176. Atak

Witamy,
Cieszymy się, że seria się Wam podoba i zmusza do myślenia 🙂 Zapraszamy do czytania i komentowania.
Przy okazji – życzenia wszystkiego najlepszego dla Oliwii (Kiciaka) i Ady D. 🙂
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Wchodzimy obaj do pomieszczenia, natomiast Haymitch i Hoult zostają na zewnątrz, obserwując wszystko przez lustro weneckie. Mają nam pomóc, zareagować, gdyby nazbyt poniosły nas nerwy. Beetee odmówił uczestnictwa w przesłuchaniu i przezornie wyłączył wszystkie kamery, a Ast został odesłany do swojego prywatnego apartamentu. Cały czas powtarzał nam, że jesteśmy w błędzie, że podjęliśmy pochopną decyzję, nie znając wszystkich faktów. Mimo to, gdy poprosiliśmy o wyjaśnienia, nie chciał nam nic powiedzieć, zasłaniając się ?obietnicą złożoną Pierwszej Damie i Katniss?. Zwykła wymówka, w którą nie wierzę. Mój wieloletni przyjaciel, facet z którym łączy mnie tak wiele wspomnień, odwrócił się ode mnie. Jak mógł mnie tak potraktować! Nie dość, że wiedział o potajemnych schadzkach mojej żony, to jeszcze najwyraźniej dawał na to przyzwolenie. Poczułem, że rośnie we mnie wściekłość, podszyta rozczarowaniem. Ast mnie cholernie zawiódł i to nie pierwszy raz. Poprzednio naiwnie mu wybaczyłem, wyciągnąłem do niego rękę, a chyba zamiast tego trzeba było mu pozwolić zmarnować sobie życie.
– Załatwimy to, jak skończymy z nimi – stwierdza Paul, domyślając się najwyraźniej, co mną targa. Jego obietnica chwilowo poprawia mi nastrój.

Pokój jest nieduży i praktycznie nie ma w nim żadnych mebli. Ściany z trzech stron pomalowane są na popielaty kolor, a ta, w której umieszczone jest wejście, ma także wmontowane lustro weneckie. Zatrzymujemy się na moment, a później powoli zamykamy za sobą drzwi. Duże lampy świecą mocnym, żółtym światłem wprost w oczy naszych więźniów. To celowy zabieg, mający na celu jeszcze większe udręczenie przesłuchiwanych i – choć to metody Snowa – to aktualnie nie przeszkadza mi to, że z nich korzystamy.
– Panie Prezydencie, panie Mellark – zwraca się do nas drugi z mężczyzn, ten, którego nagich pośladków nie musieliśmy podziwiać. ? Bardzo miło mi panów w końcu poznać, żony panów dużo nam o was opowiadały.
Pięści zaciskają mi się automatycznie, nie mam do końca świadomości momentu, w którym poniosły mnie nerwy i wyprowadziłem cios. Wiem tyle, że nie jestem w stanie nad sobą zapanować.
Krew spływa z rozciętej wargi mojego rozmówcy. W jego oczach widzę szok i niedowierzanie, wygląda zupełnie tak, jakby nie wiedział o co nam chodzi i co się właśnie wydarzyło.
– Oszczędźmy sobie zbędnych uprzejmości – Paul kipi z wściekłości, uderza pięściami o oparcie krzesła ustawionego naprzeciw naszych gości. ? Wszyscy dobrze wiemy, po co się tu spotkaliśmy, więc im szybciej zaczniecie mówić, tym mniej będzie was bolało.

Przez moment nawet ja spoglądam na Paula zaskoczony. Już dawno nie widziałem w nim takiej determinacji i chyba nigdy takich emocji. Zdrada Johanny dotknęła go do żywego.
– Panie Prezydencie – zwraca się do niego pierwszy z mężczyzn, a w jego głosie słychać niekłamane przerażenie – nie mamy pojęcia o co chodzi. Proszę powiedzieć, czy żony panów są niezadowolone z naszych usług? Takie klientki to dla nas zaszczyt, staraliśmy się, jak mogliśmy, wszystko odbywało się powoli i delikatnie, ale stanowczo. Niemniej przyrzekam, że nie zrobiliśmy niczego, na co one same nie miały ochoty i na co nie wyraziły zgody. Za każdym razem opowiadaliśmy dokładnie co będziemy robić, mówiliśmy o każdym bólu, który będą musiały znieść, na wszystko były gotowe i bardzo zdeterminowane.

Już po chwili mężczyzna leży na wznak na podłodze, powalony ciosem Paula. Przez okres jego prezydentury zapomniałem, że mój kuzyn jest wyszkolonym żołnierzem. Agentem ochrony najważniejszych osób? Ten cios był tak niezwykle precyzyjny, a przy tym wyglądał jakby był wykonany automatycznie, jakby był jednym z tysięcy, zrobionych przez Paula. Muszę się wiele od niego nauczyć, a dziś będzie chyba idealna okazja do tego, by zacząć.

