183. Starzy znajomi

Witamy,
Bardzo się cieszymy, że całkiem sporo z Was wierzyło w nas i wróciło nas czytać 🙂 Nieodmiennie tęsknimy za Waszymi komentarzami, więc piszcie ich jak najwięcej. Kolejna notka – w kolejnym tygodniu. A jeśli jedna z nas w najbliższym czasie trafi w swej wędrówce na Jen, Josha, Willow, albo Liama – obiecuje poprosić o autograf dla Was 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dworcu biegają dzieci, rodzice głośno je wołają, a ja cały czas zastanawiam się, gdzie podział się Haymitch. Kiedy zeszłam na dół, już ze spakowaną walizką, jego już nie było, a w kuchni zobaczyłam Peetę, który nadal siedział przy kuchennym okrągłym stole, zasłanym obrusem w biało-czerwoną kratkę. Mama ma ich chyba z 10 – każdy kolejny jest taki sam, jakby chciała zapewnić sobie jakąś stabilność. Może dzięki takiej niezmienności czuje się bezpieczniejsza?

Peeta powoli sączył kawę i po raz nie wiem który przeglądał dokumenty, wciąż coś podkreślając, zaznaczając… Wokół leżało mnóstwo papierów. Właściwie były rozrzucone, ale po kolejnych ruchach wiedziałam, że on wie która kartka leży w której części i nawet lekki wiatr, który nimi poruszał, nie przeszkadzał mu. Shen, oparty o futrynę drzwi, przyglądał mu się, choć nie mam pewności czy widział Peetę, czy może przed oczami miał coś całkiem innego. Spoglądałam przez chwilę na ojczyma, a on tylko pokręcił głową i westchnął, wzbudzając we mnie niepokój. Czyżby martwił się tym, że mój mąż tak szybko wrócił do pracy, czy raczej o jej ilość? Nie zdążyłam go jednak zapytać, bo poczułam na ramieniu dłoń mamy. Odwróciłam się, żeby ją przytulić, a ten nagły ruch wyrwał Peetę z jego transu. Spojrzał na zegarek i przeklął cicho pod nosem. Shen nie dał rady ukryć zaskoczenia – nie znał go takim. Dla mnie było to jednak tylko bolesne potwierdzenie, że moje chwile z Peetą – mężem już się skończyły, że znów stał się Peetą – doradcą prezydenta. Ostatnio często przeklina, choć  głównie w pracy, ale nadal mnie to razi, tym bardziej, gdy słyszę to także u Paula.

– Gotowa? – padło tymczasem z ust mojego męża.
– Gotowa – odpowiedziałam mu smutno, bo wiedziałam, że taka noc jak dzisiaj, nie powtórzy się zbyt szybko. Wrócimy do naszych obowiązków, będziemy odbywać osobne podróże i nieprędko będzie nam dane znów być razem.

Kiedy Shen przytula mnie na pożegnanie, a w oddali słyszę nadjeżdżający pociąg, pytam go cicho, gdzie jest nasz mentor. Odpowiada mi tylko wzruszeniem ramion. Mama ostatni raz nas obejmuje, życząc po raz kolejny szczęśliwej podróży,  Shen ściska rękę Peety, a skład z głuchym łoskotem wjeżdża na stację. Peeta z uwagą przygląda się biletom, a potem obserwuje wagony, szukając naszego. Nagle, tuż przed nami zatrzymuje się wagon specjalny. Wyróżnia się od pozostałych, biało-zielonych, swoją czerwoną barwą. Duże, złote litery WS na rozsuwanych drzwiach potwierdzają tylko moją teorię, że Paul z Johanną przysłali po nas służbową salonkę. Całość została zaprojektowana tak, by zapewnić prezydenckiej parze możliwość bezproblemowej pracy w podróży – bezpośrednie łącze z Kapitolem, telefon, dostęp do komputera… Co prawda wewnątrz jest także 4 wygodne sypialnie, ale jakoś nie mam przekonania, że decyzja Paula była umotywowana tak dalece naszą wygodą. Do tego nie potrzeba było tego wagonu… Zaskoczenie na twarzy Peety mówi mi, że nie wiedział o tym i nie miał z tym nic wspólnego.

– Tak właśnie myślałem, że to wy, cóż za spotkanie – słyszę głos mentora zlewający się lekko z sykiem rozsuwanych drzwi.
– Haymitch? – pytamy jednocześnie.
– Witajcie – odpowiada z uśmiechem, wyskakując lekko z wagonu. Dostrzegam, że zdążył się przebrać, teraz ma na sobie oficjalny garnitur i wygląda jakby – w roli burmistrza Dwunastki – jechał służbowo do Kapitolu, a nasze spotkanie było zupełnie przypadkowe. Tymczasem podchodzi do nas powoli, uważnie się nam przyglądając. Znam to spojrzenie, mamy podjąć grę. I jak zwykle to Peeta pierwszy przejmuje pałeczkę.
– Witaj – mocno łapie mnie za rękę, drugą wyciągając do Haymitcha. Ten z kolei podaje rękę także mojej matce, a potem Shenowi, pytając:
– Jak budowa?
– Doskonale – odpowiada spokojnie ojczym. – Dzięki pomocy Katniss park przygód rośnie w oczach.
– To świetnie – Haymitch kiwa lekko głową, a jego słowa zagłusza gwizdek konduktora, dający znak do zbliżającego się odjazdu. Jeszcze ostatni raz krótko przytulam Shena, całuję mamę i daję się pociągnąć do wagonu. Drzwi zamykają się tuż za mną, a pociąg nabiera prędkości.

– Park przygód? – Peeta przygląda się Haymitchowi.
– Mhm – mruknięcie wydaje się jedyną odpowiedzią, gdy burmistrz zapada się w miękkim fotelu, a potem opiera nogi na stoliku. W końcu jednak podejmuje wątek:
– Katniss, o co pytałaś Shena, jak mijaliście ogrodzony plac budowy?
– Co to za budowa? – odparowuję zaskoczona. Faktycznie, idąc na dworzec, mijaliśmy ogrodzony plac. Wskazując na niego zapytałam ojczyma o niego, ale miast odpowiedzi, cicho kazał Peecie zerknąć i przytulić mnie. Peeta to zrobił, ale w jego dotyku wyczułam, że jest tak samo spięty jak ja, jak ja nie wie w co mamy grać.
– Pięknie – Haymitch puszcza do mnie oko, a do mnie nagle dociera skąd on to wie.
– Kamery… Wspominałeś o kamerach! – patrzę przerażona. Park, który ponoć rośnie dzięki mojej pomocy, plac budowy, który widziałam po raz pierwszy…
– Wspominałem – odpowiada rozbawiony Haymitch.
– Problem w tym, że żadnej nie widzieliśmy – warczy na niego Peeta. – Ten wagon, twoje zachowanie, to wszystko wygląda jak jakieś przedstawienie. Możesz nam to wytłumaczyć?
– Mogę – odpowiada bardzo spokojnie, ale ciąg dalszy jego wypowiedzi przerywa pracownik obsługi, wsuwając głowę w drzwi:
– Zaczyna się – informuje krótko.
– Dziękuję – odpowiada Haymitch, biorąc do ręki pilota i uruchamiając zainstalowany pod sufitem telewizor, który płynnym ruchem zjeżdża na środek pokoju, jednocześnie rozświetlając ekran. O zgrozo, zaczyna się Kapitol Buzz – program poświęcony kapitolińskim celebrytom, podejmujący głównie takie tematy jak moda, trendy w restauracjach i dyskotekach. I wpadki. Tak, wpadki Kapitolińczyków to temat przewodni tego magazynu.

– Musimy patrzeć na te głupoty? – Peeta ma takie samo zdanie na temat plotek z Kapitolu, jak i ja.
– Musicie – Haymitch nie przyjmuje odmowy. Mam przeczucie, że gdybym spróbowała przejść do innego przedziału, złapałby mnie za rękę i kazał usiąść. Tymczasem na ekranie prezenterka, ubrana we wściekle różowy kombinezon z lateksu, szczerzy się do kamery. Bolą mnie od tego oczy…

– Kochani widzowie – mówi piszczącym głosikiem z przesadzonym, kapitolińskim akcentem – dziś mamy dla was prawdziwą perełkę, jeszcze ciepłą – w tym momencie puszcza oko do kamery.
– Nasi szpiedzy – mówiąc to wykonuje palcami obu rąk gest rysowania cudzysłowia – odnaleźli Najgorętszą Parę Dekady w Czwórce – widzę jak nasze twarze wypełniają ekran za nią.
– Najgorętsza Para Dekady – Haymitch zanosi się śmiechem, a ja zastanawiam się, czy znów nie zaczął pić. A równocześnie dociera do mnie, że nie zauważyłam na dworcu kamerzysty. I chyba Peeta także… A przecież zawsze ich widzieliśmy…

– Jak już wcześniej informowaliśmy – kontynuuje prezenterka – w czasie, kiedy Peeta Mellark jeździł z Prezydentem i jego żoną po dystryktach, Katniss Mellark pomagała w budowie parku przygód, dla dzieci z Dystryktu Czwartego – w tym momencie na ekranie pojawia się moje zdjęcie, wskazuję coś pracującym na budowie robotnikom.
– Beetee – wzdycha Peeta.
– Ano – kwituje Haymitch, ocierając łzy śmiechu z twarzy.

Kamerzysta zarejestrował całą drogę z domu mamy na dworzec, nasze pożegnanie, a  nawet rozmowę z Haymitchem. Scena, która przykuwa najbardziej moją uwagę, to przejście koło wspomnianej budowy parku. Z tej perspektywy rzeczywiście wygląda to tak, jakbym wskazywała coś Peecie, jednocześnie spoglądając na Shena. Wreszcie materiał kończy się, a monitor znów świeci na różowo.
– Oglądajcie nas, wkrótce przedstawimy wam powrót Katniss i Peety do Kapitolu! A może nawet uda nam się zamienić z nimi kilka słów. Do zobaczenia! – prezenterka rozpływa się niemal w zachwycie, a Haymitch wreszcie wyłącza telewizor.
– Jak? – pytam cicho.
– Powinnaś raczej zapytać – przerywa mi wściekły Peeta – gdzie oni są?!
– O co znowu gołąbeczki są złe? – Haymitch spogląda na nas uważnie.
– Niech pomyślę – zaczyna Peeta. – Może o to, że nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy nagrywani? Że mogliśmy narobić niezłych głupstw?
– Ale nie narobiliście – wpada mu w zdanie zaskakująco spokojnie burmistrz Dwunastki.
– Nie mogłeś mieć takiej pewności – syczę. Tak, to nie Peeta narobiłby głupstw, tylko ja… Rozglądaliśmy się dyskretnie za kamerzystą, szukaliśmy też Haymitcha. Wstrzymuję oddech, gdy dociera do mnie, że przecież Kapitol Buzz może mieć nagranie Haymitcha wychodzącego od mojej matki… Tak wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Albo co gorsza poszło, i odbije nam się czkawką, jak już wrócimy do Kapitolu.

– Miałem, skarbie – ucina Haymitch. – Naprawdę myślicie, że przekazalibyśmy im niesprawdzony materiał?
– Wy to przekazaliście?! – Peeta podniósł głos.
– Oczywiście. I jeśli nie przyszło ci to do głowy, jesteś nadal bardzo naiwny – odparowuje mentor.
– Ale jak? – Peeta trochę się uspokaja, mam wrażenie jakby był zrezygnowany. Opada na miękką kanapę obok mnie i nie spuszczając wzroku z Haymitcha.
– To proste – Haymitch wzrusza ramionami. – Zatrudniliśmy wam osobistego kamerzystę i reżysera, którzy oficjalnie pracują w redakcji… tego czegoś – krzywi się tak komicznie, że z trudem powstrzymuję uśmiech. – Cokolwiek zostanie puszczone w telewizji o was, będzie przez nas przygotowane i zmontowane w taki sposób, żeby nie trzeba było potem niczego odkręcać.
–  A jaką masz pewność, że ten twój kamerzysta i reżyser nie nakręcą czegoś. co nie powinno trafić do mediów?
– Dobre pytanie, skarbie – Haymitch na moment zawiesza głos, a w końcu dodaje – może sama ich o to zapytasz.
– Są tu? – pytam zaskoczona.
– Oczywiście, mówiłem przecież, że musimy wszystko omówić – stwierdza jakbym pytała o kolor nieba.
– Może do nas dołączycie? – krzyczy przez ramię Haymitch, a ja czuję dziwny niepokój. Nasza rozmowa z ostatnich kilku minut nieźle mogłaby nam zaszkodzić, a gdyby ją odpowiednio zmontować, zmanipulować…

Najpierw pojawia się ona. Niby nic się nie zmieniła, a nie wiem, czy poznałabym ją na ulicy. Włosy jej urosły, teraz są związane gumką w luźny kok, a kilka pasm, które uwolniły się z niego, delikatnie opada na twarz. Ma na sobie czarne, luźne spodnie i białą koszulkę. Na biodrach zawiązała kraciastą koszulę. On nieodmiennie nosi się w czerni, lekko przytył, ale nadal ma ciepłe oczy i łagodny uśmiech.
– Pollux, Cressida – szepczę i czuję jak łzy szczypią mnie pod powiekami.

Peeta wstaje, chyba nie bardzo wie jak się zachować. Normalnie nie ma z tym problemu, nawet wobec obcych, ale teraz widocznie jest zagubiony. Nie dziwię mu się – żadne z nich nie poznało Peety przed osaczeniem, znają go z czasu po uwolnieniu z Kapitolu. Znają człowieka pełnego sprzeczności – z jednej strony chcącego oddać za mnie życie, a z drugiej – chcącego mi to życie odebrać. Ja też stoję jak wmurowana, uświadamiam sobie, że ani razu się nimi nie zainteresowałam, nigdy nawet nie zapytałam, czy przeżyli, choć walczyli ze mną przeciw kokonom ramię w ramię. Jest mi wstyd.

– Witajcie – mówi cicho Cressida, przechylając lekko głowę. Wciąż ma wygoloną część głowy, choć nie aż tyle co kiedyś, nadal też widać tatuaże. Po krótkiej chwili Pollux trąca ją w ramię i zaczyna coś pokazywać. Cressida tłumaczy na głos:
– Witajcie, dobrze was widzieć.

Robię to niemal instynktownie – podbiegam do nich i mocno obejmuję każdego z nich. Peeta staje za mną, ściskając im dłonie. Pollux znów zaczyna coś migać, a Cressida tłumaczy jego słowa:
– Cieszę się Peeta, że udało ci się pokonać twoje demony.
– One nadal we mnie są – odpowiada cicho mój mąż – ale dzięki Katniss udaje mi się je pokonywać każdego dnia.

Każde z nas chce powiedzieć coś jeszcze, ale drzwi cicho się rozsuwają i do wagonu wjeżdża stolik z kawą i ciasteczkami.

