do siebie. Kątem oka widzę jeszcze jakieś niedowierzanie, niepewność na twarzy jego rodziców. Prawdopodobnie, tak samo jak ja kilka minut temu, boją się uwierzyć w coś, co za chwilę ponownie uleci, zostawiając bolesne rozczarowanie.
– Właściwie… – Peeta na moment milknie i nad czymś się zastanawia – to działo się od pewnego czasu, miewałem jakieś dziwne przebłyski, w głowie pojawiały mi się pojedyncze sceny, które wydawały się być znajome… Jakieś odczucia, które nie miały uzasadnienia w okolicznościach. Ale dziś, od rana, coś było nie tak… – przygląda nam się uważnie. – Trudno w to uwierzyć, ale znów pomogła mi Prim. Jej widok, to, jak szła w stronę sceny, jak poprawiała bluzkę, wkładając ją za pasek spódniczki – to sprawiło, że nagle wszystko wróciło i ponownie poukładało się w mojej głowie. Jakby wszystkie wspomnienia znów znalazły swoje miejsce…

Szloch, który słyszymy chwilę później, uświadamia mi, jak bardzo przez ostatnie miesiące cierpiała jego matka. Podtrzymywana przez równie zapłakanego męża, wyciąga w stronę syna otwarte ramiona.

Siedzę na podłodze, oparta o ścianę. Emocje, które mnie dopadły, sprawiły, że bezpieczniej czuję się siedząc spokojnie, z oparciem za plecami. Patrzę jak Mellarkowie tulą do siebie odzyskanego wreszcie syna – ze wszystkimi jego wspomnieniami, uczuciami – całą przeszłością, dobrą i złą.
– Odzyskałaś go – mama siada koło mnie, układając gładko szarą długą spódnicę i niemal niezauważalnie robiąc to samo z moją sukienką. Nawet nie zauważyłam, że z jednej strony cała się zawinęła.
– I już go nie wypuszczę, nie dam znów mu odejść… – odpowiadam cicho, trochę do niej, a trochę jakby w przestrzeń, zaklinając przyszłość, w nadziei, że mnie posłucha…

Dłonie opieram luźno na barierce białego łóżeczka, patrzę na jej spokojną buzię. Oddech Peety drażni mnie przyjemnie w ucho, kiedy on sam zaplata ręce na mojej talii, przytulając mnie mocno i razem ze mną przypatruje się nowemu pokoleniu Mellarków. Na wstążeczce niesionej przez kosogłosa, pojawiło się wypisane złotymi literami imię „Flora”, bardzo pasujące do naszej przyszłej chrześnicy. Ma blond loczki, charakterystyczne dla Mellarków, które teraz delikatnie mierzwią się na jej malutkiej główce, tłuściutkie rączki zacisnęła w piąstki i spokojnie oddycha, przywodząc na myśl małego aniołka. Jest tak śliczna, tak spokojna w tym szalonym świecie… nie mogę oderwać od niej oczu. Właśnie zasnęła, utulona do snu przez swoją mamę, która – jak mu wszyscy – ledwie była w stanie uwierzyć w wypadki dzisiejszego dnia. Teraz oboje – Amanda i Patrick – czekają na nas w salonie. Chcemy ustalić szczegóły chrztu, który ze względu na Peetę, był już dwukrotnie przekładany (Patrick upierał się przy tym, wciąż wierząc, że jego brat w końcu odzyska pamięć, a z nią nie tylko wspomnienia, ale i swoją osobowość).
– Tyle śmierci było wokół nas… Tylu ludzi zginęło z mojej ręki… – ból w jego głosie jest aż namacalny. On cierpiał nie pamiętając tego wszystkiego, ale nawet nie chcę myśleć, jak olbrzymi ból muszą sprawiać mu teraz te wszystkie odzyskane wspomnienia.
– Ale miewaliśmy też szczęśliwe chwile – znów wilgotnieją mi oczy. – Sam zobacz ile małżeństw zawarto, ile dzieci się urodziło, a dzięki walce, dzięki zmianom, jakie dokonały się po rewolucji, mają zapewnioną bezpieczną przyszłość.
– Masz rację – odpowiada po namyśle – ale dlaczego tyle złego musiało się przy tym wydarzyć?
– Na to chyba nigdy nie poznamy odpowiedzi – odwracam się powoli w jego ramionach, przytulam się mocno do jego piersi. Mam niesamowitą, chwilowo niezaspokojoną potrzebę bycia tak blisko niego, jak to możliwe.
– Powinniśmy tam zejść – szepcze w moje włosy, nie ruszając się jednak przy tym, jakby czekał aż ja podejmę taką decyzję.
– Wiem – wzdycham ciężko. Nie mam na to wcale ochoty, ale zwalniam uścisk i idę powoli w kierunku drzwi. Od razu zrównuje się ze mną, a jego dłonie ponownie mnie oplatają. Sprawia mi to przyjemność i radość, w jego ramionach czuję się bezpiecznie.
– Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? – zatrzymuje mnie, nim przekraczam próg.
– Już ci wybaczyłam – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Przez ostatnie miesiące nie byłeś sobą, teraz nareszcie do mnie wróciłeś. I wiesz… Strasznie za tobą tęskniłam.
– Myślisz, że uda nam się naprawić to, co zepsułem przez ten rok? – nie wiem, czy ogarnął wszystko, co się wydarzyło, ale ma świadomość, że było tego niemało. Na szczęście większość jest odwracalna. Nad resztą będziemy musieli popracować.
– Jeśli tylko będziemy tego wystarczająco mocno chcieć…
– O niczym innym nie marzę – całuje mnie we włosy, a później podnosi prawą dłoń i na niej też składa pocałunek, zatrzymując przez chwilę wzrok na pierścionku.

Data chrzcin zostaje ustalona na początek sierpnia. Do tego czasu musimy pozałatwiać wszystkie pilne sprawy w Kapitolu, jak zgrabnie Peeta określił proces czekający Houlta, a później wrócimy tu na urlop. Choć jego ojciec zażartował, że ciekaw jest, czy Peeta go dostanie, biorąc pod uwagę jego ostatni rok zawodowy. Niezależnie od wszystkiego, to był wspaniały wieczór i tylko Peeter nie wydawał się być uszczęśliwiony faktem, iż jego brat wraca ze mną do Kapitolu i nie będzie już spał z nim w jednym pokoju.
– Fajnie było mieć znów brata dla siebie – stwierdził nagle. Zabolało mnie to stwierdzenie – nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak bardzo nieszczęśliwy może być Peeter. Jego bracia rozwinęli się prawidłowo, podczas gdy on nadal jest dzieckiem, a jego jedynym przyjacielem jest Josh…
– Kto wie, może pewnego dnia zamieszkasz z nami – odpowiedział mu Peeta poważnie, ukradkiem spoglądając na rodziców. – A tymczasem – może dasz się zaprosić na wakacje do Kapitolu?
– Kiedy? – Peeter wydawał się być szczęśliwy , wyjazd na wakacje i to w dodatku do stolicy od razu przypadł mu do gustu.

– Jak załatwimy parę bieżących spraw – wtrąciłam się do rozmowy – to przyślemy po ciebie poduszkowiec, obiecuję – wzięłam go za rękę z uśmiechem.
– Zgoda – aż skakał ze szczęścia.
– Bo od września idziesz do szkoły, kolego – stwierdził z delikatnym naciskiem Peeta. – Ja już nie będę mógł cię uczyć, ale myślę, że uda się to tak ułożyć, byś mógł iść do jednej klasy z Joshem – Haymitch nieznacznie skinął w odpowiedzi głową.

Do Kapitolu wracamy pociągiem, Haymitch też jedzie z nami, bo pojutrze rozpoczyna się kolejna Rada z udziałem wszystkich burmistrzów. Effie, która odprowadza nas na dworzec, podejrzanie milczy, a kiedy pociąg wjeżdża na stację cicho mówi:
– Nie zepsujcie tego, co macie, nie zdajecie sobie sprawy jak wspaniale było patrzeć na was i widzieć w waszych oczach znów tę samą miłość, co kiedyś.
Peeta uśmiecha się blado, delikatnie ją obejmuje, a potem bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę pociągu, pozwalając tym samym małżonkom pożegnać się w samotności.

133. Co pamięta Peeta

Witamy w dniu publikacji trailera Kosogłosa,

Miłego czytania i z niecierpliwością czekamy na Wasze komentarze. Następna notka będzie w poniedziałek (chyba, że zdążymy szybciej, to w niedzielę, ale ze względu na nasze imiona, może się to nie udać) 🙂