– Pójdzie nam łatwiej – rozpoczynam tuż po tym, jak Hoult wychodzi z pokoju po podniesieniu mężczyzny z podłogi. Udaję, że nie widzę rzuconego w naszą stronę spojrzenia. Nie mam zamiaru się nim przejmować. – Jeśli powiecie nam, który z was pracował – ledwie przechodzi mi przez gardło to słowo, ale sami to tak określili? Nie mieści mi się w głowie, że moja żona, moja Katniss, mogła mu płacić za tego typu usługi, ale na to wygląda? Wykorzystuję pauzę na próbę uspokojenia się i w końcu podejmuję wątek ? który z was pracował z moją żoną, a który z Pierwszą Damą?
– Ja – odpowiada drugi z mężczyzn – to ja miałem przyjemność pracować z pana żoną. Ale to nie zmienia faktu, że nie bardzo wiemy, co wywołało takie zdenerwowanie u panów. Robiliśmy tylko to, o co nas prosiły i za co nam zapłaciły.

Podchodzę do niego powolnym krokiem. Przyglądam mu się uważnie, widzę nawet drobne kropelki potu, które pojawiają się na jego czole i pod nosem. Jego rysy w ogóle nie przypominają moich, budowa ciała również. Nic go do mnie nie upodabnia, nawet kolor włosów ma inny. Jakim cudem Effie mogła go ze mną pomylić? A może nie mówiła wcale o nim? Może? Może jest ktoś jeszcze inny? Coś przestaje mi tu pasować, gdzieś, głęboko w środku, zaczynam mieć wątpliwości. Pierwszy z mężczyzn również nie jest do mnie podobny, choć byłem skłonny przysiąc, że tak jest, gdy widziałem jego twarz na monitorze, w zielonej poświacie z noktowizora. Przed oczami przewija mi się raz po raz obraz mojej żony, uwiecznionej na zdjęciu wiszącym na ścianie ich mieszkania. I to właśnie rozwiewa wszelkie moje wątpliwości.
– Od jak dawna sypiasz z moją żoną? – wypalam bez zastanowienia.
W oczach mężczyzny widzę odbicie jego uczuć. Lęk gdzieś znika, w jego miejscu pojawia się totalne zaskoczenie, a oczy przybierają kształt spodków od filiżanek.
-Co? – słyszę w odpowiedzi.
-Co? – warczę do niego – tylko tyle jesteś z siebie w stanie wydusić? Jesteś idiotą, skończonym idiotą, jeśli sądzisz, że pomimo mojej nieobecności, nie doszły mnie słuchy o tym, że jesteś kochankiem mojej żony! Wiem o tym, wiem, że przychodziłeś tu trzy razy w tygodniu, zamykałeś się z nią w piwnicy, kochałeś się z nią, a ona ci jeszcze za to płaciła! ? furia wypełnia ponownie moje ciało, od palców u stóp po czubek głowy. Dyszę, przed oczami zaczynają mi przebiegać jasne błyski. Boję się, że w tej jednej chwili lata pracy nad poskramianiem moich napadów, spełzną na niczym. Ogarnia mnie panika, zaczynam się w zatracać, odpływam w świat pełen gniewu i bólu.
– Panie Mellark – mężczyzna powoli, bardzo powoli cedzi słowa – ja nigdy, przenigdy nie spałem z pana żoną. Przychodziłem tutaj z zupełnie innych powodów. Ale one, na wyraźne życzenie pana żony, pozostaną tajemnicą moją i jej.
Jego słowa dochodzą do mnie jak zza szklanej ściany. Brzmią tak samo jak krzyk Katniss na drugiej arenie. Po raz kolejny jej prawie nagie zdjęcie powraca do mojej pamięci.
– Dobrze wam radzę – Paul syczy przez zaciśnięte zęby – mówcie prawdę, całą prawdę, bo poznacie gniew prezydenta. Poznacie mnie z najgorszej strony, a jeśli nie wiecie – przez wiele lat byłem żołnierzem sił specjalnych, szkolonym na zabójcę. Mój kuzyn również wiele przeszedł i albo zaraz zaczniecie mówić, albo to spotkanie zakończy się dla was wieloma godzinami bólu i cierpienia.