182. Witajcie w Kapitolu

Witamy,
Jak widać poniżej – nie zamknęłyśmy jeszcze bloga i mamy nadzieję, że kolejne notki spodobają się Wam podobnie jak poprzednie 180 😉
Oczywiście czekamy na komentarze 🙂
Następna notka – za tydzień.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A


Spoglądam na niego trochę zestresowana. Dopiero po chwili zorientowałam się, że nagłe pojawienie się mamy sprawiło, iż niemal całkowicie wstrzymałam oddech. Tymczasem Peeta wygląda, jakby wejście mojej matki kompletnie nie zrobiło na nim wrażenia. Przyglądam się mu dłuższą chwilę, aż w końcu chyba do niego coś dociera, bo skupia przez chwilę na mnie wzrok i wreszcie pyta:
– Coś nie tak, kochanie?
Nie odpowiadam, czując dziwny natłok myśli. Wśród nich jedna wybija się szczególnie mocno – pewność siebie Peety w obecnej sytuacji jest co najmniej dziwna. I zaskakująca…
– Łatwo poszło?
– Tak – spokojnie stwierdza Peeta, wzruszając lekko ramionami. – Przyznaję, że byłem przekonany, iż będzie znacznie gorzej.
– Mogłeś sobie zaoszczędzić obaw, gdybyś przez ostatnie trzy tygodnie choć trochę się mną zainteresował. Gdybyś wykonał choć jeden telefon, Peeta, niewątpliwie nie musiałbyś wchodzić oknem, ani zastanawiać się nad potencjalną reakcją! – sama słyszę jaka jestem poirytowana i zjadliwa, ale uważam, że mu się należy. Czuję się zła i skrzywdzona. I nie wiem, co bardziej mnie boli – podejrzenie o zdradę, niezwykle łatwa zgoda na zabranie mnie z Kapitolu, czy też ta kompletna obojętność, jaką wykazywał przez długie 20 dni. A może wszystko razem? W każdym razie czuję, że wczorajsza euforia już ze mnie wyparowała – teraz czas na wyjaśnienia.
– O czym ty, Katniss, mówisz? – ton Peety jest właściwie taki sam jak mój, jakbym to ja go skrzywdziła. Pochylił się lekko w moją stronę, ale widzę, że mięśnie ramion i szczęki napięły mu się, jak zawsze wtedy, gdy czeka go ciężkie spotkanie.

Wzdycham głęboko, próbując zmniejszyć rozdrażnienie. Nie chcę doprowadzić do kłótni – mieliśmy ich ostatnio wystarczająco wiele. Mimo to jestem przekonana, że nie skończymy szybko tej rozmowy. Siadam po turecku, sięgając po leżącą na skraju łóżka czarną koszulkę. Dopiero po chwili zauważam, że jest na mnie sporo za duża. Peeta uśmiecha się lekko, widząc, że obciągam ją niemal jak sukienkę, wiedząc, że jest dowodem naszego wczorajszego pośpiechu.
Nie daję się jednak rozbroić, zamykam na chwilę oczy, pocieram palcami brwi. Wreszcie wracam do zaczętej przed chwilą rozmowy:
– Peeta, przez ostatnie trzy tygodnie nie zadzwoniłeś ani razu, zachowywałeś się jakbym nie miała dla ciebie znaczenia, nie dałeś też ani jednego znaku na to, że zrozumiałeś…
– Katniss – przerywa mi Peeta, nie czekając aż dokończę zdanie – o czym ty do mnie mówisz?
– O czym ja mówię? Nie mam pojęcia jak możesz pytać! – głos podnosi mi się do krzyku. Chyba za dużo ostatnio przeszłam, nie potrafię uspokoić emocji. – Przez ostatnie…
– Do jasnej cholery, Katniss – Peeta znów mi przerywa, podsycając tylko moją złość – ja do Ciebie nie dzwoniłem?! Ja nie dawałem znaku życia? A kto przez ostatnie trzy tygodnie nie raczył odebrać telefonu, kto odsyłał każdy prezent, każdy list? Ja, czy ty?
– Jakie telefony, Peeta, jakie listy? Niczego nie dostałam, podobnie jak nie widziałam żadnych prezentów. Co ty wczoraj piłeś?

Zmiana w wyrazie twarzy męża powstrzymuje moje pytania. Nagle zrywa się, obejmuje moją twarz dłońmi, przybliża swoje czoło do mojego i szepcze:
– Katniss, dzwoniłem codziennie, pierwszy raz kilka godzin po twoim wyjeździe. Ponieważ nie chciałaś ze mną rozmawiać, zacząłem pisać listy, ale wszystkie odsyłałaś nie otwarte. Podobnie wróciły do mnie wszystkie wysłane przez ostatni tydzień kwiaty… A teraz mi mówisz, że to ja nie chciałem się z tobą skontaktować?
– Nie odebrałam od ciebie żadnego telefonu, bo żadnego nie było. Nie widziałam także listów ani kwiatów…
– Twoja mama – Peeta domyślił się szybciej niż ja. Nagle wszystko zaczyna układać się w całość. Całość, która wcale mi się nie podoba. Zrywam się z łóżka, rzucając tylko krótko:
– Nie ruszaj się stąd, za moment wracam.
– Katniss, nie rób czegoś, czego będziesz jutro żałować – powstrzymuje mnie, łapiąc za rękę.
– Nie martw się, to nic takiego – przyklękam na łóżku i całuję go przelotnie w usta. – Naprawdę za moment wracam. – Peeta jednak nie zwalnia uścisku, świdrując mnie wzrokiem. Nie chcę się szarpać, więc czekam aż mnie puści. Widząc, że nic z tego, dodaję:
– Peeta, zejdę na dół, uduszę moją matkę i najszybciej jak się da, wrócę do ciebie.
Zamiast uwolnienia mnie, zamyka mnie w uścisku:
– Peeta, puść – nadal próbuję się uwolnić.
– Nie. Cokolwiek zrobiła twoja mama, zanim dokonasz aktu samosądu, pozwól jej na obronę.
– Po co? – prycham.
– Bo cię o to proszę – odpowiada mi bardzo poważnie.

Wychodzimy wspólnie z pokoju, splatając dłonie. Schodząc powoli po schodach, słyszymy urywek rozmowy:
– Coś długo ich nie ma – uśmiecham się słysząc głos Shena.
– Pewnie muszą sobie sporo wyjaśnić – Haymitch został najwyraźniej na noc. – Wiesz Emmo – znam ten ton… – zastanawiam się, czemu jesteś taka milcząca. Przecież świadomość, że twoja córka i jej mąż dzielą ze sobą pokój i łóżko raczej nie powinna być dla ciebie zaskoczeniem, prawda? W takim razie domyślam się, że obawiasz się czegoś całkiem innego…

Wchodzimy do kuchni, co przerywa myśl mentora. Jego kwaśny uśmiech sugeruje, że znacznie szybciej niż my dodał dwa do dwóch, uświadamiając sobie, jak bardzo namieszała moja matka.
– Dzień dobry – Peeta zachowuje się, jakby był tu cały czas, jakby nic się nie wydarzyło. Mężczyźni odpowiadają, pozdrawiając nas, natomiast moja matka milczy. Stoi wsparta o zlew, ze spuszczonym wzrokiem.
– Mam nadzieję, mamo – kontynuuje Peeta – że nie gniewasz się za moje najście, ale bardzo zależało mi na zobaczeniu żony.
– Peeta…- mama zaczyna drżącym głosem.
– Mamo – przerywa jej – rozumiem.
Spoglądam na niego zaskoczona. Oszalał chyba. Ja na pewno nie rozumiem!
– Posądziłem Katniss o okropne rzeczy, nie mając absolutnie żadnych dowodów. Co więcej – pobiłem tamtych mężczyzn – wymienia niemal beznamiętnie. – Wcześniej zostawiłem ją tuż po naszym ślubie samą na bardzo długo, chyba powinien się przyznać, że nawet ją zaniedbałem. Ale obiecuję, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Dostałem okrutną nauczkę, muszę przyznać, że nie spodziewałem się jej od ciebie, ale, jak widać, nie doceniłem cię. Byłem przekonany, że to naprawdę Katniss odsyła moje listy, że nie chce ze mną rozmawiać. Dałaś mi bolesną lekcję, ale teraz pozwól mi już zabrać Katniss do Kapitolu i naprawić wszystko, co zepsułem.
Nie tak to wyglądało w mojej wyobraźni, ale nie mogę teraz już zmienić tego, co zrobił, co powiedział. Mamie trzęsie się broda, podchodzi powoli do Peety i mocno go przytula. Coś mu szepcze do ucha, a on w odpowiedzi lekko kiwa głową. W końcu, odsuwając się, odpowiada krótko:
– Dobrze, mamo.

Śniadanie jemy w dość dziwnej atmosferze. Początkowo wszyscy są milczący, potem Shen z niewielką pomocą mamy próbują nas na siłę wciągnąć w jakąkolwiek rozmowę i rozbawić, a na koniec Peeta dołącza się do nich z rozpaczliwymi wysiłkami ożywienia dyskusji. Osiągają jednak marny skutek. Dno w kubkach z kawą sprawia, że oddycham z ulgą na myśl o wyjściu z kuchni, jednak wówczas wtrąca się, milczący dotąd, Haymitch:
– Wszystko wyjaśnione?
Kiwamy zgodnie głowami
– Gołąbeczki pogodzone? – dopytuje, jakby oczekiwał większego entuzjazmu. Ponownie przytakujemy.
– No to bierzemy się do roboty. – Sięga po stojącą pod stołem skórzaną torbę i wyciąga z niej niebieską teczkę. Powoli ja otwiera i wręcza każdemu z nas kartkę. Z zaskoczeniem orientuję się, że zdążyłam odwyknąć od precyzyjnych planów dnia… Widzę, że dziś chyba jeszcze dostaliśmy mini urlop, bo na górze arkusza jest jutrzejsza data, a kolejne punkty ciągną się do późnego wieczora w sobotę. Peeta uważnie studiuje swój plan, dość podobny do mojego, aż na głos wypowiada moją radość:
– Dziś mamy wolne.
– Macie – odpowiada Haymitch.
– Na co masz ochotę, kochanie? – Peeta przyciąga mnie do siebie.
– Nie wiem – odpowiadam ucieszona i wdzięczna temu komuś, kto dał nam cały dzień dla siebie.
– To ja ci powiem, skarbie. na co masz ochotę. – Powoli dociera do mnie, że Haymitch nie patrzy na nas, tylko na swoje dłonie. Cholera…
– Po pierwsze mamusia i Shen pięknie i czule pożegnają was za – tu spogląda na zegarek – 25 minut na głównym placu. Po drugie pojedziecie pociągiem i możecie się na kapitolińskim dworcu przytulać ile chcecie. Po trzecie – padła propozycja, żebyś przeniósł Katniss przez próg waszego kapitolińskiego mieszkania – wylicza spokojnie Haymitch. Zauważam, że na planie leżącym przed nim są jakieś dodatkowe zapiski, których nie widzę na naszych arkuszach.
– Potem macie dla siebie jakąś godzinę do półtorej, byle to wyglądało wiarygodnie w czasie. Następnie idziecie na zakupy i macie się uśmiechać do siebie – łypie na mnie, jasno dając do zrozumienia do kogo jest ta uwaga. – Możecie też pójść na lody, a potem wrócicie do domu. W zależności od tego, ile czasu zmitrężycie – macie kilka albo kilkadziesiąt minut, żeby się przebrać i pojechać na kolację – zawiesza na chwilę głos – z parą prezydencką, która niezwykle już za wami się stęskniła. I żeby była jasność – macie być bardzo wiarygodni, żeby w Panem skończyły się wreszcie plotki o wielkim rozwodzie idealnej pary. Czy to jasne?
– Tak – odpowiadamy cicho.
– Pytałem, czy to jasne – Haymitch wstaje z krzesła, opierając otwarte dłonie o blat stołu.
– Jasne – odpowiadamy głośniej, choć uważam, że przesadza.
– To teraz marsz spakować się – wskazuje na mnie palcem. – A ty, Emmo masz być kochającą matką i teściową. Resztę wyjaśnimy sobie w pociągu – kończy Haymitch, dolewając sobie kawę ze stojącego na stole dzbanka.
Kiedy jestem już na schodach, dochodzi mnie znów głos Haymitcha:
– Czy wspominałem, że jedzie z nami kamerzysta?
– Witajcie w Kapitolu – kwituje cierpko Peeta.

180. Moja Zwyciężczyni

Witajcie w upalny dzień 🙂 (tak, wiemy, że u niektórych upały się skończyły, ale u nas nie ;))

Dziękujemy tym, co czekają i wracają do nas. Tym, co czytają bloga od nowa i tym, co trafili tu dziś może po raz pierwszy.
Pozdrawiamy Was i czekamy na komentarze.
A jutro – ogłosimy konkurs 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

Wycieram dłonie o spodnie, nie sądziłem, że aż tak będę się denerwować. Myślałem też, że morska bryza da mi odrobinę przyjemności, jak to bywało wcześniej, ale dziś chyba wszystko się sprzysięgło przeciw mnie – nawet wiatr tylko potęguje nieprzyjemne uczucie chłodu przebiegającego mi po plecach. Cholera, jestem dorosłym facetem, a stoję już od paru minut przed domem jej matki i boję się zapukać. To jakieś szaleństwo.

Zaciskam pięści, usiłuję podnieść rękę, ale nadal mam wrażenie, że nie chce mnie słuchać. Czuję się fatalnie, wraca myśl o alkoholu. Odwrócić się, odejść, pójść do najbliższego baru. Po kilku łykach chłodnego alkoholu na pewno byłoby łatwiej…
Cholera, jestem wściekły. Na siebie i na nią. Alkohol nie rozwiąże moich problemów, nie usunie drzwi z drogi, ani Emmy z domu. Dawno nikt nie doprowadził mnie do takiego stanu. Nie mam pojęcia co siedzi w jej głowie, ale to zaczyna być groźne.

Stojąc na otulonej mrokiem werandzie, widzę ich przez oświetlone okno. Emma i Shen siedzą na kanapie przytuleni, jakby zamyśleni. Rozpalony w kominku ogień, małe koronkowe firanki w oknach… To dziwne, ale jakimś cudem wracam wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa, choć dom Emmy raczej przypomina te z Miasteczka, niż ze Złożyska. Mimo to przed oczami stanęły mi przez chwilę wspomnienia beztroskich zabaw, uśmiechu, radości… Pocałunków matki przed snem, głosu ojca czytającego nam czasem bajki… W gardle rośnie mi gula…

Ocieram szybko oczy, biorę głęboki wdech. Wydech. I raz jeszcze. I kolejny. Zaciskam mocno szczękę, unoszę rękę i mocno uderzam w drewno. Zbyt mocno, ale nic to – lepiej tak, niż za cicho. Przez drzwi słyszę szmery, jakby poruszenie. Niespodziewana wizyta w chłodny, deszczowy wieczór musi być dla nich dużym zaskoczeniem – z tego, co wiem, nieczęsto przyjmują tu ostatnio gości. Po kilku chwilach drzwi w końcu otwierają się. W jasnej plamie widzę Shena i duże zaskoczenie na jego twarzy. Uniesione brwi i zmartwione spojrzenie znad grubych, czarnych oprawek okularów jasno mówią mi, że łatwo nie będzie. Z drugiej strony nic innego nie zakładałem – doskonale wiem, że nie mogę po prostu wejść bez zapowiedzi i po prostu zabrać Katniss do Kapitolu… Mimo tej świadomości i tak przebiega mi przez myśl ostatnia chęć ucieczki, ale nim mam czas, by zrobić krok, za Shenem pojawia się matka Katniss. Odsuwa męża i staje przede mną, patrząc zwężonymi oczami z nieprzyjemnym wyrazem twarzy.
– Cóż cię sprowadza w nasze skromne progi? – cedzi słowa powoli, wkładając w każde masę jadu i niechęci.
– Przyjechałem w odwiedziny – staram się mówić spokojnie, choć nie przychodzi mi to łatwo.
– W odwiedziny – prycha. – Dobre sobie. I ja mam ci niby uwierzyć?  Haymitch, nie traktuj mnie jak dziecko, doskonale wiem, po coś tu przyjechał. Doskonale wiem, kto cię przysłał – jest niezwykle zdenerwowana, podniesiony głos przechodzi w krzyk, gdy dodaje – Nie  życzę sobie, żeby ten zdradziecki cham zbliżał się do mojej córki, nie pozwolę mu jej więcej skrzywdzić!