A & A

—–

– Panno Everdeen, zbliżamy się do lądowania – zwraca się do mnie informacyjnie pilot, a ja czuję, że zaczyna mnie ogarniać jakaś panika. Tak bardzo czekałam na to spotkanie – codziennie, praktycznie od momentu, gdy startujący poduszkowiec zabrał go ode mnie, kładąc się spać, miałam nadzieję, że następnego dnia Peeta poprosi mnie, bym przyjechała. Już wtedy, w tym samym dniu, spakowałam walizkę, która cały czas stała w naszej sypialni, gotowa, bym mogła od razu ją chwycić i wyruszyć w drogę, do niego. A teraz, kiedy już za krótką chwilę, najwyżej za kilka minut, ponownie zobaczę jego twarz, zaczynam się bać. Kilka godzin lotu uświadomiło mi, że nie wiem, jaki jest powód naszego spotkania. Może wcale nie taki, jak sądziłam biegnąc na lądowisko. Haymitch nie wspomniał mi ani słowem o tym, że Peeta obejrzał nagranie z 74 Igrzysk, ani tym bardziej o jego reakcji na to, co zobaczył. Wtedy też nie wyraził zainteresowania rozmową ze mną. Co takiego zobaczył na filmie z Ćwierćwiecza Poskromienia, że nagle zmienił zdanie? I to nie ograniczył się do rozmowy telefonicznej, ale poprosił, bym przyjechała? Ciśnienie mi wzrasta, gdy dociera do mnie, że Peeta od dawna stał na stanowisku, że trudne rozmowy należy przeprowadzać osobiście, a nie przez telefon. Że słuchawka to parawan, który pozwala się ukryć przed emocjami i bardzo często je wypacza, bo nie widać twarzy, a jakość połączeń bywa słaba, zniekształcając głos i kryjące się w nim uczucia. Te wszystkie myśli i pytania krążą mi po głowie, kiedy powoli, z walizką w dłoni, schodzę po malutkich schodkach poduszkowca. Wiatr przynosi znajome zapachy Dwunastego Dystryktu, na krótką chwilę czyniąc mnie szczęśliwą. Tęsknię za tym miejscem – za lasem, naszym domem w Wiosce Zwycięzców, za mamą, za rodzicami i braćmi Peety… i za Peetą. Za jego ciepłem, głosem, zapachem, spokojem…
Znów nachodzą mnie najgorsze myśli, ale ktoś skutecznie wyrywa mnie z zamyślenia:
– Kaaatnisss – jak zawsze przeciąga moje imię, jak zawsze wpada na mnie rozpędzony, niemal mnie przewracając i przytula mnie mocno, z całej siły.
– Peeter – uśmiecham się serdecznie, polubiłam go od pierwszego spotkania i jego też mi bardzo brakuje.
– Jak ty to robisz? – unoszę głowę, próbując popatrzeć nad ramieniem Peetera. Peeta stoi oparty o jedyne rosnące na lądowisku drzewo, o piękną starą jabłoń, która, odkąd pamiętam, rodzi soczyste, słodkie owoce. – Cała moja rodzina, na wieść o tym, że przyjedziesz, popadła w jakiś dziwny rodzaj euforii… – patrzy na mnie z delikatnym, ledwie zauważalnym uśmiechem.
– Masz na myśli coś konkretnego? – mój głos drży, serce chce wyskoczyć mi z piersi, czuję się jak zakochana nastolatka, która doznała zaszczytu rozmowy ze swoim ukochanym.
– W sumie mam – odpowiada Peeta delikatnie przechylając głowę. Znam dobrze ten gest, z reguły robi go, gdy się ze mną droczy, albo ma ochotę na czułości. – Mama nie wychodzi z kuchni, ojciec jej pomaga, Patrick i Amanda siedzą u nas od godziny, a on – wskazuje ręką na Peetera – nie umiał wysiedzieć w miejscu, tak bardzo spieszyło mu się do ciebie. Coś ty zrobiła mojej rodzinie, panno Everdeen? – dziwnie się czuję słysząc w jego ustach swoje nazwisko. Everdeen, żołnierzu Everdeen… Ale tego czasu raczej nie pamięta… Nie jest już przerażonym szesnastolatkiem, który opuszczał kapitoliński szpital trzy miesiące temu. Teraz jest pewny siebie, choć w jego oczach nadal widzę jakieś cienie. Może dlatego chce ze mną porozmawiać, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości?
– Cóż mogę ci powiedzieć – patrzę mu prosto w oczy – pokochałam twoją rodzinę i wydaje mi się, że oni też mnie trochę lubią.
– Trochę? – prycha, opuszcza głowę i kręci nią kilka razy. Gdy powoli ją podnosi, spogląda mi w oczy – dasz się zaprosić na spacer?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Tak bardzo przypomina mi teraz mojego Peetę, że pojawia mi się cień nadziei na odzyskanie go, który ściska mi wzruszeniem gardło. Kiwam potakująco głową, a on każe Peeterowi zanieść moją walizkę do domu i powiedzieć wszystkim, że będziemy za godzinę. Spoglądam na niego zaskoczona.
– Mama się ucieszy, że bezpiecznie wylądowałaś, a przy okazji będzie mieć jeszcze kolejną godzinę na przygotowywanie dla ciebie góry jedzenia – przygląda mi się uważnie. – Faktycznie schudłaś. Choć… – przerywa, jakby uznał, że nie powinien kończyć zdania. Zastanawiam się, czy spróbować go namówić na ciąg dalszy, ale nie chcę naciskać.
Idziemy powoli, ramię w ramię, dobrze znanymi mi, bocznymi ścieżkami. Zastanawiam się w milczeniu skąd on je zna. I nagle do mnie dochodzi- musiał je poznać w czasie swoich wielogodzinnych samotnych wędrówek. Kiedy zbliżamy się do budynku, który Haymitch zbudował dla ofiar górniczych wypadków, Peeta mówi, że musi coś załatwić i prosi, bym moment poczekała. Wchodzi do środka, a ja uśmiecham się na samą myśl, że wypadek na arenie nie zmienił jego charakteru – w tajemnicy przed wszystkimi pomaga jakoś tym biednym ludziom. Wraca do mnie po kilku minutach, wyraźnie z siebie zadowolony i ni stąd, ni zowąd bierze mnie za rękę.
W powietrzu czuć wilgoć, wszystko wokół oblepiają małe kropelki wody – najwyraźniej deszcz dopiero przestał padać. Czuję ciepło jego dłoni, słyszę lekko przyśpieszony spacerem oddech. Rozglądam się zaciekawiona wokół siebie – weszliśmy do sadu, w którym nigdy wcześniej nie byłam. I nagle jego usta stykają się z moimi. Jego dłonie obejmują moją twarz, a przyjemne ciepło w szybkim tempie rozpływa się po moim ciele. Peeta, nie zdejmując dłoni z moich policzków, robi krok naprzód, a ja odruchowo cofam się, napotykając plecami mokrą korę jakiegoś drzewa. Tym razem całuje mnie dłużej, mocniej, a jego ręka sunie wolno po moich plecach, zatrzymując się w talii.
– Nie jestem w stanie przestać o tym myśleć…
– Co masz na myśli? – pytam go szeptem, dostosowując ton.
– Nie pamiętam kompletnie niczego. Obejrzałem nagranie z 74 igrzysk, część z 75 i nic. Nie pamiętam żadnego wydarzenia, które tam było pokazane. Ale co noc, przed zaśnięciem, myślę tylko o twoich ustach. O tym jak… – przełyka głośno ślinę.
– Jak? – szepczę po chwili oczekiwania w napięciu.
– Pocałuj mnie – mówi szybko. Bez zastanowienia zarzucam mu ręce na szyję i przyciskam usta do jego ciepłych warg. Przyciąga mnie mocniej do siebie, obejmuje mnie w pasie, uginam jedną nogę w kolanie i opieram o konar drzewa. Momentalnie przywiera do mnie mocniej, jedną dłoń zsuwa z mojej talii i przenosi pod zgięte kolano. Znany mi ruch wywołuje we mnie natychmiastową, niemal bezwiedną reakcję – zaplatam nogę na jego biodrze, a on delikatnie masuje moje udo. Nasz pocałunek jest coraz bardziej namiętny, nasze języki po raz kolejny rozpoczynają taniec ze sobą, a mnie jest tak dobrze, że nie dopuszczam do siebie innych myśli. Nasze ciała nadal pasują do siebie idealnie, podniecenie rośnie we mnie w niezwykle szybkim tempie. Peeta odrywa usta od moich i zaczyna nimi muskać moją szyję. Odchylam głowę do tyłu, on przywiera do mnie mocniej i nie mam wątpliwości, że w nim podniecenie też buzuje. Delikatnie przygryza płatek mojego ucha, a z mojego gardła wydobywa się cichy jęk… I wtedy, nagle odskakuje ode mnie. Patrzę na niego zaskoczona, próbując skupić wzrok. To, co widzę, chłodzi mnie natychmiast – dziwny wyraz twarzy, oczy rozszerzone, ciemne jak niebo zasnute burzowymi chmurami. Ogarnia mnie przerażenie – jad wymazał mu wspomnienia o nas, ale najwyraźniej zostawił te błyszczące. Choć to prawie niemożliwe, ale kiedyś nie sądziłam, że właśnie on zechce mnie zabić, że zobaczy we mnie zmiecha, więc dobrze wiem, że nie wolno mi nic zakładać.
– Robiliśmy to już wcześniej? – przerywa moje rozterki dziwnym, lekko speszonym głosem, przyglądając się swoim dłoniom.
Unoszę pytająco brwi, a on patrzy na mnie przestraszony. Lekko oddycham z ulgą, nie zobaczył we mnie wroga, ale równocześnie dociera do mnie sedno jego zachowania. Jeszcze tego mi brakuje, żeby bał się fizycznego kontaktu za mną.
– Katniss, ja nie wiem co się dzieje – oddycha szybko, siada na mokrej trawie i chowa twarz w dłonie. Klękam przy nim i czekam. Po chwili unosi głowę, spogląda mi w oczy i mówi:
– Niczego nie pamiętam, niczego. Ale kiedy pocałowałaś mnie tam, w szpitalu, poczułem się pewnie. I trochę dziwnie. Kompletnie tego nie rozumiałem, aż do teraz.
– O czym ty mówisz?
– Posłuchaj – szybko się podnosi i jedną ręką próbuje zetrzeć wodę z całkiem przemoczonych spodni, drugą równocześnie ujmując moją dłoń, po czym kieruje się w stronę domu. – Obudziłem się w szpitalu, ty siedziałaś na krześle obok. W pierwszej chwili byłem niesamowicie szczęśliwy, że mogę na ciebie bezkarnie patrzeć, a ty nie uciekasz, nie chowasz się. To trwało do momentu, gdy odkryłem co straciłem, co mój mózg wyparł. Potem był już tylko strach i niepewność. Jedyna znajoma mi rzecz, choć doszło to do mnie dopiero w domu, to twoje usta. Ich smak, uczucie, jakie wywołał we mnie tamten pocałunek, były takie znajome, takie… moje. Było to bardzo dziwne, bo skąd niby miałbym to znać. Ale teraz wiem, że to tam gdzieś w środku jest. Kiedy tylko wysiadłaś z tego poduszkowca, miałem ochotę cię przytulić, pocałować. Nie mogłem dłużej się powstrzymać, nie myślałem nad tym co robię, nie analizowałem i… – znów milknie.
– I? – nie chcę znów się domyślać, zostawiać niedopowiedzeń.
– I teraz już wiem – kiedy jestem z tobą, kiedy mnie całujesz, czuję się… sobą. Choć przez moment – zatrzymuje się i patrzy mi w oczy. – Rozumiesz o czym mówię?
– Tak – choć pozornie to mało realne, to doskonale wiem co ma na myśli. Ja czułam dokładnie to samo – jakby nic się nie stało, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Jego usta, jego dotyk, reakcja naszych ciał – wszystko było tak, jak przed tą głupią wyprawą na arenę.
– Robiliśmy to już wcześniej? – ponawia pytanie.
– Tak – odpowiadam spokojnie.
– I? – wciąga ze świstem powietrze.
– I zawsze tak to właśnie między nami wyglądało – czuję, że na policzki chyba wypłynął mi rumieniec. Znacznie silniejszy, niżbym sobie życzyła.
– Ale moje ciało, ono… – ponownie urywa, jakby wstydził się tego, co chciał właśnie powiedzieć. Właściwie w obecnej sytuacji to chyba nawet normalne, że tak reaguje – takie wyznanie raczej niełatwo przyjdzie szesnastolatkowi w stosunku do ukochanej…
– Tak? – chcę, by powiedział to na głos, chcę to usłyszeć.
– Katniss – styka swoje czoło z moim i zamyka oczy – ja myślałem tylko o tym, żeby… – wypuszcza powoli powietrze i otwiera oczy, jakby nie mógł się zdecydować, czy chce widzieć moją reakcję, czy nie. Nie chcę go spłoszyć, czekam patrząc na niego i biorąc go za rękę. Przełyka ślinę i wreszcie wyrzuca z siebie cicho, jakby bał się, że ktoś nas podsłucha:
– Myślałem tylko o tym, żeby kochać się z tobą.
– Ja też miałam na to ochotę – powstrzymuję uśmiech, widząc jego komicznie zszokowaną minę.
– Czy my…?
Kiwam głową.
– Naprawdę? – przed chwilą wydawało mi się, że jego oczy nie mogą się zrobić większe, ale myliłam się. Ponownie przytakuję bezgłośnie.
– Nie żartuj sobie ze mnie – w głosie drga mu coś dziwnego, jakby podrażnione ego zmieszało się z połechtaną dumą. Jakby chciał uwierzyć, ale bał się, że upadek z tej chmurki szczęścia będzie zbyt bolesny.
– Nie żartuję – szepczę mu wprost do ucha, a on delikatnie mnie obejmuje – tylko nie rozumiem, dlaczego wywołało to w tobie taki szok? – patrzy na mnie chwilę, jakby się zastanawiał co ma zrobić. Wreszcie podejmuje decyzję, która bardzo mi się podoba – całuje mnie w usta, najpierw delikatnie, a potem znów coraz bardziej namiętnie, pozwalając mi się cudownie zatracić w tej chwili.

Ciche kaszlnięcie za nami, sprowadza nas trochę brutalnie z naszego mikroświata na ziemię. Obracam głowę w tamtą stronę i widzę ciepło uśmiechniętą matkę Peety, stojącą na progu ich domu.
– No, nareszcie jesteście – zza jej pleców wyłania się Amanda – umieram z głodu.
Oboje z Peetą reagujemy na to śmiechem – „umierająca z głodu” ma w dłoni wypełnionego kremem eklerka. Podchodzę do niej przywitać się, a przez myśl mi przechodzi, że ślicznie wygląda z zaokrąglonym brzuszkiem, ciąża wyraźnie jej służy.

127: Powrót na arenę

Witajcie,

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

 

Powoli otwieram oczy, budząc się leniwie. Dziś mamy wolne – to dzień, w którym nie musimy biegać, rozmawiać z obcymi ludźmi. Dzień, który możemy spokojnie spędzić razem… Razem… W tym momencie żołądek zwija mi się w kulkę – dociera do mnie z całą mocą przyczyna naszego wolnego – to żaden urlop, żaden odpoczynek. Natychmiast skacze mi adrenalina, wyzwalając chęć ucieczki, czuję przeraźliwy strach i pragnienie, które ciężko będzie zaspokoić. Powtarzam sobie szeptem, że nic nam się nie stanie, nic nam nie grozi, jesteśmy bezpieczni… Ale sama w to do końca nie wierzę – przecież wracamy na arenę. A dla nas to nigdy nie było bezpieczne miejsce, nawet po zwycięstwie…

Podnoszę się lekko na łokciach, chcę sprawdzić czy Peeta już się obudził i widzę, że rzeczywiście on też już nie śpi. Napięcie mięśni twarzy zdradza, że czuje to, co ja, choć wzrok ma wbity w sufit – prawdopodobnie po to, bym nie widziała jego przerażenia. Jak zawsze, próbuje mnie chronić, choćby minimalizując przekazywanie negatywnych emocji. Dzisiejszy dzień odwlekaliśmy tak długo, jak było to możliwe – od ślubu Johanny i Paula minął już prawie miesiąc… Jednak oboje wiemy,  że musimy to w końcu załatwić – zwłoka tylko pogłębia problem. Protesty przybrały na sile, ludzie się buntują, wymachują transparentami z chorymi dla nas hasłami:
– Nie niszczcie świątyni miłości!
– Zostawcie jaskinię w spokoju!
– Zbudujmy im tutaj dom!
Kapitolińczycy są święcie przekonani, że dla nas to miejsce jest cudowną „świątynią miłości”, naszym pomnikiem. Nie wiedzą, że czujemy coś całkowicie przeciwnego – lęk i obrzydzenie. Co prawda gdyby się zastanowili, to wyciągnęli jakieś wnioski choćby z tego, że nigdy tam nie jeździmy, nie wspominamy, a każdą próbę rozmowy na ten temat w wywiadach ucinamy natychmiast. Ale czego można wymagać od zaślepionych mieszkańców Kapitolu – oni nie patrzyli na umierające dzieci własne, bądź sąsiadów, tylko na „bohaterów”… Głupcy…

Przytulam się do Peety, dokładnie tak jak wtedy na arenie, w jaskini. Obejmuje mnie ramieniem i całuje w czoło:
– Damy radę? – pyta cicho.
– Chyba nie mamy wyjścia, tylko my możemy ich przekonać, że nie cierpimy tego miejsca i na pewno nie marzymy o tym, by tam zamieszkać.
– Jak oni mogli w ogóle o tym pomyśleć? – patrzy na mnie z niedowierzaniem. Wczoraj wieczorem, kiedy oglądaliśmy skrót wiadomości, to właśnie hasło o arenie jako naszym przyszłym domu dało nam jasno do zrozumienia, że dłużej nie możemy odkładać tej wizyty. Haymitch chciał jechać z nami, nawet Johanna i Paul wyrazili chęć wsparcia nas w tym zadaniu, ale doskonale wiemy, że to nasza sprawa i to my ją musimy załatwić. Obecność innych osób tylko to utrudni.

Pomysł Beetee’ego, który popieramy z całego serca, a który protesty wstrzymują, jest bardzo dobry – arena zostanie zburzona, jak wszystkie pozostałe, ale na miejscu tej konkretnej powstanie pomnik upamiętniający wszystkich poległych trybutów, którzy oddali swoje życie przez 75 lat trwania Głodowych Igrzysk.

Powoli wstajemy z łóżka, ubieramy się. Nawet nie myślimy o śniadaniu – boję się, że jeśli cokolwiek bym zjadła, bardzo szybko mogłabym zwrócić posiłek już na sam widok Rogu Obfitości. Z opisu miejsca i migawek telewizyjnych wiem, że nadal są tam plamy krwi Cato. I Peety…

Całkowite pustkowie, daleko za granicami Kapitolu. Arena ma kształt kwadratu wytyczonego barierkami – gdyby nie one, pewnie obóz obrońców tego reliktu okrucieństwa byłby w środku, a nie na zewnątrz. Ludzie wiwatują na nasz widok… Dobrze, że Peeta mocno trzyma mnie za rękę, nie wiem czy inaczej dałabym radę stawić temu wszystkiemu czoła. Główna organizatorka protestów – kobieta w średnim wieku, z bardzo krótko ostrzyżonymi po bokach włosami i fikuśnym zielonym kucykiem na środku głowy, ściska nasze dłonie.
– Witam państwa bardzo, bardzo serdecznie. Tak się cieszę, że dołączają państwo do naszego protestu…
– My do niczego nie dołączamy – przerywa jej stanowczo Peeta. Jego twardy głos sprawia, że kobieta momentalnie cofa się o krok. Nie tego spodziewała się po naszym przyjeździe.
– O czym pan mówi, panie Mellark? – patrzy szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż wierzyła, że jego reakcja to jakieś nieporozumienie.
– Mówię – Peeta nie zmienia tonu – że chcemy, by arena została wyburzona. Popieramy obecne plany Kapitolu – stworzenie tutaj pomnika pamięci poległych. I nie życzymy sobie żadnych protestów.
– Ale… – nasza rozmówczyni na moment się zapowietrza. – Przecież to świątynia państwa miłości…
– To cmentarz – przerywam jej, z trudem powstrzymując odruch zwrotny. – Zginęło tutaj 22 osoby, oddając swoje życie dla rozrywki Kapitolu i politycznych rozgrywek. A łącznie, na takich arenach jak ta – setki. Oddajmy im należyty szacunek. To nie lunapark! – nie umiem powstrzymać podnoszącego się głosu. Peeta ściska mocniej moją dłoń, próbując mnie uspokoić. Twarz Kapitolinki przybiera jakiś dziwny wyraz – sama nie wiem, czy to nadzieja, czy raczej jakiś pomysł, który się właśnie urodził w jej głowie.
– Zapraszam państwa na wycieczkę. Jeśli to, co wam pokażę, nie zrobi na was wrażenia… możecie zrównać to miejsce z ziemią – pierwsze zdania wypowiada z żarliwością, kolejne już lekko płaczliwym głosem, jakbyśmy rozbijali jej marzenia. Spoglądam na Peetę, on na mnie, a zielonowłosa kobieta odwraca się i pewnie przemierza drogę w kierunku wejścia na arenę.
– Nie – szepczę i czuję jak strach mnie całkowicie paraliżuje. Nie dam rady się ruszyć, nogi mam jak z ołowiu, nie słuchają mnie. Stopy wrosły w ziemię, nie dam rady ich podnieść, ani nawet przesunąć, choćby o milimetr. Zapadam się głębiej, choć wiem, że to niemożliwe…
– Będę przy tobie – Peeta jest lekko zielonkawy na twarzy, bardzo mocno ściska moją rękę, powoli czuję, że odcina mi dopływ krwi do palców, ale z tym też nie mogę nic zrobić. – Będę cały czas, nie spuszczę cię z oczu nawet na sekundę.
– Nie – mówię coraz ciszej. Mam silne przeczucie, że nie powinniśmy tam wchodzić. Już raz weszłam na arenę z własnej woli, kolejny raz nie dam rady.
– Wyjdziemy na tchórzy – Peeta zdążył się zebrać w sobie. Nie zaciska już tak mocno dłoni, ale robi krok do przodu, pociągając mnie delikatnie za sobą. Z olbrzymim trudem robię krok za nim. I kolejny. I następny. Aż przekraczamy wrota areny.