Świat wokół mnie zaczyna wirować, ogarnia mnie ciemność.
– Ale my nie zrobiliśmy niczego złego – pierwszy z mężczyzn już rozpaczliwie krzyczy, choć jeszcze nic nie zrobiliśmy. Strach miesza w głowie nie tylko mnie.
Widzę w ruchach mojego kuzyna, w jego oczach, że w tej chwili jego cierpliwość wyczerpała się. Szybkim krokiem przemierza odległość dzielącą go od naszych gości, znów unosi w górę dłoń, zaciska mocno pięść, znów przygotowuje się do ciosu. Mam wrażenie, że widzę całą sytuację w zwolnionym tempie i wiem, że nie chciałbym teraz być na miejscu tego mężczyzny. Znam siłę Paula, wiem, że to uderzenie nie będzie należało do najprzyjemniejszych. Zapewne mężczyzna ponownie upadnie na plecy, zapewne po raz kolejny jego spięte za plecami ręce wiele wycierpią. Nim jednak dłoń Paula dociera do szczęki mężczyzny, drzwi pokoju otwierają się z głuchym łoskotem i do pomieszczenia wpada Haymitch. Nie mam pojęcia jakim cudem zdążył zatrzymać rękę Paula dosłownie o centymetry od celu. Z oczu Paula sypią się skry wściekłości, ale moją uwagę przykuwa wyraz twarzy Abernathy?ego. To nie jest gniew, żal, ani nic innego, co mógłbym tu usprawiedliwić. To konsternacja, która nijak nie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno nie wywołało jej nasze zachowanie, bo tego się raczej spodziewał. I wiem już, że nie powstrzymał Paula przed posunięciem się za daleko, tylko z jakiegoś innego, pozostającego dla mnie zagadką, powodu.
– Panie Prezydencie, panie Mellark, zapraszam panów do pomieszczenia obok. Mamy dla was kilka faktów które rzucą nowe światło na obecną sytuację.
– Sami znajdziemy sobie to światło – odpowiada z furią w głosie Paul.
– Raczej wątpię – odpowiada Haymitch, siłą wywlekając Paula na zewnątrz. Nie widząc innego wyjścia, idę za nim. Oddycham przy tym głęboko, starając się odgonić atak szału. Ale powoli zaczynam przegrywać tę walkę.

148. Przesłuchanie

Witamy,
Dziękujemy za komentarze i reakcje – bardzo lubimy je czytać 🙂 życzymy miłego czytania i czekamy na kolejne 🙂
Następna notka – we wtorek.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

Peeta obejmuje mnie, zamykając w ramionach. Zapewnia mi w ten sposób poczucie bezpieczeństwa, ale to tylko pozory – instynktownie czuję, że nie o to mu chodzi. Czuję, że mi się wymyka, że żegna się ze mną, by wraz z nimi dać się zamknąć w jakimś więzieniu i czekać na pewny wyrok śmierci.

– Jesteście proszeni o wejście do pałacu ? obok nas słychać zaskakująco twardy głos Zacka. Odwracam się powoli w jego stronę i widzę, że na jego twarzy też maluje się przerażenie wywołane aresztowaniem, ale również jakiś dziwny upór, jakieś zdecydowanie, którego się nie spodziewałam.
– Oczywiście, Zack – Peeta zwraca się do niego – zaprowadź Katniss do pałacu, ja muszę jeszcze coś załatwić.
– Nie – ton Zacka jest bardzo stanowczy, wręcz? rozkazujący. Chyba po krótkiej chwili zreflektował się, że to nie do końca było na miejscu, bo dodaje ? Peeta, mam wyraźne polecenie eskortować cię do pałacu. Prezydent polecił mi cię nawet obezwładnić, gdybyś stawiał opór – patrzy na niego pewnie, a równocześnie mocno stoi na ziemi, ręce ma opuszczone wzdłuż ciała, ale widzę napięcie mięśni. On naprawdę jest gotów to zrobić, choć nie wątpię, że niesubordynacja wobec ukochanego dowódcy sporo go kosztuje. Peeta przez chwilę patrzy na niego zmrużonymi oczami, ważąc w sobie decyzję o dalszym działaniu. W końcu wypuszcza powoli zatrzymane powietrze i szybkim krokiem idzie w kierunku pałacu, zostawiając nas za sobą.
– Co jest? – pytam Zacka trochę zdezorientowana, zarówno jego postawą, jak i działaniem narzeczonego.
– Prezydent nie życzy sobie zbędnych poświęceń – odpowiada krótko, ręką wskazując mi, bym też ruszyła, a potem słyszę jego szybki krok chrzęszczący na żwirze.

