126: Ślub

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w czwartek.

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Idziemy powoli, majestatycznie. Sala jest długa, po obu stronach zastawiona wygodnymi krzesłami z wysokimi oparciami, pośrodku zostawiono przejście. Tu też królują białe kwiaty, połączone ze świeżą zielenią wiosennych liści. Na szczęście nie ma ich tak dużo jak na korytarzu, dzięki czemu można oddychać bez przeszkód. Spoglądam na zebranych tu ludzi i po raz kolejny czuję ukłucie żalu. Tak niewielu nas zostało, zaledwie garstka tych, których nazywamy przyjaciółmi i rodziną. Gdyby nie wojna byłoby ich tu o wiele więcej – choćby Prim, Finnick… Z drugiej strony – czy gdyby rewolucji nie było, to kiedykolwiek zaprzyjaźniłabym się z „szaloną” Johanną i „pawiem” z Czwartego Dystryktu? Czy byłabym gościem na tym ślubie? Może Peeta, którego lubili od początku – tak, ale ja chyba nie. To tamte wydarzenia pozwoliły nam się poznać, zbliżyć do siebie, zrozumieć jak wiele nas łączy pod maskami, do których nakładania zmuszał nas Kapitol…

W rozmyślaniach i wspomnieniach dochodzimy do końca sali, gdzie na podwyższeniu stoi jakiś mężczyzna. Rozpoznaję go od razu, choć tym razem jest ubrany znacznie bardziej elegancko. Czarny garnitur, wyprasowana biała koszula z modnym kolnierzykiem, czerwony krawat – to wszystko nadaje mu szyku i powagi, ale niewiele zmienił się przez te miesiące.
– Dalton – mówię półgłosem.
– Katniss – odpowiada równie cicho, pochylając lekko głowę. Nim odwracam się do Peety, czuję na sobie jego zdziwione spojrzenie, ale nie mam czasu na wyjaśnienia, dlatego używam małego wybiegu, który jako pierwszy przychodzi mi do głowy, licząc, że mój narzeczony się domyśli:
– Będziesz Mistrzem Ceremonii na wszystkich ślubach Zwycięzców?
– Z największą przyjemnością – odpowiada spokojnie, równocześnie dłonią dając nam znak, byśmy zajęli swoje miejsca. Peeta, opuszcza ramię, przytrzymuje przez moment moją rękę, całuje dłoń i dopiero wtedy pozwala mi na zrobienie tych kilku kroków. Staję poniżej podestu, po prawej stronie, Peeta jest po lewej. Muzyka się zmienia i na dźwięk kolejnych taktów, zgodnie z planem, obracamy się powoli. Paul, ubrany w grafitowy garnitur, idzie pewnym krokiem w naszą stronę. Jest skupiony, ale uśmiechnięty, zdenerwowanie dosięga tylko jego oczu. Godziny spędzone na ćwiczeniach z Peetą i wieloma innymi osobami, przygotowania jakie podjął, przyniosły efekt. Podchodzi do podestu, tuż przed nim zwalnia, by wymienić jeszcze jakieś zdanie z Peetą, tak cicho, że nawet ja tego nie słyszę. Wreszcie robi mały krok i staje twarzą w twarz z Daltonem, mając Peetę za sobą.

Czekamy na kolejną zmianę muzyki i znów zwracamy się w stronę wejścia do sali. Jest – Johanna idzie podtrzymywana pod rękę przez moją matkę. Wygląda zdumiewająco, posągowa piękność… Po dziesiątkach przymiarek (i ona narzekała na Effie), w końcu wybrała suknię, którą zapamiętałam od samego początku. Wąski fason zaczyna się dekoltem w formie serca, mocno podkreślającym biust. Na górę nałożona jest delikatna koronka, w której wzorze ukryte są liście drzew z Siódemki – prezent od Effie, która ustaliła wymianę z salonem sukien jako niespodziankę dla Johanny (choć ostateczna decyzja należała oczywiście do dzisiejszej Panny Młodej). Misterny wzór spływa przez pas na boki bioder dodatkowo uwydatniając figurę kobiety. Talię podkreśla plisowany pas, zebrany biżuteryjną klamrą. To ukłon w stronę tradycyjnego stroju ślubnego z dystryktu Johanny, gdzie sztywne plisy nawiązują do faktury drewna. Suknia rozszerza się dopiero na wysokości kolan, umożliwiając Johannie poruszanie się, a na samym dole rozchodzi się w przepiękny półokrągły tren, obszyty tą samą co góra stroju, koronką. Już samo to wystarczyłoby, aby suknia zapierała dech, ale dla większego efektu została uszyta ze specjalnie tkanego materiału nazwanego rockiem – jak wytłumaczyła nam sprzedawczyni, splot w poziomie i w pionie nici o różnym kolorze sprawia, że w zależności od światła i ułożenia, suknia ma różną barwę – od kremu, przez złoto aż do bardzo jasnej, niemal niezauważalnej miedzi. Każdy krok, każdy ruch sprawia, że suknia wygląda inaczej, jakby była uszyta z dodatkiem magii, albo technologii Beetee’ego…


Uśmiecham się do niej najserdeczniej jak potrafię, kiedy oddaje mi bukiet. Niemal odruchowo wącham malutki, biało-zielony bukiecik. Uwielbiam zapach frezji – kwiatów, które rosną jakby rodzinnie, na wspólnej gałązce, rozwijając się powoli… Tym razem są przybrane gałązkami klonu tworząc prosty, cudny duet, który uzupełnia kreację, nie walcząc o pierwszeństwo, nie dominując nad strojem, ani panną młodą.

Johanna zatrzymuje się obok mnie, czekając na słowa Daltona:
– Witam wszystkich zebranych na tej podniosłej uroczystości – Mistrz Ceremonii zaczyna powoli pewnym i mocnym głosem. – Zebraliśmy się tu dziś, aby na zawsze połączyć losy tych dwojga – Johanny i Paula. Ale nim do tego dojdzie, tradycji musi stać się zadość. Pytam więc – kto oddaje rękę tej kobiety temu mężczyźnie?
– W zastępstwie jej rodziców – zaczyna moja mama drżącym ze zdenerwowania głosem – ja oddaję ją jemu i jego rodzinie.
– Kto – ponownie odzywa się Dalton – przyjmuje ją do swojej rodziny i obiecuje traktować jak jej członka, od teraz po wsze czasy?
– Ja – matka Paula tylko tyle jest w stanie z siebie wydusić. Łzy szczęścia i wzruszenia obficie płyną po jej twarzy, a moja mama symbolicznie „oddaje” Johannę Paulowi, wkładając jej rękę w jego dłonie.
– Moja matka i ja – kontynuuje Rose również wzruszonym i poddenerwowanym głosem – przysięgamy na honor własnej rodziny, że będziemy ją kochać i wspierać do końca naszych dni, jako naszą córkę i siostrę, którą dzięki temu małżeństwu się stanie.
Spoglądam zaskoczona na Peetę, nie jest to standardowy punkt ślubnej uroczystości. Krótka odpowiedź przyszłej teściowej wystarczyłaby w zupełności – matki zawsze w takim momencie się wzruszają, więc nikt nie oczekiwał niczego więcej. Wzrok Peety wędruje na krótki moment w stronę Asta, który w rogu sali, uśmiechając się delikatnie, odhacza jakiś punkt na podkładce, którą trzyma w ręce. Oczywiście, to on pomyślał o wszystkim.
– Paulu Mellark – Dalton bez mrugnięcia okiem kontynuuje uroczystość – czy w świetle słów wypowiedzianych przez twoją rodzinę, bierzesz za żonę obecną tu Johannę i przyrzekasz jej miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam ją kochać, szanować i trwać przy niej w zdrowiu i chorobie aż po kres moich dni – odpowiada Paul, a w jego oczach widzę szklące się łzy.
– Johanno Mason, czy przyjmujesz miłość obecnego tutaj Paula i przyrzekasz mu miłość i wierność, dopóki śmierć was nie rozłączy?
– Przyrzekam kochać go, wspierać i trwać przy nim w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, aż po kres moich dni – odpowiada moja przyjaciółka.
– Mocą nadaną mi przez Panem z największą radością ogłaszam was mężem i żoną. Na znak przypieczętowania słów, które dziś wypowiedzieliście, wymieńcie się obrączkami – znów słyszymy spokojny głos Daltona, a w tym samym czasie Josh, ubrany w jasny garnitur, będący niemal kopią stroju Haymitcha, wchodzi na podest niosąc małą tacę, na której leżą dwa złote symboliczne krążki, z prostym grawerem z datą i inicjałami wewnątrz. Jest niesamowicie przejęty, a gdy mnie mija, słyszę jak cicho sobie powtarza:
– Najpierw wujek Paul, najpierw wujek Paul…

Paul wsuwa obrączkę na serdeczny palec prawej dłoni żony i delikatnie całuje jej rękę. Johanna robi to samo, ale na koniec całuje usta Paula. Wszyscy wstają, biją brawo, a Dalton mocnym głosem stara się przekrzyczeć burzę oklasków:
– Panie i Panowie – oto państwo Johanna i Paul Mellarkowie!
Brawa się nasilają, Johanna i Paul patrzą chwilę na zebranych, a później wpadają w nasze ramiona. Johanna ściska mnie mocno.
– Gratuluję kochana – mówię cicho, tuląc ją do siebie.
– Dziękuję – mówi coraz bardziej łamiącym się głosem.
– Hej, co jest – Johanna Mason płacze? – pytam ją rozbawiona, choć wzruszenie ściska i moje gardło.
– Mellark – odchyla się ode mnie – Johanna Mellark, półmózgu – ripostuje i odchodzi ode mnie z udawanym naburmuszeniem ale równocześnie puszcza do mnie oko. Kiedy składam gratulacje Paulowi, on patrzy na mnie chwilę, a potem zamyka mnie w uścisku i cicho mówi:
– Teraz wasza kolej, nie dajcie waszym matkom długo czekać.
– To nie tylko ode mnie zależy – odpowiadam z uśmiechem. – A dziś jest wasz dzień – jeszcze raz serdecznie gratuluję i życzę wam spokoju. I tej miłości, której dziś macie pod dostatkiem i takiego samego uśmiechu na twarzach…
– Dziękuję Katniss – patrzy mi uważnie w oczy – dziękuję za wszystko…

W piątkę przechodzimy do sali obok. Pośrodku stoi stół z przygotowanym do podpisu aktem małżeństwa, a tuż za nim – wycelowana prosto w nas kamera. Przez otwarte okno balkonu słychać zamieszanie na placu – oczywiście Kapitol zebrał się, by powitać nowe małżeństwo. Najpierw Johanna z Paulem (po dopowiedzeniu Daltona, że po raz ostatni Johanna ma się podpisać panieńskim nazwiskiem) podpisują akt małżeństwa, a po nich to samo robimy my, jako świadkowie. Na koniec swój podpis składa Dalton, poświadczając tym samym, że dokument i zawarte małżeństwo są ważne.

Za oknem wiwaty są coraz głośniejsze, ludzie domagają się wyjścia na balkon pary prezydenckiej. Raz jeszcze my składamy im gratulacje, tym razem słowami dokładnie przygotowanymi przez Asta i Peetę, a potem wychodzimy na zalany słońcem taras. Ludzi jest mnóstwo, krzyczą imiona młodej pary, mężczyźni rzucają w górę nakrycia głowy, a kobiety – kwiaty. Mimo wrzawy jeden mocny głos jakoś przedziera się i dociera do nas.
– Panie Prezydencie – to Connor zwraca się do Paula rozbawiony. Domyślamy się, że przyszykowali coś ponad ustalenia dokonane z Astem. – Panie Prezydencie, mamy coś dla Pana.
Wszyscy momentalnie spoglądamy w dół – na placu przed pałacem stoi Connor i kilku członków jego drużyny. W jednej ręce trzymają małe drzewko, to chyba sosna z korzeniami owiniętymi jakąś płachtą. Jeden z nich trzyma na sznurku coś jeszcze – małą bielutką owieczkę.  Johanna i Paul wybuchają gromkim śmiechem i szybko wychodzą z balkonu, chcąc udać się na plac. Spoglądam na Peetę, a on ściska moją dłoń i gdy chodzimy ze schodów, tłumaczy mi, że w Siódemce w dniu ślubu para młoda sadzi wspólnie młode drzewko, które symbolizuje później ich rodzinę, zaś w Dziesiątce rodzina i przyjaciele kupują młodym coś na rozpoczęcie hodowli – na ogół jest to jakieś źrebię, cielaczek lub owca.
– Owca? – Paul pyta Connora, tuż po tym, jak przyjmuje od niego gratulacje.
– Tak, bo ty i twoja żona jesteście łagodni jak baranki – puszcza do nich oko, kiedy wszyscy wybuchamy śmiechem. 

Johanna i Paul sadzą drzewo tuż przy murze Pałacu Prezydenckiego. Owieczka została zaprowadzona do jakiejś specjalnie na tę okoliczność przygotowanej przez Asta zagrody. Na szczęście poznał zwyczaje obu dystryktów i domyślił się, że prezent będzie zawierał nie tylko drzewko.

Peeta mocno mnie obejmuje, całuje w tył głowy. Stojąc za mną, zaplótł ręce na mojej talii, przez co możemy dokładnie podziwiać poczynania pary młodej.
– Ładnie ci w zielonym – mówi cicho.
– To butelkowa zieleń – odpowiadam mu z uśmiechem.
– Wiem, ale… – zawiesza głos.
– Ale…?
– Wolałbym cię w bieli.
– To może pora coś z tym zrobić?
– Może pora – zawiesza głos, bierze głęboki oddech. – Czerwiec to piękny miesiąc, nie sądzisz?
Obracam się szybko w jego stronę, uważnie mu się przyglądam. On patrzy na mnie wyczekująco.
– O czym rozmawiacie? – przerywa nam ojciec Peety, który wraz z resztą gości zszedł na dół, by wziąć udział w obrzędach z dystryktów.
– O czerwcu – odpowiada spokojnie Peeta.
– O czerwcu? – moja mama patrzy na niego zaskoczona.
– Tak – Peeta delikatnie się uśmiecha – co powiecie na czerwiec? – spogląda na nich uważnie, nadal trzymając mnie w objęciach.
– Ładny miesiąc – odpowiada jego ojciec – taki słoneczny.