Delikatny wiatr owiewa moją twarz, a pierwszy rzut oka na miejsce, w którym się znajduję, znów wywołuje u mnie panikę. Staję w miejscu, wymuszając zatrzymanie Peety. Patrzy na mnie z lekko uniesionymi brwiami:
– Tutaj się poparzyłam – odpowiadam mu szeptem, a on przyciąga mnie lekko bliżej, tak, że czuję jego ciepło.

Nasza przewodniczka czuje się tutaj jak ryba w wodzie – prowadzi nas po dobrze znanych jej ścieżkach. Niestety – my znamy je równie dobrze, mijane miejsca przypominają mi twarze i sylwetki poległych trybutów. Nasze splecione dłonie są całkowicie mokre od potu, twarze mamy blade, a mięśnie spętane strachem, który siedzi w nas tak głęboko, że chyba nigdy się go nie pozbędziemy.

Do jaskini zostało zrobione specjalne tylne wejście, umożliwiające zwiedzającym dostanie się do środka bez potrzeby pełzania. Na ziemi nadal widać ślady naszej krwi, jest tu znacznie zimniej niż to zapamiętałam. Mimo ogromnego lęku, staram się zachowywać normalnie. Spoglądam w ciepłe oczy mojego narzeczonego i zastanawiam się przez krótki moment, czy jemu też przypominają się nasze pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk.
– Pokazała nam pani już chyba wszystko, czy teraz możemy wrócić do wyburzania? – Peeta spogląda chłodno na organizatorkę protestu.
– Ale… Nic nie czujecie? Nie macie wspomnień, ciepłych uczuć związanych z tym miejscem? – jest wyraźnie zaskoczona, a w jej głosie słyszę traconą nadzieję.
– Czujemy – odpowiada Peeta spokojnie – obrzydzenie, że ktoś ma ochotę zwiedzać miejsce, w którym tyle wycierpieliśmy.
– Przecież to świątynia waszej miłości – powtarza jak zacięta płyta i tupie nogą na znak protestu.
– Nie dla nas – odpowiadam jej groźnie, chcąc uciąć temat i uciec stąd jak najszybciej.
– Spokojnie kochanie – zwraca się do mnie Peeta i po chwili znów przenosi wzrok na naszą towarzyszkę – mówi pani, że to nasza świątynia, tak?
– Tak – odpowiada mu uszczęśliwiona. W tunelu naszych odmów zobaczyła światełko…
– W takim razie możemy tu zrobić co tylko chcemy? – nie do końca wiem do czego mój narzeczony zmierza, ale ufam mu całkowicie.
– Tak, tak! Możecie tu zamieszkać, wybudować dom, albo czasem bywać i pozwolić ludziom zwiedzać ten teren, Możecie organizować spotkania, albo wiece. Co tylko zechcecie – patrzy tak rozpromienionymi oczami, że na krótki moment robi mi się jej żal. Oddała swój czas i serce sprawie, która jest okropna i której nie chcemy. Niezależnie od jej wyraźnej samolubnej miłości do nas.
– Chcemy to zburzyć i postawić tu pomnik poległym. Na tym skończmy już i chodźmy stąd, bo przemarzliśmy oboje – mówi stanowczo i wychodzi z jaskini na zewnątrz, prowadząc mnie za sobą.

Z opisu Beetee’ego wiemy, że drugie wyjście z areny jest przy Rogu Obfitości, tam też stoją zablokowane maszyny burzące – nogi same nas tam niosą. Koryto rzeki znów jest pełne czystej wody, kątem oka widzę nawet pływające w nim ryby. Przekraczamy linię lasu, jesteśmy na otwartej przestrzeni, tuż przy rogu. I wtedy słyszę ciche brzęczenie. Rozglądam się szybko wokół siebie i widzę, że na policzku Peety siada osa. Wszystko dzieje się jak na zwolnionym filmie – nie zdążam nic powiedzieć, ani zareagować, gdy on – czując łaskotanie i słysząc wibracje pochodzące ze skrzydeł owada, odruchowo podnosi rękę i odtrąca go. Uderzona osa wraca natychmiast i wściekła w sekundzie kąsa go w lewą skroń. Źrenice Peety kurczą się do wielkości łebków od szpilek, on sam zasysa głośno powietrze, zaciska dłoń na mojej w żelaznym uścisku i pada na ziemię. Nieprzytomny.

—-

Ta notka była graniczną podczas przeprowadzki naszego bloga, z tego względu na razie komentarze do niej można przeczytać tu – http://poigrzyskach.blox.pl/2014/07/127-Powrot-na-arene.html#komentarze 🙂

126: Ślub

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Idziemy powoli, majestatycznie. Sala jest długa, po obu stronach zastawiona wygodnymi krzesłami z wysokimi oparciami, pośrodku zostawiono przejście. Tu też królują białe kwiaty, połączone ze świeżą zielenią wiosennych liści. Na szczęście nie ma ich tak dużo jak na korytarzu, dzięki czemu można oddychać bez przeszkód. Spoglądam na zebranych tu ludzi i po raz kolejny czuję ukłucie żalu. Tak niewielu nas zostało, zaledwie garstka tych, których nazywamy przyjaciółmi i rodziną. Gdyby nie wojna byłoby ich tu o wiele więcej – choćby Prim, Finnick… Z drugiej strony – czy gdyby rewolucji nie było, to kiedykolwiek zaprzyjaźniłabym się z „szaloną” Johanną i „pawiem” z Czwartego Dystryktu? Czy byłabym gościem na tym ślubie? Może Peeta, którego lubili od początku – tak, ale ja chyba nie. To tamte wydarzenia pozwoliły nam się poznać, zbliżyć do siebie, zrozumieć jak wiele nas łączy pod maskami, do których nakładania zmuszał nas Kapitol…

W rozmyślaniach i wspomnieniach dochodzimy do końca sali, gdzie na podwyższeniu stoi jakiś mężczyzna. Rozpoznaję go od razu, choć tym razem jest ubrany znacznie bardziej elegancko. Czarny garnitur, wyprasowana biała koszula z modnym kolnierzykiem, czerwony krawat – to wszystko nadaje mu szyku i powagi, ale niewiele zmienił się przez te miesiące.
– Dalton – mówię półgłosem.
– Katniss – odpowiada równie cicho, pochylając lekko głowę. Nim odwracam się do Peety, czuję na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, dlatego używam małego wybiegu, który jako pierwszy przychodzi mi do głowy, licząc, że mój narzeczony się domyśli:
– Będziesz Mistrzem Ceremonii na wszystkich ślubach Zwycięzców?
– Z największą przyjemnością – odpowiada spokojnie, równocześnie dłonią dając nam znak, byśmy zajęli swoje miejsca. Peeta, opuszcza ramię, przytrzymuje przez moment moją rękę, całuje dłoń i dopiero wtedy pozwala mi na zrobienie tych kilku kroków. Staję poniżej podestu, po prawej stronie, Peeta jest po lewej. Muzyka się zmienia i na dźwięk kolejnych taktów, zgodnie z planem, obracamy się powoli. Paul, ubrany w grafitowy garnitur, idzie pewnym krokiem w naszą stronę. Jest skupiony, ale uśmiechnięty, zdenerwowanie dosięga tylko jego oczu. Godziny spędzone na ćwiczeniach z Peetą i wieloma innymi osobami, przygotowania jakie podjął, przyniosły efekt. Podchodzi do podestu, tuż przed nim zwalnia, by wymienić jeszcze jakieś zdanie z Peetą, tak cicho, że nawet ja tego nie słyszę. Wreszcie robi mały krok i staje twarzą w twarz z Daltonem, mając Peetę za sobą.

Czekamy na kolejną zmianę muzyki i znów zwracamy się w stronę wejścia do sali. Jest – Johanna idzie podtrzymywana pod rękę przez moją matkę. Wygląda zdumiewająco, posągowa piękność… Po dziesiątkach przymiarek (i ona narzekała na Effie), w końcu wybrała suknię, którą zapamiętałam od samego początku. Wąski fason zaczyna się dekoltem w formie serca, mocno podkreślającym biust. Na górę nałożona jest delikatna koronka, w której wzorze ukryte są liście drzew z Siódemki – prezent od Effie, która ustaliła wymianę z salonem sukien jako niespodziankę dla Johanny (choć ostateczna decyzja należała oczywiście do dzisiejszej Panny Młodej). Misterny wzór spływa przez pas na boki bioder dodatkowo uwydatniając figurę kobiety. Talię podkreśla plisowany pas, zebrany biżuteryjną klamrą. To ukłon w stronę tradycyjnego stroju ślubnego z dystryktu Johanny, gdzie sztywne plisy nawiązują do faktury drewna. Suknia rozszerza się dopiero na wysokości kolan, umożliwiając Johannie poruszanie się, a na samym dole rozchodzi się w przepiękny półokrągły tren, obszyty tą samą co góra stroju, koronką. Już samo to wystarczyłoby, aby suknia zapierała dech, ale dla większego efektu została uszyta ze specjalnie tkanego materiału nazwanego rockiem – jak wytłumaczyła nam sprzedawczyni, splot w poziomie i w pionie nici o różnym kolorze sprawia, że w zależności od światła i ułożenia, suknia ma różną barwę – od kremu, przez złoto aż do bardzo jasnej, niemal niezauważalnej miedzi. Każdy krok, każdy ruch sprawia, że suknia wygląda inaczej, jakby była uszyta z dodatkiem magii, albo technologii Beetee’ego…


Uśmiecham się do niej najserdeczniej jak potrafię, kiedy oddaje mi bukiet. Niemal odruchowo wącham malutki, biało-zielony bukiecik. Uwielbiam zapach frezji – kwiatów, które rosną jakby rodzinnie, na wspólnej gałązce, rozwijając się powoli… Tym razem są przybrane gałązkami klonu tworząc prosty, cudny duet, który uzupełnia kreację, nie walcząc o pierwszeństwo, nie dominując nad strojem, ani panną młodą.

Johanna zatrzymuje się obok mnie, czekając na słowa Daltona:
– Witam wszystkich zebranych na tej podniosłej uroczystości – Mistrz Ceremonii zaczyna powoli pewnym i mocnym głosem. – Zebraliśmy się tu dziś, aby na zawsze połączyć losy tych dwojga – Johanny i Paula. Ale nim do tego dojdzie, tradycji musi stać się zadość. Pytam więc – kto oddaje rękę tej kobiety temu mężczyźnie?
– W zastępstwie jej rodziców – zaczyna moja mama drżącym ze zdenerwowania głosem – ja oddaję ją jemu i jego rodzinie.
– Kto – ponownie odzywa się Dalton – przyjmuje ją do swojej rodziny i obiecuje traktować jak jej członka, od teraz po wsze czasy?
– Ja – matka Paula tylko tyle jest w stanie z siebie wydusić. Łzy szczęścia i wzruszenia obficie płyną po jej twarzy, a moja mama symbolicznie „oddaje” Johannę Paulowi, wkładając jej rękę w jego dłonie.
– Moja matka i ja – kontynuuje Rose również wzruszonym i poddenerwowanym głosem – przysięgamy na honor własnej rodziny, że będziemy ją kochać i wspierać do końca naszych dni, jako naszą córkę i siostrę, którą dzięki temu małżeństwu się stanie.
Spoglądam zaskoczona na Peetę, nie jest to standardowy punkt ślubnej uroczystości. Krótka odpowiedź przyszłej teściowej wystarczyłaby w zupełności – matki zawsze w takim momencie się wzruszają, więc nikt nie oczekiwał niczego więcej. Wzrok Peety wędruje na krótki moment w stronę Asta, który w rogu sali, uśmiechając się delikatnie, odhacza jakiś punkt na podkładce, którą trzyma w ręce. Oczywiście, to on pomyślał o wszystkim.
– Paulu Mellark – Dalton bez mrugnięcia okiem kontynuuje uroczystość – czy w świetle słów wypowiedzianych przez twoją rodzinę, bierzesz za żonę obecną tu Johannę i przyrzekasz jej miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam ją kochać, szanować i trwać przy niej w zdrowiu i chorobie aż po kres moich dni – odpowiada Paul, a w jego oczach widzę szklące się łzy.
– Johanno Mason, czy przyjmujesz miłość obecnego tutaj Paula i przyrzekasz mu miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam kochać go, wspierać i trwać przy nim w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, aż po kres moich dni – odpowiada moja przyjaciółka.
– Mocą nadaną mi przez Panem z największą radością ogłaszam was mężem i żoną. Na znak przypieczętowania słów, które dziś wypowiedzieliście, wymieńcie się obrączkami – znów słyszymy spokojny głos Daltona, a w tym samym czasie Josh, ubrany w jasny garnitur, będący niemal kopią stroju Haymitcha, wchodzi na podest niosąc małą tacę, na której leżą dwa złote symboliczne krążki, z prostym grawerem z datą i inicjałami wewnątrz. Jest niesamowicie przejęty, a gdy mnie mija, słyszę jak cicho sobie powtarza:
– Najpierw wujek Paul, najpierw wujek Paul…

Paul wsuwa obrączkę na serdeczny palec prawej dłoni żony i delikatnie całuje jej rękę. Johanna robi to samo, ale na koniec całuje usta Paula. Wszyscy wstają, biją brawo, a Dalton mocnym głosem stara się przekrzyczeć burzę oklasków:
– Panie i Panowie – oto państwo Johanna i Paul Mellarkowie!
Brawa się nasilają, Johanna i Paul patrzą chwilę na zebranych, a później wpadają w nasze ramiona. Johanna ściska mnie mocno.
– Gratuluję kochana – mówię cicho, tuląc ją do siebie.
– Dziękuję – mówi coraz bardziej łamiącym się głosem.
– Hej, co jest – Johanna Mason płacze? – pytam ją rozbawiona, choć wzruszenie ściska i moje gardło.
– Mellark – odchyla się ode mnie – Johanna Mellark, półmózgu – ripostuje i odchodzi ode mnie z udawanym naburmuszeniem ale równocześnie puszcza do mnie oko. Kiedy składam gratulacje Paulowi, on patrzy na mnie chwilę, a potem zamyka mnie w uścisku i cicho mówi:
– Teraz wasza kolej, nie dajcie waszym matkom długo czekać.
– To nie tylko ode mnie zależy – odpowiadam z uśmiechem. – A dziś jest wasz dzień – jeszcze raz serdecznie gratuluję i życzę wam spokoju. I tej miłości, której dziś macie pod dostatkiem i takiego samego uśmiechu na twarzach…
– Dziękuję Katniss – patrzy mi uważnie w oczy – dziękuję za wszystko…

W piątkę przechodzimy do sali obok. Pośrodku stoi stół z przygotowanym do podpisu aktem małżeństwa, a tuż za nim – wycelowana prosto w nas kamera. Przez otwarte okno balkonu słychać zamieszanie na placu – oczywiście Kapitol zebrał się, by powitać nowe małżeństwo. Najpierw Johanna z Paulem (po dopowiedzeniu Daltona, że po raz ostatni Johanna ma się podpisać panieńskim nazwiskiem) podpisują akt małżeństwa, a po nich to samo robimy my, jako świadkowie. Na koniec swój podpis składa Dalton, poświadczając tym samym, że dokument i zawarte małżeństwo są ważne.