Scena, jakiej jestem świadkiem, kiedy tylko drzwi pałacu zatrzaskują się za mną, wbija mnie w podłogę nie mniej, niż obserwowane przed chwilą aresztowanie. Paul najpierw szarpie się z Peetą a potem wymierza mu celny cios w szczękę. Peeta ma doświadczenie w zapasach, ale Paul jest znacznie szybszy ? aż mrugam oczami, żeby upewnić się, czy scena jest prawdziwa.
– Siadaj! – warczy Paul. – Do jasnej cholery, ile jeszcze razy chcesz przez swoją głupotę pakować się w tarapaty? – stoi nad Peetą, który pocierając szczękę, siada na krześle przy małym, okrągłym stoliku, służącym chyba tylko jako podstawka dla bukietu niebiesko – żółtych kwiatów, zajmującego całą szklaną przestrzeń.
– Chciałem to naprawić – syczy Peeta patrząc bykiem na kuzyna.
– Niby jak? – prycha Paul. – Idąc tam? I co powiesz? Proszę ich puścić, to faktycznie Hoult strzelał, a Haymitch i Connor rzeczywiście byli tam obecni, ale tylko, by mi pomóc. A, i jeszcze był tam Paul Mellark, ale prezydenta zostawcie w spokoju. Resztę też puśćcie wolno, tylko mnie aresztujcie! – ostatnie słowa wykrzykuje głośno. – Jesteś skończonym idiotą, jeśli myślisz, że ktoś w to uwierzy. Albo – co gorsza, rzeczywiście ktoś uwierzy i dopiero rozpętasz piekło.
– To co?! Mam niby mam patrzeć, jak ci ludzie idą za mnie przed pluton egzekucyjny? – Peeta podnosi się gwałtownie z krzesła i też wrzeszczy na Paula. Słychać ich chyba w całym pałacu, a nie od dziś wiemy, że ściany mają uszy. Powinnam wkroczyć między nich, ale nie mam pomysłu jak to zrobić ? przekrzyczeć ich nie dam rady, oberwać przypadkowo też nie mam ochoty.
– Tak ? Paul nie zmienia tonu – i w dodatku masz trzymać język za zębami!
– Po moim trupie! – wrzeszczy mój narzeczony i rusza w kierunku drzwi.
– Ani kroku dalej, Mellark – Johanna mówi spokojnym, opanowanym, całkowicie pozbawionym emocji głosem. Jest tak odmienny od tego, w jaki sposób przed momentem rozmawiali ze sobą Peeta i Paul, że aż zamieram w bezruchu. Peeta też. Przez chwilę stoi, jakby czekał na ciąg dalszy, ale Johanna milczy, więc w końcu odwraca się powoli do niej.
– Teraz ? dopiero w tym momencie Johanna kontynuuje – weźmiesz Katniss i pójdziecie oboje do podziemi, do sali, którą niedawno odkryliśmy, gdzie będziecie bacznie obserwować przebieg przesłuchania Haymitcha i Connora. Potem pomyślimy co dalej ? kiedy kończy, nie czeka na reakcję, tylko spogląda na męża i wystawia dłoń w jego stronę, a następnie oboje kierują się ? prawdopodobnie ? do wspomnianej piwnicy. Nie mam ochoty na kłótnię, więc szybko robię to samo ? sięgam po dłoń Peety. On waha się przez moment, ale później łączy swoje palce z moimi i razem idziemy za parą prezydencką.