Peeta delikatnie mnie odchyla i całuje w usta. A mnie ogarnia niesamowite poczucie radości.

125: Oświadczyny

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejny rozdział we wtorek (w ramach prezentów urodzinowo- imieninowych 🙂 ).

Pozdrawiamy ciepło A. & A.

Patrzę z zadowoleniem w lustro, w którym odbijamy się obie z mamą. Bardzo rzadko mamy okazję spędzić razem czas, więc gdy zaproponowała, że upnie mi włosy, ucieszyłam się. Choć mam tu na zawołanie fryzjerów i stylistów, najczęściej robię to sama. Dziś też miałam taki zamiar, ale układanie włosów przez mamę kojarzy mi się z dzieciństwem. I zachwytem Cinny, który nie miał wątpliwości, że fryzura przygotowana właśnie przez nią była idealna. Teraz jest tak samo – na początku nie byłam do końca przekonana, czy kwiat będzie do mnie pasował – to taka dziewczęca ozdoba. Teraz, gdy widzę efekt, wiem, że mama znów miała rację – śmietankowo biała lilia idealnie współgra z kolorem moich włosów, dodając elegancji odpowiedniej do dzisiejszej uroczystości.

Mimo tego, że przez cały poranek mama jest pozornie w bardzo dobrym nastroju, przede mną i tak nie ukryje prawdy. Widzę, że pod maską pogody i dobrego humoru kryje się zdenerwowanie. Widziałam je już w poduszkowcu w czasie lotu do Kapitolu – wówczas podejrzewałam, że to może smutek ze względu na rozstanie z Shenem, na zostawienie pacjentów w szpitalu, z którymi wydaje się zżyta, którzy wypełniają jej większość czasu. Jednak widzę, że kolejny dzień nic nie zmienił – podejrzewam, że coś się stało i to chyba coś złego, skoro mama stara się to przede mną (nieudolnie) ukryć. Peeta, zgodnie z tradycją, poszedł przygotować się z Paulem, więc postanawiam wykorzystać sytuację.
– Mamo?
– Tak kochanie? – spogląda na mnie z wyraźna dumą. Długa suknia, którą mam na sobie, idealnie podkreśla moją figurę. Delikatne rozkloszowanie tuż poniżej linii bioder dodaje mi kobiecości, a dekolt karo ładnie podkreśla mój biust. Mimo, że suknia jest na szerokich ramiączkach, żakiet w identycznym kolorze sprawi, że nie będzie mi zimno.
– Co się dzieje? – spoglądam na nią uważnie, biorąc ją za ręce.
– Nic – mama głośno przełyka ślinę. Ona także wygląda bardzo elegancko. Kostium w delikatnym odcieniu mięty, który wczoraj kupiłyśmy w Kapitolu, sprawia, że moja mama wygląda dużo młodziej niż pokazuje to jej metryka. Po śmierci taty i Prim przygarbiła się, na jej twarzy pojawiło się mnóstwo nowych zmarszczek, włosy straciły dawny blask. Zresztą, ślad czasu i przeżyć widać nie tylko u niej, ale także u pani Mellark… Dlatego wczoraj cały dzień spędziłyśmy w polecanym przez Effie salonie piękności. Nasze matki zrobiły sobie nowe fryzury, a kosmetyczki zajęły się ich twarzami i paznokciami. Dziś będą pod bacznym okiem fotoreporterów, nie chciałam, by jakieś gryzipiórki dokuczały im złośliwymi komentarzami.
– Trochę się denerwuję – odpowiada mi po chwili.
– Rozumiem – pociągam ją lekko w stronę sofy, na której obie możemy usiąść wygodnie.
– Trema jest oczywista, w końcu pierwszy raz prowadzisz kogoś do ołtarza… Ale nie o to chodzi, prawda?
Mama długo milczy, po czym odpowiada:
– To przez Shena.
– Coś nie tak? – moje przypuszczenia jednak się potwierdzają.
– Nie, właśnie bardzo tak. I… I on… on…
– Co on? – serce mi wali tak, że prawie nie słyszę nic innego. Jeśli zranił mamę, to znów może zamknąć się w sobie, znów się załamie. Nie…
– Poprosił mnie o rękę – wyrzuca z siebie w końcu.
W pierwszej chwili się cieszę – moja mama znalazła kogoś, kto zapewni jej szczęście. Ale niemal w tym samym momencie czuję się, jakbym dostała cios w brzuch. Silny, odbierający oddech i spokój… Przed oczami widzę tatę – to przecież on był mężczyzną jej życia. To z nim miała się zestarzeć, to z nim miała patrzeć jak dorastamy. To on miał mnie prowadzić do ołtarza… Los chciał inaczej, ale tak trudno mi sobie wyobrazić ją w ramionach innego mężczyzny, zasypiającej w łóżku z innym. Moją matkę noszącą inne nazwisko. Zaczynam się pocić, spoglądam na nią z ukosa. Widzę, że wie jaka walka we mnie się toczy – mogłam oszukać telewidzów jadąc na dożynki, mogłam ich oszukać na arenie, ale mama mnie zna znacznie lepiej niż oni wszyscy razem wzięci. Widzę to w jej nerwowej reakcji – w napięciu mięśni wokół ust, drżących dłoniach złożonych razem, usztywnionych, by zmniejszyć niekontrolowany ruch.
– I co mu odpowiedziałaś? – pytam po chwili nienaturalnym głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła. Mam wrażenie jakby to mówił ktoś inny, jakbym słyszała to zza ściany z waty.
– Nic – odpowiada i zaczyna płakać.

Peeta, czemu cię tu nie ma, gdy jesteś potrzebny… W tej chwili jego obecność tutaj byłaby nieoceniona – jego spokój i opanowanie. Wiedziałby co powiedzieć, co zrobić. Byłby w stanie pomóc mi pokonać lęk i opór, jaki wywołały słowa mamy. Czuję, że oddycham bardzo szybko, a mimo to mam wrażenie, że się duszę, że nie jestem w stanie napełnić płuc powietrzem. Próbuję, ale nie jestem w stanie ustabilizować oddechu. Chyba nic nie jestem w stanie zrobić – ciągle mam przed oczami obraz taty całującego mamę na powitanie, gdy wracaliśmy z leśnych wypraw. Jego ciepły uśmiech na jej widok, jego miłość, jaką widziałam na każdym kroku. Wszystko we mnie krzyczy: nie rób tego, nie zgadzaj się! Zostań wierną tacie do końca… Zostań do końca życia wdową.
Ostatnia myśl trochę mnie trzeźwi – czy to fair? Ja mam Peetę, mamy wspólną przyszłość, mieszkamy obecnie z dala od Dwunastki. Mama jest sama, właściwie w jej pobliżu nie ma już nikogo, kogo kocha. Tata i Prim odeszli, ja jestem daleko. Często nawet nie mam czasu, by z nią porozmawiać, nie mówiąc o byciu z nią. Po całym dniu spędzonym w pracy nierzadko nawet nie sprawdzam poczty głosowej – zdarzało się, że wiadomość od mamy odsłuchiwałam po 3-4 dniach. A jeszcze częściej to Peeta informował mnie, że mama nas pozdrawia, że pyta co słychać… Czasem to on nocami z nią rozmawia… Gdy uświadamiam sobie to wszystko, słowa przychodzą same:
– Kochasz go? – nagle mój głos jest cichy i opanowany, jakby struny głosowe uspokoiły się jako pierwsze, szybciej niż serce i mózg.
– Tak – mówi cicho mama, zaraz dodając – ale to inna miłość niż ta, którą czułam do twojego taty. Shen daje mi poczucie bezpieczeństwa, ciepła. Dba o mnie, pomaga mi. Jest… – spogląda na mnie, a w jej oczach widzę strach, pomieszany z nadzieją. W ustach czuję gorycz – moja matka boi się mnie… Boi się mojej reakcji na to, że jakiś inny mężczyzna może być dla niej ważny. Jest dorosła, niezależna, a mimo to swoją decyzję uzależnia od mojej reakcji. Nie mam prawa stawać na jej drodze, nie w taki sposób.
– Może powinnaś się zgodzić? – obraz ojca rozmywa się. Pozostaje tylko ona – moja matka, która świetnie zdaje sobie sprawę z moich początkowych odczuć. Studiuje bardzo dokładnie moją twarz, chcąc się upewnić, czy moje słowa są szczere, czy mają potwierdzenie w mojej minie, reakcji mojego ciała. A ja już rozumiem – nic nie zastąpi jej mojego ojca, dawno utraconej miłości. Ale moja mama tak wiele przeszła, tak wiele wycierpiała, a teraz ma szanse na normalne życie, u boku mężczyzny, który ją kocha. Może tak właśnie miało być. Ani tata, ani Prim nigdy nie chcieliby, abyśmy były nieszczęśliwe, żebyśmy całe życie poświęciły na żałobę po nich. Shen to dobry człowiek, tak samo skrzywdzony przez życie jak moja mama – może dzięki temu jest w stanie zrozumieć ją znacznie lepiej niż ktokolwiek inny.
– Tak – odpowiadam już pewnie, uśmiechając się delikatnie. Wiem, że to dobra decyzja. – A teraz chodźmy już, pora na nas. Bez nas nie zaczną – przytulam ją mocno.

Cały pałac został specjalnie udekorowany na dzisiejszy dzień. Idziemy powoli przez hol, tonący w tysiącu białych kwiatów. Ich zapach jest niemal duszący, ale zdjęcia będą przepiękne. Mama, która po naszej rozmowie, zrobiła się na chwilę pogodniejsza, znów wydaje się być spięta swoją rolą.
Cała uroczystość odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Dopiero podpisanie aktu małżeństwa zostanie upublicznione, tak samo jak obrzędy ślubne z dystryktu. Zdecydowaliśmy, że Kapitol powinien się dowiedzieć jak to się odbywa, jak fantastycznie obywatele Panem potrafią celebrować takie chwile. Początkowo mieszkańcy Kapitolu byli niezadowoleni brakiem relacji na żywo z całej ceremonii zaślubin, ale Peeta, jak zawsze, potrafił im to wyjaśnić. Powołał się na intymność chwili, na delikatność uczuć, na to wszystko, co sprawia, że młoda para chce w tym momencie być tylko z rodziną i przyjaciółmi. Równocześnie dziennikarzom obiecał trzy zdjęcia – z wymiany obrączek i pierwszego pocałunku oraz skrót z przysięgi Młodych. Wszyscy przyjęli to do wiadomości, choć wątpię, by w pełni zaakceptowali…

Podchodzę do stojącego przy wejściu do głównej sali Peety, on spogląda na mnie uważnie. Wygląda świetnie, garnitur idealnie leży, koszula współgra z kolorem mojej sukni. Wystarczył mu rzut oka na mnie i mamę, by dowiedział się, że coś się wydarzyło.
– Powiesz mi o co chodzi? – pyta szeptem, gdy zza drzwi słychać już pierwsze takty muzyki.
– Nie teraz – odpowiadam z uśmiechem. Nie mamy już na to czasu.
– Pięknie wyglądasz – mówi zmieniając łatwo temat, a ja jestem mu wdzięczna, że nie dopytuje o szczegóły.
– Musimy zaczynać – przerywa nam głos Asta – pora się przygotować.

Stajemy na wyznaczonych pozycjach, drzwi się otwierają, a wszyscy goście wstają. Uroczystość czas zacząć.

124: Sześcioraczki

Witamy 🙂

Sześcioraczki dedykujemy Kasi (nick wariatka59) i Adzie (nick adusia13248) – za inspiracje do poniższej notki 🙂 Dziękujemy 🙂

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejną notkę dodamy w niedzielę.

Pozdrawiamy A. & A.

Winda powoli sunie do góry, otaczając mnie cichym szumem niemal jak kołdrą. Zmęczenie dopada mnie coraz mocniej, powieki stają się ciężkie, same zamykają się. Gdyby było tu jakieś krzesło, prawdopodobnie już bym spała – tylko pozycja stojąca powstrzymuje mnie od odpłynięcia. Opieram głowę na piersi Peety, a on delikatnie gładzi moje włosy. Przytulona słyszę jego serce, czuję oddech i ciepło. I stłumione ziewnięcie. Podnoszę na niego wzrok – oczy ma tak przekrwione, że stały się niemal całkiem czerwone – białka pokryte czerwoną siatką nieprzyjemnie odcinają się od błękitu tęczówek; oczodoły otaczają fioletowo-szare sińce. To był ciężki i aktywny dzień. Poprzedzony dwiema dobami niemal bez snu…
– Zmęczony? – pytam cicho, kiedy winda hamuje, zatrzymując się na naszym piętrze.
– Wykończony – nawet gdyby tego nie powiedział, aż nadto wyraźnie słychać to w jego głosie. 
– Szybki prysznic i do łóżka? – marzę tylko o tym, by to potwierdził. Marzę o odpoczynku i śnie, ale chcę zasnąć z nim, a nie sama.

Całą noc nadrabialiśmy zaległości. W naszym domu, w Wiosce Zwycięzców, wśród lubianych sprzętów, wśród znanych dźwięków i spokojnych kolorów, w miejscu gdzie nie byłam wciąż wystawiona na widok, poczułam się znowu sobą. Znów najważniejsi byliśmy my, a nie Panem, Kapitol, dystrykty – ciągła bieganina i obowiązki, w której zatracamy siebie, która nas wyniszcza. Czar prysł nad ranem, kiedy nasze umysły zaczęły znów podsuwać nam listę spraw, jakie nas czekają, gdy tylko słońce wstanie.