Stoję osłupiały, przez głowę przelatuje mi milion myśli. Melania mówiła mi, że Emma założyła, że Peeta zdradził Katniss i nie przyjmuje do wiadomości nawet cienia wątpliwości. Mimo to nie sądziłem, że po wielu dniach nadal podchodzi wręcz agresywnie nawet do osób, które – jak podejrzewa – są po „jego” stronie. Wiem jednak, że nie mogę się teraz poddać, bo jeśli odejdę, mogę nie mieć więcej możliwości wejścia do środka.

Zerkam ponad ramieniem kobiety, przesuwam wzrokiem po salonie i kuchni, ale nigdzie nie widzę Katniss.
– Gdzie ona jest? Gdzie jest Katniss? – udaję, że nie widzę ruchu Emmy, która chce zamknąć drzwi, ale blokuję je stopą. Muszę zobaczyć się z jej córką, nawet jeśli zrobi wszystko, by mi to uniemożliwić. Tym bardziej, że w tym momencie jestem przekonany, że coś jest mocno nie w porządku.
– Nie twój interes – Emma nadal kontynuuje tym samym tonem. Widzę, że stojący za nią Shen kręci głową, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że moje wysiłki są nadaremne. Ale nie tacy jak ona mnie nie pokonali.
– Katniss! – krzyczę na całe gardło, bezczelnie odsuwając Emmę i wchodząc do domu. – Katniss! – mijam kobietę, kierując się w stronę schodów. Czuję, że łapie mnie za rękaw, ale w tym samym momencie na górze słychać skrzypnięcie drzwi i moim oczom ukazuje się moja igrająca z ogniem dziewczynka, moja Zwyciężczyni. Ile bym dał, by jej takiej nie oglądać…

Ubrana jest w rozciągnięte, za duże kilka rozmiarów dresy. Krok spodni zwisa jej niemal o kolan, bluza jest cała poplamiona, a jedna z kieszeni zwisa smętnie, jakby oberwana. Tłuste włosy są w totalnym nieładzie. Ale najgorzej wygląda jej twarz – blada, opuchnięta, a oczy są pełne smutku, a nawet rozpaczy. Mam ochotę natychmiast zabrać ją z tego domu, nie oglądając się na nic. Ona jednak zatrzymała się u szczytu schodów, zdrapując resztki czerwonego lakieru z obgryzionych paznokci.
Rozkładam ramiona, przygląda mi się chwilę, a jej podbródek zaczyna niespokojnie dygotać. Po chwili zbiega ze schodów, trafiając wprost w moje objęcia.
– Katniss – szepczę do niej, delikatnie tuląc ją do piersi. – Katniss, co ci się stało?
– A co się miało stać? – odparowuje natychmiast Emma. – Właśnie do takiego stanu doprowadził ją jej mąż, ten gagatek, ten cham, ten… – znów wpada w emocjonalny krzyk.
– Emmo – cichy, acz stanowczy głos Shena przywołuje ją do porządku, a Katniss zaczyna cicho szlochać w moich ramionach.
– Co Emmo, co Emmo? – awantura stoi na krawędzi. – Nie mam już prawa we własnym domu powiedzieć tego co myślę?
– Emmo – Shen mówi do niej jeszcze łagodniej. Delikatnie kładzie jej ręce na ramionach, jakby chciał ją przed czymś powstrzymać.
– Może porozmawiamy spokojnie? – pytam cicho.
– To świetny pomysł – podchwytuje Shen. Bierze Emmę za rękę i prowadzi ją do salonu, jednocześnie ruchem głowy dając mi znak, bym poszedł za nimi.

– Idź do siebie – szepczę cicho do ucha Katniss.
– Ale… – odpowiada mi łapiąc mocnymi haustami powietrze, pomiędzy szlochami. Podnosi jednak głowę i patrzy mi uważnie w oczy.
– Idź do siebie, Katniss – puszczam do niej oko.
– Po co? – pyta cicho, ale widzę, że w oczach pojawia się jakiś mały świetlik, cień dawnego blasku.
– Może powinnaś przewietrzyć pokój? – sugeruję, uśmiechając się do niej szczerze.

Odprowadzam wzrokiem Katniss wchodzącą po schodach. Mimo, że jeszcze kilka chwil temu wyglądała jak tysiąc nieszczęść, mam wrażenie, że z każdym kolejnym stopniem, jakby stawała się lżejsza. Jakby wstępowała w nią jakaś nadzieja.

Siadam, a raczej zapadam się w miękkiej kanapie. Shen nalewa mi gorącej herbaty, a ja zauważam, że ręce trzęsą mi się niesamowicie. Z trudem udaje mi się opanować ich drżenie, unosząc filiżankę do ust. Jadąc tutaj układałem w głowie różne scenariusze, ale nie sądziłem, że emocje Emmy zaszły tak daleko, że ma tak wielki żal do Peety, że odgrodziła Katniss od świata. Shen siada z boku i czeka na dalszy rozwój wypadków. Wciągam powietrze, spoglądając na Emmę, która sztywno siedzi naprzeciw mnie na kanapie. Ręce zaplotła na piersi, uniosła brwi i czeka, choć widzę, że najchętniej rozszarpałaby mnie i wyrzuciła za drzwi.

– Emmo, czy możesz mi powiedzieć, dlaczego tak bardzo nienawidzisz Peety?
– Jeszcze pytasz? – prycha, jakby to naprawdę było oczywiste.
– Tak. W jednym momencie zmieniłaś całkowicie swoje nastawienie do niego – od ukochanego zięcia, do człowieka, którego jawnie nienawidzisz. Odsyłasz z powrotem do nadawcy wszystkie prezenty, jakie przysyła dla Katniss, podobnie jak i listy, nie pozwalasz im nawet porozmawiać przez telefon. To już trwa ponad trzy tygodnie, Emmo.

Przyglądam się jej uważnie, spostrzegam, że po lewym policzku płynie jedna łza. Po chwili dołącza do niej kolejna, Emma zaczyna drżeć, ale w końcu przełyka głośno i odpowiada mi zaskakująco spokojnie:
– Katniss cierpiała przez niego przez wiele tygodni. Nic nie mówiła, ale ja to czułam. Podejrzewała że on jej już nie kocha, że może gdzieś kogoś ma, a potem przyszedł ten cały bal i jego podejrzenia. Wiesz moja mama zawsze mówiła, że osądzamy ludzi w oparciu o własne czyny, więc chyba oczywistym jest, że Peeta ją zdradził – patrzy na mnie przekonana o swej słuszności, nawet chyba nie oczekuje odpowiedzi.
– Czy przed chwilą powiedziałaś, że podejrzewamy ludzi w oparciu o własne czyny?
– Tak, dokładnie tak.
– Czyli skoro Katniss podejrzewała Peetę, to – idąc drogą twojej dedukcji – ona również go zdradzała, czy tak?

Emma spogląda na mnie gniewnie, mruży oczy i nagle blednie. Nie odzywam się, wiem, że właśnie zrozumiała, że mogła popełnić ogromny błąd w ocenie Peety. Podrywa się z kanapy, jakby chciała biec na górę, do Katniss, jakby chciała z nią porozmawiać. Powstrzymuję ją jednak ruchem ręki i krzyczę:
– Katniss, mam nadzieję, że właśnie rozmawiasz z mężem?
– Oczywiście – odkrzykuje mi lekko przytłumionym głosem Katniss.
– Ale jak? – po minie Emmy widzę, że jest zdezorientowana.
– Są przecież telefony, kochanie – podpowiada jej Shen i prawie niezauważalnie puszcza do mnie oko. Widać też usłyszał to samo, co ja.

179. Rozmowa

Witajcie,

Dziękujemy, że czekacie na kolejną notkę. Wbrew sugestiom niektórych – jeszcze kilka ich planujemy. Wbrew naszym planom – nasza praca, szkoła, dzieci i kilka innych aspektów nie pozwala nam ich zbyt często publikować. (Wiem, że to brzmi kosmicznie, ale naprawdę – jeśli zaczyna się pracę o 8, a kończy o 22:30-23:00 to nie ma się siły nawet myśleć, ani jeść, a do pisania potrzeba stanowczo więcej energii).

Przy okazji – życzenia wszystkiego najlepszego dla Tomka (tomeq) – pamiętałyśmy, że marzy Ci się notka 18.05, mamy nadzieję, że kilka godzin poślizgu jest wybaczalne 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania 🙂
A&A


Mroźne, styczniowe powietrze wdziera się przez uchylone okno do pokoju. Czuję na twarzy chłodną mgiełkę, która w tej sytuacji jest nawet przyjemna. Łagodzi przechodzący, ale wciąż dokuczliwy ból głowy. Kawa chyba też już działa, moje ciało powoli wraca do życia. Mam dodatkowo takie wrażenie, jakby palce lekko mi mrowiły – jeśli dobrze pamiętam, to oznacza, że „cudowny” specyfik Johanny na kaca, znów przynosi spodziewane rezultaty. W połączeniu z kawą działa rewelacyjnie, ale wolę nie korzystać z niego zbyt często. Nie chcę się uzależnić, a obserwując Johannę wydaje mi się, że to  możliwe.

Drzwi skrzypią cicho, ktoś delikatnie je zamyka, a potem idzie przez pokój stawiając ostrożnie stopy. Gruby, miękki dywan dość skutecznie tłumi dźwięk kroków, ale ja i tak je rozpoznaję. To zaskakujące, jak człowiek może doskonale poznać drugiego człowieka. Do tego stopnia, że rozpoznaje jego kroki, bądź jego oddech, bez względu na to, jak długo ich nie słyszał.

Przysiada na podłodze przy mnie, kładzie dłoń na mojej, opartej na podłokietniku fotela. Prosty gest, który daje mi poczucie bezpieczeństwa i miłości.
– Jak się czujesz? – szepcze cicho, jakby nie chcąc narażać mnie na dodatkowe cierpienie.
– Już lepiej – odpowiadam spokojnie. – Dziękuję.

Odwracam głowę, nasze oczy spotykają się i widzę w nich miłość, tęsknotę i… Tego nie chciałam w nich znaleźć – to chyba strach. To odkrycie natychmiast mnie przygnębia.

– Opowiesz mi co się dzieje? – pyta cicho.
– Nie ma czego opowiadać – odpowiadam i natychmiast widzę, że zauważona wcześniej obawa rośnie. Zamykam oczy, uciekając od tego widoku, który mnie przytłacza. Nie chcę, by ktoś cierpiał z mojego powodu, nigdy tego nie chciałam…
– Jest i obie dobrze o tym wiemy. Katniss, kochanie, opowiedz mi co się tutaj dzieje, jak wygląda twój dzień. I czemu tak bardzo cierpisz, dziecko.
Głęboko nabieram powietrza w płuca, a pod powiekami czuję zbierające się łzy. Ciepła dłoń nadal delikatnie gładzi moją, dodając mi otuchy, skłaniając do zwierzeń.

– Peeta – zaczynam i czuję rosnącą gulę w moim gardle – on mnie chyba już nie kocha, mamo – miałam powstrzymać płacz, ale znów mi się to nie udaje. W końcu powiedziałam na głos to, co siedziało we mnie od jakiegoś czasu, coś, czego bałam się powiedzieć komukolwiek, poza nią. Już dawno odbudowałam relacje z mamą, ale teraz, w tej chwili, wiem na pewno, że mam w niej przyjaciółkę.
Mama milczy, słyszę tylko jej lekko przyśpieszony oddech. Zawsze taki jest, gdy mama nad czymś się zastanawia. Nagle wstaje, przysiada na oparciu fotela, obejmuje mnie mocno i po chwili pyta:
– Chcesz mi o tym opowiedzieć?

Wybucham niekontrolowanym płaczem. Mam świadomość, że nieraz tak płakałam przez ostatnie tygodnie, ale teraz jest inaczej – po raz pierwszy mam świadka. I przekonanie, że dziś jest przy mnie ktoś, kto mnie wysłucha, kto nie wyśmieje moich lęków.
– Na początku często dzwonił i pisał – zaczynam snuć opowieść wtulona w jej ciepłe ramiona. – Potem zaczęło się to zmieniać, nie miał dla mnie czasu, albo wieczorem był zbyt zmęczony, aby poświęcić go własnej żonie. Mówiliśmy sobie tylko dobranoc – i tyle. A ja wstawałam rano, ubierałam się, jadłam szybkie śniadanie i wychodziłam z domu. Odbywałam z Johanną mnóstwo nudnych spotkań, podziwiałam wystawy, z których nic nie pamiętam, odwiedzałam place zabaw, z masą dzieci, których twarze zlewały się w mojej głowie. Czasem jeździłam po dystryktach. A wieczorem  – wracałam do pustego, ciemnego mieszkania, gdzie nikt na mnie nie czekał, nikt nie pytał mnie jak się czuję, jak minął mi dzień.
Na początku, kiedy Peeta dzwonił, czekałam na nasze wieczorne rozmowy, ale po pewnym czasie zauważyłam, że one… Że chyba nie są mu do końca na rękę. Jakby były kolejnym punktem do odhaczenia na długiej liście zadań. Kilka razy złapałam go na tym, że niby rozmawiał ze mną, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. Po kolejnej takiej sytuacji te telefony przestały mnie cieszyć. I tak wracałam do pustego domu, coś jadłam, najczęściej zamawianego, bo w ciągu dnia nie miałam czasu iść do sklepu, ani czegoś gotować.
Zresztą… najczęściej po prostu uciekałam przed ludźmi. Mamo, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie zakupy mogą być męczące. Kiedy pojawiam się w sklepie, zaraz słyszę za sobą szepty czy to ona?, czy to Katniss? Matko, to chyba pani Mellark? A potem jest tylko gorzej – ludzie chodzą za mną krok w krok i… najczęściej biorą do koszyka dokładnie to samo, co ja. Po każdej wizycie w markecie spożywczym mam dziwne wrażenie, że cały Kapitol będzie jadł na obiad rybę ze szpinakiem i pieczone kartofle. I obowiązkowo popije je sokiem aroniowym. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale jest takie tylko przez dwa, trzy dni. Potem jest już tylko męczące. Pewnie myślisz teraz, że to mało istotne i bez sensu jest się tym przejmować, ale ja nigdy nie chciałam takiej popularności. Ani żadnej popularności, wiesz o tym. Dlatego też najczęściej wychodząc z pałacu, dzwoniłam do małej restauracyjki, która jest tu za rogiem, zamawiałam jakieś  danie i odbierałam od właściciela w bocznej uliczce. Podejrzewam, że jestem jego najwierniejszą klientką, dlatego pozwala mi unikać wchodzenia do lokalu. A może było mu mnie żal? W końcu pozbawił się niezłej sławy, a co za tym idzie – zarobków. Gdyby ludzie odkryli, że niemal codziennie u niego jadam, jego obroty pewnie zwiększyłyby się co najmniej kilkakrotnie… Ale to starszy człowiek, pewnie sporo już tu widział…
I tak kończę dzień – jem w ciemnym mieszkaniu kolację, biorę prysznic i kładę się do łóżka. Najczęściej tylko po to, by resztę nocy przepłakać z tęsknoty i samotności.