Piwnica na pierwszy rzut oka wygląda tak samo jak wszędzie. Dopiero po lekkim wciśnięciu i przekręceniu przełącznika światła w odwrotnym, niż normalny, kierunku, ściana zastawiona butelkami wina przesuwa się, ukazując wyposażoną salę telewizyjną. Za stołem siedzi Beetee – pogrążony w myślach, nawet nie zauważa naszego przyjścia. Na dużym ekranie, umieszczonym na środku wyłożonej wygłuszającymi płytami ściany, widzę Haymitcha. Siedzi przy prostym, kwadratowym stole, z rękami przykutymi kajdankami do podłokietników krzesła. Rozmawia z jakimś mężczyzną, ubranym w czarny wojskowy mundur.
– Czy był pan na miejscu zbrodni? – pada pytanie, a Haymitch przez ułamek sekundy spogląda na nas. Najwyraźniej przez ten pozornie krótki czas, jaki spędził w sali przesłuchań, zdążył rozpracować kamery. Jestem prawie pewna, że wie, że na niego patrzymy.
– Byłem – odpowiada powoli.
– Kto był z panem? – żołnierz kontynuuje przesłuchanie.
– Panowie Hoult i Connor.
– Kto jeszcze? – dopytuje wojskowy.
– Nikt, tylko my – odpowiada spokojnie Haymitch.
– Nasze źródła donoszą, że było tam pięć osób – przesłuchujący nachyla się nad naszym mentorem. Dłonie, zwinięte w pięści, mocno opiera na blacie, a mnie, z przerażeniem, przychodzi do głowy, że zaraz uderzy Haymitcha, a ten przyjmie cios bez jakiejkolwiek możliwości obrony, bo ręce ma przypięte kajdankami.
– Skoro wasze źródła tak donoszą, to może niech podadzą wam także brakujące nazwiska, bo ja ich nie znam. Nie mam pojęcia kogo zobaczył na miejscu wasz? świadek.
– A może ty mi powiesz kto tam jeszcze był?
– Odpowiedziałem ? nikogo innego nie pamiętam. Może twój świadek zobaczył jakiegoś przechodnia, albo doliczył Snowa i jego kumpli. Albo może? rozmnożyliśmy mu się w oczach – Haymitch śmieje się ironicznie, wyraźnie sugerując, że świadek był pijany. Pięści żołnierza mocno uderzają o blat.
– Lepiej sobie przypomnij, bo zeznający jest cholernie wiarygodny. I był trzeźwy.
– Cóż, to ja mam amnezję – Abernathy śmieje mu się prosto w twarz. – To poważny uraz, nie da się, ot tak, przywrócić komuś pamięci ? nie wiem, czy nie ulegam złudzeniu, ale chyba szybko, niemal niezauważalnie, mrugnął do nas okiem.
– Tak, jasne. Dlaczego więc zabiliście Snowa? Czy to może też zatarło ci się w pamięci? – mężczyzna siada naprzeciw Haymitcha, uważnie mu się przyglądając. Mam wrażenie, że on też zauważył to przelotne zmrużenie.
– To akurat pamiętam. Bo na to zasłużył – odpowiada Haymitch spokojnie, podkreślając ostatnie słowo. Nie wiem, czy to sensowna linia obrony. Po co się przyznaje?
– Ciekawe. A kto zdecydował, że na to zasłużył? Bo jakoś nie widziałem go przed sądem. A co ze sprawiedliwym wyrokiem? – widać, uznał, że od aresztowanego nie uzyska już informacji na temat pozostałych uczestników tamtego zdarzenia.
– Cóż? – Haymitch zaciąga powietrze – czasami trzeba dokonać wyboru, nieważne jak trudnego.
– Tamten wybór będzie kosztował cię życie. Mam nadzieję, że było warto je poświęcić. I osierocić dwójkę dzieci – odpowiada ironicznie mężczyzna. Widzę, że ostatnie zdanie było celne, Haymitch na moment się garbi, ale gdy tylko do pomieszczenia wchodzi dwóch rosłych, zamaskowanych mężczyzn, prostuje się natychmiast. Gdy, stojąc po obu stronach, odpinają kajdanki z poręcz krzesła, Haymitch bezgłośnie mówi, patrząc w kamerę:
– Dotrzymam obietnicy, Katniss.