Beetee przysłał po nas największy poduszkowiec – już wcześniej ustalaliśmy, że cała rodzina Peety i moja mama przylecą do Kapitolu – różnica polega tylko na tym, że lecą z nami, a nie sami. Na pokładzie znaleźli się także Haymitch z Joshem. Tylko Effie nie zdecydowała się na wyjazd, ale jej decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem – Elizabeth jest jeszcze malutka, ma zaledwie dwa miesiące. Haymitch pewnie też zostałby w domu, ale Josh żył wyprawą już od kilku tygodni, więc nie chciał zawieść syna. Natomiast Shen został w Dwunastce – ma się opiekować Effie. Z jednej strony cieszy mnie jego decyzja – Haymitch będzie spokojniejszy wiedząc, że przy jego żonie i córce jest ktoś zaufany, ale z drugiej… Miałam wrażenie, że ta decyzja przyszła mu bardzo łatwo, jakby nie chciał brać udziału w tym zamieszaniu. Mam nadzieję, że chodzi o Kapitol, którego nie lubi, a nie o jakieś problemy między nim, a mamą…

Tuż po wylądowaniu, przewozimy wszystkich szybko i sprawnie do ośrodka szkoleniowego, który pełni rolę hotelu. Cała rodzina zmieściła się bez problemu na dwunastym piętrze. Na szczęście, po remoncie, wystrój w środku nie przypomina tego, w którym spędzaliśmy czas przed Igrzyskami, więc nie wyzwala w nas traumatycznych odczuć. Resztę wątpliwości rozwiała mina mojej mamy, gdy zobaczyła widok z okna. Mnie już nie zapiera tchu, ale komuś, kto widzi po raz pierwszy panoramę Kapitolu – niewątpliwie tak.

Godzinę później, gdy już wszyscy się rozpakowali, zarządziliśmy wielkie zwiedzanie Kapitolu. To był fantastyczny, choć wyczerpujący dzień. Chodziliśmy po odbudowanych uliczkach, zaglądaliśmy do sklepów i kawiarenek rozpieszczając naszych bliskich. Staraliśmy się ukryć przed nimi ceny, ale dwukrotnie widziałam spojrzenie mam, gdy nie byliśmy wystarczająco szybcy. Choć obie wiedzą, że mamy niemałe oszczędności pozostałe z wynagrodzeń Zwycięzców, a nasze obecne kapitolińskie wypłaty pozwalają nam na bezproblemowe korzystanie z tego typu drogich rozrywek, to nadal mają w pamięci biedę i konieczność zaciskania pasa, jakie towarzyszyły im całe życie. I trudno się im pogodzić z bajońskimi cenami w stolicy.

Na początku nasza mała, dziesięcioosobowa wycieczka wzbudzała spore zainteresowanie. Ludzie oglądali się za nami zarówno dlatego, że rzadko widywali trzech Zwycięzców razem, jak i szukając śmiechu i rozbawienia, jakie towarzyszyło cały czas Joshowi i Peeterowi.  Mały Abernathy (Haymitchowi bardzo zależało, by jego syn jak najszybciej oficjalnie nosił jego nazwisko i choć testy potwierdzające ojcostwo były tylko formalnością, musiały zostać przeprowadzone ze względów prawnych – z tego względu on, jako jedyny, nie objął urzędu natychmiast, ale tydzień później) okazał się niezawodny w wyszukiwaniu kolejnych miejsc do zabawy. Mimo, że od wielu miesięcy nie mieszka już w Kapitolu, nadal doskonale zna jego topografię – szczególnie w zakresie miejsc stworzonych dla dzieci. Wreszcie chłopcy uparli się, żeby pójść do jakiegoś „wesołego kącika”, ciągnąc nas wszystkich. „Kącik” okazał się być olbrzymią salą zabaw – z kulkami, dziesiątkami rur, lin i ścianek wspinaczkowych. Przez moment przeszło mi przez myśl, że mogą nie zgodzić się na wejście Peetera, który wyglądem jest dorosłym mężczyzną, ale na szczęście nie było z tym problemu. Zresztą szybko okazało się, że nie był tam jedynym dużym uczestnikiem zabaw.

Kiedy chłopcy szaleli w swoim raju, my powoli sączyliśmy kawę w miejscu dla rodziców. Ludzie pokazywali nas palcami, słychać było szepty Czy to Katniss i Peeta? Czy to doradcy Pary Prezydenckiej? Peeta, wyczuwając moje zdenerwowanie, delikatnie gładził moją rękę. Zawsze próbuję się wyłączyć, nie słyszeć i nie widzieć ogólnego zainteresowania i ciekawości, ale chyba nigdy nie zaakceptuję tego, że każde nasze wyjście z domu, nawet prywatne, na kilkanaście minut, nie pozostaje niezauważone. 
– Czy wam to nie przeszkadza? – Patrick, skubiąc serwetkę, spogląda na nas z ukosa.
– Pytasz – Peeta na moment zawiesza głos – o to? – wskazuje głową jedną z kobiet siedzących za nami, która teatralnym szeptem tłumaczy koleżance, że to na pewno my, przy okazji komentując zachwyconym tonem mój ubiór.
– Mhm – potakuje cicho Patrick, krzywiąc się przy tym.
– Wiesz – odpowiadam mu – mnie bardzo. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję. Ale twój młodszy brat to uwielbia – odpowiadam kąśliwie.
– Tak – Peeta śmieje się krótko – uwielbiam to. Jak mam zły dzień, to biegam nago po Kapitolu i czekam aż mnie rozpoznają.
Pani Mellark krztusi się herbatą
– To dlatego jesteś tak popularny? – zagaduję go z uśmiechem.
– Tak kochanie, odkryłaś mój  sekret – delikatnie całuje moją dłoń.
– A tak poważnie Patricku – momentalnie zmienia mu się ton – prywatność odebrano nam w momencie, kiedy nasze nazwiska zostały wylosowane w czasie Dożynek. Od tamtej pory staliśmy się rozpoznawalni. A później ten osobnik – wskazuje dłonią na Haymitcha – dołożył wszelkich starań, by nikt nie zapomniał kim jesteśmy. Cóż, dzięki temu przeżyliśmy, ale to nie zmienia faktu, że w Kapitolu nieodmiennie jesteśmy traktowani jak małpki w zoo. W dystryktach jest trochę lepiej, ale tylko trochę. Dlatego tak tęsknimy za Dwunastką, za miejscem, w którym znają nad od tak dawna, że nie emocjonują się tym… – ma rację, dla nas Dwunastka to nie tylko rodzinny dystrykt, to miejsce w którym możemy być sobą. Owszem, tam też nie unikamy rozpoznania, uśmiechów, pozdrowień, ale tamci ludzie nigdy nie są nachalni. Znają nas od dziecka, patrzyli jak rośniemy, zmieniamy się, patrzyli na nas w czasie Igrzysk i Tournee. Nie jesteśmy dla nich celebrytami z okładek pism, tylko dzieciakami z sąsiedztwa, które znalazły się w złym miejscu w złym czasie i musiały stawić czoło sytuacji, by przeżyć.

W tym samym momencie, moje rozmyślania przerywa dziwne zamieszanie. Spoglądam za wzrokiem Peety, który wstaje z krzesła i widzę sunącą w naszą stronę Johannę. Obok niej idzie spokojnym krokiem Hoult – gdyby nie spojrzenie, którym wciąż wędruje wokół, spokojnie można byłoby ich wziąć za zatopionych w rozmowie przyjaciół.
– Dzień dobry – Pierwsza Dama uśmiecha się ciepło na nasz widok, a kobieta przy stoliku za nami mdleje artystycznie. 
– I jak znajdujecie Kapitol? – pyta z dziwnym akcentem, który natychmiast przywodzi mi na myśl Caesara.
– Takie to wszystko – zaczyna powoli ojciec Peety – wyniosłe.
Po jego słowach wszyscy wybuchają śmiechem, ale równocześnie mam poczucie, że on ma rację. Tu nic nie jest normalne – wszystko jest egzaltowane, wyniosłe, niezwykłe…
– Ciocia? – mała rączka Josha ciągnie za bladoróżowy żakiet Johanny zarzucony na jasną sukienkę.
– O, cześć przystojniaku – odpowiada mu z promiennym uśmiechem.
– Czemu jesteś w sukience? – Joshua marszczy brwi i ze zmarszczonym nosem uważnie się jej przygląda, czekając na odpowiedź.
– Bo muszę – odpowiada Johanna z nieukrywanym żalem i skrzywieniem, jakby ten fakt niemal ją bolał.  – Zapraszam wszystkich na kolację do Pałacu – zmienia po krótkiej chwili temat. – A z wami – wskazuje palcem na nas – mam do pogadania.
– Idziemy na dywanik? – Peeta mówi to tak poważnie, że przechodzi mi przez myśl, że to może nie być żart.
– Coś w tym stylu – odpowiada, jednak jej uśmiech przeczy słowom. Po chwili jednak pogodny wyraz twarzy znika, jak zdmuchnięty. – Mamy… mały problem z rozbiórką jednej z atrakcji turystycznych. Musicie tam pojechać jak najszybciej. Najlepiej zaraz po ślubie. 
– To chore – wchodzę jej w zdanie – przecież wszystko miało być już dawno załatwione.          
– Wiem – twardo kwituje Johanna – ale niektóre osoby traktują to jak pałac waszej miłości. I chyba tylko wy możecie coś z tym zrobić.
– Zrobimy – obiecuje poważnie Peeta – choćbym sam miał ją rozebrać.
Jego rodzice i moja matka wymieniają tylko spojrzenia. Nikt z nich o nic nie pyta, przyzwyczaili się do tego, że niestety często tak rozmawiamy, mając swoje sprawy, które ich nie dotyczą, lub w które nie chcemy ich wtajemniczać.
 
Resztę popołudnia i wieczór spędzamy w Pałacu Prezydenckim. W międzyczasie przyjechała także Annie i wraz z moją mamą pojechały do hotelu, podczas gdy Haymitch i Josh zostali w Pałacu. My odwieźliśmy rodziców i braci Peety do ośrodka, a później wróciliśmy do domu.
 
Wysiadamy z windy trzymając się za ręce. Przykładam palec do czytnika, wbijam kod i wchodząc do mieszkania marzę tylko o bardzo szybkim prysznicu i śnie. Nie dochodzę jeszcze do łazienki, gdy już dzwoni telefon. Spoglądamy na siebie zrezygnowani – nie mam ochoty z nikim rozmawiać, chcę spać. A dzwonek telefonu z reguły oznacza jakieś problemy, którymi trzeba się zająć… Peeta głośno wzdycha, ale podnosi słuchawkę. Na moment marszczy brwi, woła mnie, po czym uruchamia głośnik w telefonie. 
– Cześć – głos Gale’a mnie zaskakuje. Peeta siada na krześle, wzrusza ramionami i mówi:
– Słuchamy Pana, Panie Burmistrzu.
– Panie Doradco, dzwonię prywatnie – odpowiada mu równie oficjalnym tonem Gale. Tak jest odkąd został mianowany na burmistrza Ósemki i chyba żadnemu z nich nie zależy na zmianie.
– Co jest? – pytam go, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. Gale sporo nam pomógł, choć nadal, gdzieś z tyłu głowy, kołaczą mi się wspomnienia, jak bardzo nam kiedyś zaszkodził. 
– Kupiłem rodzeństwu psa – zaczyna Gale, a Peeta przerywa mu głośno się śmiejąc.
– Wiesz stary, to fantastycznie, ale jest pierwsza w nocy, a my prawie nie sypiamy. Możemy porozmawiać o twoim nowym zwierzątku kiedy indziej?
– Bardzo śmieszne – odpowiada mu kąśliwie Gale, choć chyba jednocześnie słyszę w jego głosie uśmiech. Po otrzymaniu nominacji, Gale szybko ściągnął do Ósemki swoją matkę i rodzeństwo. Nie było to dla mnie dziwne – ma teraz duży dom, pieniądze, może wreszcie zapewnić rodzinie utrzymanie. A pies… Cóż, to najlepszy dowód na to, że dobrze mu się wiedzie. Żadne z nas nie pozwoliłoby sobie na posiadanie w domu zwierzęcia, które byłoby tylko kolejną gębą do wyżywienia. Ale to było kiedyś, dawno temu. Jak mamy zwyczaj mawiać „wcześniej”, tym jednym słowem wyrażając wszystko, co działo się z nami przed rewolucją. 
– Dobra – kontynuuje Gale – chciałem wam tylko powiedzieć, że znalazłem Enobarię, ale skoro was to nie interesuje… – na moment przerywa, jakby czekał na naszą reakcję.
– A nie można było tak od razu? – ripostuje Peeta.
– Właśnie nie, bo Śnieżek, nasz pies, odegrał w tym dużą rolę. 
– Dobra, opowiadaj – mówię zainteresowana. Jakim cudem nasze wielomiesięczne poszukiwania spełzły na niczym, a jakiemuś psu udało się to tak szybko? Śnieżek… Dziwne imię…
– Śnieżek od jakiegoś czasu był nieswój. Chodziliśmy z nim do weterynarza, ale nic nie skutkowało. Marniał w oczach, a Posy chlipała po kątach. Parę dni temu jeden z moich pracowników powiedział mi, że kilka kilometrów stąd jest jakaś znachorka zwierząt. Uprzedził jednak, że ogólnie kobieta jest dziwna. Mówią na nią Koza, a mieszka w domu, który na pierwszy rzut oka wygląda jak beczka. Niemniej – jest skuteczna. Ponoć nie tylko leczy zwierzęta, ale też umie się z nimi porozumieć. Wygadałem się o tym i Posy zaczęła bez przerwy za mną chodzić i prosić, błagać, bym ratował psiaka. W końcu zabrałem Śnieżka i pojechaliśmy tam. Dom okazał się być wielką drewnianą stodołą, z malusimi oknami, rzeczywiście do złudzenia przypominał beczkę. Pukam, pukam, wreszcie otworzyła mi jakaś kobieta – cała w kozich skórach, z rozczochranymi włosami i błędnym wzrokiem. Miałem nawet wrażenie, że wzdrygnęła się na mój widok. Na początku nie chciała ze mną gadać, próbowała zamknąć drzwi, ale trochę ją postraszyłem i dało radę. Bardzo dokładnie obejrzała Śnieżka, dała jakiś ziołowy napar. Porozumiewała się ze mną na migi, nic nie mówiła. Ale słyszałem, że do Śnieżka coś szeptała, niemniej tam było ciemno, wilgotno i ponuro – ani nie słuchałem, ani się jej nie przyglądałem. Zapłaciłem, wyszedłem, a ona poszła za mną. Nawet pomachała mi na do widzenia. Ale coś nie dawało mi spokoju – miałem wrażenie, że gdzieś już widziałem te oczy. Dziwny był też ten początkowy strach, który potem przerodził się w  jakąś pewność siebie. Wróciłem do domu, a  Śnieżek faktycznie szybko wyzdrowiał. Ale ta myśl, że już ją spotkałem wciąż we mnie siedziała, więc postanowiłem się o niej czegoś dowiedzieć. Okazało się, że nikt nie wiedział skąd się przyjechała, jak ma na imię. Po prostu pewnego dnia się pojawiła, mówiąc, że nazywa się Koza. Wszyscy potwierdzali tylko, że ma rękę do zwierząt, aż wreszcie usłyszałem coś, co rozjaśniło mi w głowie.
– Co? – Peeta pyta cicho.
– Ona ma wilcze zęby – odpowiada Gale. A ja przed oczami widzę szpiczaste, ostro zakończone zęby wilka…
– Enobaria – wypowiadamy z Peetą jednocześnie. 
– Trzeba ją tutaj sprowadzić – dodaje spokojnie Peeta, ale Gale mu przerywa.
– Zapomnij o tym, pojechałem tam od razu. Powiedziała coś w stylu, że długo mi zajęło skojarzenie kim jest, ale pomyliłem się. Enobarii już nie ma – jest Koza, której jest dobrze tu, gdzie jest, bez zbędnego poklasku i bez wytykania palcami. Mam wam przekazać, że jeśli będzie kiedyś gotowa, to wróci, ale na razie liże rany i opiekuje się maleństwami.
– Maleństwami? – zastanawiam się, czy umysł nie płata mi figla.
– Tak – odpowiada zupełnie poważnie. – Enobaria ma… dzieci, dokładnie sześcioro. Sześcioraczki – milknie w oczekiwaniu na naszą reakcję.
– Ale… Ale jak, z kim, kiedy? Poza tym z tego co mówisz, to nie jest normalny dom. Dzieci muszą mieszkać w lepszych warunkach – Peeta ma gonitwę myśli, którą słychać w jego głosie.
– Nic im nie jest, nic im nie brakuje – przerywa mu Gale. Momentalnie rozpoznaję ten ton.
– Gale? – czekam aż wreszcie wyjaśni o co chodzi.
– Te wilczki są śliczne – mówi i parska śmiechem. 