Za oknem wiwaty są coraz głośniejsze, ludzie domagają się wyjścia na balkon pary prezydenckiej. Raz jeszcze my składamy im gratulacje, tym razem słowami dokładnie przygotowanymi przez Asta i Peetę, a potem wychodzimy na zalany słońcem taras. Ludzi jest mnóstwo, krzyczą imiona młodej pary, mężczyźni rzucają w górę nakrycia głowy, a kobiety – kwiaty. Mimo wrzawy jeden mocny głos jakoś przedziera się i dociera do nas.
– Panie Prezydencie – to Connor zwraca się do Paula rozbawiony. Domyślamy się, że przyszykowali coś ponad ustalenia dokonane z Astem. – Panie Prezydencie, mamy coś dla Pana.
Wszyscy momentalnie spoglądamy w dół – na placu przed pałacem stoi Connor i kilku członków jego drużyny. W jednej ręce trzymają małe drzewko, to chyba sosna z korzeniami owiniętymi jakąś płachtą. Jeden z nich trzyma na sznurku coś jeszcze – małą bielutką owieczkę.  Johanna i Paul wybuchają gromkim śmiechem i szybko wychodzą z balkonu, chcąc udać się na plac. Spoglądam na Peetę, a on ściska moją dłoń i gdy chodzimy ze schodów, tłumaczy mi, że w Siódemce w dniu ślubu para młoda sadzi wspólnie młode drzewko, które symbolizuje później ich rodzinę, zaś w Dziesiątce rodzina i przyjaciele kupują młodym coś na rozpoczęcie hodowli – na ogół jest to jakieś źrebię, cielaczek lub owca.
– Owca? – Paul pyta Connora, tuż po tym, jak przyjmuje od niego gratulacje.
– Tak, bo ty i twoja żona jesteście łagodni jak baranki – puszcza do nich oko, kiedy wszyscy wybuchamy śmiechem. 

Johanna i Paul sadzą drzewo tuż przy murze Pałacu Prezydenckiego. Owieczka została zaprowadzona do jakiejś specjalnie na tę okoliczność przygotowanej przez Asta zagrody. Na szczęście poznał zwyczaje obu dystryktów i domyślił się, że prezent będzie zawierał nie tylko drzewko.

Peeta mocno mnie obejmuje, całuje w tył głowy. Stojąc za mną, zaplótł ręce na mojej talii, przez co możemy dokładnie podziwiać poczynania pary młodej.
– Ładnie ci w zielonym – mówi cicho.
– To butelkowa zieleń – odpowiadam mu z uśmiechem.
– Wiem, ale… – zawiesza głos.
– Ale…?
– Wolałbym cię w bieli.
– To może pora coś z tym zrobić?
– Może pora – zawiesza głos, bierze głęboki oddech. – Czerwiec to piękny miesiąc, nie sądzisz?
Obracam się szybko w jego stronę, uważnie mu się przyglądam. On patrzy na mnie wyczekująco.
– O czym rozmawiacie? – przerywa nam ojciec Peety, który wraz z resztą gości zszedł na dół, by wziąć udział w obrzędach z dystryktów.
– O czerwcu – odpowiada spokojnie Peeta.
– O czerwcu? – moja mama patrzy na niego zaskoczona.
– Tak – Peeta delikatnie się uśmiecha – co powiecie na czerwiec? – spogląda na nich uważnie, nadal trzymając mnie w objęciach.
– Ładny miesiąc – odpowiada jego ojciec – taki słoneczny.

Peeta delikatnie mnie odchyla i całuje w usta. A mnie ogarnia niesamowite poczucie radości.

125: Oświadczyny

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejny rozdział we wtorek (w ramach prezentów urodzinowo- imieninowych 🙂 ).

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Patrzę z zadowoleniem w lustro, w którym odbijamy się obie z mamą. Bardzo rzadko mamy okazję spędzić razem czas, więc gdy zaproponowała, że upnie mi włosy, ucieszyłam się. Choć mam tu na zawołanie fryzjerów i stylistów, najczęściej robię to sama. Dziś też miałam taki zamiar, ale układanie włosów przez mamę kojarzy mi się z dzieciństwem. I zachwytem Cinny, który nie miał wątpliwości, że fryzura przygotowana właśnie przez nią była idealna. Teraz jest tak samo – na początku nie byłam do końca przekonana, czy kwiat będzie do mnie pasował – to taka dziewczęca ozdoba. Teraz, gdy widzę efekt, wiem, że mama znów miała rację – śmietankowo biała lilia idealnie współgra z kolorem moich włosów, dodając elegancji odpowiedniej do dzisiejszej uroczystości.

Mimo tego, że przez cały poranek mama jest pozornie w bardzo dobrym nastroju, przede mną i tak nie ukryje prawdy. Widzę, że pod maską pogody i dobrego humoru kryje się zdenerwowanie. Widziałam je już w poduszkowcu w czasie lotu do Kapitolu – wówczas podejrzewałam, że to może smutek ze względu na rozstanie z Shenem, na zostawienie pacjentów w szpitalu, z którymi wydaje się zżyta, którzy wypełniają jej większość czasu. Jednak widzę, że kolejny dzień nic nie zmienił – podejrzewam, że coś się stało i to chyba coś złego, skoro mama stara się to przede mną (nieudolnie) ukryć. Peeta, zgodnie z tradycją, poszedł przygotować się z Paulem, więc postanawiam wykorzystać sytuację.
– Mamo?
– Tak kochanie? – spogląda na mnie z wyraźna dumą. Długa suknia, którą mam na sobie, idealnie podkreśla moją figurę. Delikatne rozkloszowanie tuż poniżej linii bioder dodaje mi kobiecości, a dekolt karo ładnie podkreśla mój biust. Mimo, że suknia jest na szerokich ramiączkach, żakiet w identycznym kolorze sprawi, że nie będzie mi zimno.
– Co się dzieje? – spoglądam na nią uważnie, biorąc ją za ręce.
– Nic – mama głośno przełyka ślinę. Ona także wygląda bardzo elegancko. Kostium w delikatnym odcieniu mięty, który wczoraj kupiłyśmy w Kapitolu, sprawia, że moja mama wygląda dużo młodziej niż pokazuje to jej metryka. Po śmierci taty i Prim przygarbiła się, na jej twarzy pojawiło się mnóstwo nowych zmarszczek, włosy straciły dawny blask. Zresztą, ślad czasu i przeżyć widać nie tylko u niej, ale także u pani Mellark… Dlatego wczoraj cały dzień spędziłyśmy w polecanym przez Effie salonie piękności. Nasze matki zrobiły sobie nowe fryzury, a kosmetyczki zajęły się ich twarzami i paznokciami. Dziś będą pod bacznym okiem fotoreporterów, nie chciałam, by jakieś gryzipiórki dokuczały im złośliwymi komentarzami.
– Trochę się denerwuję – odpowiada mi po chwili.
– Rozumiem – pociągam ją lekko w stronę sofy, na której obie możemy usiąść wygodnie.
– Trema jest oczywista, w końcu pierwszy raz prowadzisz kogoś do ołtarza… Ale nie o to chodzi, prawda?
Mama długo milczy, po czym odpowiada:
– To przez Shena.
– Coś nie tak? – moje przypuszczenia jednak się potwierdzają.
– Nie, właśnie bardzo tak. I… I on… on…
– Co on? – serce mi wali tak, że prawie nie słyszę nic innego. Jeśli zranił mamę, to znów może zamknąć się w sobie, znów się załamie. Nie…
– Poprosił mnie o rękę – wyrzuca z siebie w końcu.
W pierwszej chwili się cieszę – moja mama znalazła kogoś, kto zapewni jej szczęście. Ale niemal w tym samym momencie czuję się, jakbym dostała cios w brzuch. Silny, odbierający oddech i spokój… Przed oczami widzę tatę – to przecież on był mężczyzną jej życia. To z nim miała się zestarzeć, to z nim miała patrzeć jak dorastamy. To on miał mnie prowadzić do ołtarza… Los chciał inaczej, ale tak trudno mi sobie wyobrazić ją w ramionach innego mężczyzny, zasypiającej w łóżku z innym. Moją matkę noszącą inne nazwisko. Zaczynam się pocić, spoglądam na nią z ukosa. Widzę, że wie jaka walka we mnie się toczy – mogłam oszukać telewidzów jadąc na dożynki, mogłam ich oszukać na arenie, ale mama mnie zna znacznie lepiej niż oni wszyscy razem wzięci. Widzę to w jej nerwowej reakcji – w napięciu mięśni wokół ust, drżących dłoniach złożonych razem, usztywnionych, by zmniejszyć niekontrolowany ruch.
– I co mu odpowiedziałaś? – pytam po chwili nienaturalnym głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła. Mam wrażenie jakby to mówił ktoś inny, jakbym słyszała to zza ściany z waty.
– Nic – odpowiada i zaczyna płakać.

Peeta, czemu cię tu nie ma, gdy jesteś potrzebny… W tej chwili jego obecność tutaj byłaby nieoceniona – jego spokój i opanowanie. Wiedziałby co powiedzieć, co zrobić. Byłby w stanie pomóc mi pokonać lęk i opór, jaki wywołały słowa mamy. Czuję, że oddycham bardzo szybko, a mimo to mam wrażenie, że się duszę, że nie jestem w stanie napełnić płuc powietrzem. Próbuję, ale nie jestem w stanie ustabilizować oddechu. Chyba nic nie jestem w stanie zrobić – ciągle mam przed oczami obraz taty całującego mamę na powitanie, gdy wracaliśmy z leśnych wypraw. Jego ciepły uśmiech na jej widok, jego miłość, jaką widziałam na każdym kroku. Wszystko we mnie krzyczy: nie rób tego, nie zgadzaj się! Zostań wierną tacie do końca… Zostań do końca życia wdową.
Ostatnia myśl trochę mnie trzeźwi – czy to fair? Ja mam Peetę, mamy wspólną przyszłość, mieszkamy obecnie z dala od Dwunastki. Mama jest sama, właściwie w jej pobliżu nie ma już nikogo, kogo kocha. Tata i Prim odeszli, ja jestem daleko. Często nawet nie mam czasu, by z nią porozmawiać, nie mówiąc o byciu z nią. Po całym dniu spędzonym w pracy nierzadko nawet nie sprawdzam poczty głosowej – zdarzało się, że wiadomość od mamy odsłuchiwałam po 3-4 dniach. A jeszcze częściej to Peeta informował mnie, że mama nas pozdrawia, że pyta co słychać… Czasem to on nocami z nią rozmawia… Gdy uświadamiam sobie to wszystko, słowa przychodzą same:
– Kochasz go? – nagle mój głos jest cichy i opanowany, jakby struny głosowe uspokoiły się jako pierwsze, szybciej niż serce i mózg.
– Tak – mówi cicho mama, zaraz dodając – ale to inna miłość niż ta, którą czułam do twojego taty. Shen daje mi poczucie bezpieczeństwa, ciepła. Dba o mnie, pomaga mi. Jest… – spogląda na mnie, a w jej oczach widzę strach, pomieszany z nadzieją. W ustach czuję gorycz – moja matka boi się mnie… Boi się mojej reakcji na to, że jakiś inny mężczyzna może być dla niej ważny. Jest dorosła, niezależna, a mimo to swoją decyzję uzależnia od mojej reakcji. Nie mam prawa stawać na jej drodze, nie w taki sposób.
– Może powinnaś się zgodzić? – obraz ojca rozmywa się. Pozostaje tylko ona – moja matka, która świetnie zdaje sobie sprawę z moich początkowych odczuć. Studiuje bardzo dokładnie moją twarz, chcąc się upewnić, czy moje słowa są szczere, czy mają potwierdzenie w mojej minie, reakcji mojego ciała. A ja już rozumiem – nic nie zastąpi jej mojego ojca, dawno utraconej miłości. Ale moja mama tak wiele przeszła, tak wiele wycierpiała, a teraz ma szanse na normalne życie, u boku mężczyzny, który ją kocha. Może tak właśnie miało być. Ani tata, ani Prim nigdy nie chcieliby, abyśmy były nieszczęśliwe, żebyśmy całe życie poświęciły na żałobę po nich. Shen to dobry człowiek, tak samo skrzywdzony przez życie jak moja mama – może dzięki temu jest w stanie zrozumieć ją znacznie lepiej niż ktokolwiek inny.
– Tak – odpowiadam już pewnie, uśmiechając się delikatnie. Wiem, że to dobra decyzja. – A teraz chodźmy już, pora na nas. Bez nas nie zaczną – przytulam ją mocno.

Cały pałac został specjalnie udekorowany na dzisiejszy dzień. Idziemy powoli przez hol, tonący w tysiącu białych kwiatów. Ich zapach jest niemal duszący, ale zdjęcia będą przepiękne. Mama, która po naszej rozmowie, zrobiła się na chwilę pogodniejsza, znów wydaje się być spięta swoją rolą.
Cała uroczystość odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Dopiero podpisanie aktu małżeństwa zostanie upublicznione, tak samo jak obrzędy ślubne z dystryktu. Zdecydowaliśmy, że Kapitol powinien się dowiedzieć jak to się odbywa, jak fantastycznie obywatele Panem potrafią celebrować takie chwile. Początkowo mieszkańcy Kapitolu byli niezadowoleni brakiem relacji na żywo z całej ceremonii zaślubin, ale Peeta, jak zawsze, potrafił im to wyjaśnić. Powołał się na intymność chwili, na delikatność uczuć, na to wszystko, co sprawia, że młoda para chce w tym momencie być tylko z rodziną i przyjaciółmi. Równocześnie dziennikarzom obiecał trzy zdjęcia – z wymiany obrączek i pierwszego pocałunku oraz skrót z przysięgi Młodych. Wszyscy przyjęli to do wiadomości, choć wątpię, by w pełni zaakceptowali…

Podchodzę do stojącego przy wejściu do głównej sali Peety, on spogląda na mnie uważnie. Wygląda świetnie, garnitur idealnie leży, koszula współgra z kolorem mojej sukni. Wystarczył mu rzut oka na mnie i mamę, by dowiedział się, że coś się wydarzyło.
– Powiesz mi o co chodzi? – pyta szeptem, gdy zza drzwi słychać już pierwsze takty muzyki.
– Nie teraz – odpowiadam z uśmiechem. Nie mamy już na to czasu.
– Pięknie wyglądasz – mówi zmieniając łatwo temat, a ja jestem mu wdzięczna, że nie dopytuje o szczegóły.
– Musimy zaczynać – przerywa nam głos Asta – pora się przygotować.

Stajemy na wyznaczonych pozycjach, drzwi się otwierają, a wszyscy goście wstają. Uroczystość czas zacząć.