Czuję się, jakby ktoś mocno uderzył mnie w brzuch. Cały czas, gdzieś głęboko w sobie, miałam zakorzeniony żal do Haymitcha, że wtedy z areny zabrał mnie, a nie Peetę, choć obiecał mi coś zupełnie innego. Jak widać, teraz postanowił to naprawić. Spoglądam z boku na Peetę ? jego spuszczona głowa, zgarbione ramiona, dłonie zatopione we włosach ? chyba załamał się, bo właśnie doszło do niego sedno planu Haymitcha, Connora i Houlta. Oni nadal są wierni Kosogłosowi, a to oznacza, że chcą za wszelką cenę utrzymać Peetę przy życiu i nie dopuszczą do postawienia żadnego z Mellarków przed sądem. Nawet jeśli zapłacą za to życiem.

Nie wiem co mam zrobić ? żadne słowa pocieszenia nie będą tu na miejscu? Rozglądam się po sali i napotykam baczne spojrzenie Beetee?go. Mimo wszystkiego, co się wydarzyło, próbuję się blado uśmiechnąć. Od zawsze jego obecność dawała mi dziwne, niesprecyzowane poczucie bezpieczeństwa. Ale jego słowa nagle je rozwiewają?
– Początkowo chciałem – mówi powoli – żebyśmy utrzymywali, że to ktoś całkiem inny był na miejscu, że żaden z nich nie brał w tym udziału. I tej linii obrony trzymał się Hoult. Nie mam pojęcia co się zmieniło, czemu postanowili teraz postąpić inaczej. Zniszczyli cały mój plan – teraz nie mamy w ręku żadnych argumentów. Jedyne, co możemy, to stać za nimi murem. I chyba powinniśmy sprowadzić tutaj Effie z Joshem i Elizabeth, żeby mogli się pożegnać. Choć nie wiem, jak dzieci to zniosą. No i pewnie sprowadzimy pozostałe rodziny. A potem zostaje nam czekać na ich egzekucje.
– To? to jedyne możliwe wyjście? ? tylko Paul dał radę się odezwać. Ja nie daję rady wydusić słowa, a na dodatek mam wrażenie, że Johanna i Peeta zachowują się dziwnie, jakby wręcz byli nieobecni.
– Pytasz mnie o to, czy to jedyne, co możemy zrobić, czy raczej o to, czy to jedyny możliwy wyrok? – Beetee spogląda uważnie, znad okularów, na prezydenta. Ten nerwowo oblizuje usta, opuszcza głowę i zadaje pytanie, które i mi chodzi po głowie.
– Może ich ułaskawię?
– Możesz, oczywiście. Tylko, że wtedy pewnie zaczniesz kolejną rewolucję, bo Kapitol i nowa 12 ci tego nie wybaczą, to będzie tylko ta iskra, która teraz ich pociągnie do walki. Chyba w obecnej sytuacji państwa nie stać na kolejną bratobójczą wojnę. Przykro mi, ale patrząc na koszty całego społeczeństwa, poświęcenie ich to chyba jedyne możliwe wyjście – odpowiada Beetee swoim spokojnym, wyważonym tonem, który sprawia, że te słowa są jeszcze bardziej tragiczne.
– To stąd nas obserwował?- głos Peety drży. Nie wiem o co pyta i jestem zła, że nie myśli o ludziach, którzy siedzą teraz w więzieniu. Odwracam się, by to skomentować i widzę, że nie patrzy na mnie, tylko na Johannę, która cała skuliła się w sobie. Wygląda na drobną, niewinną, a przede wszystkim ? przerażoną.
– Tak? Tak myślę? – wydusza z siebie wreszcie.
– Dlatego? ? Peeta nie kończy, ale widzę, że Johanna wie o co chodzi, bo kiwa tylko dwa razy głową. Spoglądam na Beetee?ego, licząc, że może on mi coś wyjaśni, ale zamiast tego on ruchem głowy daje mi znak, bym o nic nie pytała, a głośno mówi:
– Powinniśmy położyć się spać. Myślę, że dobrze będzie jak zostaniecie w pałacu – wskazuje na nas – a jutro? Musimy zacząć działać? – nie kończy, przerywa mu ciche pukanie. Do środka wchodzi Zack, trzymając w dłoni białą, opieczętowaną na czerwono kopertę. Podaje ją Paulowi i wychodzi, a prezydent szybkim ruchem rozrywa papier i wyjmuje białą, zapisaną drobnym maszynopisem kartkę. Przebiega ją szybko oczami, głośno wzdycha, i kładąc ją na stole, informuje nas krótko:
– Proces rusza jutro ? wychodzi z piwnicy, a Johanna szybko rusza za nim.