Mama nic nie mówi, przytula mnie tylko mocniej do siebie. Robi się trochę lepiej od tych zwierzeń, więc kontynuuję.
– Pewnej nocy, z lekkiego snu, wybudził mnie uparty dzwonek do drzwi. Wstałam zaspana, przestraszona tym, że ktoś dobija się do mnie o trzeciej w nocy. Za drzwiami stał Ast, a kiedy w końcu wszedł do mieszkania, powiedział mi, że Johanna przeszła samą siebie, że on nie jest już w stanie jej pomóc, a każda próba kończy się wyzwiskami pod jego adresem. Tego dnia odwiedzałyśmy szpital dziecięcy, a po powrocie byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko w ubraniu. Dlatego właściwie nie musiałam się nawet ubierać, a Ast był tak przerażony, że nie zastanawiając się narzuciłam tylko na siebie płaszcz i pełna obaw, bocznymi uliczkami, pognałam za nim do pałacu.
Johanna rzeczywiście była w paskudnym stanie, leżała na łóżku z szeroko rozrzuconymi nogami i rękami. Pościel, która kiedyś była śnieżnobiała, miała świeżość dawno za sobą, a Johanna wyglądała trochę jak klown z ciemnymi ustami. Kiedy zawlokłam ją pod prysznic i oblałam chłodną wodą, wyrywała się i klęła, ale gdy wreszcie trochę otrzeźwiała, przedstawiła mi swoich dwóch przyjaciół. Czekoladę i wino. Tak mamo, ja wieczorami płakałam, a w tym czasie Johanna najpierw objadała się ogromnymi ilościami czekoladek, a potem zapijała je winem.
Nie wiem jak do tego doszło, ale w kolejnych dniach stało się to naszym wspólnym rytuałem. Po ciężkim dniu wracałyśmy do pałacu, zdejmowałyśmy buty na obcasie i pochłaniałyśmy duże ilości czekolady i wina. A właściwie większość pochłaniała Johanna, a ja jej po prostu towarzyszyłam. Skutkiem tego szybko przestała dopinać się w spodniach i kupowała coraz to nowe ubrania. Nie zwracałam na to uwagi, aż do dnia, gdy na jakieś proszonej kolacji przypadkiem podsłuchałam rozmowę w toalecie. Dwie kobiety rozprawiały o ciąży Johanny – urósł jej brzuch, twarz wyglądała na obrzękniętą, a nikomu nie przyszło do głowy, że szczupła Zwyciężczyni tak się roztyła. Mając świadomość jaka jest prawda, zaczęłam dyskretnie szukać rozwiązania. W końcu dotarłam do dwóch trenerów. Co prawda Johanna nie miała ochoty ćwiczyć i zgodziła się dopiero, gdy wymusiła na mnie obietnicę, że przejdę to razem z nią. To Ast wymyślił, by przerobić piwnice na salę ćwiczeń. Dzięki temu nie prowokowałyśmy podejrzeń opuszczając kilka razy w tygodniu wieczorami pałac. Nasi trenerzy przyjeżdżali różnymi samochodami, wchodzili do środka tylnym wejściem i poddawali nas katorżniczym ćwiczeniom. Niemniej efekty były bardzo szybko widoczne i nawet Johanna w Sylwestra mogła ubrać w miarę przylegającą sukienkę. Ale piękne suknie, makijaż i cała reszta wcale nie pomogły – nie widzieli nas od wielu tygodni, a mimo to nie zwrócili na nas prawie wcale uwagi.
To przeważyło szalę – znów postanowiłyśmy napić się wina. Zeszłyśmy do piwniczki za kelnerami, a ja poprosiłam jednego z nich o korkociąg. Już wychodzili i jeden z nich zamiast go podać – rzucił go w moim kierunku. To nie było zbyt mądre i pewnie powinno mu się za to oberwać… W każdym razie złapałam go tak niezgrabnie, że rozcięłam sobie dłoń. Krew leciała szybko, ale chyba zdążyłam jeszcze wypić kilka kieliszków. Aż nagle zakręciło mi się w głowie i chyba straciłam przytomność…

– Napędziłaś mi strachu, wiesz o tym?
– Nie chciałam tego, mamo.
– Nie rozumiem jednego, Katniss. Dlaczego nie przyjechałaś do mnie? Dlaczego – zamiast upijać się z Johanną, albo płakać samotnie w poduszkę – nie przyjechałaś do domu?
– To nie takie proste, mamo. Mam tu swoje zobowiązania. A dodatkowo nie chciałam ci zawracać głowy – odpowiadam cicho. Choć wiem, że obie wymówki to kłamstwo. Odwiedziny w szpitalach, udział w kolacjach nie są niezbędne, da się je przesunąć o tydzień, czy dwa. Po prostu takie rozwiązanie nie przyszło mi do głowy.
– Obiecaj, że będziesz mi zawracać głowę, dobrze?
– Tak, mamo, obiecuję.

Po jakimś czasie usłyszałyśmy pukanie do drzwi pokoju – zaskoczona zobaczyłam Haymitcha, który krótko poinformował nas, że Peeta chce się ze mną zobaczyć. Powoli zaczęłam się podnosić, ale wyraz twarzy mojej matki bardzo mnie zaskoczył i powstrzymał. Wstała sztywno z fotela, poprawiła garsonkę i pewnym krokiem przeszła przez pokój, wyprowadzając za sobą Haymitcha. Nie zamknęła jednak drzwi, przez co słyszałam całą rozmowę z moim mężem.
– Dzień dobry mamo, czy Katniss śpi? Muszę z nią porozmawiać – głos Peety był dość spokojny, ale znałam ten ton, który mnie zdradzał zdenerwowanie.
– Dzień dobry, Peeta – odpowiedziała chłodno. – Katniss nie śpi, ale nie ma ochoty widzieć się z tobą. I od razu uprzedzę twoje kolejne pytania – jeszcze dzisiaj zabieram ją ze sobą do Czwórki. Po tym jak się względem niej zachowałeś, nie liczyłabym na to, iż prędko będzie chciała się z tobą zobaczyć. Wracaj do swojej polityki, ważnych spotkań i tego, co tam jeszcze robisz.
– Ale mamo – jękliwy i błagalny ton Peety przeszywa moje serce.
– Nie, Peeta, nie. Nie pozwolę ci więcej ranić mojego dziecka. I jeszcze jedno – bardzo łatwo przyszło ci posądzenie Katniss o zdradę, może dlatego, że sam ją zdradzasz?

Mama nic więcej nie powiedziała, kazała tylko Astowi spakować moje rzeczy i przysłać do jej domu. Mnie zaś wsadziła do poduszkowca i zabrała ze sobą, całą drogę głaszcząc mnie po głowie położonej na jej kolanach.

178. Pobudka

Dobry wieczór 🙂
Na wstępie składamy serdeczne życzenia dzisiejszym Solenizantkom i Solenizantom (ze szczególnym uwzględnieniem Asi i Justyny) oraz gratulujemy zdanych ezgaminów tym, którzy mają je za sobą i życzymy powodzenia wszystkim, którzy jeszcze są przed nimi.
Drażliwy temat, czyli kiedy następna notka? Nie wiemy jeszcze, spróbujemy jakoś w okolicach matur pisemnych 😉
A teraz – miłego czytania i komentowania 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

– Witaj śpiąca królewno – jego głos, mimo że chyba wcale nie krzyczy, wydaje mi się aż nazbyt doniosły. W mojej głowie nadal pulsuje ból, napiera od środka na czaszkę, jakby miała się rozpaść. Na dodatek te nieszczęsne promienie słońca, wpadające przez odsłonięte okno sypialni, niezwykle wzmacniają uczucie dyskomfortu… „Zgaście słońce” szepczę, ale nikt nie reaguje. A może tylko mi się wydaje, że to powiedziałam?
– Gale – Johanna chyba mnie zrozumiała, bo mówi dość cichym, stłumionym głosem. Kieruję na nią zmrużone oczy – jest bardzo blada i ma ciemne okulary, podejrzewam, że czuje się podobnie jak ja.
– Musisz tak głośno krzyczeć? I skąd się tu wziąłeś?
– Na prośbę Haymitcha sprawdzam co z naszą „małą pijaczką” – odpowiada tym samym, doniosłym tonem, dodając do wypowiedzi kąśliwy uśmiech.
– Mała pijaczka ma się koszmarnie – odpowiadam mu przez zaschnięte gardło. Każde moje słowo, które przez nie przechodzi, sprawia mi ból, jakbym w środku miała papier ścierny, który rani mi tkankę z każdą literą. Głos mam skrzekliwy, pozbawiony znanej mi nuty. Gdy udaje mi się jakoś zebrać myśli, dochodzi do mnie, że bardzo chce mi się pić.
– Możesz iść mu to powiedzieć – wyrzucam w końcu z siebie wściekła. W tle wyłapuję dźwięk wodospadu. Nie, to nie żaden wodospad, to Johanna nalewa wodę do szklanki i wyciąga ją w moją stronę. Mam ochotę jej powiedzieć, że da się ciszej przelewać płyny, ale macham ręką i szybko wypijam całość, lekko rozlewając wodę na brodę.

Gale opuszcza wreszcie sypialnię, głośno się śmiejąc. Dam sobie obciąć rękę, że specjalnie trzasnął drzwiami, żeby sprawić mi jeszcze większy ból. Zabiję go później. Albo wymyślę jakąś dotkliwą zemstę…
– Masz tu lek na ból głowy. I drugi na kaca – zwraca się do mnie Johanna. – Musisz mieć trzeźwy umysł, bo jak ci opowiem co się wydarzyło, to przewrócisz się z wrażenia.
– Co znów? Tylko mi nie mów, że jakieś zamieszki, nie zniosę tego po raz kolejny… – wzdycham ciężko połykając szybko tabletki.
– Nie, to coś znacznie gorszego – zaczyna Johanna. Muszę mieć przerażoną minę, bo wyciąga szybko rękę i kładzie mi na ramieniu.
– Nie, nie, to nie to, co myślisz. Ale będziesz mocno zaskoczona – Johanna kontynuuje z dziwnym uśmiechem na ustach. – Wiesz… nasi mężowie wreszcie się nami zainteresowali. I wyciągnęli niezwykle ciekawe wnioski z naszego małego wypadku w piwnicy – chichocze cicho spoglądając na moja skaleczoną dłoń. Idąc za jej wzrokiem z zaskoczenie odkrywam, że jest zawinięta w biały bandaż tworzący zgrabny opatrunek. Nadal nie mogę uwierzyć jak mogłam być tak niezgrabna. Rozpłatałam rękę… łapiąc korkociąg. Najzwyklejszy w świecie korkociąg…
– Podasz mi wreszcie jakieś szczegóły? – dopytuję ją kiedy bardzo powoli, z trudem, zwlekam się z łóżka. Jestem tylko w bieliźnie – spoglądam zaskoczona na Johannę, szukając w jej twarzy odpowiedzi na pytanie, kto mnie rozebrał.
– Spokojnie, to twój mąż. Przejawił przez moment zainteresowanie twoją osobą, przyniósł cię tutaj, rozebrał do bielizny. A potem wyszedł. Jakby to powiedzieć… Poszedł pobić naszych personalnych trenerów fitness.
W reakcji na jej słowa, zatrzymuję się w pół drogi do łazienki. Próbuję przetrawić jej słowa, zastanawiam się czy na pewno dobrze zrozumiałam. Odwracam się do Johanny, która siedzi na łóżku z przechyloną głową i dmucha lekko na swoje paznokcie. Matko, jakby tu mało śmierdziało, musiała dodać lakier… Mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, ale ciekawość zwycięża.
– Co? – wyduszam w końcu przez zaciśnięte gardło, walcząc z mdłościami.
– Idź się umyj, bo okropnie śmierdzisz, a ja w tym czasie poszukam ci jakichś ubrań. A potem, przy śniadaniu, dokładnie opowiem ci co się stało.

Po kwadransie siedzę w głębokim fotelu, próbując delikatnie skubać tost z masłem. Przełykanie idzie mi nadal z trudem, ale Johanna twierdzi, że to mi dobrze zrobi. Popijam go mocną, gorącą, słodką kawą i słucham opowieści Johanny.
– Kiedy Peeta wyniósł cię z piwnicy, a Paul pomógł mi dojść do łóżka, zasnęłam na moment. Nie wiem jak długo spałam, ale w pewnym momencie obudził mnie przerażony Ast. Wmusił we mnie w ekspresowym tempie chyba z litr kawy, a kiedy już trochę oprzytomniałam, powiedział mi, że nasi mężowie sprowadzili, za pomocą ochrony pałacu, naszych trenerów. Dobrze słyszysz – wysłali po nich żołnierzy! Potem zaprowadzono ich do piwnicznej sali przesłuchań i… „ręcznie” próbowali wydobyć z nich informacje o tym od jak dawna ich zdradzamy. Rozumiesz to?! My ich – dodaje oburzona i zaczyna się trząść z nerwów. Nadal czuję się otumaniona, ale wreszcie i do mojego mózgu powoli, dochodzi znaczenie tego, co właśnie powiedziała.
– Zebrałam się najszybciej jak mogłam, co niestety nie było łatwe, bo sama dobrze wiesz, że wypiłam tyle samo co ty i pobiegłam do piwnicy. A tam – Haymitch siedział przed monitorem, a Hoult podnosił z podłogi przywiązanego do krzesła Stefena powalonego na nią przed chwilą przez Paula. Uderzył go pięścią! Byłam tak zaskoczona i wściekła, że przez chwilę patrzyłam oniemiała na to wszystko, a żaden z nich nawet nie zauważył, że tam jestem. W końcu pytam Abernathy’ego o co chodzi i co się dzieje, a ten mi oznajmia, że wyszła na jaw nasza tajemnica, że już wiedzą co robiłyśmy z nimi, tymi aresztowanymi, w piwnicy i dostają nauczkę. Najpierw wybuchnęłam śmiechem, a jak już w końcu mogłam mówić, to zapytałam Haymitcha, czy oni aż tak bardzo lubili naszą nadwagę – unoszę lekko brew na to hasło, a ona zaraz się wycofuje. – No dobra, moją nadwagę, że muszą bić naszych trenerów personalnych. Dawno nie widziałam takiej miny u Haymitcha. Zerwał się i siłą wywlekł naszych mężów z tamtej sali. A domyślasz się, że w tej sytuacji, w ich stanie zacietrzewienia, wściekłości, nie było to łatwe. I wtedy się zaczęło – Paul krzyczał, Peeta krzyczał, Haymitch na nich obu również, twierdząc, że zachowali się jak rozwydrzone dzieci, a ja dostałam ataku śmiechu.
Głowa opada mi na zagłówek fotela.
– Co było dalej?
– W sumie nic szczególnego. Chłopcy zostali przeproszeni i grzecznie odwiezieni do domu. Podejrzewam, że Ast jakoś to rozwiązał jeszcze dodatkowo, ale na razie nie miałam siły w to wnikać. A twój mąż trzasnął drzwiami i gdzieś poszedł.
– Mhm – odpowiadam krótko, dając do zrozumienia, że dotarło do mnie wszystko. Ale tak naprawdę czuję w sercu rosnącą bryłę lodu. Zastanawiam się nerwowo dlaczego Peeta wyszedł – czyżby był na mnie zły? Przecież to ja mam się o co gniewać, nie on. Czuję, że łzy zaczynają mnie piec pod powiekami, boli mnie to, co dzieje się z moim małżeństwem. Przez chwilę próbuję zatrzymać płacz, ale w końcu pozwalam sobie na tę chwilę słabości. Choć ostatnio mam ich wiele – już nie pamiętam ile razy płakałam wieczorami, wracając do pustego, ciemnego domu. Z reguły planowałam się wówczas czymś zająć, ale kończyło się na tym że padałam na łóżko i pozwalałam, by poduszka Peety wchłaniała moje łzy. Kilka dni temu zorientowałam się, że nie było go w domu tak często, że już nawet nie pachniała nim…

Zatopiona w swoich rozmyślaniach dopiero po chwili zorientowałam się, że Johanna milczy. W końcu wstała, zostawiając mnie samą z moimi myślami. Myślami nad tym co dalej będzie z moim życiem i czy moje małżeństwo ma jeszcze sens.