124: Sześcioraczki

Witamy 🙂

Sześcioraczki dedykujemy Kasi (nick wariatka59) i Adzie (nick adusia13248) – za inspiracje do poniższej notki 🙂 Dziękujemy 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy w niedzielę.

Pozdrawiamy A. & A.

Winda powoli sunie do góry, otaczając mnie cichym szumem niemal jak kołdrą. Zmęczenie dopada mnie coraz mocniej, powieki stają się ciężkie, same zamykają się. Gdyby było tu jakieś krzesło, prawdopodobnie już bym spała – tylko pozycja stojąca powstrzymuje mnie od odpłynięcia. Opieram głowę na piersi Peety, a on delikatnie gładzi moje włosy. Przytulona słyszę jego serce, czuję oddech i ciepło. I stłumione ziewnięcie. Podnoszę na niego wzrok – oczy ma tak przekrwione, że stały się niemal całkiem czerwone – białka pokryte czerwoną siatką nieprzyjemnie odcinają się od błękitu tęczówek; oczodoły otaczają fioletowo-szare sińce. To był ciężki i aktywny dzień. Poprzedzony dwiema dobami niemal bez snu…
– Zmęczony? – pytam cicho, kiedy winda hamuje, zatrzymując się na naszym piętrze.
– Wykończony – nawet gdyby tego nie powiedział, aż nadto wyraźnie słychać to w jego głosie. 
– Szybki prysznic i do łóżka? – marzę tylko o tym, by to potwierdził. Marzę o odpoczynku i śnie, ale chcę zasnąć z nim, a nie sama.

Całą noc nadrabialiśmy zaległości. W naszym domu, w Wiosce Zwycięzców, wśród lubianych sprzętów, wśród znanych dźwięków i spokojnych kolorów, w miejscu gdzie nie byłam wciąż wystawiona na widok, poczułam się znowu sobą. Znów najważniejsi byliśmy my, a nie Panem, Kapitol, dystrykty – ciągła bieganina i obowiązki, w której zatracamy siebie, która nas wyniszcza. Czar prysł nad ranem, kiedy nasze umysły zaczęły znów podsuwać nam listę spraw, jakie nas czekają, gdy tylko słońce wstanie.

Beetee przysłał po nas największy poduszkowiec – już wcześniej ustalaliśmy, że cała rodzina Peety i moja mama przylecą do Kapitolu – różnica polega tylko na tym, że lecą z nami, a nie sami. Na pokładzie znaleźli się także Haymitch z Joshem. Tylko Effie nie zdecydowała się na wyjazd, ale jej decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem – Elizabeth jest jeszcze malutka, ma zaledwie dwa miesiące. Haymitch pewnie też zostałby w domu, ale Josh żył wyprawą już od kilku tygodni, więc nie chciał zawieść syna. Natomiast Shen został w Dwunastce – ma się opiekować Effie. Z jednej strony cieszy mnie jego decyzja – Haymitch będzie spokojniejszy wiedząc, że przy jego żonie i córce jest ktoś zaufany, ale z drugiej… Miałam wrażenie, że ta decyzja przyszła mu bardzo łatwo, jakby nie chciał brać udziału w tym zamieszaniu. Mam nadzieję, że chodzi o Kapitol, którego nie lubi, a nie o jakieś problemy między nim, a mamą…

Tuż po wylądowaniu, przewozimy wszystkich szybko i sprawnie do ośrodka szkoleniowego, który pełni rolę hotelu. Cała rodzina zmieściła się bez problemu na dwunastym piętrze. Na szczęście, po remoncie, wystrój w środku nie przypomina tego, w którym spędzaliśmy czas przed Igrzyskami, więc nie wyzwala w nas traumatycznych odczuć. Resztę wątpliwości rozwiała mina mojej mamy, gdy zobaczyła widok z okna. Mnie już nie zapiera tchu, ale komuś, kto widzi po raz pierwszy panoramę Kapitolu – niewątpliwie tak.

Godzinę później, gdy już wszyscy się rozpakowali, zarządziliśmy wielkie zwiedzanie Kapitolu. To był fantastyczny, choć wyczerpujący dzień. Chodziliśmy po odbudowanych uliczkach, zaglądaliśmy do sklepów i kawiarenek rozpieszczając naszych bliskich. Staraliśmy się ukryć przed nimi ceny, ale dwukrotnie widziałam spojrzenie mam, gdy nie byliśmy wystarczająco szybcy. Choć obie wiedzą, że mamy niemałe oszczędności pozostałe z wynagrodzeń Zwycięzców, a nasze obecne kapitolińskie wypłaty pozwalają nam na bezproblemowe korzystanie z tego typu drogich rozrywek, to nadal mają w pamięci biedę i konieczność zaciskania pasa, jakie towarzyszyły im całe życie. I trudno się im pogodzić z bajońskimi cenami w stolicy.

Na początku nasza mała, dziesięcioosobowa wycieczka wzbudzała spore zainteresowanie. Ludzie oglądali się za nami zarówno dlatego, że rzadko widywali trzech Zwycięzców razem, jak i szukając śmiechu i rozbawienia, jakie towarzyszyło cały czas Joshowi i Peeterowi.  Mały Abernathy (Haymitchowi bardzo zależało, by jego syn jak najszybciej oficjalnie nosił jego nazwisko i choć testy potwierdzające ojcostwo były tylko formalnością, musiały zostać przeprowadzone ze względów prawnych – z tego względu on, jako jedyny, nie objął urzędu natychmiast, ale tydzień później) okazał się niezawodny w wyszukiwaniu kolejnych miejsc do zabawy. Mimo, że od wielu miesięcy nie mieszka już w Kapitolu, nadal doskonale zna jego topografię – szczególnie w zakresie miejsc stworzonych dla dzieci. Wreszcie chłopcy uparli się, żeby pójść do jakiegoś „wesołego kącika”, ciągnąc nas wszystkich. „Kącik” okazał się być olbrzymią salą zabaw – z kulkami, dziesiątkami rur, lin i ścianek wspinaczkowych. Przez moment przeszło mi przez myśl, że mogą nie zgodzić się na wejście Peetera, który wyglądem jest dorosłym mężczyzną, ale na szczęście nie było z tym problemu. Zresztą szybko okazało się, że nie był tam jedynym dużym uczestnikiem zabaw.

Kiedy chłopcy szaleli w swoim raju, my powoli sączyliśmy kawę w miejscu dla rodziców. Ludzie pokazywali nas palcami, słychać było szepty Czy to Katniss i Peeta? Czy to doradcy Pary Prezydenckiej? Peeta, wyczuwając moje zdenerwowanie, delikatnie gładził moją rękę. Zawsze próbuję się wyłączyć, nie słyszeć i nie widzieć ogólnego zainteresowania i ciekawości, ale chyba nigdy nie zaakceptuję tego, że każde nasze wyjście z domu, nawet prywatne, na kilkanaście minut, nie pozostaje niezauważone. 
– Czy wam to nie przeszkadza? – Patrick, skubiąc serwetkę, spogląda na nas z ukosa.
– Pytasz – Peeta na moment zawiesza głos – o to? – wskazuje głową jedną z kobiet siedzących za nami, która teatralnym szeptem tłumaczy koleżance, że to na pewno my, przy okazji komentując zachwyconym tonem mój ubiór.
– Mhm – potakuje cicho Patrick, krzywiąc się przy tym.
– Wiesz – odpowiadam mu – mnie bardzo. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Ale twój młodszy brat to uwielbia – odpowiadam kąśliwie.
– Tak – Peeta śmieje się krótko – uwielbiam to. Jak mam zły dzień, to biegam nago po Kapitolu i czekam aż mnie rozpoznają.
Pani Mellark krztusi się herbatą
– To dlatego jesteś tak popularny? – zagaduję go z uśmiechem.
– Tak kochanie, odkryłaś mój  sekret – delikatnie całuje moją dłoń.
– A tak poważnie Patricku – momentalnie zmienia mu się ton – prywatność odebrano nam w momencie, kiedy nasze nazwiska zostały wylosowane w czasie Dożynek. Od tamtej pory staliśmy się rozpoznawalni. A później ten osobnik – wskazuje dłonią na Haymitcha – dołożył wszelkich starań, by nikt nie zapomniał kim jesteśmy. Cóż, dzięki temu przeżyliśmy, ale to nie zmienia faktu, że w Kapitolu nieodmiennie jesteśmy traktowani jak małpki w zoo. W dystryktach jest trochę lepiej, ale tylko trochę. Dlatego tak tęsknimy za Dwunastką, za miejscem, w którym znają nad od tak dawna, że nie emocjonują się tym… – ma rację, dla nas Dwunastka to nie tylko rodzinny dystrykt, to miejsce w którym możemy być sobą. Owszem, tam też nie unikamy rozpoznania, uśmiechów, pozdrowień, ale tamci ludzie nigdy nie są nachalni. Znają nas od dziecka, patrzyli jak rośniemy, zmieniamy się, patrzyli na nas w czasie Igrzysk i Tournee. Nie jesteśmy dla nich celebrytami z okładek pism, tylko dzieciakami z sąsiedztwa, które znalazły się w złym miejscu w złym czasie i musiały stawić czoło sytuacji, by przeżyć.

W tym samym momencie, moje rozmyślania przerywa dziwne zamieszanie. Spoglądam za wzrokiem Peety, który wstaje z krzesła i widzę sunącą w naszą stronę Johannę. Obok niej idzie spokojnym krokiem Hoult – gdyby nie spojrzenie, którym wciąż wędruje wokół, spokojnie można byłoby ich wziąć za zatopionych w rozmowie przyjaciół.
– Dzień dobry – Pierwsza Dama uśmiecha się ciepło na nasz widok, a kobieta przy stoliku za nami mdleje artystycznie. 
– I jak znajdujecie Kapitol? – pyta z dziwnym akcentem, który natychmiast przywodzi mi na myśl Caesara.
– Takie to wszystko – zaczyna powoli ojciec Peety – wyniosłe.
Po jego słowach wszyscy wybuchają śmiechem, ale równocześnie mam poczucie, że on ma rację. Tu nic nie jest normalne – wszystko jest egzaltowane, wyniosłe, niezwykłe…
– Ciocia? – mała rączka Josha ciągnie za bladoróżowy żakiet Johanny zarzucony na jasną sukienkę.
– O, cześć przystojniaku – odpowiada mu z promiennym uśmiechem.
– Czemu jesteś w sukience? – Joshua marszczy brwi i ze zmarszczonym nosem uważnie się jej przygląda, czekając na odpowiedź.
– Bo muszę – odpowiada Johanna z nieukrywanym żalem i skrzywieniem, jakby ten fakt niemal ją bolał.  – Zapraszam wszystkich na kolację do Pałacu – zmienia po krótkiej chwili temat. – A z wami – wskazuje palcem na nas – mam do pogadania.
– Idziemy na dywanik? – Peeta mówi to tak poważnie, że przechodzi mi przez myśl, że to może nie być żart.
– Coś w tym stylu – odpowiada, jednak jej uśmiech przeczy słowom. Po chwili jednak pogodny wyraz twarzy znika, jak zdmuchnięty. – Mamy… mały problem z rozbiórką jednej z atrakcji turystycznych. Musicie tam pojechać jak najszybciej. Najlepiej zaraz po ślubie. 
– To chore – wchodzę jej w zdanie – przecież wszystko miało być już dawno załatwione.          
– Wiem – twardo kwituje Johanna – ale niektóre osoby traktują to jak pałac waszej miłości. I chyba tylko wy możecie coś z tym zrobić.
– Zrobimy – obiecuje poważnie Peeta – choćbym sam miał ją rozebrać.
Jego rodzice i moja matka wymieniają tylko spojrzenia. Nikt z nich o nic nie pyta, przyzwyczaili się do tego, że niestety często tak rozmawiamy, mając swoje sprawy, które ich nie dotyczą, lub w które nie chcemy ich wtajemniczać.
 
Resztę popołudnia i wieczór spędzamy w Pałacu Prezydenckim. W międzyczasie przyjechała także Annie i wraz z moją mamą pojechały do hotelu, podczas gdy Haymitch i Josh zostali w Pałacu. My odwieźliśmy rodziców i braci Peety do ośrodka, a później wróciliśmy do domu.
 