Beetee wstaje i rozkłada ramiona. Po pierwszym szoku wywołanym spostrzeżeniem, że choć przez moment potrafi samodzielnie utrzymać się na nogach, wpadam bez zastanowienia w jego objęcia. On tuli mnie do siebie i szepcze:
– W tym pokoju Snow nadzorował tortury Peety i Johanny. Jestem prawie pewny, że patrzył też jak katowali pozostałych na śmierć, jak choćby Dariusa, o którym kiedyś wspominał Peeta? – najwyraźniej te kilkanaście sekund mocno go wyczerpało, bo szybko mnie puszcza i opada na swój wózek.
– Widzę, że rehabilitacja przynosi efekty? – zagaduje smutno Peeta.
– Jak widać ? przytakuje sucho Beetee i również powoli opuszcza piwnicę.

Obejmuję mocno Peetę, a potem długo tulę, by odgonić okrutne wspomnienia i ukoić łzy nas obojga…

137. Projekt

Witajcie,
Zapraszamy do czytania i komentowania (bardzo lubimy czytać Wasze komentarze). Kolejna notka – w czwartek.
Pozdrawiamy ciepło,
A & A

—-

– Postarałeś się, kuzynie – Paul z uśmiechem klepie mnie po ramieniu – to naprawdę dobry pomysł. I powinien się spodobać zarówno w Kapitolu, jak i w dystryktach, a to niełatwa sztuka.
– Tak – pan Latier przygląda się uważnie dużemu monitorowi, na którym widać moje szkice. Dzięki temu, że są na ekranie, można oglądać je w różnych kolorach – jakby były zrobione z różnych materiałów, z różnym oświetleniem, pod różnym kątem. To niesamowite, jak takie pozornie drobne modyfikacje, potrafią zmienić cały projekt. – Dobrze to wyszło, teraz tylko trzeba odpowiednio powiększyć i opisać projekty, przygotować miejsca w dystryktach i możemy przystąpić do realizacji.
– Zajmiesz się tym, Beetee? – Paul zwraca się do Zwycięzcy, tracąc chwilowo zainteresowanie moją osobą. Podchodzę powoli do okna – Kapitol z wolna zapada się w mroku wiosennego wieczoru. Jeszcze nie ma całkowitej ciemności, ale miasto już świeci milionem świateł. Ludzie idą szybko w pobliżu muru oddzielającego pałac od miasta, samochody poruszają się z dużą prędkością, zostawiając świetlne smugi. Niebo przybrało barwę delikatnego różu, uzupełniając kolorystycznie urzekającą, pełną kolorów i odcieni scenerię.
– Peeta – nie słyszałem jak wołał mnie wcześniej, ale lekko zirytowany ton sugeruje, że robi to po raz kolejny. Odwracam się powoli w jego stronę, obaj mężczyźni patrzą na mnie z wyczekiwaniem.
– Tak? ? mruczę cicho. Nie chce mi się z nimi rozmawiać, odpowiadać na kolejne pytania. To wszystko jest dziwne – najpierw poprosili mnie, bym zaprojektował ten cały pomnik upamiętniający wszystkich poległych w całej siedemdziesięciopięcioletniej historii Głodowych Igrzysk. Później zaproponowali (powiedzmy, że zaproponowali ? nie bardzo mogłem odmówić), bym przyjechał do Kapitolu wykonać jego makietę, a teraz, kiedy wszystko jest gotowe, mam nadzieję, że będę mógł wrócić do domu i zapomnieć o tym wszystkim. Tyle, że po minie Paula domyślam się, że on znów ma dla mnie jakieś zadanie. Uparł się na mnie, choć ma tu masę innych ludzi. Bez sensu?
– Chciałbym – zwraca się do mnie tym wkurzającym tonem, który wskazuje, że to nie prośba, tylko nakaz – żebyś nadzorował budowę i przygotowania w dystryktach. Co ty na to?
– A mam prawo wyboru? – pytam z ironią. Dokładnie tak samo było, gdy kilka tygodni temu zabrał mnie z domu rodziców. Albo jestem dorosły i niech przestanie mną rozporządzać, albo jestem nastolatkiem i wówczas moje miejsce jest w Dwunastce, a nie w Kapitolu, czy innych dystryktach. Paulowi chyba trochę woda sodowa uderza, choć mama twierdzi, że martwi się o mnie i chce, żebym normalnie funkcjonował. Ponoć dlatego przed wyjazdem usłyszałem:
– Koniec cackania się. Straciłeś pamięć dziesięć miesięcy temu, najwyższa pora wrócić do świata żywych. ? Po czym nagle zmienił ton – o co tym razem wam poszło?
– Nie twój interes! – odpowiedziałem chyba trochę zbyt agresywnie, w końcu jest Prezydentem Panem, ale jest też moim kuzynem, a zachował się, jakby był co najmniej był ojcem. I wtrąca się nieustannie w moje życie, jakby miał do tego prawo! Na dodatek zabrał mnie wówczas z Dwunastki niemal siłą, by zawieźć do miejsca, którego szczerze nienawidzę.
– Peeta – przeczesał dłonią włosy – mam dość, rozumiesz? Mam dość ciągłego ratowania waszego związku. Kłócicie się o każdą pierdołę, przerzucacie ciągle winę między sobą. Nie jesteście parą nastolatków, na których nikt nie zwraca uwagi. Ludzie was znają, patrzą na was. Cholera, opanujcie się w końcu! Oboje!
– Możesz sobie odpuścić ? odpowiedziałem mu ostro – nie jesteśmy z Katniss parą. I, jak się nad tym zastanowić, może nigdy nie byliśmy.
Paul krótko się zaśmiał, jakoś dziwnie, nosowo i wysyczał:
– Rób co chcesz, ale żebyś potem nie żałował.
Ciekawe, czego niby miałbym żałować. Z tego, co widziałem na filmach i słyszałem w opowieściach, nasz niby-związek rzadko bywał dla mnie bezpieczny. Teraz wreszcie zaczynałem czuć się normalnie i chyba nawet szczęśliwie. Ta poznana przypadkiem, w lesie, Mała chyba zaczęła się we mnie podkochiwać, a korespondowanie z nią było sporą frajdą. I wtedy dotarło do mnie, że wyprawa do Kapitolu oznacza możliwość osobistych spotkań z Kate, co natychmiast zmieniło moje nastawienie do tego wyjazdu.

A co do Katniss? W tamtą sylwestrową noc wszystko sobie zaplanowałem ? chciałem ten czas spędzić z nią. Tylko z nią. Marzyłem, żeby zaraz po noworocznych życzeniach pokazała mi nasz dom w Wiosce Zwycięzców. Nadal nie dochodziło do mnie, że taka dziewczyna jak ona jest ze mną, kocha mnie, chce spędzić ze mną życie. Wyglądała niesamowicie tamtego wieczoru ? przepiękna dziewczyna w obłędnej sukni, podkreślającej jej urok i elegancję. Wszystko szło idealnie, tak jak chciałem. I nagle się posypało – w pierwszej chwili nie miałem pojęcia, skąd dowiedziała się o Kate. Zobaczyłem tylko, że jej źrenice zwęziły się do wielkości główek od szpilek, a wzrok był pełen wyrzutu. I wtedy popełniłem błąd ? zaatakowałem. A okazuje się, że to chyba nieprawda, że atak jest najlepszą obroną?
– Nie twoja sprawa – odpowiedziałem jej krótko. Katniss zbladła, uniosła pytająco jedną brew, a w kolejnej sekundzie wyswobodziła się z moich ramion i wyszła z sali. Nie widząc innego rozwiązania, poszedłem za nią. Gdy ją zawołałem, zatrzymała się na korytarzu, a potem wciągnęła mnie do gabinetu Haymitcha. Nasza rozmowa nie należała do najspokojniejszych – dobrze, że po całym Ratuszu rozchodziła się głośna muzyka, bo ludzie mieliby niezłe przedstawienie. Krzyczeliśmy na siebie, padło wiele niepotrzebnych słów i stało się – tej samej nocy Katniss wróciła do Kapitolu. Od tamtego momentu nie zadzwoniła do mnie ani razu?