123: Co się zdarzyło w Dwunastce

Witajcie.

Na wstępie przypominam o jutrzejszym spotkaniu- zaczynamy o 17:30 w Krakowie, Rynek Główny 11- Malaga 🙂 Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy !!! 

A teraz zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w sobotę wieczorem. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

Jednym z plusów pracy dla Prezydenta jest niemal nieograniczony dostęp do poduszkowca, z którego – o ile jest na miejscu – możemy skorzystać o każdej porze dnia i nocy. Wyszliśmy z mieszkania w dużym pośpiechu, więc dopiero kiedy już spokojnie siedzimy, zapięci pasami, spoglądam uważnie na Peetę. Nie muszę nic mówić, sam zaczyna.
– Dzwoniła ze szpitala twoja mama. Powiedziała, że Ivon urodziła i… I że powinniśmy przyjechać. 
– Peeta – spoglądam na niego unosząc brwi. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że moja mama uznała, że nasza obecność jest konieczna tylko ze względu na narodziny potomka Ivon. Szczególnie jej. Na dodatek jego odpowiedź, jaką słyszałam w trakcie rozmowy telefonicznej, nijak nie pasuje do prostego stwierdzenia, jakim mnie teraz obdarza. Czuję, że coś przede mną ukrywa. 
– Co naprawdę powiedziała moja mama?
– Katniss, to co usłyszałem, było dziwne… Nieprawdopodobne nawet – wypuszcza powoli powietrze. – Sami przekonamy się, czy dobrze usłyszałem, czy może coś źle zinterpretowałem.
Strasznie mnie to irytuje – wie coś, ale mnie nie chce powiedzieć. Na dodatek strzępki rozmowy, jego mina… W tym momencie od mojego zgryźliwego komentarza ratuje go jeden z członków załogi, informując nas, że Beetee chce z nami rozmawiać. Przez kolejne kilka minut tłumaczymy dlaczego wzięliśmy najszybszy poduszkowiec. Na koniec Peeta wspomina niemal mimochodem, że zależy nam, by informacja o naszej nieobecności została możliwie tajną. 
– Za pięć dni ślub, a wy znikacie? – pyta nas lekko rozbawiony. – Odważni jesteście. 
– Rose uciekła – odpowiada mu śmiertelnie poważnie Peeta.
– Rozumiem – Beetee natychmiast poważnieje. Niestety, to nie pierwszy numer Rose – w takim razie znajdźcie ją szybko, a ja w razie potrzeby powiem, że pojechaliście do Dwunastki po rodziny, zgoda?
– Jesteś wielki – odpowiadam za nas, bo pomysł Beetee’ego w swojej prostocie jest niemal genialny. Praktycznie wszystkie przygotowania do ślubu są już zakończone, co boleśnie odczuwam w stopach i niemal każdym skrawku ciała. Spoglądam na Peetę, ale on unika mojego wzroku, patrzy przez okno, jakby zamyślony, ale po pracujących mięśniach wokół szczęki widzę, że jest poważnie wytrącony z równowagi. Widzę jednak, że nie powie mi o co chodzi, więc postanawiam lot wykorzystać na krótką drzemkę zamiast przekomarzać się z nim.
Gdy lądujemy na polach w pobliżu szpitala w Dwunastce, mama już na nas czeka. Widzę, że drżą jej lekko ręce, czego nie widziałam już od długiego czasu. Jest roztrzęsiona, ale głos ma pewny i od razu, nie bawiąc się nawet w słowa powitania, komenderuje nami. 
– Może wam uda się z niej coś wyciągnąć. Nie wiem co zrobiła, nie mam pojęcia co sobie myślała, ani na co liczyła. W każdym razie Ast się załamał. Najpierw nie chciał uwierzyć własnym oczom – mówi szybko, równocześnie prowadząc nas w stronę budynku –  potem dopytywał się, czy to jest możliwe…
– Ale o co chodzi? – wyrzucam z siebie, wykorzystując moment, gdy mama nabiera powietrza, bo obawiam się, że za chwilę znów zacznie się kolejna tyrada nawiązująca do czegoś, co wiedzieć powinnam, ale czego mój narzeczony mi nie przekazał. Mama zatrzymuje się na chwilę, spoglądając na Peetę.
– A co jej miałem powiedzieć? Sam nie wiedziałem czy dobrze zrozumiałem. Po co miałem coś pokręcić – tłumaczy się pod bacznym wzrokiem mamy.
– Peeta – w głosie mamy słyszę lekką dezaprobatę – chodź, pokażę ci niedowiarku. Myślisz, że sama nie byłam zaskoczona? Ale na pewno nie przekazałabym ci takiej informacji, gdybym nie była całkowicie pewna – przyznaje już trochę łagodniej.
Chłopczyk jest śliczny – ma niebieskie oczy, tłuściutkie nóżki, kępkę czarnych jak sadza włosków na małej główce. Leży spokojnie, zawinięty szczelnie w niebieski kocyk. Uśmiecham się na jego widok, a on odpowiada mi poważnym spojrzeniem małego dziecka. W końcu spoglądam na mamę, w oczach     mam pytanie o powód pokazania nam tego chłopczyka. Przed momentem bardzo się śpieszyliśmy, a teraz nagle mamy czas. Czyżby w jakiś pokrętny sposób chciała nam dać do zrozumienia, że marzą się jej wnuki?
– Jest śliczny mamo, ale chyba nie mamy na to czasu. Skoro już tu jesteśmy, to może zobaczymy dziecko Asta i Ivon?
– Katniss – mama lekko marszczy brwi – to właśnie jest dziecko Ivon.
Z wrażenia wspieram się na ramieniu Peety. On też patrzy na malucha z niedowierzaniem, nawet nie wyciągnął ręki w jego stronę, choć widziałam to wcześniej bardzo często. Zaczynam głośno, niekontrolowanie chichotać – jak zwykle w sytuacjach stresowych… Mama patrzy z pewnym niedowierzaniem, Peeta ze zrozumieniem. W końcu biorę tego chłopca za jego małą rączkę – leżąc w mojej białej dłoni wydaje się być jeszcze bardziej czekoladowa. W tym samym momencie przychodzi opamiętanie – dochodzi do mnie tragedia Asta. Związał się z Ivon, bo była z nim w ciąży. Później spotkał Rose, ale jego wcześniejsze działania rozdzieliły ich. Oboje ciężko przeżyli rozstanie i naszą decyzję o jej przeprowadzce do Kapitolu. Nagle teraz wszystko widać w innych barwach. Ciemnych jak skóra tego chłopczyka…
– Zostań tutaj – Peeta ma w głosie twarde nuty, choć widzę, że jest mu ciężko – idę z nią porozmawiać.
Nie czekając na moją reakcję szybko wychodzi z sali dla noworodków. Przez chwilę stoję na środku, zastanawiając się co powinnam zrobić. Iść za nim? A może nie powinnam się tam pojawiać – nie przepadamy za sobą, więc jej reakcja może być różna. Spoglądam na mamę, ona tylko bezradnie wzrusza ramionami, odkładając malucha do łóżeczka. Wychodzimy razem na jasno oświetlony korytarz i wtedy dochodzi do nas podniesiony głos Peety:
– Mów prawdę Ivon! – czuję na plecach dłoń mamy, która lekko mnie popycha, dając mi znak, bym interweniowała. Sama mam ochotę zrobić jej krzywdę za to, że tak perfidnie nas oszukała, ale jest środek nocy, a to jest szpital. Krzyki nie są tu mile widziane.

Kiedy przekraczam próg sali, w której leży Ivon, widzę, że kurczy się pod szpitalną kołdrą, jakby chciała zniknąć, albo choć pozostać niezauważoną. Choć na to już dawno za późno. Spogląda na mnie przerażona, przekonana, że ja też zacznę zaraz krzyczeć.
– To Eddie, prawda? – wymieniam imię przystojnego czarnoskórego chłopca z Dwunastki. Ivon nie odpowiada, naciąga tylko kołdrę na twarz i coś pod nią mamrocze. Peeta szybkim ruchem ściąga jej ją z głowy.
– Mama mnie zabije – po jej twarzy płyną łzy.
– Od kiedy wiedziałaś, że to nie dziecko Asta? – Peeta cedzi przez zaciśnięte zęby.
– Nie wiedziałam. Myślałam… Miałam nadzieję… – Ivon zanosi się płaczem.
– Miałaś nadzieję? Wiesz co zrobiłaś?! Masz świadomość, że…  
– On mnie nigdy nie kochał – przerywa mu Ivon.
– O kim mówisz? Pogubiłem się już w twoich kochankach – masz na myśli Asta, Eddy’ego, czy może jeszcze kogoś innego? – zakrywam dłoń Peety swoją. Ta dziewczyna jest głupia, ale robienie tu sceny nie ma sensu.
– Chodź, poszukamy Asta, nim zrobi coś nieodwracalnego.
– Peeta – Ivon najwyraźniej nie zrozumiała szansy, jaką chciałam jej dać, próbując wyciągnąć Peetę z sali. Domyślam się co chce powiedzieć…
– Nie Ivon – Peeta unosi ręce w obronnym geście. – Nie. Masz… niesamowity talent – mówi kręcąc głową – do niszczenia ludziom życia. Niesamowity. A ja nie mam ochoty po raz kolejny słuchać twoich kłamstw. 
Po tych słowach mocno łapie mnie za rękę i wyciąga na korytarz. Kiedy opuszczamy szpital rześkie, majowe powietrze pomaga nam się uspokoić. Peeta chodzi w kółko po placu przed szpitalem, raz po raz zatapiając dłonie we włosy. 
– Nie mam pomysłu gdzie mógł pójść – wyparowuje nagle niespodziewanie. Mam ochotę odpowiedzieć, że na razie nigdzie nie sprawdził, ale nie chcę go dobijać.
– A gdzie chodziliście, jak było wam źle? – skoro ja miałam takie miejsce, w którym się uspokajałam, którego pozwalało mi zebrać myśli, albo po prostu odciąć się od ludzi, to oni pewnie też. Peeta unosi do góry kącik ust i widzę błysk w jego oczach. Dałam mu nadzieję, że go odnajdzie nim będzie za późno.
 