Wysiadamy z windy trzymając się za ręce. Przykładam palec do czytnika, wbijam kod i wchodząc do mieszkania marzę tylko o bardzo szybkim prysznicu i śnie. Nie dochodzę jeszcze do łazienki, gdy już dzwoni telefon. Spoglądamy na siebie zrezygnowani – nie mam ochoty z nikim rozmawiać, chcę spać. A dzwonek telefonu z reguły oznacza jakieś problemy, którymi trzeba się zająć… Peeta głośno wzdycha, ale podnosi słuchawkę. Na moment marszczy brwi, woła mnie, po czym uruchamia głośnik w telefonie. 
– Cześć – głos Gale’a mnie zaskakuje. Peeta siada na krześle, wzrusza ramionami i mówi:
– Słuchamy Pana, Panie Burmistrzu.
– Panie Doradco, dzwonię prywatnie – odpowiada mu równie oficjalnym tonem Gale. Tak jest odkąd został mianowany na burmistrza Ósemki i chyba żadnemu z nich nie zależy na zmianie.
– Co jest? – pytam go, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. Gale sporo nam pomógł, choć nadal, gdzieś z tyłu głowy, kołaczą mi się wspomnienia, jak bardzo nam kiedyś zaszkodził. 
– Kupiłem rodzeństwu psa – zaczyna Gale, a Peeta przerywa mu głośno się śmiejąc.
– Wiesz stary, to fantastycznie, ale jest pierwsza w nocy, a my prawie nie sypiamy. Możemy porozmawiać o twoim nowym zwierzątku kiedy indziej?
– Bardzo śmieszne – odpowiada mu kąśliwie Gale, choć chyba jednocześnie słyszę w jego głosie uśmiech. Po otrzymaniu nominacji, Gale szybko ściągnął do Ósemki swoją matkę i rodzeństwo. Nie było to dla mnie dziwne – ma teraz duży dom, pieniądze, może wreszcie zapewnić rodzinie utrzymanie. A pies… Cóż, to najlepszy dowód na to, że dobrze mu się wiedzie. Żadne z nas nie pozwoliłoby sobie na posiadanie w domu zwierzęcia, które byłoby tylko kolejną gębą do wyżywienia. Ale to było kiedyś, dawno temu. Jak mamy zwyczaj mawiać „wcześniej”, tym jednym słowem wyrażając wszystko, co działo się z nami przed rewolucją. 
– Dobra – kontynuuje Gale – chciałem wam tylko powiedzieć, że znalazłem Enobarię, ale skoro was to nie interesuje… – na moment przerywa, jakby czekał na naszą reakcję.
– A nie można było tak od razu? – ripostuje Peeta.
– Właśnie nie, bo Śnieżek, nasz pies, odegrał w tym dużą rolę. 
– Dobra, opowiadaj – mówię zainteresowana. Jakim cudem nasze wielomiesięczne poszukiwania spełzły na niczym, a jakiemuś psu udało się to tak szybko? Śnieżek… Dziwne imię…
– Śnieżek od jakiegoś czasu był nieswój. Chodziliśmy z nim do weterynarza, ale nic nie skutkowało. Marniał w oczach, a Posy chlipała po kątach. Parę dni temu jeden z moich pracowników powiedział mi, że kilka kilometrów stąd jest jakaś znachorka zwierząt. Uprzedził jednak, że ogólnie kobieta jest dziwna. Mówią na nią Koza, a mieszka w domu, który na pierwszy rzut oka wygląda jak beczka. Niemniej – jest skuteczna. Ponoć nie tylko leczy zwierzęta, ale też umie się z nimi porozumieć. Wygadałem się o tym i Posy zaczęła bez przerwy za mną chodzić i prosić, błagać, bym ratował psiaka. W końcu zabrałem Śnieżka i pojechaliśmy tam. Dom okazał się być wielką drewnianą stodołą, z malusimi oknami, rzeczywiście do złudzenia przypominał beczkę. Pukam, pukam, wreszcie otworzyła mi jakaś kobieta – cała w kozich skórach, z rozczochranymi włosami i błędnym wzrokiem. Miałem nawet wrażenie, że wzdrygnęła się na mój widok. Na początku nie chciała ze mną gadać, próbowała zamknąć drzwi, ale trochę ją postraszyłem i dało radę. Bardzo dokładnie obejrzała Śnieżka, dała jakiś ziołowy napar. Porozumiewała się ze mną na migi, nic nie mówiła. Ale słyszałem, że do Śnieżka coś szeptała, niemniej tam było ciemno, wilgotno i ponuro – ani nie słuchałem, ani się jej nie przyglądałem. Zapłaciłem, wyszedłem, a ona poszła za mną. Nawet pomachała mi na do widzenia. Ale coś nie dawało mi spokoju – miałem wrażenie, że gdzieś już widziałem te oczy. Dziwny był też ten początkowy strach, który potem przerodził się w  jakąś pewność siebie. Wróciłem do domu, a  Śnieżek faktycznie szybko wyzdrowiał. Ale ta myśl, że już ją spotkałem wciąż we mnie siedziała, więc postanowiłem się o niej czegoś dowiedzieć. Okazało się, że nikt nie wiedział skąd się przyjechała, jak ma na imię. Po prostu pewnego dnia się pojawiła, mówiąc, że nazywa się Koza. Wszyscy potwierdzali tylko, że ma rękę do zwierząt, aż wreszcie usłyszałem coś, co rozjaśniło mi w głowie.
– Co? – Peeta pyta cicho.
– Ona ma wilcze zęby – odpowiada Gale. A ja przed oczami widzę szpiczaste, ostro zakończone zęby wilka…
– Enobaria – wypowiadamy z Peetą jednocześnie. 
– Trzeba ją tutaj sprowadzić – dodaje spokojnie Peeta, ale Gale mu przerywa.
– Zapomnij o tym, pojechałem tam od razu. Powiedziała coś w stylu, że długo mi zajęło skojarzenie kim jest, ale pomyliłem się. Enobarii już nie ma – jest Koza, której jest dobrze tu, gdzie jest, bez zbędnego poklasku i bez wytykania palcami. Mam wam przekazać, że jeśli będzie kiedyś gotowa, to wróci, ale na razie liże rany i opiekuje się maleństwami.
– Maleństwami? – zastanawiam się, czy umysł nie płata mi figla.
– Tak – odpowiada zupełnie poważnie. – Enobaria ma… dzieci, dokładnie sześcioro. Sześcioraczki – milknie w oczekiwaniu na naszą reakcję.
– Ale… Ale jak, z kim, kiedy? Poza tym z tego co mówisz, to nie jest normalny dom. Dzieci muszą mieszkać w lepszych warunkach – Peeta ma gonitwę myśli, którą słychać w jego głosie.
– Nic im nie jest, nic im nie brakuje – przerywa mu Gale. Momentalnie rozpoznaję ten ton.
– Gale? – czekam aż wreszcie wyjaśni o co chodzi.
– Te wilczki są śliczne – mówi i parska śmiechem. 

123: Co się zdarzyło w Dwunastce

Witajcie.

Na wstępie przypominam o jutrzejszym spotkaniu- zaczynamy o 17:30 w Krakowie, Rynek Główny 11- Malaga 🙂 Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy !!! 

A teraz zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę wieczorem. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

Jednym z plusów pracy dla Prezydenta jest niemal nieograniczony dostęp do poduszkowca, z którego – o ile jest na miejscu – możemy skorzystać o każdej porze dnia i nocy. Wyszliśmy z mieszkania w dużym pośpiechu, więc dopiero kiedy już spokojnie siedzimy, zapięci pasami, spoglądam uważnie na Peetę. Nie muszę nic mówić, sam zaczyna.
– Dzwoniła ze szpitala twoja mama. Powiedziała, że Ivon urodziła i… I że powinniśmy przyjechać. 
– Peeta – spoglądam na niego unosząc brwi. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że moja mama uznała, że nasza obecność jest konieczna tylko ze względu na narodziny potomka Ivon. Szczególnie jej. Na dodatek jego odpowiedź, jaką słyszałam w trakcie rozmowy telefonicznej, nijak nie pasuje do prostego stwierdzenia, jakim mnie teraz obdarza. Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
– Co naprawdę powiedziała moja mama?
– Katniss, to co usłyszałem, było dziwne… Nieprawdopodobne nawet – wypuszcza powoli powietrze. – Sami przekonamy się, czy dobrze usłyszałem, czy może coś źle zinterpretowałem.
Strasznie mnie to irytuje – wie coś, ale mnie nie chce powiedzieć. Na dodatek strzępki rozmowy, jego mina… W tym momencie od mojego zgryźliwego komentarza ratuje go jeden z członków załogi, informując nas, że Beetee chce z nami rozmawiać. Przez kolejne kilka minut tłumaczymy dlaczego wzięliśmy najszybszy poduszkowiec. Na koniec Peeta wspomina niemal mimochodem, że zależy nam, by informacja o naszej nieobecności została możliwie tajną. 
– Za pięć dni ślub, a wy znikacie? – pyta nas lekko rozbawiony. – Odważni jesteście. 
– Rose uciekła – odpowiada mu śmiertelnie poważnie Peeta.
– Rozumiem – Beetee natychmiast poważnieje. Niestety, to nie pierwszy numer Rose – w takim razie znajdźcie ją szybko, a ja w razie potrzeby powiem, że pojechaliście do Dwunastki po rodziny, zgoda?
– Jesteś wielki – odpowiadam za nas, bo pomysł Beetee’ego w swojej prostocie jest niemal genialny. Praktycznie wszystkie przygotowania do ślubu są już zakończone, co boleśnie odczuwam w stopach i niemal każdym skrawku ciała. Spoglądam na Peetę, ale on unika mojego wzroku, patrzy przez okno, jakby zamyślony, ale po pracujących mięśniach wokół szczęki widzę, że jest poważnie wytrącony z równowagi. Widzę jednak, że nie powie mi o co chodzi, więc postanawiam lot wykorzystać na krótką drzemkę zamiast przekomarzać się z nim.
Gdy lądujemy na polach w pobliżu szpitala w Dwunastce, mama już na nas czeka. Widzę, że drżą jej lekko ręce, czego nie widziałam już od długiego czasu. Jest roztrzęsiona, ale głos ma pewny i od razu, nie bawiąc się nawet w słowa powitania, komenderuje nami. 
– Może wam uda się z niej coś wyciągnąć. Nie wiem co zrobiła, nie mam pojęcia co sobie myślała, ani na co liczyła. W każdym razie Ast się załamał. Najpierw nie chciał uwierzyć własnym oczom – mówi szybko, równocześnie prowadząc nas w stronę budynku –  potem dopytywał się, czy to jest możliwe…
– Ale o co chodzi? – wyrzucam z siebie, wykorzystując moment, gdy mama nabiera powietrza, bo obawiam się, że za chwilę znów zacznie się kolejna tyrada nawiązująca do czegoś, co wiedzieć powinnam, ale czego mój narzeczony mi nie przekazał. Mama zatrzymuje się na chwilę, spoglądając na Peetę.
– A co jej miałem powiedzieć? Sam nie wiedziałem czy dobrze zrozumiałem. Po co miałem coś pokręcić – tłumaczy się pod bacznym wzrokiem mamy.
– Peeta – w głosie mamy słyszę lekką dezaprobatę – chodź, pokażę ci niedowiarku. Myślisz, że sama nie byłam zaskoczona? Ale na pewno nie przekazałabym ci takiej informacji, gdybym nie była całkowicie pewna – przyznaje już trochę łagodniej.
Chłopczyk jest śliczny – ma niebieskie oczy, tłuściutkie nóżki, kępkę czarnych jak sadza włosków na małej główce. Leży spokojnie, zawinięty szczelnie w niebieski kocyk. Uśmiecham się na jego widok, a on odpowiada mi poważnym spojrzeniem małego dziecka. W końcu spoglądam na mamę, w oczach     mam pytanie o powód pokazania nam tego chłopczyka. Przed momentem bardzo się śpieszyliśmy, a teraz nagle mamy czas. Czyżby w jakiś pokrętny sposób chciała nam dać do zrozumienia, że marzą się jej wnuki?
– Jest śliczny mamo, ale chyba nie mamy na to czasu. Skoro już tu jesteśmy, to może zobaczymy dziecko Asta i Ivon?
– Katniss – mama lekko marszczy brwi – to właśnie jest dziecko Ivon.
Z wrażenia wspieram się na ramieniu Peety. On też patrzy na malucha z niedowierzaniem, nawet nie wyciągnął ręki w jego stronę, choć widziałam to wcześniej bardzo często. Zaczynam głośno, niekontrolowanie chichotać – jak zwykle w sytuacjach stresowych… Mama patrzy z pewnym niedowierzaniem, Peeta ze zrozumieniem. W końcu biorę tego chłopca za jego małą rączkę – leżąc w mojej białej dłoni wydaje się być jeszcze bardziej czekoladowa. W tym samym momencie przychodzi opamiętanie – dochodzi do mnie tragedia Asta. Związał się z Ivon, bo była z nim w ciąży. Później spotkał Rose, ale jego wcześniejsze działania rozdzieliły ich. Oboje ciężko przeżyli rozstanie i naszą decyzję o jej przeprowadzce do Kapitolu. Nagle teraz wszystko widać w innych barwach. Ciemnych jak skóra tego chłopczyka…
– Zostań tutaj – Peeta ma w głosie twarde nuty, choć widzę, że jest mu ciężko – idę z nią porozmawiać.
Nie czekając na moją reakcję szybko wychodzi z sali dla noworodków. Przez chwilę stoję na środku, zastanawiając się co powinnam zrobić. Iść za nim? A może nie powinnam się tam pojawiać – nie przepadamy za sobą, więc jej reakcja może być różna. Spoglądam na mamę, ona tylko bezradnie wzrusza ramionami, odkładając malucha do łóżeczka. Wychodzimy razem na jasno oświetlony korytarz i wtedy dochodzi do nas podniesiony głos Peety:
– Mów prawdę Ivon! – czuję na plecach dłoń mamy, która lekko mnie popycha, dając mi znak, bym interweniowała. Sama mam ochotę zrobić jej krzywdę za to, że tak perfidnie nas oszukała, ale jest środek nocy, a to jest szpital. Krzyki nie są tu mile widziane.

Kiedy przekraczam próg sali, w której leży Ivon, widzę, że kurczy się pod szpitalną kołdrą, jakby chciała zniknąć, albo choć pozostać niezauważoną. Choć na to już dawno za późno. Spogląda na mnie przerażona, przekonana, że ja też zacznę zaraz krzyczeć.
– To Eddie, prawda? – wymieniam imię przystojnego czarnoskórego chłopca z Dwunastki. Ivon nie odpowiada, naciąga tylko kołdrę na twarz i coś pod nią mamrocze. Peeta szybkim ruchem ściąga jej ją z głowy.
– Mama mnie zabije – po jej twarzy płyną łzy.
– Od kiedy wiedziałaś, że to nie dziecko Asta? – Peeta cedzi przez zaciśnięte zęby.
– Nie wiedziałam. Myślałam… Miałam nadzieję… – Ivon zanosi się płaczem.
– Miałaś nadzieję? Wiesz co zrobiłaś?! Masz świadomość, że…  
– On mnie nigdy nie kochał – przerywa mu Ivon.
– O kim mówisz? Pogubiłem się już w twoich kochankach – masz na myśli Asta, Eddy’ego, czy może jeszcze kogoś innego? – zakrywam dłoń Peety swoją. Ta dziewczyna jest głupia, ale robienie tu sceny nie ma sensu.
– Chodź, poszukamy Asta, nim zrobi coś nieodwracalnego.
– Peeta – Ivon najwyraźniej nie zrozumiała szansy, jaką chciałam jej dać, próbując wyciągnąć Peetę z sali. Domyślam się co chce powiedzieć…
– Nie Ivon – Peeta unosi ręce w obronnym geście. – Nie. Masz… niesamowity talent – mówi kręcąc głową – do niszczenia ludziom życia. Niesamowity. A ja nie mam ochoty po raz kolejny słuchać twoich kłamstw. 
Po tych słowach mocno łapie mnie za rękę i wyciąga na korytarz. Kiedy opuszczamy szpital rześkie, majowe powietrze pomaga nam się uspokoić. Peeta chodzi w kółko po placu przed szpitalem, raz po raz zatapiając dłonie we włosy. 
– Nie mam pomysłu gdzie mógł pójść – wyparowuje nagle niespodziewanie. Mam ochotę odpowiedzieć, że na razie nigdzie nie sprawdził, ale nie chcę go dobijać.
– A gdzie chodziliście, jak było wam źle? – skoro ja miałam takie miejsce, w którym się uspokajałam, którego pozwalało mi zebrać myśli, albo po prostu odciąć się od ludzi, to oni pewnie też. Peeta unosi do góry kącik ust i widzę błysk w jego oczach. Dałam mu nadzieję, że go odnajdzie nim będzie za późno.
 
Szkolny plac zabaw uległ całkowitej metamorfozie. Stare i odrapane sprzęty ustąpiły miejsca nowym, kolorowym i wygodnym. Domyślam się, że teraz to fantastyczne miejsce dla dzieciaków. Kiedy staję na czymś, co brałam za pomalowanym beton, okazuje się, że podłoże jest całkiem inne. Miękkie, sprężyste – pewno skutecznie łagodzi wszelkie upadki. Peeta też je zauważył – chodzi po nim śmiesznie, jakby sprawdzał sprężystość. Kucam, dotykam tej gumowatego podłoża i uśmiecham się promiennie. Haymitch świetnie się spisał – spędzanie tutaj przerw może być prawdziwą przyjemnością.