177. Światło

Witamy wszystkich Cierpliwych i Niecierpliwych 🙂

Czy u Was też szykują się białe święta? Czy tylko w naszej części Polski (świata) ktoś zapomniał sypnąć śniegiem w grudniu i teraz próbuje nadrobić, co by mu premii nie zabrali? 😉

Następna notka… Będzie w tym miesiącu, na pewno. Myślimy, że może się udać za dwa tygodnie nawet… Chyba, że… Nie, przyjmijmy, że będzie za dwa tygodnie 🙂

Miłego czytania i komentowania 🙂 I spokojnych Świąt wszystkim 🙂

A & A

Otacza mnie ciemność, a ciało płonie, jakbym stała w samym środku ogarniętego pożarem budynku. Igrająca z ogniem płonie… Ból jest nie do zniesienia, rozchodzi się od czubka głowy aż po same koniuszki palców u stóp.
Bum, bum, bum!
Bliżej nieokreślony dźwięk dudni mi w uszach. Trawi mnie ogień, a równocześnie czuję przenikliwy odór. Nawet nie wiem co jest gorsze – przeszywający każdy, nawet najmniejszy skrawek mojego ciała ból, uciążliwe łupanie w głowie, smród czy ten gorzki, piekący posmak w ustach. Nawet nie jestem w stanie otworzyć oczu, jestem przekonana, że gdy to zrobię, będzie jeszcze  gorzej. Mam też dziwne wrażenie, że jestem naga, jak w chwili narodzin, ale nie pamiętam chwili pozbawienia mnie ubrania. A może… może wcale nie jestem naga, może nie mam ciała? Choć nie, gdyby go nie było, nie czułabym bólu… Czekam aż ta okropna chwila minie, ale ona nie mija. A każda kolejna sekunda sprawia, że chcę umrzeć, zasnąć, byle już tego nie czuć.

Powiew lodowatego powietrza powoli rozwiewa wszechobecny fetor, ból jednak nie ustępuje, a nawet pogłębia się. Wraz z zimną bryzą, do miejsca, w którym się znajduję, wpada światło. Jest tak jasne, że przebija się przez moje zamknięte powieki, potęgując przenikliwy ból głowy.

Jednak powoli dociera do mnie, że mimo zimna i fizycznego cierpienia, to światło wydaje się być ciepłe. Ciepłe i przyjazne, sprawia, że czuję, iż wzywa mnie do siebie. Powoli próbuję rozchylić powieki, ale już po sekundzie zaciskam je ponownie, jest zbyt jasne, zbyt intensywne, nie jestem w stanie go znieść.

– Katniss… – dochodzi do mnie jak przez mgłę. Cichy, od tak dawna nie słyszany, tak bardzo drogi mi głos. – Katniss, już czas…

Walczę ze sobą, bo światło zmusza mnie do podążania w jego stronę, a równocześnie coś we mnie krzyczy, żebym tego nie robiła, że nie powinnam, bo ta otaczająca mnie jasność nie jest wcale dla mnie dobra. Zaciskam pięści, czuję ciepły strumyczek na dłoni. Krew! Przez chwilę próbuję opanować strach, który pojawił się razem z krwawieniem, ale po chwili uspokajam się, gdy przypominam sobie o okropnym rozcięciu, przez które tak bardzo broczyłam w pałacowej piwnicy. I powód, który sprawił, że tam zeszłam…

Byłam okropnie wściekła na Peetę, na jego zachowanie. Ledwie wróciliśmy z naszej podróży poślubnej do Kapitolu, on przepakował walizkę i niemal natychmiast, w ciągu kilku godzin, wyjechał z Paulem. A kiedy wrócił po miesiącu, zamiast spędzić czas ze mną, zamknął się w gabinecie ze swoim kuzynem (jakimś cudem on mu się nie znudził!) i jakimś tam burmistrzem. Właściwie nawet nie zwrócił na mnie uwagi, i to po tak długiej rozłące… Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, kiedyś nie potrafiłby się ode mnie oderwać, kiedyś…

Cholera, Johanna miała rację, nie jesteśmy już najważniejsze dla naszych mężów, mają ważniejsze sprawy na głowie. Tak naprawdę doszło to do mnie tamtego wieczoru, kiedy Johanna, przedstawiła mi swojego… swojego… A, pocieszyciela, tak go nazwała. Wtedy śmiałam się z niej, ale nie odmówiłam. Kiedy wróciłam do pustego mieszkania, pogrążonego w ciemności, właściwie zaczęłam żałować tego co zrobiłam – czegoś, czego sama po sobie się nie spodziewałam. Dałam się ponieść chwili, chyba zachowałam się jak typowa żona w Kapitolu, pozostawiona przez swojego męża na długie, samotne, zimowe wieczory. I od tamtej pory, posuwałyśmy się z Johanną coraz dalej, a ja nieraz całą noc potem to odchorowywałam. Dlatego po jednym, czy dwóch takich razach starałam się zachować umiar, w przeciwieństwie do mojej przyjaciółki… Odkąd pamiętam, nie znała granic, a teraz, pozostawiona bez opieki, bez kontroli, mając władzę i pieniądze, folgowała sobie bez końca…

A może znalezienie tamtych dwóch było błędem? Ale to akurat był mój błąd. Nie miałam zresztą wyjścia, kiedy zobaczyłam do jakiego stanu doprowadziła się Johanna przez zaledwie kilka tygodni, musiałam natychmiast interweniować.  Co gorsza, musiałam również wziąć w tym udział, choć wcale nie miałam ochoty. Ale nie było innego wyjścia – Johanna twardo postawiła warunek – skoro miała się zgodzić na mój pomysł, to wszystko miało się odbyć w pałacu, żeby nikt poza nami nie był w stanie odkryć spisku. Na dodatek uparła się na piwnicę, bo nie chciała – budząc się w sypialni, lub przechadzając po prywatnych pokojach – wspominać, do czego zmuszała swoje ciało. I ostatecznie – ja też, solidarnie z nią, miałam robić to samo. Uparta jak zawsze…

W sumie odrobina ruchu mnie też dobrze zrobiła. A poza tym miałam wolne wieczory i byłam słomianą wdową. Musiałam się czymś zająć, żeby nie zwariować, nie zastanawiać się co w tym czasie robi Peeta. A może robił to samo?

Spotkania trzy razy w tygodniu szybko stały się naszą tradycją. Wychodziłyśmy z piwnicy zmęczone, spocone, ale szczęśliwe. Nigdy nie sądziłam, że taka forma spędzania wolnego czasu może tak fantastycznie poprawiać nastrój…

Peeta dzwonił rzadko, ciągle czymś był zajęty. Robił coś „ważnego, niezwykle ważnego, bardzo istotnego”, a ja zeszłam na dalszy plan. To okrutnie bolało… A tymczasem nasi nowi przyjaciele mieli dla nas czas, uśmiechali się do nas, pytali jak minął nam dzień. Johanna twierdziła, że to dlatego, że im za to płacimy, ale ja uważałam, że „praca” z nami stała się dla nich również przyjemna. My, Zwyciężczynie, nie mamy tak wielu zahamowań, jak inne mieszkanki Kapitolu. Będąc zahartowane w ogniu Igrzysk doskonale wiemy, że stać nas na więcej, a w obecnej sytuacji  – że więcej rzeczy zostanie nam wybaczone. A naszych mężów i tak nie interesowało co, ani gdzie robimy…

Pamiętam wyraz twarzy Johanny, kiedy w sylwestrową noc Paul i Peeta zamknęli się w gabinecie. Była tak samo wściekła jak ja, tak samo rozżalona i tak samo czuła się porzucona. Obie, bez zastanowienia, zeszłyśmy tam, gdzie od kilku tygodni czułyśmy się szczęśliwe – do naszej piwniczki.

Nie sądziłam, że jestem aż taką niezdarą, ale jednak – schodząc głęboko rozcięłam sobie rękę. Krew była wszędzie, choć niby płynęła niemal kropla po kropli, nieśpiesznym strumykiem, ale plamiąc podłogę, jakoś szybko znalazła się wszędzie dookoła. Jakbym straciła jej nie mililitry, a litr, albo więcej. A może tak było? Może tylko mi się wydawało, że czerwony płyn sączy się powoli? Ale i tak nie przeszkadzało mi to, by nadal podążać na spotkanie z jednym z dwóch starych pocieszycieli Johanny. Przy czym tym razem chyba przesadziłyśmy, wściekłość na naszych mężów, perspektywa tego, że ktoś mógłby nas przyłapać, tego jaki to skandal by to wywołało sprawiło, że nasze zahamowania puściły. Dałyśmy się zmaltretować, powalić na kolana, pozbawić świadomości…

– Katniss, nie mamy czasu, otwórz oczy – inny, równie drogi mi głos, przywołuje mnie do rzeczywistości. Ufam temu głosowi bezgranicznie, powoli otwieram oczy i pozwalam światłu mnie otoczyć.

174. Sylwester

Witajcie,
Uważni Obserwatorzy pewno zauważą, że tą notką spełniamy życzenia niektórych osób 😉
Miłego czytania 🙂
A & A
PS A jeszcze Inni uważni pewnie wiedzą, że… No właśnie – że co? 😉

Szklanka jest chłodna, kostki lodu cicho uderzają o grube szkło, a brązowy płyn – choć zimny –  rozgrzewa gardło. Jestem w gabinecie Paula i z każdym kolejnym słowem stojącego przed nami człowieka, moja irytacja rośnie. Po co, do jasnej cholery, siedzimy tutaj i słuchamy tych bredni? Czy nie lepiej byłoby, po kolejnym tak długim rozstaniu, spędzić trochę czasu z naszymi żonami? Szczególnie dziś? Przenoszę wzrok na Paula – siedzi w fotelu i choć wygląda na niezwykle spokojnego, to widzę, że jego dłoń mocno zacisnęła się na trzymanym naczyniu. Obejmuje je tak silnie, że aż zbielały mu kostki. Oddycha powoli, głęboko, jakby tłumił w sobie wybuch. Znam go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że słowa tego idioty również w nim budzą rozdrażnienie i gniew.

– Panie Jonson – Paul podnosi się, przerywając wywód jednego z burmistrzów. – Rozumiem, że pana intencją było ostrzeżenie mnie i pana Mellarka przed… – zawiesza na moment głos, jakby szukał odpowiedniego słowa. Choć raczej trudno odpowiednio skwitować ten stek bzdur, który właśnie wysłuchaliśmy, nie obrażając przy tym naszego rozmówcy… – Przed zdradą naszych małżonek, ale nim postanowimy się rozwieść, porozmawiamy na z nimi na ten temat – kończy krótko.
Jonson chyba liczył na całkiem inną odpowiedź, bo zaciska mocno pięści, a jego twarz purpurowieje.
– A róbcie co chcecie – wyrzuca w końcu z siebie, a każde słowa wypluwa coraz szybciej. – Tylko pamiętajcie, że… że tym… tym dwóm, tym dwóm – przy każdym słowie unosi wyżej palec wskazujący celując raz we mnie raz w Paula – Zwyciężczyniom nie można ufać! – sapie, jakby słowa, które wypowiedział, kosztowały go mnóstwo wysiłku. – To zabójczynie, one były na arenie, im nie wolno ufać! One was zdradzają, a przy tym dybią na wasze życie! – spogląda na nas, jakby znów czekał na naszą reakcję, jakby liczył, że zmienimy zdanie.
– Coś jeszcze? – spoglądam na niego uważnie. Ja też byłem na arenie, jeśli Zwycięzcom nie można ufać, to chyba nie powinienem znajdować się w tym pokoju. Tym bardziej, że doskonale wiem, że najgorszą rzecz chciałem zrobić poza areną. Tłumię uśmiech, co przychodzi mi dość łatwo, bo pogarda i odraza z jaką Jonson wypowiada się Katniss i Johannie, budzi we mnie wściekłość.
– Nie, panie Mellark – spogląda na mnie chyba z litością. A na pewno ze współczuciem i poczuciem wyższości – jak na nastolatka, który niewiele jeszcze widział w życiu. Jego twarz przybrała już normalny kolor, ale wyraz, który na niej pozostał, wyraża wszystko, czego nie dopowiedział – jemu jest nas naprawdę żal.
– To wszystko, co miałem panom do powiedzenia. Zrobicie co będziecie chcieli, ale pamiętajcie – jeśli wyjdziecie tam – wskazuje na salę balową – a ich nie będzie, lepiej od razu zapytać służby z kim i gdzie poszły – swoją odpowiedź kwituje cierpkim uśmiechem. Po kilku sekundach krótko skłania głowę na znak szacunku i opuszcza gabinet Paula.

– I co kuzynie, jak się czujesz jako rogacz? – Paul z uśmiechem podnosi w górę szklaneczkę, w którą delikatnie uderzam.
– Doskonale, a ty?
– Fantastycznie – Paul wypuszcza powoli powietrze, odstawia drinka i kładąc mi rękę na ramieniu, prowadzi mnie na salę balową.
– Lepiej tam wracajmy, bo prawdziwy kryzys w związku czeka nas za chwilę, gdy tylko pojawimy się na horyzoncie. Wystarczająco długo były już same.

Bal sylwestrowy w Pałacu Prezydenckim powoli zbliża się do części kulminacyjnej, zegar właśnie wybił kwadrans po jedenastej w nocy. Goście suną po parkiecie, siedzą wesoło ze sobą gawędząc, lub kosztują pysznych i wykwintnych potraw. Paul zrobił z tego balu już niemal tradycję – to jeden z niewielu momentów w roku, gdy zbiera wokół siebie najważniejsze osoby w Panem. Są tu burmistrzowie wraz z małżonkami, wszyscy jego doradcy, członkowie Rady Zwycięzców, delegacje rad z poszczególnych dystryktów. W założeniu wieczór ten ma charakter rozrywkowy, ale nie jest tajemnicą, że w kuluarach dochodzi do wielu umów, zawierane są porozumienia, podejmowane decyzje i nawiązywane nowe kontakty.