Szkolny plac zabaw uległ całkowitej metamorfozie. Stare i odrapane sprzęty ustąpiły miejsca nowym, kolorowym i wygodnym. Domyślam się, że teraz to fantastyczne miejsce dla dzieciaków. Kiedy staję na czymś, co brałam za pomalowanym beton, okazuje się, że podłoże jest całkiem inne. Miękkie, sprężyste – pewno skutecznie łagodzi wszelkie upadki. Peeta też je zauważył – chodzi po nim śmiesznie, jakby sprawdzał sprężystość. Kucam, dotykam tej gumowatego podłoża i uśmiecham się promiennie. Haymitch świetnie się spisał – spędzanie tutaj przerw może być prawdziwą przyjemnością.

Peeta zatrzymał się i patrzy w dal. Podążam za jego wzrokiem i widzę Asta, który powoli, rytmicznie buja się na jednej z huśtawek. Podchodzimy powoli, gumowe podłoże maskuje dźwięk naszych kroków. Bez słowa zajmujemy miejsca koło niego, biorąc go w środek. Zauważa nas dopiero po dłuższej chwili. 
– Co tutaj robicie? – myślałam, że już się nie odezwie. Ma cichy i słaby głos – to, co się stało w ciągu ostatnich kilku godzin, na pewno było dla niego bardzo trudne.
– Przyszliśmy się pohuśtać – odpowiada spokojnie Peeta.
Ast gwałtownie odwraca głowę w jego stronę, skutkiem czego nie widzę jego twarzy. Tymczasem Peeta spokojnie i pewnie patrzy w oczy przyjaciela.
– Nie żartuj sobie ze mnie – głos Asta pobrzmiewa urazą, złością i rozpaczą.
– Nie zamierzam.
– Zapytam jeszcze raz – co tutaj robicie?
– Jesteśmy – inna odpowiedź, znacznie bardziej na miejscu niż poprzednia, wywołuje zupełnie inną reakcję. 
– Co ja mam teraz zrobić? – głos Asta się łamie.
– Nie mnie ci doradzać, moje rady ostatnimi czasy nie były zbyt trafne. Ale jeśli chcesz, mogę powiedzieć, co ja zrobiłbym na twoim miejscu. 
– Chyba nie chcę – cedzi Ast. Ale po chwili zmienia zdanie – no dobra, mów.
– Gdybym był na twoim miejscu, przestałbym się nad sobą użalać. Spakowałbym się i poleciał jutro do Kapitolu. 
– Do Kapitolu – prycha Ast. – Niby po co mam lecieć do Kapitolu?
– Wiesz, w Kapitolu brakuje nam dobrych pracowników, a ty zawsze miałeś umiejętności organizatorskie. Niedawno z Pałacu Prezydenckiego odszedł główny zarządca, a ja muszę znaleźć kogoś na jego miejsce. 
Propozycja Peety jest dość nieoczekiwana, ale rzeczywiście to Ast, jako przewodniczący klasy, odpowiadał za różne akcje i zbiórki przeprowadzane w szkole. Nie mam pojęcia jak to robił, ale wszystko, co przechodziło przez jego ręce, zawsze było świetnie zorganizowane i zaplanowane. 
– To propozycja, panie Mellark? – chciałabym słyszeć cień uśmiechu w jego głosie, ale nie mam przekonania, czy sobie tego nie wymyśliłam.
– Tak. Pytanie tylko czy ją przyjmiesz.
– Przyjąłbym, tu nic mnie nie trzyma. Ale jak będę w Kapitolu, w Pałacu Prezydenckim, mógłbym przypadkowo spotkać Rose. Co wtedy?
– Może wtedy moja kuzynka znów zacznie się uśmiechać… 

Rose znajdujemy u Amandy i Patricka. To właśnie Amanda, pomagająca przy porodzie Ivon, powiadomiła o czarnoskórym synku kuzynkę swojego męża. Rose natychmiast wsiadła w pociąg do Dwunastki, ale nie znalazła Asta ani w szpitalu, ani w jego domu. Teraz rzucili się sobie w objęcia, mając nadzieję, że los pozwoli im znów na odwzajemnioną miłość. Choć to dopiero początek, a Rose ma charakter, który nie jest łatwy i pewnie jeszcze nieraz wystawi oboje na próbę.

Poranek i popołudnie spędzamy z rodzicami Peety, którzy dawno nie mieli możliwość spędzenia z nim kilku godzin, bo nawet jak był w Dwunastce, to wpadał do nich dosłownie na kilkanaście minut. Z kolei kolację jemy z moją mamą, która od razu proponuje nam nocleg, ale my wolimy spędzić tę noc w naszym domu. Prawdziwym domu. 

121: Zaprzysiężenie

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka we wtorek. 

Pozdrawiamy A. & A. 

– Bardzo ładnie wyglądasz Rose – uśmiecham się do niej delikatnie. Kuzynka mojego narzeczonego stoi, jak zwykle naburmuszona, przed dużym lustrem. Fryzjerka upięła jej włosy w delikatny kok, pozostawiając kilka pasm łagodnie spływających na plecy. W jednej z moich sukienek, przywiezionych tutaj zapobiegawczo przez panią Mellark, prezentuje się prześlicznie, choć jej mina na to nie wskazuje.
– Taaaa, wszystko jest cudownie – mówi ironicznie – tylko czemu czuję się jak skończona idiotka? – rzuca w moją stronę, kiedy i ja staję przed lustrem, by ocenić swój wygląd. 
– Takie już jesteśmy – odpowiadam jej szczerze. Doskonale pamiętam swoje początkowe odczucia w czasie 74 Igrzysk. Wydawało mi się, że te wszystkie stroje, które przygotował dla mnie Cinna, nie pasują do mnie. Wygładzam delikatny materiał sukienki, w której byłam na ślubie Patricka i Amandy. Byli doradcy Paylor chcieli nas wszystkich ubrać w nowe stroje, ale my wolimy wystąpić w tych, których już używaliśmy. Oczywiście za wszystko miał zapłacić Kapitol, ale Peeta ma rację – za pieniądze, które wydalibyśmy na ten jeden wieczór, można nakarmić wiele głodnych dzieci w dystryktach. Nasze plany co do kolacji z okazji zaprzysiężenia też raczej nie spodobają się ludziom w Kapitolu, ale tej chwili niespecjalnie nas to interesuje. Oczywiście nie możemy ich lekceważyć, ale równocześnie o wiele bliżej nam do tych głodnych ludzi, których spotkaliśmy w czasie objazdów dystryktów. To oni potrzebują naszej pomocy, nie Kapitol. Stąd też wzięły się nasze plany na dzisiejszy wieczór…

Do Kapitolu, na wieczorną uroczystość, przywiezieni zostali członkowie rodziny Paula, a także burmistrzowie wszystkich dystryktów. Ci ostatni będą nam potrzebni przede wszystkim jutro, choć ich obecność na zaprzysiężeniu też będzie dobrze wyglądać. Natomiast dziś… Dziś rozpoczynamy nowy etap naszego życia. Życia w ciągłym blasku reflektorów, pod ciągłym obstrzałem kamer i aparatów, ciągle obserwowani… Widzę, że Rose też się tego boi – jeszcze wczoraj nawet przez myśl jej nie przeszło, że jej brat będzie najważniejszym człowiekiem w całym Panem. A kilka tygodni temu nawet nie zdawała sobie sprawy z działań brata w czasie rewolucji. Brała go za dezertera – i choć była z tego powodu nieszczęśliwa, to chyba przyzwyczaiła się do tamtego biednego, ale stosunkowo spokojnego życia.
– To wszystko – zaczyna bardzo cicho, ze spuszczoną głowa, gdy sadzam ją na stojącej obok lustra, bogato zdobionej, pufie – nie mieści mi się w głowie. Paul… Nigdy nie sądziłam, że taką rolę dla niego przygotował los… I wy. Ale… – głośno przełyka ślinę i milknie.
– Ale? – zachęcam ją do kontynuacji.
– Ale – spogląda na mnie oczami pełnymi łez – nie potrafię się cieszyć jego sukcesem.
– Co się dzieje Rose? – kładę jej dłoń na ramieniu, przysiadając obok niej.
– To wszystko jest nie fair! – rozpłakała się na dobre. Próbuję się domyśleć gdzie tkwi problem, ale nie potrafię. Dlatego gładzę tylko delikatnie jej włosy, czekając aż się uspokoi.

Drzwi otwierają się cicho i do pokoju wchodzi Peeta. On też wygląda tak samo jak na ślubie swojego brata – równie pociągająco, wyprostowany, z lekkim uśmiechem i błyskiem w oczach. Patrzy na mnie pytająco, a ja bezradnie wzruszam ramionami. 
– Rose? – przysiada przed nią, biorąc jej dłoń w swoje.
Na jego widok Rose zaczyna szlochać i odwraca wzrok. Peeta powoli wypuszcza powietrze, wycierając kciukiem łzy.
– Rose – jego głos jest stanowczy, ale nie agresywny – zostaniesz tutaj z nami, dobrze? W tej sytuacji to najlepsze rozwiązanie – spoglądam na niego zaskoczona, a on ruchem głowy daje mi do zrozumienia, żebym nic nie mówiła. – Przykro mi, ale ten związek to kiepski pomysł, dlatego lepiej, byście pozostali oddzielnie. Nie chcę mówić, że nie pozwolę na ten związek, ale znasz już moje zdanie. Rozmawialiśmy o tym…
– Wiem – Rose przerywa mu cicho. – Nic nie zrobię, ale czemu to tak bardzo boli? – unosi zapłakaną twarz, spoglądając mu w oczy.
– Bo złamane serce, tak samo jak złamana noga – jak się zrasta, to boli – całuje ją delikatnie w czubek głowy. – A teraz doprowadź się do porządku, zaczynamy za pół godziny. Chyba nie chcesz, żeby całe Panem pomyślało, że płaczesz tak z powodu brata – uśmiecha się, puszczając do niej oko. Rose odwzajemnia się tym samym, ale uśmiech szybko znika z jaj twarzy. Peeta bierze mnie za rękę i wyprowadza z pokoju. Na korytarzu delikatnie mnie obejmuje i całuje w szyję.
– Pięknie wyglądasz, kochanie – szepcze, nie przestając mnie całować.
– Aż tak? – nie jestem w stanie się skupić się na niczym innym.
– Obawiam się, że tak – poważnieje, wzdycha ciężko, ale wciąż nie wypuszcza mnie z objęć. W końcu podejmuje – od jakiegoś czasu to podejrzewałem, w końcu Ast mi się wygadał. Zakochali się w sobie, ale ze względu na ciążę Ivon… – nie kończy, nie musi. Doskonale znam jego zdanie i choć ciężko mi na to patrzeć, zgadzam się z nim. Ast oświadczył się Ivon, zostawienie jej w tej sytuacji byłoby bardzo nie w porządku. 
– Ty też wyglądasz bardzo pociągająco – ruchem głowy staram się odgonić smutne myśli.
– Skoro już o tym mowa – figlarny uśmiech wypływa na jego twarz – to musimy jeszcze coś załatwić.  Ciągnie mnie w stronę wyjścia z pałacu, a potem w stronę szpitala, do gabinetu lekarskiego. 

Kiedy dziesięć minut później żegnamy się z lekarzem, triumfalny uśmiech nie schodzi z jego twarzy. Ja też się uśmiecham.
– Teraz mi wierzysz? – pyta patrząc na mnie z przechyloną głową.
– Tak – nie muszę mówić nic więcej. Całuję go w usta, pozwalam się objąć, dotykać. Lekarz powiedział to, co tak bardzo chciałam usłyszeć, co mnie uspokoiło. Peeta jest całkowicie zdrowy, rana zagoiła się dobrze. Co prawda nadal powinien się oszczędzać, ale lekkie sporty i mały wysiłek mu nie zaszkodzą… 

Cała ceremonia przebiega szybko i zgodnie z planem. Gale nie daje po sobie poznać, że w czymkolwiek nam pomógł. Paylor kipi ze złości, ale widać przyjęła już do wiadomości, że Beetee powiedział prawdę. Podczas nominacji ani razu nie użyła imienia Peety, więc nasza interpretacja jest prawnie usankcjonowana. Mam tylko nadzieję, że nigdy się nie domyśli kto nam pomógł – bo o tym, że mieliśmy pomoc od kogoś z jej otoczenia, wie na pewno.

– Świadomy ciążącej na mnie odpowiedzialności – słowa Paula niosą się echem po placu, a także – dzięki transmisji telewizyjnej – są słyszane w całym Panem. Stoję pomiędzy Johanną, a Peetą, zwrócona w stronę przemawiającego Paula – przysięgam, że wszystko co zrobię w czasie piastowania urzędu Prezydenta Panem, będzie miało na celu dobro obywateli Panem – Paul kończy słowa krótkiej przysięgi prezydenckiej i odbiera z rąk Paylor małą książeczkę. Nigdy jej nie wiedziałam, ale dziś Beetee opowiedział nam, że to spisane 77 lat temu prawa, podstawa działania państwa. Czarna skóra jest w niektórych miejscach przetarta, ale widać, że przechowywano ją w dobrych warunkach. 
Paul siada na bogato zdobionym krześle, Paylor schodzi ze specjalnie przygotowanej na tę uroczystość sceny. Kiedy Johanna siada po jego prawicy, Peeta wystawia dłoń w moja stronę i stajemy za nimi. Peeta mówi cicho coś do Paula, a ten wstaje i ponownie podchodzi do mikrofonu.
– Obywatele Panem, chciałbym jeszcze ogłosić trzy kwestie. Po pierwsze z ogromną przyjemnością informuję, że Peeta Mellark zgodził się pełnić rolę mojego rzecznika i w razie potrzeby – reprezentanta. Po drugie – jego głos jest teraz bardzo poważny – jutro zostaną ogłoszone nowe nominacje na stanowiska burmistrzów w poszczególnych dystryktach. A po trzecie – jego głos znów lekko się zmienił – ale wcale nie najmniej ważne – w każdym Pałacu Sprawiedliwości w Panem czeka na wszystkich obywateli przygotowana kolacja z okazji dzisiejszego zaprzysiężenia. Mając na uwadze to, że zmieszczenie wszystkich obywateli w tych budynkach byłoby trudne, przygotowaliśmy ją w formie paczek. Czekają na każdego z was – od najstarszego do najmłodszego Panemczyka. Świętujcie razem z nami – uśmiecha się szeroko, wypuszczając powoli powietrze. Peeta dobrze nauczył go jak ma to powiedzieć – słowa, ton głosu. Z czasem Paul pewno sam będzie umiał się wczuć, ale na razie – musi się tego nauczyć.