Peeta zatrzymał się i patrzy w dal. Podążam za jego wzrokiem i widzę Asta, który powoli, rytmicznie buja się na jednej z huśtawek. Podchodzimy powoli, gumowe podłoże maskuje dźwięk naszych kroków. Bez słowa zajmujemy miejsca koło niego, biorąc go w środek. Zauważa nas dopiero po dłuższej chwili. 
– Co tutaj robicie? – myślałam, że już się nie odezwie. Ma cichy i słaby głos – to, co się stało w ciągu ostatnich kilku godzin, na pewno było dla niego bardzo trudne.
– Przyszliśmy się pohuśtać – odpowiada spokojnie Peeta.
Ast gwałtownie odwraca głowę w jego stronę, skutkiem czego nie widzę jego twarzy. Tymczasem Peeta spokojnie i pewnie patrzy w oczy przyjaciela.
– Nie żartuj sobie ze mnie – głos Asta pobrzmiewa urazą, złością i rozpaczą.
– Nie zamierzam.
– Zapytam jeszcze raz – co tutaj robicie?
– Jesteśmy – inna odpowiedź, znacznie bardziej na miejscu niż poprzednia, wywołuje zupełnie inną reakcję. 
– Co ja mam teraz zrobić? – głos Asta się łamie.
– Nie mnie ci doradzać, moje rady ostatnimi czasy nie były zbyt trafne. Ale jeśli chcesz, mogę powiedzieć, co ja zrobiłbym na twoim miejscu. 
– Chyba nie chcę – cedzi Ast. Ale po chwili zmienia zdanie – no dobra, mów.
– Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym się nad sobą użalać. Spakowałbym się i poleciał jutro do Kapitolu. 
– Do Kapitolu – prycha Ast. – Niby po co mam lecieć do Kapitolu?
– Wiesz, w Kapitolu brakuje nam dobrych pracowników, a ty zawsze miałeś umiejętności organizatorskie. Niedawno z Pałacu Prezydenckiego odszedł główny zarządca, a ja muszę znaleźć kogoś na jego miejsce. 
Propozycja Peety jest dość nieoczekiwana, ale rzeczywiście to Ast, jako przewodniczący klasy, odpowiadał za różne akcje i zbiórki przeprowadzane w szkole. Nie mam pojęcia jak to robił, ale wszystko, co przechodziło przez jego ręce, zawsze było świetnie zorganizowane i zaplanowane. 
– To propozycja, panie Mellark? – chciałabym słyszeć cień uśmiechu w jego głosie, ale nie mam przekonania, czy sobie tego nie wymyśliłam.
– Tak. Pytanie tylko czy ją przyjmiesz.
– Przyjąłbym, tu nic mnie nie trzyma. Ale jak będę w Kapitolu, w Pałacu Prezydenckim, mógłbym przypadkowo spotkać Rose. Co wtedy?
– Może wtedy moja kuzynka znów zacznie się uśmiechać… 

Rose znajdujemy u Amandy i Patricka. To właśnie Amanda, pomagająca przy porodzie Ivon, powiadomiła o czarnoskórym synku kuzynkę swojego męża. Rose natychmiast wsiadła w pociąg do Dwunastki, ale nie znalazła Asta ani w szpitalu, ani w jego domu. Teraz rzucili się sobie w objęcia, mając nadzieję, że los pozwoli im znów na odwzajemnioną miłość. Choć to dopiero początek, a Rose ma charakter, który nie jest łatwy i pewnie jeszcze nieraz wystawi oboje na próbę.

Poranek i popołudnie spędzamy z rodzicami Peety, którzy dawno nie mieli możliwość spędzenia z nim kilku godzin, bo nawet jak był w Dwunastce, to wpadał do nich dosłownie na kilkanaście minut. Z kolei kolację jemy z moją mamą, która od razu proponuje nam nocleg, ale my wolimy spędzić tę noc w naszym domu. Prawdziwym domu. 

121: Zaprzysiężenie

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka we wtorek. 

Pozdrawiamy A. & A. 

– Bardzo ładnie wyglądasz Rose – uśmiecham się do niej delikatnie. Kuzynka mojego narzeczonego stoi, jak zwykle naburmuszona, przed dużym lustrem. Fryzjerka upięła jej włosy w delikatny kok, pozostawiając kilka pasm łagodnie spływających na plecy. W jednej z moich sukienek, przywiezionych tutaj zapobiegawczo przez panią Mellark, prezentuje się prześlicznie, choć jej mina na to nie wskazuje.
– Taaaa, wszystko jest cudownie – mówi ironicznie – tylko czemu czuję się jak skończona idiotka? – rzuca w moją stronę, kiedy i ja staję przed lustrem, by ocenić swój wygląd. 
– Takie już jesteśmy – odpowiadam jej szczerze. Doskonale pamiętam swoje początkowe odczucia w czasie 74 Igrzysk. Wydawało mi się, że te wszystkie stroje, które przygotował dla mnie Cinna, nie pasują do mnie. Wygładzam delikatny materiał sukienki, w której byłam na ślubie Patricka i Amandy. Byli doradcy Paylor chcieli nas wszystkich ubrać w nowe stroje, ale my wolimy wystąpić w tych, których już używaliśmy. Oczywiście za wszystko miał zapłacić Kapitol, ale Peeta ma rację – za pieniądze, które wydalibyśmy na ten jeden wieczór, można nakarmić wiele głodnych dzieci w dystryktach. Nasze plany co do kolacji z okazji zaprzysiężenia też raczej nie spodobają się ludziom w Kapitolu, ale tej chwili niespecjalnie nas to interesuje. Oczywiście nie możemy ich lekceważyć, ale równocześnie o wiele bliżej nam do tych głodnych ludzi, których spotkaliśmy w czasie objazdów dystryktów. To oni potrzebują naszej pomocy, nie Kapitol. Stąd też wzięły się nasze plany na dzisiejszy wieczór…

Do Kapitolu, na wieczorną uroczystość, przywiezieni zostali członkowie rodziny Paula, a także burmistrzowie wszystkich dystryktów. Ci ostatni będą nam potrzebni przede wszystkim jutro, choć ich obecność na zaprzysiężeniu też będzie dobrze wyglądać. Natomiast dziś… Dziś rozpoczynamy nowy etap naszego życia. Życia w ciągłym blasku reflektorów, pod ciągłym obstrzałem kamer i aparatów, ciągle obserwowani… Widzę, że Rose też się tego boi – jeszcze wczoraj nawet przez myśl jej nie przeszło, że jej brat będzie najważniejszym człowiekiem w całym Panem. A kilka tygodni temu nawet nie zdawała sobie sprawy z działań brata w czasie rewolucji. Brała go za dezertera – i choć była z tego powodu nieszczęśliwa, to chyba przyzwyczaiła się do tamtego biednego, ale stosunkowo spokojnego życia.
– To wszystko – zaczyna bardzo cicho, ze spuszczoną głowa, gdy sadzam ją na stojącej obok lustra, bogato zdobionej, pufie – nie mieści mi się w głowie. Paul… Nigdy nie sądziłam, że taką rolę dla niego przygotował los… I wy. Ale… – głośno przełyka ślinę i milknie.
– Ale? – zachęcam ją do kontynuacji.
– Ale – spogląda na mnie oczami pełnymi łez – nie potrafię się cieszyć jego sukcesem.
– Co się dzieje Rose? – kładę jej dłoń na ramieniu, przysiadając obok niej.
– To wszystko jest nie fair! – rozpłakała się na dobre. Próbuję się domyśleć gdzie tkwi problem, ale nie potrafię. Dlatego gładzę tylko delikatnie jej włosy, czekając aż się uspokoi.

Drzwi otwierają się cicho i do pokoju wchodzi Peeta. On też wygląda tak samo jak na ślubie swojego brata – równie pociągająco, wyprostowany, z lekkim uśmiechem i błyskiem w oczach. Patrzy na mnie pytająco, a ja bezradnie wzruszam ramionami. 
– Rose? – przysiada przed nią, biorąc jej dłoń w swoje.
Na jego widok Rose zaczyna szlochać i odwraca wzrok. Peeta powoli wypuszcza powietrze, wycierając kciukiem łzy.
– Rose – jego głos jest stanowczy, ale nie agresywny – zostaniesz tutaj z nami, dobrze? W tej sytuacji to najlepsze rozwiązanie – spoglądam na niego zaskoczona, a on ruchem głowy daje mi do zrozumienia, żebym nic nie mówiła. – Przykro mi, ale ten związek to kiepski pomysł, dlatego lepiej, byście pozostali oddzielnie. Nie chcę mówić, że nie pozwolę na ten związek, ale znasz już moje zdanie. Rozmawialiśmy o tym…
– Wiem – Rose przerywa mu cicho. – Nic nie zrobię, ale czemu to tak bardzo boli? – unosi zapłakaną twarz, spoglądając mu w oczy.
– Bo złamane serce, tak samo jak złamana noga – jak się zrasta, to boli – całuje ją delikatnie w czubek głowy. – A teraz doprowadź się do porządku, zaczynamy za pół godziny. Chyba nie chcesz, żeby całe Panem pomyślało, że płaczesz tak z powodu brata – uśmiecha się, puszczając do niej oko. Rose odwzajemnia się tym samym, ale uśmiech szybko znika z jaj twarzy. Peeta bierze mnie za rękę i wyprowadza z pokoju. Na korytarzu delikatnie mnie obejmuje i całuje w szyję.
– Pięknie wyglądasz, kochanie – szepcze, nie przestając mnie całować.
– Aż tak? – nie jestem w stanie się skupić się na niczym innym.
– Obawiam się, że tak – poważnieje, wzdycha ciężko, ale wciąż nie wypuszcza mnie z objęć. W końcu podejmuje – od jakiegoś czasu to podejrzewałem, w końcu Ast mi się wygadał. Zakochali się w sobie, ale ze względu na ciążę Ivon… – nie kończy, nie musi. Doskonale znam jego zdanie i choć ciężko mi na to patrzeć, zgadzam się z nim. Ast oświadczył się Ivon, zostawienie jej w tej sytuacji byłoby bardzo nie w porządku. 
– Ty też wyglądasz bardzo pociągająco – ruchem głowy staram się odgonić smutne myśli.
– Skoro już o tym mowa – figlarny uśmiech wypływa na jego twarz – to musimy jeszcze coś załatwić.  Ciągnie mnie w stronę wyjścia z pałacu, a potem w stronę szpitala, do gabinetu lekarskiego. 

Kiedy dziesięć minut później żegnamy się z lekarzem, triumfalny uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Ja też się uśmiecham.
– Teraz mi wierzysz? – pyta patrząc na mnie z przechyloną głową.
– Tak – nie muszę mówić nic więcej. Całuję go w usta, pozwalam się objąć, dotykać. Lekarz powiedział to, co tak bardzo chciałam usłyszeć, co mnie uspokoiło. Peeta jest całkowicie zdrowy, rana zagoiła się dobrze. Co prawda nadal powinien się oszczędzać, ale lekkie sporty i mały wysiłek mu nie zaszkodzą… 

Cała ceremonia przebiega szybko i zgodnie z planem. Gale nie daje po sobie poznać, że w czymkolwiek nam pomógł. Paylor kipi ze złości, ale widać przyjęła już do wiadomości, że Beetee powiedział prawdę. Podczas nominacji ani razu nie użyła imienia Peety, więc nasza interpretacja jest prawnie usankcjonowana. Mam tylko nadzieję, że nigdy się nie domyśli kto nam pomógł – bo o tym, że mieliśmy pomoc od kogoś z jej otoczenia, wie na pewno.

– Świadomy ciążącej na mnie odpowiedzialności – słowa Paula niosą się echem po placu, a także – dzięki transmisji telewizyjnej – są słyszane w całym Panem. Stoję pomiędzy Johanną, a Peetą, zwrócona w stronę przemawiającego Paula – przysięgam, że wszystko co zrobię w czasie piastowania urzędu Prezydenta Panem, będzie miało na celu dobro obywateli Panem – Paul kończy słowa krótkiej przysięgi prezydenckiej i odbiera z rąk Paylor małą książeczkę. Nigdy jej nie wiedziałam, ale dziś Beetee opowiedział nam, że to spisane 77 lat temu prawa, podstawa działania państwa. Czarna skóra jest w niektórych miejscach przetarta, ale widać, że przechowywano ją w dobrych warunkach. 
Paul siada na bogato zdobionym krześle, Paylor schodzi ze specjalnie przygotowanej na tę uroczystość sceny. Kiedy Johanna siada po jego prawicy, Peeta wystawia dłoń w moja stronę i stajemy za nimi. Peeta mówi cicho coś do Paula, a ten wstaje i ponownie podchodzi do mikrofonu.
– Obywatele Panem, chciałbym jeszcze ogłosić trzy kwestie. Po pierwsze z ogromną przyjemnością informuję, że Peeta Mellark zgodził się pełnić rolę mojego rzecznika i w razie potrzeby – reprezentanta. Po drugie – jego głos jest teraz bardzo poważny – jutro zostaną ogłoszone nowe nominacje na stanowiska burmistrzów w poszczególnych dystryktach. A po trzecie – jego głos znów lekko się zmienił – ale wcale nie najmniej ważne – w każdym Pałacu Sprawiedliwości w Panem czeka na wszystkich obywateli przygotowana kolacja z okazji dzisiejszego zaprzysiężenia. Mając na uwadze to, że zmieszczenie wszystkich obywateli w tych budynkach byłoby trudne, przygotowaliśmy ją w formie paczek. Czekają na każdego z was – od najstarszego do najmłodszego Panemczyka. Świętujcie razem z nami – uśmiecha się szeroko, wypuszczając powoli powietrze. Peeta dobrze nauczył go jak ma to powiedzieć – słowa, ton głosu. Z czasem Paul pewno sam będzie umiał się wczuć, ale na razie – musi się tego nauczyć.

Wrzawa jest nie do zniesienia. Jednak obecni tutaj burmistrzowie nie cieszą się z przyjęcia – właśnie zdali sobie sprawę, że ich dotychczasowe poczynania będą brane pod uwagę w czasie nowych nominacji. Zostawiamy ich samych, udając się powoli na kolację przygotowaną w sali obok. 

120: Prezydent Mellark

Kochani – korzystając z okazji- Anno- wszystkiego naj, najlepszego w dniu urodzin. 

A Was wszystkich zapraszam do czytania i komentowania. Kolejna odsłona w sobotę. Pozdrawiam ciepło.

A. & A. 

Samochód powoli zatrzymuje się na placu przed Pałacem Prezydenckim. Im wolniej jedzie, tym mocniej czuję zaciskające się wewnątrz obcęgi strachu. Zastanawiam się, czy to po mnie widać, czy powinnam to jakoś lepiej ukryć. Czy nie zdradzę siebie i nas wszystkich jakąś miną, jakąś nieprzemyślaną odzywką, spojrzeniem… Mam wrażenie, że Peeta i pozostali poradzą sobie lepiej ode mnie. Chyba tylko Johanna może wypalić z czymś niespodziewanym, ale obiecała się nie odzywać, więc słabym ogniwem pozostaję ja. Jeśli Paylor zechce mnie sprowokować… Nie, nie dam się, będę się trzymać ustaleń…
Zastanawia mnie tłum na placu – jest tu zaskakująco dużo ludzi. Czyżby Paylor zwołała zgromadzenie? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Choć z drugiej strony to akurat dość dobry układ, sprzyja naszym planom…

Zack otwiera przede mną drzwi i lekko się do mnie uśmiecha. Kiedy podaje mi rękę, pomagając wysiąść, cicho szepcze:
– Jest w sali obok, czeka tylko na wasz znak.
– Dziękuję – odpowiadam spokojnie, co z zewnątrz wygląda na kurtuazyjną wymianę uprzejmości.
 