Tuż za drzwiami gabinetu rozstajemy się i każdy z nas wpada w wir uścisków dłoni i zachęt do wspólnej rozmów i zabawy. Rozmawiając o błahostkach, wymieniając pozdrowienia, raz po raz omiatam salę wzrokiem. Nigdzie nie widzę mojej żony, nie umiem też znaleźć Johanny.

– Jak dobrze cię widzieć – oddycham z ulgą, przytulając się do niej mocno – ty będziesz pewnie wiedzieć, gdzie jest Katniss.
Annie nie odpowiada, spogląda na mnie tylko zaskoczona, mrugając przy tym.
– Nie ma jej z tobą? – rozgląda się, jakby wystraszona – byłam pewna, że poszła z tobą do gabinetu.
– Nie, byliśmy tylko z Paulem. Czy chcesz powiedzieć, że od ponad godziny jej tu nie ma? – odpowiadam powoli, czując rosnący w żołądku ciężar. Łapię Annie delikatnie za łokieć i przeciskam się przez tłum, kierując się w stronę Paula rozmawiającego z Haymitchem.

– Nigdzie ich nie ma – mówię coraz bardziej zdenerwowany, a mina mojego kuzyna wcale mnie nie uspokaja.
– Wiem – odpowiada przywołując na twarz uprzejmy uśmiech, wzrokiem wzywając mnie do tego samego. Po krótkiej chwili komunikat do mnie dociera i robię to samo. Nie chcemy, aby ktokolwiek, a zwłaszcza Jonson, dowiedział się, że coś się stało. Że żaden z nas nie ma pojęcia gdzie jest jego żona.
– Kiedy schodziły w dół, do piwnic, byłam pewna, że to wy im towarzyszycie – Effie dodaje jakby od niechcenia, natychmiast koncentrując na sobie uwagę nas wszystkich.
– O czym mówisz, Effie? – Haymitch patrzy na żonę, podczas gdy ona spokojnie opowiada jak widziała Katniss i Johannę schodzące do piwnicy w towarzystwie dwóch mężczyzn o jasnych włosach. Automatycznie założyła, że to my i była przekonana, że poszliśmy po jakieś specjalne wino, albo… w jakimś innym celu. Gdy tylko kończy swoją wypowiedź, zakrywa usta – w tym momencie dotarło do niej, jak niestosownie – w obecnej sytuacji – to zabrzmiało.

Zimny dreszcz przechodzi mi po plecach, z twarzy Paula również znika wyuczony uśmiech. Obydwu nam do głowy przychodzi ta sama irracjonalna myśl. A jeśli to prawda?

– Chodźmy zobaczyć gdzie wybrały się nasze przyjaciółeczki – Haymitch szybkim ruchem kieruje się w stronę schodów, ale Paul reaguje natychmiast.
– Haymitch, zostań tutaj, tak będzie lepiej. Kiedy my i nasze dziewczyny znikniemy z pola widzenia, wszyscy pomyślą, że jesteśmy razem i dla nikogo nie będzie to powodem do plotek, czy niezdrowego zainteresowania. Ale jeśli ty zostawisz tutaj Effie samą i znikniesz razem z nami, ludzie zaczną pytać.
– Może i racja – przyznaje nasz mentor, a na jego twarzy widać troskę. – Dobra, wy idźcie, a ja postaram się dyskretnie dowiedzieć co to za tajemniczy mężczyźni.
– Nie – Paul i ja reagujemy natychmiast. Wiem, że Haymitch chce działać w dobrej wierze i jest raczej przekonany, że Katniss i Johanna zostały uprowadzone, albo szykują jakąś niespodziankę. Ale jeśli tamten człowiek powiedział prawdę i nasze żony naprawdę nas zdradzają, to lepiej, żeby nikt na razie o tym nie wiedział. – My się tym zajmiemy – dodaję, ale po minie Abernathy’ego, widzę, że czeka mnie przesłuchanie w tej sprawie. Na szczęście nie naciska w tej chwili, tylko kiwa głową na znak zgody i prowadzi Effie na parkiet, gdzie – jak sądzę – będzie mógł mieć na wszystko oko, nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

Kręte schody oświetlone są malutkimi żarówkami powieszonymi w odległości kilkunastu centymetrów od siebie. W piwnicy jest cicho, przytłumione światło wcale nie poprawia atmosfery, a wyciszenie wnętrza sprawia, że nie dochodzą nas żadne dźwięki dochodzące z góry. Mimo to zaskakuje mnie zupełna cisza panująca tu. Jeśli ktoś tu jest, powinno być cokolwiek słychać. Rosnące we mnie obawy sprawiają, że serce wali mi coraz mocniej, mam wrażenie, że za moment wyskoczy mi z piersi. Schodzimy coraz niżej i nadal nic nie słychać. W pewnym momencie Paul odwraca się w moją stronę i widzę jego twarz bez zasłony – w oczach ma lęk.

– A jeśli on mówił prawdę? – wypowiada na głos moje najgorsze obawy. Jeszcze dziesięć minut temu oskarżenia rzucane przez Jonsona., wspomnienia o potajemnych schadzkach w zaciszu pałacowych murów, które ponoć nie uchodzą uwadze służby i postronnych obserwatorów, wydawały się być całkowicie bezpodstawne i irracjonalne. Ale teraz perspektywa tego, że Katniss mogłaby mnie jednak zdradzić, zaczyna powoli przedzierać się do mojej świadomości. Z drugiej strony jeśli tu jest, to dlaczego jest tak cicho?

– W sumie sam bym się nawet nie dziwił – kontynuuje Paul, opierając się prawą ręką o ścianę, podczas gdy lewą przeciera sobie oczy. – Peeta, to nasza wina, to my od wielu lat zostawiamy je na długie tygodnie same. A ostatnio coraz częściej wieczorami brakuje nam czasu na rozmowy z nimi. Peeta, ja… – głos więźnie mu w gardle, a ja nawet nie próbuję się odzywać. Dopiero kilka tygodni temu ślubowałem Katniss miłość i wierność do końca moich dni. Ona mnie to samo, więc chyba niemożliwe jest, by ktoś inny zawrócił jej w głowie. Jednak gdzieś, z tyłu głowy, cichutki głosik podpowiada mi, że wiem doskonale, że byłaby do tego zdolna, że już kiedyś to zrobiła. Próbuję zagłuszyć te myśli, nie dać się im opanować. Zdaję sobie sprawę, że jeśli pozwolę im na to, niełatwo mi będzie wyjść z ich szponów. Rozpaczliwie pragnę wierzyć, że to tylko moja wyobraźnia, moje własne koszmary, że Katniss nigdy by tego nie zrobiła. Spoglądam na Paula i przełykam ślinę, choć z zaciśniętym gardłem wcale nie jest to łatwe:
– Chodźmy ich poszukać – mówię do niego cicho, szybko zbiegając ze schodów, by nie zdążył mi odpowiedzieć.

Piwnice pałacu to prawdziwa plątanina korytarzy. Jest tu wiele zamkniętych pomieszczeń, w których przechowywane są różne przedmioty, należące jeszcze do poprzednich właścicieli, ale większość schowków jest od dawna otwarta. Idę powoli zaglądając w każdą, nawet najciemniejszą dziurę. Nagle coś zauważam. Kilka kropel krwi tworzy plamę wielkości kilku centymetrów. Krew jeszcze nawet dobrze nie zastygła, a co gorsza, przesuwa się w głąb pomieszczeń piwnicznych, tworząc ścieżkę z kolejnych kropli. Delikatnie dotykam ramienia Paula, jednocześnie przyciskając palec do ust i wskazując mu ślady na podłodze. Wymieniamy spojrzenia i powoli przesuwamy się w głąb korytarza. Bordowe w mdłym świetle krople są coraz większe, coraz bliżej siebie. Nie chcę się zastanawiać czyja to krew, ale nie jestem w stanie odpędzić sprzed oczu wizji zakrwawionej Katniss. I Johanny. Kolejne drzwi są lekko uchylone, a czerwony ślad urywa się na podłodze, przenosząc się na okrągłą klamkę. Pomieszczenie jest oświetlone jasnym światłem, dlatego z łatwością zaglądamy do środka przez pozostawioną szparę. Wystarczy mi jedno spojrzenie, jeden krótki rzut oka do środka, by wiedzieć, że moje życie nigdy już nie będzie takie samo. Paul mocnym pchnięciem otwiera drzwi i wpada do środka – nie wątpię, że dla niego ten widok musi być równie bolesny jak dla mnie.

Katniss z rozciętą ręką leży na podłodze, z prowizorycznego bandaża sączy się krew. Johanna leży obok niej, choć jest zwinięta w kłębek, jej głowa bezwładnie opada na bok. Obie mają potargane suknie, buty leżą porzucone tuż przy drzwiach, nic nie pozostało z misternych balowych fryzur. Przez kilka sekund nie jestem w stanie zrobić ani jednego kroku więcej, stoję jak wmurowany, nie mogąc oderwać wzroku od tego przerażającego obrazu. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co tu się stało, ale nie mogę – wyobraźnia z niesamowitą szybkością podsuwa mi kolejne obrazy, wymuszając kolejne domysły.

Paul zbliża się do Johanny, kuca przy niej i odgarnia jej włosy z twarzy. Po jego pełnej ulgi minie widzę, że choć Johanna wygląda strasznie, to najwyraźniej nic złego jej się nie stało. To dodaje mi odwagi, ja też podchodzę do mojej żony i nachylam się nad jej ciałem, po czym dociera do mnie, że dla Katniss nie ma już ratunku.

173. Jutro

Witajcie,

Wiemy, że czekacie, wiemy, że przerwa była długa. I niestety nadal nie umiemy podawać dat kolejnych notek 🙁 Możemy tylko obiecać, że postaramy się, żebyście na kolejną czekali troszkę mniej 🙂
Miłego czytania i czekamy na Wasze komentarze 🙂

Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Fale rozbijają się o brzeg, na niebie świeci mnóstwo gwiazd, księżyc – ukryty za jedną, niewielką chmurą – wygląda jakby spał otulony delikatną kołderką. Na twarzy czuję powiew wiatru, ale lekka kurtka i ramiona  męża skutecznie chronią mnie przed nim. W powietrzu unosi się mieszanka słonego zapachu wody, ryb łowionych przez rybaków i wodorostów. Wokół słyszę echo naszych słów, choć my sami milczymy. To znów kolejna powtórka audycji telewizyjnej… Ceasar miał rację – nasz wywiad okazał się strzałem w dziesiątkę – zyskał niemal siedemdziesięciopięcioprocentową oglądalność. Dla mnie  było to sporym zaskoczeniem – nie sądziłam, że obywatele Panem nadal tak bardzo są spragnieni szczegółów naszego życia. Przypominam sobie słowa Haymitcha, który twierdził, że – mimo zmian i upływu lat – wciąż jesteśmy dla nich odskocznią, a dla wielu – niesamowitą sensacją. Ponoć nasz temat nieodmiennie dzielił ludzi na tych, którzy byli przekonani o naszej miłości i na tych, którzy mieli wiele wątpliwości.

Po przerwie, w trakcie której zdążyliśmy się pokłócić i pogodzić, druga część wywiadu upłynęła w lepszej i spokojniejszej atmosferze, choć Peeta uparcie twierdził, że nie dopytywałam o szczegóły jego dnia, więc on nie poczuwa się do kłamstwa. Skoro Haymitch już do nas przyszedł, oddaliśmy mu głos, by opowiedział o tym, jak jego teść przygotował dla nas łuk, pod którym składaliśmy przysięgę małżeńską. Okazało się, że nasza nieobecność w Dwunastce bardzo ułatwiła całość przedsięwzięcia, bo konstrukcja była robiona w ogródku Abernathych, a w projekcie aktywnie pomagał Joshua, który świetnie się przy tym bawił. Przypominam sobie swoje pierwsze wrażenie, gdy zobaczyłam ten prezent – miałam poczucie, że do nas nie pasuje, że nie jest dobrany do ślubu, o jakim marzyliśmy. Jednak widok twarzy Josha, jego pełnych dumy oczu, emanujących niesamowitym blaskiem, sprawiły, że nie mogłam postąpić inaczej, nie mogłabym odrzucić czegoś, w co Josh (i Anthon) włożyli tyle serca. Łuk  stoi teraz w naszym ogrodzie, Peeta zasadził pod nim winogrona, które mają się piąć po nim ku słońcu. Słyszę stłumiony śmiech Peety – retransmisja programu znalazła się w momencie, gdy Caesar – z właściwą dla siebie egzaltacją – opowiada o naszym weselu:
– Wesele było niesamowite – w całym moim życiu nie byłem na tak udanym przyjęciu. Ludzie tańczyli, śmiali się i bawili do białego rana. Państwo Młodzi, notabene świetnie tańczący, brylowali na parkiecie niczym nieziemskie istoty. Wiecie, myślę, że rodzina i przyjaciele tych dwojga – wskazał wtedy na nas dłonią – którzy są teraz tam, na górze – uniósł palec w kierunku sufitu, jak gdyby wskazywał na niebo – zamówili, u kogo trzeba, idealną pogodę. Mimo, że to już jesień, która tu, w Dwunastce nie jest zbyt łaskawa, to noc była ciepła i gwiaździsta. Kiedy zapadł zmrok, mężczyźni rozpalili ogniska, wrzucając do nich jakieś zioła, które powstrzymywały komary przed zjedzeniem nas żywcem. W blasku ognia, jak przystało na dziewczynę igrającą z ogniem, Katniss rzuciła swój welon. Złapała go jakaś młoda dziewczyna z miasteczka, która bardzo się ucieszyła, ale sądząc po minie jej narzeczonego – on już trochę mniej. Drodzy Państwo – kontynuuje Caesar – nie będę tutaj opowiadał o tym, jak wygląda obrzęd pieczenia tostów, o tym jak Peeta i Katniss spędzili noc poślubną, bo to powinno zostać w wąskim kręgu osób zaproszonych na tę uroczystość – uśmiecham się lekko, czując wdzięczność wobec tego dziennikarza. Zaskoczył mnie wielokrotnie tamtego wieczoru, nie dopuszczając do zbytniej ingerencji w naszą prywatność. Kiedy zapytał nas gdzie mamy zamiar spędzić nasz miesiąc miodowy i usłyszał odpowiedź, nie skomentował tego, tylko kiwnął nieznacznie głową, wiedząc, że decyzję jaką podjęliśmy, jest najlepsza z możliwych.