Wrzawa jest nie do zniesienia. Jednak obecni tutaj burmistrzowie nie cieszą się z przyjęcia – właśnie zdali sobie sprawę, że ich dotychczasowe poczynania będą brane pod uwagę w czasie nowych nominacji. Zostawiamy ich samych, udając się powoli na kolację przygotowaną w sali obok. 

120: Prezydent Mellark

Kochani – korzystając z okazji- Anno- wszystkiego naj, najlepszego w dniu urodzin. 

A Was wszystkich zapraszam do czytania i komentowania. Kolejna odsłona w sobotę. Pozdrawiam ciepło.

A. & A. 

Samochód powoli zatrzymuje się na placu przed Pałacem Prezydenckim. Im wolniej jedzie, tym mocniej czuję zaciskające się wewnątrz obcęgi strachu. Zastanawiam się, czy to po mnie widać, czy powinnam to jakoś lepiej ukryć. Czy nie zdradzę siebie i nas wszystkich jakąś miną, jakąś nieprzemyślaną odzywką, spojrzeniem… Mam wrażenie, że Peeta i pozostali poradzą sobie lepiej ode mnie. Chyba tylko Johanna może wypalić z czymś niespodziewanym, ale obiecała się nie odzywać, więc słabym ogniwem pozostaję ja. Jeśli Paylor zechce mnie sprowokować… Nie, nie dam się, będę się trzymać ustaleń…
Zastanawia mnie tłum na placu – jest tu zaskakująco dużo ludzi. Czyżby Paylor zwołała zgromadzenie? Czyżbyśmy o czymś nie wiedzieli? Choć z drugiej strony to akurat dość dobry układ, sprzyja naszym planom…

Zack otwiera przede mną drzwi i lekko się do mnie uśmiecha. Kiedy podaje mi rękę, pomagając wysiąść, cicho szepcze:
– Jest w sali obok, czeka tylko na wasz znak.
– Dziękuję – odpowiadam spokojnie, co z zewnątrz wygląda na kurtuazyjną wymianę uprzejmości.
 
Powoli wchodzimy po schodach, kierując się do przesadnie długiej sali, pełnej krzeseł przy prostokątnym stole. Paylor nie ma jeszcze, więc siadamy na wybranych miejscach i czekamy na nią. Wiem, że jej spóźnienie ma nam dać do zrozumienia, że jej pozycja jest wyższa niż nasza, że nie musi się z nami liczyć. Albo po prostu zdenerwować nas, żebyśmy łatwiej stracili panowanie nad sobą, dając jej możliwość przeprowadzenia własnych planów z mniejszą przytomnością umysłów.
– Witajcie – wchodzi zamaszyście, napełniając salę zapachem mięty, czyniąc przy tym wiele bardzo zbędnego hałasu. Wygląda zaskakująco elegancko, upięła włosy w wymyślny kok, ciemnopopielaty kostium nadaje jej szyku. Coś mi w tym wszystkim nie gra.
Paylor siada na honorowym miejscu i przygląda nam się przez moment, wygładzając delikatnie spodnium. Wreszcie spokojnym głosem zwraca się do nas:
– Zapoznaliście się z moimi propozycjami?
– Tak – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, w naszym imieniu mówi Beetee.
– Jakie jest wasze stanowisko? – uważnie i powoli przesuwa wzrok po nas wszystkich, jakby chciała sprawdzić, czy jest spójne, czy ktoś z nas przypadkiem się nie wyłamie, dając jej podstawy do dalszych zmian.
– Chcemy byś wiedziała, że bardzo uważnie przeanalizowaliśmy twoje sugestie. Nie możemy się zgodzić na żadną z nich – odpowiada pewnie patrząc jej w oczy. Uśmiecham się w duchu – Paylor to niezły polityk, Beetee to geniusz. Szkoda, że ta rozgrywka nie może być dłuższa, bo mogłaby być naprawdę ciekawa…
– Dlaczego? – Paylor niby wydaje się być zdegustowana naszą odpowiedzią, ale odnoszę wrażenie, że widzę cień uśmiechu przebiegający przez jej twarz. Jest pewna, że nas przechytrzy, zaskoczy.
– Paylor, nie możemy zgodzić się na twój powrót do władzy. To by oznaczało powrót do sytuacji sprzed kilku tygodni, która była dramatyczna. Anulowanie traktatu o Radzie Zwycięzców jest nierealne choćby ze względu na jego wewnętrzne zapisy – ani Prezydent, ani sami Zwycięzcy nie są uprawnieni do samowolnego wprowadzania zmian do tego aktu. Nie zgadzamy się również na twoją propozycję oddania władzy w ręce ludu Kapitolu – to chyba najbardziej absurdalny pomysł, jaki znalazł się na tej liście. Nie będę pytać, który z doradców go wymyślił, ale zwolnij go natychmiast. Jednocześnie musimy przyznać, że masz rację w jednym przypadku – stan wyjątkowy nie może trwać wiecznie. Władza w rękach wojska nie wpływa pozytywnie na nastroje nigdzie – ani w Kapitolu, ani w dystryktach. Im dłużej trwa, tym bardziej podsyca niepewność i niepokoje. W tej sytuacji muszę zapytać, czy masz jakieś inne propozycje? – teraz okaże się, czy Gale nie okłamał Peety, albo czy sam nie został wprowadzony w błąd. Czy informacje, które nam przekazał, mają pokrycie w rzeczywistości. Paylor lekko się rozpogadza, prawdopodobnie przekonana, że wszystko idzie po jej myśli. Pomysły, które przedstawiła wczoraj były tak absurdalne, że nikt przy zdrowych zmysłach nie wyraziłby na nie zgody. I jesteśmy przekonani, że właśnie o to chodziło – o to, byśmy odrzucili jej sugestie, a równocześnie zaczęli się zastanawiać nad innym rozwiązaniem tej patowej sytuacji. Nie mamy też wątpliwości, że ma dla nas jakąś propozycję, która – po stanowczym odrzuceniu dotychczasowych, powinna – w jej rozumieniu – być przez nas łatwiej przyjęta, jako rozsądna i dobrze rokująca. Beetee wczoraj tłumaczył nam, że to dość znany mechanizm psychologiczny, choć zdążyłam już zapomnieć jego nazwę. 
– W takim razie, pewnie zgodzicie się ze mną, że Panem potrzebuje prezydenta.  I to pilnie – zaczyna mówić spokojnie i pewnie. – Potrzebuje kogoś, kto stanie na jego czele, kogoś kto, może z waszym udziałem, a może nie – nie może sobie nawet w tej chwili odpuścić uszczypliwości – będzie rządził krajem i wyprowadzi go jakoś na prostą, co wam przez ostatnie tygodnie niezbyt się udało. Tak się składa, że to ja mam nieszczęście być ustępującym prezydentem i zgodnie z prawem Panem, mogę wybrać swojego następcę.
– A my – przerywa jej Beetee.
– Jeszcze nie skończyłam – muszę przyznać, że Paylor potrafi być władcza. W trzech słowach, bez krzyku, bez szarpania, osadziła Beetee’ego, nie dając sobie przerwać. I rozumiem dlaczego pociągnęła za sobą ludzi 2 lata temu. Jest młoda i choć w tej chwili znajduje się na przegranej pozycji, do końca się nie poddaje. Wstaje z krzesła.
– To ja wybieram swojego następcę. I czy się wam to podoba, czy nie, według aktów prawnych dotyczących Prezydenta i Rady Zwycięzców, musicie go poprzeć – patrzy na nas z góry, chyba czeka na sprzeciw. Ale jestem pewna, że dokładnie wszystko sprawdziła i nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości sprzeciwu.
– Dobrze więc – głos przejmuje Haymitch – kogo proponujesz?
– Chcę, by na stanowisku Prezydenta Panem, zastąpił mnie Mellark – pada z ust Paylor. Pora na przedstawienie – przechodzi mi przez myśl. Wszyscy staramy się wyglądać na zaskoczonych, udajemy, że nic o tym nie wiedzieliśmy. Moja rola jest tu duża, bo to ja muszę wyglądać na nieprzekonaną i wcale nieucieszoną…
– Chcę też – Paylor, wyraźnie zadowolona z naszej reakcji, kontynuuje swoją wypowiedź – by oficjalnym powodem mojego odejścia, był mój stan zdrowia. Zabraniam wam mówić, że istnieje jakakolwiek inna przesłanka. Rozumiemy się? 
– Jak sobie życzysz – odpowiada za nas Beetee. Spodziewaliśmy się tego i naszą intencją nie jest robienie jej wbrew, jeśli nie musimy. To zresztą niewielkie żądanie, które nijak nie psuje naszych planów. – Kiedy chcesz to ogłosić? – stara się, by jego głos brzmiał na zrezygnowany, jakby ta informacja nie była dla niego zadowalająca, ale musiał się z nią pogodzić.
– Dziś. Od wielu dni nie czuję się najlepiej, a utarczki z wami nie pomagają mi ani trochę. Chciałabym to już zakończyć i móc odpocząć – uśmiecha się sztucznie. – Niemniej – nie ma go tutaj, a jego obecność jest konieczna, więc musicie go sprowadzić. Ile czasu potrzebujecie? – ostatnie zdanie wypowiada bardzo szybko, ponownie siada i przytyka sobie chusteczkę do ust.
– Właściwie – Haymitch powoli wstaje i podchodzi do drzwi. Otwiera je i wpuszcza do sali konferencyjnej stojącego za nimi Peetę – to już jesteśmy gotowi.
Widzę, że z trudem powściągnął triumfalny uśmiech. Cholera, nie możemy się jeszcze zdradzić przed Paylor, jeszcze nie… Paylor, wyraźnie zaskoczona uważnie nam się przygląda. Mam nadzieję, że nie popełniliśmy błędu, może trzeba było poczekać te kilka godzin…
– Witaj Paylor – Peeta delikatnie skłania głowę. – Masz rację, załatwmy to od razu. Jestem przekonany, że masz już napisaną przemowę, prawda? – ton jest spokojny, wyważony, choć słowa nie do końca. Paylor przez chwilę przygląda się uważnie Peecie. Taksuje jego strój – granatowy mundur, jaki mają na sobie wszyscy Zwycięzcy, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Nie sądzisz, że powinieneś założyć coś innego?
– Paylor, jestem Zwycięzcą i jestem dowódcą. W chwili obecnej to najbardziej odpowiednie ubranie. Ale możesz być spokojna – na uroczystość zaprzysiężenia ubiorę garnitur.
– Skoro tak twierdzisz… Paylor zawiesza głos, wciąż nieprzekonana. Nawet ją rozumiem – przejęcie władzy w mundurze to dla wielu osób brak zmiany władzy. I kontynuacja stanu wyjątkowego. Chyba Peeta rzeczywiście nie powinien go mieć teraz na sobie – ale teraz już tego nie zmienimy.
– Chodźmy, ludzie czekają – na twarzy Paylor znów miga zaskoczenie. Dociera do mnie, że to nie ona zorganizowała ten tłum. A jeśli tak, to musiał to być Beetee. Sprytnie, choć wiem już, że w naszym planie było sporo luk. Czuję, że serce mi przyśpiesza, dłonie mam mokre. Wycieram je dyskretnie o spodnie pod stołem. O czym jeszcze nie pomyśleliśmy? W którym momencie polityczny umysł Paylor, przyzwyczajony do tajnych gierek, zorientuje się, że nie tylko ona pogrywa z nami, ale i my z nią? I w którym momencie uniemożliwi nam wyłożenie naszych kart?
Na szczęście Paylor decyduje się na dołączenie do Peety, który przepuszcza ją w drzwiach prowadzących na balkon, będący także obszerną mównicą. Równocześnie wyciąga dłoń w moją stronę, a potem, w ślad za Paylor, razem wchodzimy na taras.

Stoję u boku Peety i nagle dochodzi do mnie z całą świadomością, że już zawsze tak będzie, już zawsze będę stała u jego boku, bez względu na to, czy będę tutaj, czy w dystryktach, czy gdziekolwiek indziej. Już zawsze będę przy nim – tak mają nas postrzegać ludzie – jako parę nie tylko w życiu, ale również w obowiązkach, które dla nas zaplanowano.