Powoli wchodzimy po schodach, kierując się do przesadnie długiej sali, pełnej krzeseł przy prostokątnym stole. Paylor nie ma jeszcze, więc siadamy na wybranych miejscach i czekamy na nią. Wiem, że jej spóźnienie ma nam dać do zrozumienia, że jej pozycja jest wyższa niż nasza, że nie musi się z nami liczyć. Albo po prostu zdenerwować nas, żebyśmy łatwiej stracili panowanie nad sobą, dając jej możliwość przeprowadzenia własnych planów z mniejszą przytomnością umysłów.
– Witajcie – wchodzi zamaszyście, napełniając salę zapachem mięty, czyniąc przy tym wiele bardzo zbędnego hałasu. Wygląda zaskakująco elegancko, upięła włosy w wymyślny kok, ciemnopopielaty kostium nadaje jej szyku. Coś mi w tym wszystkim nie gra.
Paylor siada na honorowym miejscu i przygląda nam się przez moment, wygładzając delikatnie spodnium. Wreszcie spokojnym głosem zwraca się do nas:
– Zapoznaliście się z moimi propozycjami?
– Tak – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, w naszym imieniu mówi Beetee.
– Jakie jest wasze stanowisko? – uważnie i powoli przesuwa wzrok po nas wszystkich, jakby chciała sprawdzić, czy jest spójne, czy ktoś z nas przypadkiem się nie wyłamie, dając jej podstawy do dalszych zmian.
– Chcemy byś wiedziała, że bardzo uważnie przeanalizowaliśmy twoje sugestie. Nie możemy się zgodzić na żadną z nich – odpowiada pewnie patrząc jej w oczy. Uśmiecham się w duchu – Paylor to niezły polityk, Beetee to geniusz. Szkoda, że ta rozgrywka nie może być dłuższa, bo mogłaby być naprawdę ciekawa…
– Dlaczego? – Paylor niby wydaje się być zdegustowana naszą odpowiedzią, ale odnoszę wrażenie, że widzę cień uśmiechu przebiegający przez jej twarz. Jest pewna, że nas przechytrzy, zaskoczy.
– Paylor, nie możemy zgodzić się na twój powrót do władzy. To by oznaczało powrót do sytuacji sprzed kilku tygodni, która była dramatyczna. Anulowanie traktatu o Radzie Zwycięzców jest nierealne choćby ze względu na jego wewnętrzne zapisy – ani Prezydent, ani sami Zwycięzcy nie są uprawnieni do samowolnego wprowadzania zmian do tego aktu. Nie zgadzamy się również na twoją propozycję oddania władzy w ręce ludu Kapitolu – to chyba najbardziej absurdalny pomysł, jaki znalazł się na tej liście. Nie będę pytać, który z doradców go wymyślił, ale zwolnij go natychmiast. Jednocześnie musimy przyznać, że masz rację w jednym przypadku – stan wyjątkowy nie może trwać wiecznie. Władza w rękach wojska nie wpływa pozytywnie na nastroje nigdzie – ani w Kapitolu, ani w dystryktach. Im dłużej trwa, tym bardziej podsyca niepewność i niepokoje. W tej sytuacji muszę zapytać, czy masz jakieś inne propozycje? – teraz okaże się, czy Gale nie okłamał Peety, albo czy sam nie został wprowadzony w błąd. Czy informacje, które nam przekazał, mają pokrycie w rzeczywistości. Paylor lekko się rozpogadza, prawdopodobnie przekonana, że wszystko idzie po jej myśli. Pomysły, które przedstawiła wczoraj były tak absurdalne, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wyraziłby na nie zgody. I jesteśmy przekonani, że właśnie o to chodziło – o to, byśmy odrzucili jej sugestie, a równocześnie zaczęli się zastanawiać nad innym rozwiązaniem tej patowej sytuacji. Nie mamy też wątpliwości, że ma dla nas jakąś propozycję, która – po stanowczym odrzuceniu dotychczasowych, powinna – w jej rozumieniu – być przez nas łatwiej przyjęta, jako rozsądna i dobrze rokująca. Beetee wczoraj tłumaczył nam, że to dość znany mechanizm psychologiczny, choć zdążyłam już zapomnieć jego nazwę. 
– W takim razie, pewnie zgodzicie się ze mną, że Panem potrzebuje prezydenta.  I to pilnie – zaczyna mówić spokojnie i pewnie. – Potrzebuje kogoś, kto stanie na jego czele, kogoś kto, może z waszym udziałem, a może nie – nie może sobie nawet w tej chwili odpuścić uszczypliwości – będzie rządził krajem i wyprowadzi go jakoś na prostą, co wam przez ostatnie tygodnie niezbyt się udało. Tak się składa, że to ja mam nieszczęście być ustępującym prezydentem i zgodnie z prawem Panem, mogę wybrać swojego następcę.
– A my – przerywa jej Beetee.
– Jeszcze nie skończyłam – muszę przyznać, że Paylor potrafi być władcza. W trzech słowach, bez krzyku, bez szarpania, osadziła Beetee’ego, nie dając sobie przerwać. I rozumiem dlaczego pociągnęła za sobą ludzi 2 lata temu. Jest młoda i choć w tej chwili znajduje się na przegranej pozycji, do końca się nie poddaje. Wstaje z krzesła.
– To ja wybieram swojego następcę. I czy się wam to podoba, czy nie, według aktów prawnych dotyczących Prezydenta i Rady Zwycięzców, musicie go poprzeć – patrzy na nas z góry, chyba czeka na sprzeciw. Ale jestem pewna, że dokładnie wszystko sprawdziła i nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości sprzeciwu.
– Dobrze więc – głos przejmuje Haymitch – kogo proponujesz?
– Chcę, by na stanowisku Prezydenta Panem, zastąpił mnie Mellark – pada z ust Paylor. Pora na przedstawienie – przechodzi mi przez myśl. Wszyscy staramy się wyglądać na zaskoczonych, udajemy, że nic o tym nie wiedzieliśmy. Moja rola jest tu duża, bo to ja muszę wyglądać na nieprzekonaną i wcale nieucieszoną…
– Chcę też – Paylor, wyraźnie zadowolona z naszej reakcji, kontynuuje swoją wypowiedź – by oficjalnym powodem mojego odejścia, był mój stan zdrowia. Zabraniam wam mówić, że istnieje jakakolwiek inna przesłanka. Rozumiemy się? 
– Jak sobie życzysz – odpowiada za nas Beetee. Spodziewaliśmy się tego i naszą intencją nie jest robienie jej wbrew, jeśli nie musimy. To zresztą niewielkie żądanie, które nijak nie psuje naszych planów. – Kiedy chcesz to ogłosić? – stara się, by jego głos brzmiał na zrezygnowany, jakby ta informacja nie była dla niego zadowalająca, ale musiał się z nią pogodzić.
– Dziś. Od wielu dni nie czuję się najlepiej, a utarczki z wami nie pomagają mi ani trochę. Chciałabym to już zakończyć i móc odpocząć – uśmiecha się sztucznie. – Niemniej – nie ma go tutaj, a jego obecność jest konieczna, więc musicie go sprowadzić. Ile czasu potrzebujecie? – ostatnie zdanie wypowiada bardzo szybko, ponownie siada i przytyka sobie chusteczkę do ust.
– Właściwie – Haymitch powoli wstaje i podchodzi do drzwi. Otwiera je i wpuszcza do sali konferencyjnej stojącego za nimi Peetę – to już jesteśmy gotowi.
Widzę, że z trudem powściągnął triumfalny uśmiech. Cholera, nie możemy się jeszcze zdradzić przed Paylor, jeszcze nie… Paylor, wyraźnie zaskoczona uważnie nam się przygląda. Mam nadzieję, że nie popełniliśmy błędu, może trzeba było poczekać te kilka godzin…
– Witaj Paylor – Peeta delikatnie skłania głowę. – Masz rację, załatwmy to od razu. Jestem przekonany, że masz już napisaną przemowę, prawda? – ton jest spokojny, wyważony, choć słowa nie do końca. Paylor przez chwilę przygląda się uważnie Peecie. Taksuje jego strój – granatowy mundur, jaki mają na sobie wszyscy Zwycięzcy, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Nie sądzisz, że powinieneś założyć coś innego?
– Paylor, jestem Zwycięzcą i jestem dowódcą. W chwili obecnej to najbardziej odpowiednie ubranie. Ale możesz być spokojna – na uroczystość zaprzysiężenia ubiorę garnitur.
– Skoro tak twierdzisz… Paylor zawiesza głos, wciąż nieprzekonana. Nawet ją rozumiem – przejęcie władzy w mundurze to dla wielu osób brak zmiany władzy. I kontynuacja stanu wyjątkowego. Chyba Peeta rzeczywiście nie powinien go mieć teraz na sobie – ale teraz już tego nie zmienimy.
– Chodźmy, ludzie czekają – na twarzy Paylor znów miga zaskoczenie. Dociera do mnie, że to nie ona zorganizowała ten tłum. A jeśli tak, to musiał to być Beetee. Sprytnie, choć wiem już, że w naszym planie było sporo luk. Czuję, że serce mi przyśpiesza, dłonie mam mokre. Wycieram je dyskretnie o spodnie pod stołem. O czym jeszcze nie pomyśleliśmy? W którym momencie polityczny umysł Paylor, przyzwyczajony do tajnych gierek, zorientuje się, że nie tylko ona pogrywa z nami, ale i my z nią? I w którym momencie uniemożliwi nam wyłożenie naszych kart?
Na szczęście Paylor decyduje się na dołączenie do Peety, który przepuszcza ją w drzwiach prowadzących na balkon, będący także obszerną mównicą. Równocześnie wyciąga dłoń w moją stronę, a potem, w ślad za Paylor, razem wchodzimy na taras.

Stoję u boku Peety i nagle dochodzi do mnie z całą świadomością, że już zawsze tak będzie, już zawsze będę stała u jego boku, bez względu na to, czy będę tutaj, czy w dystryktach, czy gdziekolwiek indziej. Już zawsze będę przy nim – tak mają nas postrzegać ludzie – jako parę nie tylko w życiu, ale również w obowiązkach, które dla nas zaplanowano.

Słońce oświetla jasno cały plac i nas. Po chłodnej nocy, niemal upalny dzień jest niesamowitą zmianą. Ale wolę taką pogodę, niż mgłę i zimno. Dzięki temu mogę stać spokojnie, a nie kulić się smagana wiatrem i wilgocią…  
– Obywatele Panem – Paylor zwraca się zarówno do ludzi stojących pod balkonem, jak i do wszystkich mieszkańców kraju – w dniu dzisiejszym poinformowałam Radę Zwycięzców, iż mój stan zdrowia nie pozwala mi na dalsze sprawowanie urzędu. Spodziewam się dziecka – zgodnie z przewidywaniami, rozlegają się oklaski. Przez chwilę zastanawiam się czy to dobrze, czy źle – ale publiczne rozstanie z Paylor w złej komitywie nie dałoby nam niczego dobrego, więc nie widzę powodu, dla którego ta chwila radości miałaby jej być odebrana.
– Z tego względu – kontynuuje, a ja czuję jak Peeta napina mięśnie. Wie doskonale, że od tej chwili zależy wszystko. Każde słowo ma znaczenie… – zgodnie z obowiązującym w Panem prawem, które dało mi możliwość wskazania swojego następcy, chcąc do końca ponosić odpowiedzialność za kraj i za was, jak czyniłam to ostatnie dwa lata, po długim namyśle – przerywa na chwilę, znów przykładając do ust chusteczkę – postanowiłam przekazać władzę, a co za tym idzie i urząd prezydenta, w ręce pana Mellarka… – Paylor patrzy na Peetę, przełyka ślinę. Wyraźnie chce jeszcze coś powiedzieć, ale nim do tego dochodzi, Haymitch bierze ją pod rękę i wyprowadza z balkonu. Sytuacja bardzo nam sprzyja – Paylor jest bardzo blada, a jej twarz jest mokra od potu. Nie dziwię się temu – poza jej dolegliwościami, wysoko zapięta pod szyją bluzka i żakiet na pewno nie sprzyja jej w tej temperaturze. Paylor opiera się, nie do końca tak to sobie wyobrażała, ale dzięki zbliżeniu, jakie kamera przed momentem dała na jej twarz, całe Panem widziało to co ja – kobietę w ciąży, która zaraz, na tej mównicy, zemdleje. Wyprowadzenie jej było widoczne jako pomoc, a nie siłowe usunięcie, czym naprawdę było…

Zebrany pod balkonem tłum milczy, czujemy nerwowe wyczekiwanie wśród zebranych. Kapitolińczycy nie bardzo wiedzą jak mają zareagować na jej słowa, na naszą reakcję, panuje konsternacja. Po krótkiej chwili Peeta puszcza moją dłoń, dając mi znak, bym też się wycofała, a sam podejmuje przemowę:
– Obywatele Panem, z przyjemnością ogłaszam nowego prezydenta Mellarka – Peeta przerwał na krótko, dla podkreślenia dalszych słów, a ja słyszę zdziwiony głos Paylor:
– Sam siebie ogłasza? To już ty powinnaś to zrobić, jak nie mieliście innego pomysłu – patrzy na mnie ze skrzywionymi ustami. Wiem, jak to wygląda w jej oczach.
– Paula Mellarka – głos Peety, wzmocniony głośnikami, niesie się echem po całym placu.
– Co? – wyrywa się Paylor, kiedy Paul i Johanna wchodzą na balkon. Jej oczy są okrągłe ze zdumienia. Dopiero teraz zrozumiała, że nie tylko ona prowadziła grę, że sama została wmanewrowana w układ, którego nie przewidziała.
– Mellarków ci u nas dostatek – syczy ironicznie Haymitch, kiedy Paylor ciężko opada na krzesło stojące najbliżej niej.

Cisza, która zapadła na placu, nie wróży niczego dobrego dla Paula, ale nie może teraz dać po sobie tego poznać. Paul, ubrany w szary garnitur, powoli podchodzi do balustrady, Johanna, w prostej, zielonej sukience, stoi krok za nim, wpasowując się w rolę pierwszej damy. Paul zaczyna drżącym głosem swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. A może pierwsze w życiu?…
– Obywatele Panem, sam jestem zaskoczony rolą, jaką nałożyła na mnie ustępująca Pani Prezydent. Obiecuję, że będę ją wypełniał najlepiej jak potrafię. Zarówno ja, moja narzeczona, jak i nasi doradcy dołożymy wszelkich starań, aby poprawić jakość życia w całym państwie. Jednocześnie pozwolę sobie złożyć podziękowania Paylor za trud włożony w ostatnie lata sprawowania władzy i życzyć szczęśliwego rozwiązania – Paul kończy swoją krótką przemowę delikatnym skinieniem głowy i tylko my wiemy ile ona go kosztowała.
– Panie Prezydencie – Peeta z promiennym uśmiechem na twarzy podchodzi do kuzyna, ściskając mu dłoń.
– Nie możecie – warczy Paylor, która chyba dopiero teraz odzyskała mowę.

– Możemy – odpowiada jej spokojnie Beetee – ani razu nie użyłaś imienia Mellarka, którego desygnowałaś na swoje stanowisko, a to oznacza, że wybór Paula jest ważny – mówi, kiedy wszyscy wychodzimy z sali by przygotować się do dalszych obowiązków. Tymczasem za drzwiami czekają na nas Connor i pozostali byli towarzysze broni Paula, którzy stojąc na baczność, salutują nowemu prezydentowi Panem.