– Nie, nie masz wyboru ? Paul odpowiada ostro, ucinając moje wspomnienia – ruszasz jutro rano, przydzieliłem ci już pomocnika.
Otwieram usta, żeby mu odpowiedzieć, ale przypominam sobie, że jestem umówiony. Nie będę się z nim teraz kłócić.

Szybko przemierzam uliczki Kapitolu. Nasza ulubiona cukiernia jest pełna ludzi, ale światło w środku jest delikatnie przytłumione, przez co trudniej rozpoznać poszczególne osoby, łatwiej się ukryć. Kate siedzi przy jednym z niskich stolików, w oddalonym od wejścia rogu, na dużej poduszce. Jest drobna jak na swój wiek ? dlatego początkowo sądziłem, że jest młodsza, niż w rzeczywistości. Sączy jakiś napój z dużej filiżanki. Mógłbym się założyć, że jak zwykle zamówiła swoje ulubione czekoladowe cappuccino. Wiele razy próbowałem ją namówić, by spróbowała czegoś innego, ale na razie mi się to nie udało ? już nawet kelnerki nie oczekują innego zamówienia, tylko uśmiechając się, pytają czy podać to, co zwykle. Przez chwilę obserwuję ją, jak czyta przysuniętą do świecy książkę. Gdy podchodzę do stolika, unosi głowę i jej twarz rozświetla się radośnie, a płomień świecy tańczy odbiciem w jej dużych oczach. Zamawiam gorącą, gęstą i bardzo słodką czekoladę. Niezmiennie przywodzi mi na myśl Katniss, ale coraz łatwiej odgonić mi tę myśl od siebie, tym bardziej, że jest bardzo niekonkretna, jak jakiś pojedynczy obraz. Zamiast tego, skupiam się na rozmowie z Kate, która po raz pierwszy mnie o coś prosi. Opowiada mi przerażającą historię swojej rodziny ? sporo tam śmierci, gróźb i samotności. Sporo smutku jak na tak młodą osobę. I jedno marzenie ? zrobię, co będę mógł, by jej pomóc. Z opowieści wynika, że problem jest trudny i zawiły, że będę musiał użyć swoich wpływów w Kapitolu. Nie bardzo wiem, jakie mam, ale z drugiej strony oficjalnie nadal jestem asystentem prezydenta i jego doradcą, a to powinno otwierać wiele drzwi. Na pewno warto spróbować.
Nasze spotkanie kończymy przed 10 ? to graniczna pora, o której Kate musi być w domu. Odprowadzam ją do samochodu, a potem wlokę się sam do pałacu, gdzie spędzam noce. W sypialni piętro wyżej śpią Paul i Johanna? Nie lubię tej kobiety ? jej wzrok, sposób, w jaki mówi, jakiś chłód ? to wszystko razem, sprawia, że na jej widok czuję jakiś dziwny, niewytłumaczalny strach. Nie wiem co Paul w niej zobaczył, nie rozumiem tego, ale cóż ? jego ostatnio już też nie. Jest całkiem innym człowiekiem, niż tamten chłopak, którego pamiętam z dzieciństwa. I innym, niż to wynikało z listów, jakie do siebie pisaliśmy. Powoli dochodzę do wniosku, że jego też nie lubię ? tego ciągłego ojcowania mi, tego ustawiania, oczekiwań, których wiecznie nie wypełniam chyba na odpowiednim poziomie?

Kładę się do łóżka, ale w nocy znów, jak wiele razy wcześniej, budzę się zlany potem. Mam wrażenie, że słyszałem obok krzyki jakiejś kobiety. Leki uspakajające już mi nie pomagają, utrudniają tylko wybudzanie się z kolejnych koszmarów. Podchodzę powoli do okna, otwieram je szerzej. Nocą Kapitol jest znacznie piękniejszy niż za dnia, pulsuje jakimś rytmem, którego nie słychać, ale go czuć. Skrywa jakąś tajemnicę, którą chce się poznać, ale nie za szybko? Wciągam na siebie ubranie i najciszej jak potrafię, wychodzę z pałacu. Przemierzając ulice, układam plan pomocy Kate ? w chłodnym, orzeźwiającym powietrzu, znacznie łatwiej mi się myśli, dlatego często spaceruję nocą. Przez dwa tygodnie pobytu w tym mieście stało się to już dla mnie swoistym rytuałem.

Wracam do rzeczywistości, znów znalazłem się pod tym samym budynkiem. Niski, kilkupiętrowy apartamentowiec pogrążony jest w ciemnościach. Nie wiem kto tu mieszka, ani dlaczego mój mózg jakimś sposobem pamięta drogę do tego miejsca. Zatrzymuję się na chwilę oddychając głęboko. Ale wiem, że pora już wracać do pałacu, zanim ktoś zorientuje się, że wyszedłem. Niepotrzebne mi kolejne wykłady.
W drodze powrotnej zastanawiam się, kogo przydzielił mi Paul, kto będzie mi towarzyszył w objeździe dystryktów?