Siedzimy teraz na plaży przy domku Annie. Nathaniel zasnął w końcu, zmęczony całodzienną zabawą z wujkiem i ciocią. Annie też odpoczywa, zbiera siły, cieszy się nami. A my znów namawiamy ją, by przeprowadziła się bliżej nas. Jednak ona niezmiennie odmawia, aż w końcu przestajemy naciskać.
– Gotowa na powrót do normalności? – Peeta cicho szepcze.
– Chyba nigdy nie będę na to gotowa – odpowiadam mu z żalem. Ostatnie dwa tygodnie były niesamowite, mieliśmy wreszcie czas dla siebie, mogliśmy beztrosko siedzieć na plaży, budować zamki z piasku, opalać się. Jutro musimy wracać, jutro kończy się nasz urlop i wracamy do rzeczywistości, której ja  – w przeciwieństwie do niego – nie nazywam normalnością.
Za naszymi plecami słychać ciche kaszlnięcie Annie. Nie chce nam przerywać, ale cowieczorny rytuał picia gorącej herbaty musi być zachowany. Siadamy na werandzie otuleni w ciepłe koce, przyniesione przez naszą gospodynię i – jak co wieczór – rozmawiamy do późna. Po raz kolejny wspominamy Finnicka, moją siostrę i tych wszystkich, którzy zginęli w walce o lepsze jutro. To jutro dla nas właśnie nastąpiło, jesteśmy bezpieczni, możemy bez lęku i obaw głośno mówić o tym co myślimy i być szczęśliwi. Przynajmniej dziś…

Poranek przychodzi zaskakująco szybko, nawet nie sądziłam, że możemy przegadać całą noc. Spoglądam na Peetę, który już od dawna cicho pochrapuje, zwinięty w kulkę na wiklinowym fotelu. Rozmowę przerywa nam dźwięk cichego tupania bosych stóp o drewnianą podłogę. Najwyraźniej Nathaniel obudził się już i właśnie biegnie do nas przez dom, w kierunku chłodnego tarasu. Rozespany jeszcze wygląda uroczo – w oczach nadal błądzi sen, blond włoski ma rozczochrane, a ubrany jest w najfajniejszą piżamę, jaką mogliśmy dla niego zdobyć. To swojego rodzaju czerwono- niebieski kombinezon, ze znakiem trójzębu na piersi. Trudno było coś takiego zdobyć, bo była to edycja limitowana, wypuszczona na kapitoliński rynek lata temu, kiedy to jego ojciec świecił triumfy i był ulubieńcem mieszkańców stolicy. Nathaniel jest naprawdę ładnym chłopcem – uroda odziedziczona po ojcu i oczy matki sprawiają, że za kilka lat Annie będzie trudno odgonić od niego dziewczyny. Mój chrześniak ładuje mi się na kolana, pozwala szczelnie okryć kocem i przytula małą głowę do mojej piersi, jakby planował jeszcze podrzemać. Jednak zamiast tego słyszę:
– Nie jedź, ciociu – prosi cicho.
– Muszę – odpowiadam, choć serce kraje mi się na milion kawałków.
– Zostańcie z wujkiem jeszcze trochę.
– Uwierz mi – odpowiadam i czuję ucisk w gardle – gdybyśmy tylko mogli, zostalibyśmy z tobą, ale to niemożliwe, kochanie – staram się mówić lekko, ale sama wiem, że mi to nie wychodzi, więc nie kontynuuję, tylko całuję go w czoło.
Chłopiec nic nie odpowiada, tylko przytula się do mnie jeszcze mocniej, jakby w ten sposób chciał mnie zatrzymać…

Śniadanie jemy w prawie idealnej ciszy, Nathaniel nie odrywa oczu od miseczki płatków kukurydzianych, jakby nie chciał patrzeć nam w oczy. Kiedy macha nam na pożegnanie, wiem, że jest mu bardzo ciężko. Mimo, że ma tu przyjaciół, bardzo brakuje mu ojca, a przez ostatnie dwa tygodnie Peeta mu go zastępował. A teraz odchodzi – łzy spływają mi z oczu kiedy wsiadamy do poduszkowca.

Jedno zerknięcie na siedzenia sprawia, że boleśnie dociera do mnie koniec bajki ostatnich dni. Paul i Johanna nie próżnowali – na siedzeniach znajdujemy rozpiskę planu zajęć na najbliższy miesiąc. Szybko uświadamiamy sobie, że w najbliższym czasie, w tym samym miejscu, razem, będziemy tylko raz.
– Witamy w normalnym życiu – sączy przez zaciśnięte zęby Peeta.
– Witamy, witamy, witamy – odpowiadam naśladując dawny ton Effie, chcąc trochę rozbawić mojego męża, ale to działanie nie przynosi oczekiwanego rezultatu…

Kiedy następnego dnia Peeta wychodzi z domu ze spakowaną walizką, udając się z Paulem na objazd dystryktów, kiedy całuje mnie, lekko muskając moje usta, wypowiada zdanie, które wywołuje mi ciarki na plecach, sprawiają, że wracają złe wspomnienia.
– Do zobaczenia o północy – nim zdążam odpowiedzieć, wychodzi zamykając za sobą drzwi. I choć doskonale wiem co miał na myśli – następnym razem spotkamy się na oficjalnym balu sylwestrowym w Pałacu Prezydenckim, jednak nie mogę pozbyć się silnego odczucia deja vu. Choć nasza obecna sytuacja jest zupełnie różna od tamtej chwili na arenie, to jednak w jakim stopniu podobna. Znów rozstajemy się nie z naszej woli, znów będziemy we dwie z Johanną, znów tracę go z oczu. Mam tylko nadzieję, którą jednak nie udaje mi się stłumić niepokoju, że tym razem zakończenie będzie inne…

172. Pierwsza kłótnia

Witamy ciepło,
Czy u Was też śnieg nie zapowiada się na Święta? Taka jesień zamiast zimy 😉
Zapraszamy do czytania i komentowania, informując, że następna notka będzie jeszcze w tym roku.
I życzymy Wam wszystkim spokoju na nadchodzące Świąteczne Dni.
A na samym dole czeka niespodzianka – wraz z kilkoma Czytelniczkami i Czytelnikami bloga aktywnymi na grupie facebookowej, przygotowałyśmy alternatywny Soundtrack do Kosogłosa – miłego słuchania 🙂
Pozdrawiamy,
A & A

Po dłuższej chwili Caesar przestaje się śmiać, wierzchem dłoni ociera łzy, które spłynęły mu z oczu i przez krótką chwilę uważnie nam się przygląda, nim znów zaczyna mówić:
– Muszę wam, waszym rodzinom i przyjaciołom oddać honor – jak na tak dużą i ważną uroczystość, zorganizowaną w tak krótkim czasie, udało się wam perfekcyjnie. Jeśli pozwolicie, opowiem teraz o niej w kilku słowach – przerywa na moment, wygląda jakby chciał coś jeszcze dodać, ale Peeta jest szybszy.
– To ci może pomóc – podaje mu z uśmiechem plik przygotowanych przez nas fotografii.

Caesar bierze je delikatnie, przegląda niemal z namaszczeniem, uśmiechając się do każdego zdjęcia. Wybiera jedno z nich, puszcza do nas oko, a następnie podnosi trzymany obrazek, pokazując go w kamerze.

Zerkam na podgląd – to ja. Stoję uśmiechnięta na progu naszego domu, a moja suknia pięknie się mieni w promieniach słońca. Na schodach leżą porozrzucane jesienne liście, w tle widać tamte kolory i niemal czuć zapach, jaki nam towarzyszył… Lubię to zdjęcie. Fotograf – młody chłopak z miasteczka – prostym, nieustawianym ujęciem osiągnął ideał. Sprawił, że wyglądam pięknie, a otoczenie – barwy, gra świateł – jest niezwykłe – nawet ja to widzę. Peeta mocniej ściska moją dłoń, a Caesar wzdycha lekko.
– Katniss – głos ma pełen wzruszenia, a oczy jakby lekko zamglone. W tej chwili nie jest Caesarem, którego zna całe Panem, jest miłym, starszym panem, pełnym ciepła, przyjaźni i chyba dumy, jakiej nigdy wcześniej nie miałam przyjemności podziwiać.
– Jeśli dobrze widzę, bo – choć oczy już nie te, wszędzie rozpoznam rękę Cinny – z suknią ślubną nie miałaś problemu.

Peeta krztusi się śmiechem, ja unoszę brew i zaciskam zęby na samo wspomnienie tego, co zaserwowały mi moja druhna i Effie. Peeta nie przestaje się śmiać, ale równocześnie kręcąc lekko głową patrzy na Caesara, jakby dawał mu znak, że nie powinien kontynuować tematu. Caesar zorientował się w końcu, przez jego twarz przebiega cień, ale wycofuje się słowami:
– Jeśli nie chcesz Katniss, nie musisz odpowiadać na to pytanie.
– Nie, dlaczego, odpowiem – zwracam się do niego z najbardziej ironicznym uśmiechem na jaki mnie stać. – Oczywiście, że odpowiem, Panem powinno wiedzieć jak dowcipną ma Pierwszą Damę, zaś cały Dystrykt Dwunasty na pewno jest ciekaw, jakie pomysły siedzą w głowie Pani Burmistrzowej.
– Pani Burmistrzowa, jak to ładnie ujęłaś Katniss – przerywa mi Caesar – to znana państwu Effie Trinket – uśmiecha się do kamery, uświadamiając mi, że faktycznie mieszkańcy Kapitolu i innych dystryktów mogli dotąd  tego nie wiedzieć.
– Effie Abernathy – prostuje gładko Peeta, pochylając się w jego stronę – i lepiej to zapamiętaj, Caesarze, bo jak ona usłyszy, że nie pamiętasz jak się nazywa i tu wpadnie, to nie chcę być w twojej skórze.
– Myślisz, że może to zrobić? – dopytuje rozbawiony dziennikarz, naśladując ruch Peety, jakby powierzali sobie jakieś tajemnice. Dołączam się do ich gry i dodaję cicho:
– Wszystko jest możliwe, w końcu mieszka zaledwie kilka domów dalej, a jestem pewna, że nas teraz ogląda.

Wszyscy podnosimy się, niemal jak na komendę, głośno się śmiejąc.
– Mówiłaś coś o dowcipie, jaki zrobiły ci Johanna i Effie ? – Caesar zwraca się do mnie.
– Taaaaaaaa – wciągam mocno powietrze. Nawet teraz, na samą myśl o ich „wspaniałym” pomyśle, gotuje się we mnie. – Wyobraź sobie Caesarze – zaczynam moją opowieść – moje dwie przyjaciółki szybko uświadomiły mi, że musimy udać się na zakupy w celu wyboru najpiękniejszej, najlepszej i najbardziej niesamowitej sukni ślubnej, która będzie godna naszego ślubu…
– Ale moment, przecież… – przerywa mi lekko zdezorientowany Caesar.
– Daj mi skończyć – podejmuję, nim zdąża wypowiedzieć swoją myśl. – Na nic były moje tłumaczenia, że mogę prostą suknię uszyć tu, w Dwunastce. Skutkiem tego odwiedziłyśmy wszystkie, dosłownie wszystkie salony sukien ślubnych w Jedynce i Dwójce, a także kilka położonych na obrzeżach Kapitolu. Zgadnij Caesarze ile ich jest?
Nie odpowiada mi, kręci tylko przecząco głową. Za to Peeta niemal dusi się ze śmiechu.
– Czterdzieści trzy, Caesarze, czterdzieści trzy salony mody ślubnej. I to tylko dlatego, że uparłam się nie iść do 10 położonych w centrum, mając świadomość, że na pewno znalazłby się tam jakiś paparazzi, który wypatrzyłby nas i trudno byłoby tak długo utrzymać ślub w tajemnicy. W każdym z nich przymierzyłam przynajmniej jedną suknie ślubną, przynajmniej jedną, a w wielu po dwie lub trzy. I z każdą było coś nie tak – jedna była za obcisła, inna za luźna tak, że nie było możliwość zebrania jej. Jedna za biała, inna wyglądała ponoć jak szara, jedna bufiasta, inna miała za mało falbanek, albo trenu, albo materiał był nieodpowiedni – jednym słowem – horror. Ja byłam coraz bardziej zmęczona i wściekła, podczas gdy moje przyjaciółki jakimś cudem pozostawały uśmiechnięte, wesołe i zadowolone z siebie. W końcu doprowadziły mnie do ostatniego salonu – zapewniły, że jeśli tu nic nie znajdziemy, to pozwolą mi uszyć suknię w Dwunastce. Właścicielką była nasza stara znajoma, Tigris – spoglądam na Ceasara upewniając się, że wie o kim mówię. – U niej przymierzyłam aż pięć sukien, tylko ze względu na nią – skąd inąd byłam zaskoczona, że ma na składzie także dość zwyczajne kreacje – i wreszcie powiedziałam dość. Byłam gotowa iść do ołtarza w skórzanej kurtce i spodniach, byle po raz kolejny nie wciskać się w tiule i falbanki. I wtedy Tigris powiedziała, że ma coś jeszcze, co powinnam zobaczyć, coś wyjątkowego. I pokazała mi…
– Suknię projektu Cinny? – Caesar nie wytrzymuje, a ja tylko kiwam głową, czując, że oczy napełniają mi się łzami, tak samo jak wówczas u Tigris, kiedy zobaczyłam tę moją suknię ślubną. Od razu wiedziałam, że wyszła spod ręki Cinny.
– Tak, spojrzałam wtedy na Effie, a ona opowiedziała mi o tym, że na krótko przed Ćwierćwieczem Cinna zostawił u niej dwie suknie. Jedną błękitną z informacją, że to na prawdziwe zaręczyny, a drugą – ślubną. Jak zawsze dokładnie wiedział, jak powinna wyglądać, bym była zachwycona i dobrze się w niej czuła. Tylko on naprawdę wiedział co mi się spodoba i w czym będę sobą.

W pokoju zapada cisza, nie słychać nawet szumu kamery, a ja czuję, że po policzku spływa mi samotna łza.

– A ty Peeta? – Caesar daje mi odetchnąć – Czy i tobie drużba przygotował jakąś niespodziankę? Bo chyba i twój garnitur nie był od nikogo anonimowego, tylko od Portii, prawda?
Peeta krótko się śmieje, nim zaczyna opowiadać.
– Ja mój ślubny strój dostałem od Asta, który jest moim przyjacielem i pełnił rolę drużby oraz od Haymitcha.  Plan był taki, że miałem – podobnie jak Katniss – przymierzyć setki garniturów, smokingów i fraków, by na końcu, w ostatnim sklepie dostać ten właściwy, ale – Peeta na moment zawiesza głos, jakby zastanawiał się, czy powinien kontynuować, jednak wreszcie kończy zdanie – Haymitch powiedział, że jest za stary na bieganie po sklepach i obaj wręczyli mi pokrowiec z garniturem. I tyle – tak wyglądało moje poszukiwanie stroju.

Obracam powoli głowę w stronę Peety. On też zwraca się w moją stronę i uśmiech spełza z jego twarzy. Chyba właśnie przypomniał sobie o tym, że nie wyprowadził mnie z błędu, gdy go żałowałam, że i jemu zaserwowano przedślubną wędrówkę.
– Nie chodziłeś o sklepach? – cedzę.
– Katniss…
– I nie musiałeś przymierzać tych wszystkich spodni, koszul, marynarek i muszek? – nie daję mu dojść do słowa.
– Katniss – powtarza ciszej Peeta, próbując mnie powstrzymać.
– I mnie okłamałeś!
– Nie okłamałem cię, nie opowiadałem ci tylko o tamtym dniu. A ty nie pytałaś – stanowczo stwierdza Peeta, na co nakłada się głos Haymitcha, który najwyraźniej także postanowił interweniować:
– Katniss, nie przesadzasz?
– To, czy przesadzam, nie jest twoją sprawą – odpowiadam mu stanowczo, z ironicznym uśmiechem. – Zresztą, ciekawe jak na te rewelacje zareaguje twoja żona.
– Jej tu na szczęście nie ma – odpowiada rozbawiony Haymitch, kiedy oko kamery zwraca się w jego stronę.
– Jesteś tego pewien? – ciche pytanie pada z ust Effie.