Słońce oświetla jasno cały plac i nas. Po chłodnej nocy, niemal upalny dzień jest niesamowitą zmianą. Ale wolę taką pogodę, niż mgłę i zimno. Dzięki temu mogę stać spokojnie, a nie kulić się smagana wiatrem i wilgocią…  
– Obywatele Panem – Paylor zwraca się zarówno do ludzi stojących pod balkonem, jak i do wszystkich mieszkańców kraju – w dniu dzisiejszym poinformowałam Radę Zwycięzców, iż mój stan zdrowia nie pozwala mi na dalsze sprawowanie urzędu. Spodziewam się dziecka – zgodnie z przewidywaniami, rozlegają się oklaski. Przez chwilę zastanawiam się czy to dobrze, czy źle – ale publiczne rozstanie z Paylor w złej komitywie nie dałoby nam niczego dobrego, więc nie widzę powodu, dla którego ta chwila radości miałaby jej być odebrana.
– Z tego względu – kontynuuje, a ja czuję jak Peeta napina mięśnie. Wie doskonale, że od tej chwili zależy wszystko. Każde słowo ma znaczenie… – zgodnie z obowiązującym w Panem prawem, które dało mi możliwość wskazania swojego następcy, chcąc do końca ponosić odpowiedzialność za kraj i za was, jak czyniłam to ostatnie dwa lata, po długim namyśle – przerywa na chwilę, znów przykładając do ust chusteczkę – postanowiłam przekazać władzę, a co za tym idzie i urząd prezydenta, w ręce pana Mellarka… – Paylor patrzy na Peetę, przełyka ślinę. Wyraźnie chce jeszcze coś powiedzieć, ale nim do tego dochodzi, Haymitch bierze ją pod rękę i wyprowadza z balkonu. Sytuacja bardzo nam sprzyja – Paylor jest bardzo blada, a jej twarz jest mokra od potu. Nie dziwię się temu – poza jej dolegliwościami, wysoko zapięta pod szyją bluzka i żakiet na pewno nie sprzyja jej w tej temperaturze. Paylor opiera się, nie do końca tak to sobie wyobrażała, ale dzięki zbliżeniu, jakie kamera przed momentem dała na jej twarz, całe Panem widziało to co ja – kobietę w ciąży, która zaraz, na tej mównicy, zemdleje. Wyprowadzenie jej było widoczne jako pomoc, a nie siłowe usunięcie, czym naprawdę było…

Zebrany pod balkonem tłum milczy, czujemy nerwowe wyczekiwanie wśród zebranych. Kapitolińczycy nie bardzo wiedzą jak mają zareagować na jej słowa, na naszą reakcję, panuje konsternacja. Po krótkiej chwili Peeta puszcza moją dłoń, dając mi znak, bym też się wycofała, a sam podejmuje przemowę:
– Obywatele Panem, z przyjemnością ogłaszam nowego prezydenta Mellarka – Peeta przerwał na krótko, dla podkreślenia dalszych słów, a ja słyszę zdziwiony głos Paylor:
– Sam siebie ogłasza? To już ty powinnaś to zrobić, jak nie mieliście innego pomysłu – patrzy na mnie ze skrzywionymi ustami. Wiem, jak to wygląda w jej oczach.
– Paula Mellarka – głos Peety, wzmocniony głośnikami, niesie się echem po całym placu.
– Co? – wyrywa się Paylor, kiedy Paul i Johanna wchodzą na balkon. Jej oczy są okrągłe ze zdumienia. Dopiero teraz zrozumiała, że nie tylko ona prowadziła grę, że sama została wmanewrowana w układ, którego nie przewidziała.
– Mellarków ci u nas dostatek – syczy ironicznie Haymitch, kiedy Paylor ciężko opada na krzesło stojące najbliżej niej.

Cisza, która zapadła na placu, nie wróży niczego dobrego dla Paula, ale nie może teraz dać po sobie tego poznać. Paul, ubrany w szary garnitur, powoli podchodzi do balustrady, Johanna, w prostej, zielonej sukience, stoi krok za nim, wpasowując się w rolę pierwszej damy. Paul zaczyna drżącym głosem swoje pierwsze przemówienie w nowej roli. A może pierwsze w życiu?…
– Obywatele Panem, sam jestem zaskoczony rolą, jaką nałożyła na mnie ustępująca Pani Prezydent. Obiecuję, że będę ją wypełniał najlepiej jak potrafię. Zarówno ja, moja narzeczona, jak i nasi doradcy dołożymy wszelkich starań, aby poprawić jakość życia w całym państwie. Jednocześnie pozwolę sobie złożyć podziękowania Paylor za trud włożony w ostatnie lata sprawowania władzy i życzyć szczęśliwego rozwiązania – Paul kończy swoją krótką przemowę delikatnym skinieniem głowy i tylko my wiemy ile ona go kosztowała.
– Panie Prezydencie – Peeta z promiennym uśmiechem na twarzy podchodzi do kuzyna, ściskając mu dłoń.
– Nie możecie – warczy Paylor, która chyba dopiero teraz odzyskała mowę.

– Możemy – odpowiada jej spokojnie Beetee – ani razu nie użyłaś imienia Mellarka, którego desygnowałaś na swoje stanowisko, a to oznacza, że wybór Paula jest ważny – mówi, kiedy wszyscy wychodzimy z sali by przygotować się do dalszych obowiązków. Tymczasem za drzwiami czekają na nas Connor i pozostali byli towarzysze broni Paula, którzy stojąc na baczność, salutują nowemu prezydentowi Panem.

118: Czarna piątka

Witajcie.

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w poniedziałek. Pozdrawiamy ciepło

A. & A. 

 

– Wszyscy zgadzają się na ten plan? – Beetee patrzy na nas uważnie zza okularów. Czuję się jak wtedy na plaży drugiej areny, gdy pytał, czy akceptujemy jego plan wykorzystania piorunów uderzających w drzewo przeciw Brutusowi i Enobarii. I jak wtedy spoglądamy po sobie, w duchu czekając, by wypowiedział się ktoś inny. W końcu każdy kiwa głową. Największe przerażenie maluje się na twarzach głównych zainteresowanych. Przez moment zastanawiam się, czy ja też tak wyglądam – na cholernie przestraszonego, niepewnego jutra. Bo jutro tak naprawdę stało się jedną wielką niewiadomą. Nikt z nas nie wie, w jaki sposób Paylor zareaguje na plan Beetee’ego, co jeszcze ma w zanadrzu, ale z drugiej zaś strony jestem mu za niego wdzięczny. Włożył na mnie dużą odpowiedzialność – właściwie na każdego z nas, ale w razie jakichkolwiek problemów to my z Katniss możemy zapłacić za to najwyższą cenę. Niemniej jestem przekonany, że jeśli coś może zadziałać, to tylko to – nie ma innego rozwiązania, które dawałoby choćby cień szansy. A to daje więcej niż cień…

– Powinniśmy się porządnie wyspać – moje rozmyślania przerywa Haymitch. Spogląda na nas z ukosa, widzę na jego twarzy nieznaczny uśmiech. Podejrzewam, że nawiązuje do sceny, której był świadkiem godzinę temu. Wiem dlaczego został w pokoju podczas mojej rozmowy z Katniss, ale z drugiej strony… Mam wrażenie, że czuł się skrępowany, co dziwi mnie trochę – w końcu nieraz sam robił wszystko, by pchnąć nas w swoje ramiona, widział nas w podobnych układach, a nawet zdarzało mu się wkroczyć bez pukania do naszej sypialni. A może własne małżeństwo zmieniło jego podejście do intymności, może nie umie się już jej przyglądać jak obrazkowi w telewizji?…
– Idźcie spać – odpowiada mu spokojnie Paul, rzucając mi krótkie, przelotne spojrzenie. Wiem doskonale o co mu chodzi, nieznacznie kiwam głową na potwierdzenie, że nasza misja jest nadal aktualna. Obaj wiemy, że to ostatni wieczór, kiedy możemy ją zrealizować – jutro, gdy w nasze życie znów wkroczą kamery, gdy znów znajdziemy się w kręgu zainteresowania mediów i paparazzich,  będzie za późno.
– My musimy jeszcze coś załatwić – dodaje. Katniss, Johanna i Haymitch reagują natychmiast. Krótkie słowo „co” brzmi zgodnym, jak nigdy, chórem.
– Nic ważnego – musimy z kimś jeszcze porozmawiać – odpowiadam spokojnie, z uspokajającym uśmiechem, starając się, by mój głos brzmiał lekko, jakby to naprawdę była nieistotna rozmowa, którą trzeba odbyć raczej z powodów kurtuazyjnych lub grzecznościowych. Muszę przekonać Katniss, choć na razie nie mam pomysłu jak. Wiem, że zaraz usłyszę, że rozmowę można przeprowadzić przez telefon, że może poczekać, że muszę odpocząć, że stanowczo mam się nie narażać. Kłótnia to ostatnie, co jest mi teraz potrzebne, ale nie mam pojęcia jak powstrzymać furię Katniss. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie powstrzyma jej obecność przyjaciół, tym bardziej, gdy Johanna stanie po jej stronie. Zaskakująco, po krótkiej ostrej wymianie zdań, w sukurs przychodzi mi Haymitch:
– Katniss, pójdę z nimi. Peeta ma rację – ty nie spałaś od wielu godzin, a jutro za zmęczenie któregokolwiek z was możecie zapłacić błędami, których nie da się naprawić. Obiecuję ci, że jego też odstawię do łóżka najszybciej jak się da. – Widząc moją i Paula minę dodaje – nie puszczę nigdzie przyszłego prezydenta Panem samego, na dzień przed ogłoszeniem zmiany władzy. Nie ma takiej opcji, idę z wami – kończy tonem, który nie dopuszcza dalszej dyskusji.
W końcu nawet Katniss wzrusza ramionami:
– Rób co chcesz – fuczy obrażona na mnie i odwraca się plecami. 
– Kocham cię – szepczę w jej włosy, całując ją w tył głowy. 

Zimna mgła spowiła ulice Panem, dając nam dobrą osłonę. Mimo, że do centrum mogliśmy podjechać samochodem, ostatni kawałek musimy pokonać pieszo. Suniemy cicho ciemnymi uliczkami, nikt nawet na nas nie spogląda. Właściwie nie dziwię się – sam nie chciałbym mieć do czynienia z pięcioma ubranymi na czarno mężczyznami, w kominiarkach na twarzach. Lepiej odwrócić wzrok, lepiej udać, że się nie widziało. Bezpieczniej. Spokojniej.

Haymitch nie pytał o nic kiedy zjeżdżaliśmy windą do piwnicy, gdzie przywitał nas Connor z przygotowanymi strojami. Paul zorganizował wszystko dosłownie w ciągu kilku minut, zanim Katniss do nas dołączyła na placu przed Pałacem Prezydenckim. Szybko przebraliśmy się i dołączyliśmy do Houlta, który czekał na zewnątrz. Jeden z jego żołnierzy został odkomenderowany do cichej ochrony pozostałych Zwycięzców. W praktyce, domyślam się, że został wymieniony za Haymitcha – plan został rozpisany na pięć osób.

Kiedy dochodzimy pod wskazany adres, nie mam krzty wątpliwości, że musieliśmy dobrze trafić. Mimo, że to niby wciąż centrum Kapitolu, to boczna uliczka wygląda jak wyciągnięta z najgorszej dzielnicy na obrzeżach. Wolałbym się tu sam nie zapuszczać – brak oświetlenia, jedynie słaby blask dają neony – w większości czerwone. Podobny ma obskurny budynek z bardzo charakterystyczną witryną, do którego się zbliżamy. To na pewno o tym miejscu mówił Gale, gdy lecieliśmy poduszkowcem. Gdy tylko powiedziałem mu co planuję dla tego gnoja, który planował zabójstwo Katniss, powiedział, że nie może mi pomóc osobiście, bo natychmiast zostanie wykryty, ale pomógł w dostępny dla niego sposób. Podał mi adres i opis miejsca, w którym co bogatsi mieszkańcy Kapitolu oddają się „rozrywkom”. Umiejscowienie budynku sprawia, że paparazzi trzymają się z daleka od tego miejsca, a adres jest przekazywany tylko „zaufanym”. Gale sam przyznał, że na początku był tutaj kilka razy, żeby – jak to ładnie nazwał – odstresować się. Jako wysokiej rangi wojskowy bez trudu uzyskał status osoby zaufanej w odpowiednich kręgach. Ale od czasu, gdy związał się z Paylor, przestał bywać zarówno w tym, jak i w podobnych lokalach. I doskonale wiedział, że młodego Snowa, o tej porze niemal na pewno tu zastaniemy – odwiedzał to miejsce i pewną kobietę kilka razy w tygodniu.

Słabe oświetlenie ulicy, mnóstwo zakątków i bram dodatkowo ułatwia ukrycie się. Minuty wloką się niemiłosiernie… Czekając na rozwój wydarzeń, wprowadziliśmy Connora i Houlta w to, co ma się wydarzyć jutro. Connor był totalnie zaskoczony, Hoult, dużo bardziej doświadczony, łatwiej ukrył swoje odczucia. Mam zresztą wrażenie, że obaj nie do końca się polubili – dla Houlta wprowadzenie Connora – znacznie mniej wyszkolonego – do grupy, którą zawsze traktował, jako specjalną, jest chyba pewnego rodzaju ujmą. Z drugiej strony Paul za niego zaręczył i choć Connor nie ma dostępu do wielu informacji, mój kuzyn darzy go sporym zaufaniem. Będę musiał mu jednak zasugerować pewne rozdzielenie ich, jeśli wcześniej lub później nie chce zaryzykować konfliktu między nimi. Może da się jakoś uniknąć zbędnych tarć, dając każdemu poczucie docenienia.