W jednej krótkiej chwili nasz prywatny wywiad zmienia się w jakiś chaos. Effie, mocno gestykulując, upomina Haymitcha, ja mierzę wzrokiem Peetę, mocno zaciskając usta, aby nie krzyczeć na niego publicznie. Najprzytomniejszy z nas pozostaje Caesar, który na wpół rozbawiony, na wpół zdezorientowany mówi wprost do kamery:
– Nim będą państwo świadkami pierwszej małżeńskiej kłótni Państwa Mellark, zapraszam na krótką przerwę. Po niej dowiecie się dalszych szczegółów ze ślubu i wesela – kto podarował Katniss i Peecie piękny drewniany łuk, pod którym składali sobie przysięgę małżeńską, jakie są tradycje ślubne w Dwunastym Dystrykcie i gdzie Para Młoda zamierza spędzić miesiąc miodowy. Do zobaczenia po krótkiej przerwie.

Czerwona lampka kamery się wyłącza, a my znów udowadniamy sobie, że musimy trzymać się naszej obietnicy sprzed sześciu lat…

I niespodzianka:
Mockingjay Soundtrack by PoIgrzyskach.pl (fan made) – wersja Spotify

Mockingjay Soundtrack by PoIgrzyskach.pl (fan made) – wersja Youtube

Jeśli nasza wersja się Wam podoba – zapraszamy do dzielenia się. Prosimy tylko o dodanie wówczas linka do naszego bloga 🙂

171. Wywiad

Witamy,
Zapraszamy do czytania i komentowania 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Miękka kanapa obita jasnym aksamitem zapewnia mi wygodę i pewne poczucie bezpieczeństwa, podobnie jak i mój strój. Mam na sobie dżinsy i ulubiony granatowy miękki sweter, którego rękawy podciągnęłam lekko, tuż nad nadgarstki. Siedzę skulona, z podciągniętymi pod brodę kolanami, które ściśle oplotłam rękami. Swobodny ubiór ma dać do zrozumienia mojemu rozmówcy, jak bardzo nie w smak jest mi ten dzisiejszy wywiad. Niestety, jak mówi Peeta, nie mieliśmy innego wyjścia. Zresztą Peeta także wyraźnie dał do zrozumienia, że nie ma ochoty na ten pokaz. Siedzi teraz obok mnie w wygodnej, lekko nonszalanckiej pozie. Szeroko rozstawione nogi z bosymi stopami znalazły oparcie na miękkim dywanie. Rozpięta koszula w czerwoną kratę, czarna podkoszulka i czarne spodnie to strój, który na pewno nie znajdzie większego uznania w oczach Kapitolińczyków, ale dokładnie tak miało być. Skoro ktoś zakłóca nam spokój w domu, musi się liczyć z tym, że zostanie przyjęty w domowych strojach. Natomiast nasz dzisiejszy rozmówca oczywiście jest ubrany w charakterystyczny dla niego sposób – tym razem ma na sobie krwistoczerwony garnitur i kontrastującą z nim czarną koszulę. Wygląda drapieżnie, wręcz agresywnie i zupełnie nie pasuje do naszego jasnego salonu w Dwunastym Dystrykcie – wygląda jak intruz, zakłócający nasz miesiąc miodowy. I… właśnie o taki efekt nam chodziło.

– Katniss, Peeta – Caesar zaczyna swoim mocno rozentuzjazmowanym głosem – raz jeszcze moje serdeczne gratulacje z okazji ślubu i dziękuję wam za możliwość przeprowadzenia tego wywiadu.
– Nie pozostawiłeś nam za dużego wyboru – Peeta ma chłodny ton, patrzy pewnie w oczy Caesara, a ten jakby nagle się skurczył.
– No wiesz – zaczyna dużo ciszej niż poprzednio – Panem ma prawo wiedzieć jak zakończyła się najpiękniejsza historia miłosna w dziejach tego…
– Ale ona się jeszcze nie zakończyła – przerywam ostro jego wywód. – Ona weszła w kolejny… – zamieszam na moment głos poszukując odpowiedniego słowa.
– Etap – spieszy mi z pomocą mój mąż.
– Dziękuję, kochanie – uśmiecham się do niego.
Peeta w odpowiedzi puszcza do mnie oko, przysuwa się bliżej i obejmuje mnie delikatnie ramieniem. Obydwoje spoglądamy znów na Caesara. Tymczasem on nadal patrzy na nas z uwielbieniem, jakby chłonął nas i to w jaki sposób się do siebie zwracamy. Nagle dochodzi do mnie, że szantaż, który postawił Peecie w dzień naszego ślubu, chyba wcale nie nim nie był. Jego, co prawda stanowcza, ale jednak propozycja, była niemal prośbą: „Pozwólcie mi uczestniczyć w tej uroczystości, zobaczyć na własne oczy tę chwilę i udzielcie mi po ślubie wywiadu, a obiecuję, że żadne, nawet najmniejsze zdjęcie z tej uroczystości nie trafi do prasy bez waszej zgody”. Cholera, Caesar nas chronił – naszą prywatność, nasze wspólne chwile za stosunkowo drobną cenę – za cenę wywiadu, którego udzielamy już jako małżeństwo, siedząc wygodnie na kanapie w salonie, przed jedną kamerą, niemal bez oświetlenia, którego nienawidzę. Caesar dał nam najpiękniejszy prezent ślubny – prywatność.

– Przestań przez moment nagrywać – mówię cicho, a Caesar reaguje natychmiast. Jeden ruch jego ręki sprawia, że migająca czerwona lampka umieszczona na kamerze gaśnie. Nasz rozmówca pochyla się nad dzielącym nas stołem, splata dłonie i unosi pytająco brwi.
– Zablokowałeś swoimi wpływami fotoreporterów, żeby nie przeszkadzali nam w dniu ślubu?
– Tak – odpowiada spokojnie czołowy dziennikarz Panem.
– I zrobiłeś to bo…? – Peeta zrozumiał co mam na myśli, ale widać chce jeszcze poznać motywy.
– Bo uważam, że wasz ślub kiedyś powinien był być wydarzeniem publicznym, ale teraz czasy się zmieniły, wy się zmieniliście i chyba nikt nie ma prawa wchodzić w wasze życie. Ale mimo wielu wspólnych lat, mimo tego, że zawsze byłem po waszej stronie, nie otrzymałem zaproszenia i było mi bardzo przykro – gruba warstwa makijażu chroni emocje Ceasara przed moim spojrzeniem, a wytrenowanie na scenie sprawia, że tylko w oczach widzę smutek. – Byłem świadkiem rozkwitu waszej miłości i bardzo chciałem być na tym ślubie – przerywa na moment, a Peeta wykorzystuje tę przerwę od razu.
– Dobrze… W takim razie zacznijmy jeszcze raz – bierze mnie za rękę i kontynuuje – odpowiemy szczerze na wszystkie twoje pytania, oczywiście pod warunkiem, że nie będą zbyt intymne.
– Nie będą – Ceasar mówi płynnie i spokojnie. – Wywiad niestety będzie szedł na żywo. Mieliśmy co prawda krótki zapas czasu, ale przez ten wstęp już go nie mamy, więc może zróbmy tak – ja pójdę się przebrać, a wy – jeśli macie ochotę – przygotujcie jakieś zdjęcia z wczoraj i zaczynamy. Zgoda? – patrzy na nas pewnie z pokrzepiającym uśmiechem. Jestem tym zaskoczona, ale on nadal nas wspiera.
– Zgoda – odpowiada Peeta wstając – ale jeśli któreś z nas nie będzie chciało odpowiedzieć na jakieś pytanie to jaki mamy dać ci znak?
– Powiedzcie… Jesień jest piękna tego roku – kwituje Caesar wychodząc z salonu.

Do pokoju wchodzi starszy mężczyzna ubrany w proste ciemne jeansy i sweter z lekkiej wełny. Zero makijażu, twarz pełna zmarszczek, niemal kompletnie siwe włosy… Zdumiona patrzę na niego – nie poznałabym go na ulicy, choć wygląda świetnie, o wiele lepiej niż w czasie tych wszystkich wywiadów, które dotąd z nami przeprowadzał…

Siadam wygodnie na kanapie, nogi opuszczam na ziemię, splatam rękę z dłonią Peety. Czerwona lampka na kamerze zaczyna migać.
– Witajcie obywatele Panem – zastanawiam się, czy mieszkańcy rozpoznali w siedzącym naprzeciw nas mężczyźnie Ceasara. Tylko głos nadal ma ten sam. I uśmiech – ciepły, dobrotliwy. Pozbawiony szminki wygląda zaskakująco naturalnie, jak nigdy wcześniej.
– Właśnie jestem w jakże pięknie urządzonym salonie Państwa Mellarków i czekam na spotkanie z naszymi widzami. Katniss i Peeta Mellark zgodzili się udzielić mi wywiadu na temat przygotowań do tejże podniosłej chwili, w której, nie chwaląc się, miałem przyjemność uczestniczyć. Jedno mogę Państwu powiedzieć – ślub był piękny, a o szczegółach porozmawiamy z nowożeńcami.

Odwraca się w nasza stronę i przedstawienie zaczyna się:
– Katniss, Peeta, przyjmijcie raz jeszcze moje najserdeczniejsze gratulacje z okazji waszego cudownego i wyczekanego przez wszystkich ślubu.
– Raz jeszcze dziękujemy – odpowiadam spokojnie. – Także za to, że byłeś naszym gościem – z perspektywy wiedzy, jaką teraz posiadam, wiem, że to, co dla nas zrobił, było odważne. Nawet nie chcę się zastanawiać, ile gazety mogły oferować za nasze ślubne fotografie.
– Kochani – Caesar znów uśmiecha się promiennie, jak widziałam to już wielokrotnie – za każdym razem, kiedy pytano was o datę ślubu, wspominaliście o lecie, a tu nagle proszę – jesień, początek listopada. O co chodzi, czyżby to taka sztuczka z waszej strony? Niewinne kłamstwo dla ukrycia prawdziwej daty ślubu?
– Nie, nic z tych rzeczy – odpowiada spokojnie Peeta. – Choć tak naprawdę to całkiem ciekawa historia, masz ochotę posłuchać?
– Oczywiście – odpowiada bez mrugnięcia okiem Caesar, jakby wszystko było dawno zapisane w scenariuszu.
– Jak sam dobrze wiesz – zaczyna snuć opowieść Peeta – od pewnego czasu intensywnie z Katniss pracujemy. Obaj z Paulem jesteśmy ciągle w rozjazdach, Katniss i Johanna też nie mają wiele wolnego czasu, przez co oboje widujemy się naprawdę bardzo rzadko. Zdarza się, że mija ponad dwa tygodnie pomiędzy naszym jednym, a drugim spotkaniem. I tak też było tamtego wrześniowego wieczoru – ja byłem w Trzynastce, Katniss w Jedenastce. Nie planowaliśmy tego, ale jakoś oboje postanowiliśmy odwiedzić przy okazji rodziców.
I wyobraź sobie taką sytuację – wchodzę do domu rodziców, a mama mówi mi, że Katniss wyszła od nich jakieś pół godziny wcześniej i poszła przenocować do swojej mamy. Zjadłem więc kolację z rodzicami i poszedłem do domu matki Katniss. Jestem pod drzwiami, dom zatopiony w ciemnościach… Tylko okno na parterze, w gościnnej sypialni, było otwarte. Podszedłem tam, zajrzałem do środka i zobaczyłem moją narzeczoną siedzącą na łóżku, wśród jakiś papierów. Skupiona na nich nie widziała mnie, a ja nie chciałem budzić jej mamy, więc pomyślałem, że wejdę przez to okno. Kiedy położyłem ręce na parapecie, poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Zrobiło mi się głupio, bo to był patrolujący ulicę starszy policjant. Zastanawiałem się co mam mu powiedzieć, ale wyręczył mnie, stwierdzając z poważną miną: „Jakbyś się w końcu z nią ożenił, nie musiał byś się tak zakradać przez okno”, po czym klepnął mnie w ramię i odszedł, a do mnie po chwili dotarło co miał na myśli…
– Tak, pamiętam ten wieczór dobrze – przerywam Peecie gładko. – Siedziałam na łóżku w domu mojej mamy, byłam kompletnie wykończona po wyczerpującym tygodniu, a równocześnie miałam świadomość, że z samego rano muszę wracać do Kapitolu. Peety nie widziałam wtedy od ponad tygodnia, a nawet przez telefon rzadko rozmawialiśmy, bo w natłoku obowiązków nieraz zasypiałam nim zdążyłam dojechać do hotelu. Teraz też – mimo, że wiele powinnam była jeszcze zrobić, głowa zaczęła mi już opadać na poduszkę, po czym nagle z tego stanu wyrwał mnie jakiś okropny rumor w okolicy okna.
– Ale dlaczego zostawiłaś okno otwarte we wrześniu? Przecież w tym roku był wyjątkowo chłodny, przynajmniej w Kapitolu? – wtrąca się lekko Caesar.
– To przyzwyczajenie – stwierdzam krótko. – Wiesz, Peeta śpi przy otwartym oknie, a ja czuję się jakbym była bliżej niego, gdy zostawiam je na noc otwarte. To pewnie dziwne, ale tak już mam. A wracając do opowieści – usłyszałam hałas, który zresztą nieźle mnie przestraszył, wyrywając z drzemki, zerwałam się na równe nogi, a na podłodze, jak długi, leżał Peeta. Zanim doszło do mnie co się stało, podniósł się, prawie podbiegł do łóżka, wziął mnie za rękę i zapytał…
– Wyjdziesz za mnie? – zadaje pytanie dokładnie takim samym tonem jak wtedy.
– Przecież już się zgodziłam, nieraz – odpowiadam mu tak samo jak wtedy, a jednocześnie w moim sercu budzi się wspomnienie tamtego szczęścia jakie wtedy poczułam.
– Ale teraz, zaraz, natychmiast.
– Co? – tylko tyle byłam wtedy w stanie wydusić. Zaskoczył mnie, ale nie zastanawiałam się ani minuty, od dawna bardzo tego pragnęłam. Kiedy jego usta w końcu dotknęły moich, do pokoju z impetem wpadł Shen, gotów pokonać intruza.

Caesar śmieje się głośno, trzymając się za brzuch. My też się śmiejemy. Tamtej nocy zapadło wiele decyzji. Data ślubu została ustalona na najbliższą możliwą, w domu mojej mamy momentalnie pojawili się rodzice Peety, Haymitch, Effie, Ast. Z ich twarzy można było wyczytać przede wszystkim radość, ale też coś jeszcze, co później wyjaśnił mi Peeta, kiedy już byliśmy sami. Oni chyba odetchnęli z ulgą, że chcemy to w końcu zrobić.