Kilka fałszywych alarmów – wychodzący z lokalu, nierzadko pijani prawie do nieprzytomności mężczyźni, w mdłym świetle bardzo przypominali Snowa. W końcu jest… Wychodzi na mocno chwiejnych nogach, w asyście dwóch innych mężczyzn. Już po minucie obaj leżą w przejściu między rozwalającymi się budynkami. Hoult i Paul szybko się nimi zajęli. Snow chyba w tym momencie trochę wytrzeźwiał, na twarzy maluje mu się strach, którego nigdy nie miałem okazji widzieć u jego ojca. Dziwne – jest niezwykle podobny do byłego prezydenta, te same oczy, kości policzkowe, usta. Ale tamten nie miał takiego okrucieństwa wypisanego na twarzy, ani tchórzostwa. Był dumny i przekonany, że wszystko, co robi, robi dla Panem. Młody działa dla siebie. I tylko dla siebie. 
– Czy wy wiecie kim jestem? – pyta drżącym głosem, kiedy silnym szarpnięciem Connor prowadzi go za róg. – Czy wy wiecie…
– Wiemy – przerywam mu krótko zimnym tonem. Jego twarz momentalnie się zmienia. Widzę, że rozpoznał mój głos, choć chyba nie potrafi go dopasować do osoby. Jest zbyt wciąż na to zbyt pijany.
– Co więcej, to właśnie na ciebie czekaliśmy – dodaję spokojnie.
– Nie wiecie z kim zadzieracie – cedzi przez zęby, szarpiąc się w uścisku Connora, przez co wygląda wręcz komicznie. W końcu żołnierz puszcza go, popychając wcześniej na ziemię i – zgodnie z umową – cofa się za mnie. Stoimy naprzeciw Snowa we trzech – Haymitch, Paul i ja. Każdy z nas od zawsze jej bronił, każdy z innych powodów. Każdy z nas ma dziś broń, każdemu zdarzyło się zabić. Jednak tym razem jest trochę inaczej – nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Zimno pistoletu przebija się nawet przez rękawiczki na dłoniach. Kiedy powoli podnoszę do góry broń, kiedy mierzę w jego kierunku, Snow zaczyna coraz rozpaczliwiej rzucać słowa:
– Ktokolwiek wam zapłacił, ja dam wam więcej. Znam ludzi, mnóstwo ludzi, znam Prezydent Panem, jest praktycznie na moich usługach. Mogę wiele – nagle milknie. Nie wiem czy właśnie doszło do niego, że nie ma szans nas przekupić, czy może w końcu skojarzył mój głos z twarzą. W ciągu sekundy widzę jak odpływa mu krew z twarzy – w żółtym świetle ulicznej lampy widać to bardzo wyraźnie.
– Jakieś ostatnie słowa? – Haymitch rzuca w jego kierunku niemal obojętnie.
– Haymitch! Co ty tutaj robisz? Stałeś się wyrzutkiem na usługach rzezimieszków?
– Jakieś ostatnie słowa? – powtarza mój mentor bardzo powoli.
Snow pluje w naszą stronę, podnosi już otrzeźwiałą twarz i patrzy mi w oczy. 
– Coś mi się zdaje – krótko się śmieje – że mój ojciec cię nie docenił, Mellark. Nie sądziłem, że za twój malutki wypadek, postanowisz aż tak bardzo mnie ukarać. Dobra, nastraszyliście mnie, punkt dla was. Nie wierzę, byś miał zamiar mnie naprawdę zabić – nie z twoim zasadami. Więc teraz grzecznie rozejdźmy się do domów – robi krok naprzód, ale widząc, że żaden z nas nie rusza się nawet na centymetr, ponownie przywiera do ściany.

Odbezpieczam broń, nie spuszczając go z oczu nawet na sekundę. 
– Przecież ona nawet cię nie kocha – mówi ledwie słyszalnym szeptem. Widać pogłoski o jego inteligencji nie były przesadzone. Mimo upojenia, rozgryzł nasze powody.
– Pozdrów ode mnie ojca – mówię, kładąc palec na spuście. 

Pada strzał. Przez moment jestem zaskoczony, przecież nie pociągnąłem za cyngiel. Odwracam się gwałtownie – w zimnym powietrzu nocy, lufa pistoletu Houlta jeszcze dymi. Nikt nic nie mówi, patrzę na niego zaskoczony. 

Odchodzimy bardzo szybko, zostawiając martwe ciało z kulą w głowie pod obdrapanym murem. Tłumik – należało o tym pomyśleć, pewnie jak o wielu innych kwestiach. Ale przede wszystkim jedno nie daje mi spokoju.
– Dlaczego? – pytam go w końcu, kiedy krótko się z nami żegna. 
– Kiedyś zrozumiesz – odpowiada tylko, powoli odchodząc. Spoglądam zaskoczony na Haymitcha. Mam nadzieję, że on mi to wyjaśni, jednak odpowiedź pada z zupełnie innej strony. 
– Gdyby wyszło na jaw, że którykolwiek z nas jest w to zamieszany… – Paul na moment zawiesza głos – zrobił to, co musiał. 
– Zabił za mnie? – nie mieści mi się to w głowie.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz – mówi cicho Haymitch, kiedy kierujemy się w stronę domu Zacka. 

117: Mellark na prezydenta

Witajcie. 

Zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka w piątek. Pozdrawiamy ciepło. 

A. & A. 

 

Jest ciemno i zimno, nieprzyjemny wiatr plącze mi się we włosach. Temperatury w Kapitolu zmieniają się szybko – ciepły dzień i bardzo chłodna noc są ponoć normą o tej porze. Dobrze, że choć nie ma tu śniegu, ale niestety, wojskowa kurtka, jaką założyłam, nie zapewnia takiej ochrony przed chłodem, jakiej bym chciała. Przyśpieszam kroku, licząc na to, że choć odrobinę się rozgrzeję, a im jestem bliżej bramy, tym większy ogarnia mnie niepokój i… wściekłość.
– Co ty tutaj robisz? – wyparowuję od razu, jeszcze będąc kilka kroków od obu czekających na mnie mężczyzn. Jego sylwetkę poznam wszędzie. Choć on jest ciepło ubrany – wylot z zimnej Dwunastki dał mu w tym momencie przewagę.
– Mamy problem – oświadcza tak spokojnie, jakby mnie informował, co jadł na śniadanie.
– O tak, z tobą! – syczę. – Czemu jesteś taki uparty, prosiłam cię byś został w domu! – gdyby nie to, że plac nie jest pusty, pewnie pozwoliłabym sobie na krzyk, ale nie chcę robić sceny, nie chcę dawać okazji do plotek. Równocześnie nie przypuszczałam, że może być tak nieodpowiedzialny. Chce mi coś udowodnić? Albo może sobie?
– Katniss – mówi ciepło, ale w jego oczach widzę smutek – naprawdę mamy problem. Zawołaj wszystkich, musimy znaleźć jakieś spokojne miejsce i porozmawiać.
– A tutaj nie możemy? – wskazuję mocnym wymachem ręki na Pałac Prezydencki.
– Tutaj na pewno nie, to byłby kiepski pomysł – odpowiada stanowczo. Czuję, że przechodzą mi ciarki po plecach, które wzmagają się, gdy Peeta dodaje – musimy mieć absolutną pewność, że nie jesteśmy podsłuchiwani. 
Patrzę na niego zaskoczona, Paul i Zack również. Nawet jeśli do niego też jakimś cudem dotarł raport Beetee’ego, to na pewno przed wylotem nie zdążył zobaczyć postulatów Paylor. Nadto one też nie byłyby wystarczającym powodem, by wyruszył do Kapitolu, mając świadomość, że jest tu wystarczająco silna grupa, by powstrzymać ambitną przywódczynię. Czyżby więc teraz pojawiła mu się jakaś kolejna obsesja?
– Peeta, domyślam się, że musisz mieć diablo ważny powód, skoro odważyłeś się złamać zakaz Katniss? – ciszę między nami przerywa Haymitch, podchodząc bliżej. Nawet ja rozpoznaję ironię w  jego głosie. Wiem, że trafia we mnie, nie w niego – dlatego mam ochotę odpowiedzieć w podobnym tonie, ale miny Johanny, Beetee’ego i Annie powstrzymują mnie. Peeta milczy – w przeciwieństwie do mnie, na nim najwyraźniej hasło Haymitcha nie zrobiło wrażenia. Albo… Cholera, albo jest prawdziwe. Jakimś cudem z nieprzeniknionego dla mnie wyrazu twarzy Peety, nasz mentor wyczytał znacznie więcej.
– Co w takim razie proponujesz? – ton głosu Abernathy’ego potwierdza tylko moje przypuszczenia – on wie, że Peetę musiało sprowadzić tutaj coś naprawdę ważnego. Chłopak przez chwilę się rozgląda, gdy nagle słyszymy:
– Zapraszam do mnie, mieszkamy skromnie ale… – Karel nagle przerywa, jakby uznał, że wyrwał się z czymś niestosownym.
– Dziękujemy. Prowadź – po minie Peety widzę, że na taką propozycję liczył. 

Idziemy powoli przez noc, ramię w ramię. Mimo wojskowych butów, jakimś cudem udaje się nam przejść stosunkowo cicho uliczkami Kapitolu. Jego ciepła dłoń delikatnie muska moją, powodując przyjemne łaskotanie. Chcę zapleść nasze palce, sięgam po jego rękę, ale po raz kolejny przypominam sobie, że jestem na niego zła i rezygnuję. W tym samym momencie czuję, że okrywa moje ramiona i plecy swoim szalikiem. W środku rozpływa mi się ciepło – jeszcze nie od szala, ale od prostego gestu, który oznacza, że o mnie dba, że nawet gdy się nie skarżę, wie, że zdążyłam zmarznąć. I robi cokolwiek, by mi pomóc. Znów się łamię, ale… To byłoby za łatwe, zbyt proste. Nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, że ryzykuje, że o siebie nie dba…

Mieszkanie Zacka znajduje się w dużym szarym wieżowcu, na osiedlu pełnym takich samych bloków. Nigdy nie mieszkałam w czymś takim – domy w Dwunastce są niskie, nawet te w miasteczku nie przekraczają dwóch pięter. Z kolei apartamentowce w jakich zatrzymują się w Kapitolu Zwycięzcy, są zupełnie inne – to nie blokowiska, ale strzeliste błękitne budynki oddalone od siebie tak, by nie zasłaniały sobie widoku, w otoczeniu podkreślającym luksus, nawet gdy w oknach i tak można pokazać dowolny widok, jaki tylko mieszkaniec sobie wymarzy.
Jedziemy windą na 8 piętro do malutkiego mieszkanka. Dwa niewielkie pokoje, kuchnia i łazienka z niezwykle prostym umeblowaniem, bez zbędnych ozdób na ścianach – całość bardzo przypomina mój dom rodzinny, aż się uśmiecham. Nie sądziłam, że czasem Kapitol może być tak bliski Dwunastce, że życie nie wszystkich jego mieszkańców jest tak różowe, jak dotąd sądziłam. Nasz gospodarz, wyraźnie zakłopotany tym, jak niewiele posiada, chce coś powiedzieć, ale Haymitch jest o wiele szybszy.
– Idealnie, dziękujemy za gościnę.
– Zack, zostawisz nas samych? – dodaje spokojnie Peeta. 
Żołnierz kiwa tylko głową i bez słowa wychodzi, zabierając ze sobą siostrę. Cisza, która nagle zapadła po ich wyjściu, zaskakująco bardzo mi ciąży. W końcu przerywa ją Paul:
– Peeta? – nie mówi nic więcej, ale udało mu się zawrzeć w tym jednym prostym słowie wszystko, o co chcemy zapytać. 
– Lepiej usiądźcie – Peeta czeka chwilę nim wypełnimy jego prośbę, dając do zrozumienia, że czeka nas długa i poważna rozmowa. Siadam po turecku na podłodze, łokcie opieram na kolanach, a brodę na dłoniach. Patrzę w podłogę – nadal jestem na niego zła – a gdyby mu się coś stało, gdyby jego rana w czasie podróży się otworzyła? Mógłby nie zdążyć tu dolecieć, zamiast tego, po drodze, skutecznie by się wykrwawił… Co może być tak poważnego, żeby nie mogło zaczekać na nasz powrót? Żeby dla tego czegoś ryzykować życie?! Przenoszę wzrok na Peetę i z zaskoczeniem orientuję się, że stoi naprzeciw mnie. Dochodzi do mnie też, że musiał przed chwilą coś powiedzieć, a po twarzach pozostałych widzę, że nie było to nic dobrego.
– Co mówiłeś? – pytam odruchowo, ale już po chwili tego żałuję. Peeta patrzy na mnie uważnie, ale nie ma w tym spojrzeniu ciepła, do jakiego zdążyłam się przyzwyczaić. Haymitch i Johanna spoglądają na mnie z wysoko uniesionymi brwiami, Paul ciężko wzdycha, a Beetee patrzy w stronę okna. Wreszcie Annie odpowiada na moje pytanie:
– Gale przyszedł do Peety zaraz po waszym wyjeździe i zdradził mu parę istotnych dla nas wszystkich informacji, Katniss – chociaż ona mówi cicho i spokojnie. 
– Gale? – wyrywa mi się w zdumieniu.
– Tak – głośne westchnięcie Peety jest aż nadto czytelne. – Ale możesz na moment przestać o nim myśleć? Choć na chwilę, byłbym wdzięczny – nienawidzę tych nut w jego głosie. Tego chłodu, tej stanowczości podszytej wyższością.
– Nie myślałam o Gale’u – bronię się natychmiast, choć dociera do mnie, że w tym stanie chyba i tak go nie przekonam.
– To niby o czym, a może raczej… o kim? – nagle ton zmienił się na ten zniecierpliwiony, którego używał ostatnio w domu.
– O tobie, idioto – cedzę przez mocno zaciśnięte zęby. Gdy tylko kończę, wiem, że popełniłam błąd. To nigdy nie działało… Peeta śmieje się krótko.
– W to akurat nie uwierzę, Everdeen – czuję jak oczy mi się rozszerzają – nie pamiętam, kiedy ostatnio Peeta powiedział do mnie po nazwisku. Zaczynam się bać – już nie o niego, ale jego…
– Dobra gołąbeczki – Haymitch musiał zauważyć to samo, bo szybko podnosi się z krzesła. – Problemy między wami wyjaśnicie sobie potem, teraz mamy chyba poważniejsze sprawy.
– Nie ma żadnego „my”, Haymitch – lodowaty ton Peety upewnia mnie w moich podejrzeniach, w moim lęku.
– O czym ty mówisz? – wyduszam z siebie ledwie słyszalnie.
Peeta nawet na mnie nie patrzy, spogląda w okno naprzeciw siebie. Dłonie schował głęboko w kieszeniach, stoi pewnie na szeroko rozstawionych nogach. Wiem co się z nim dzieje, wiem, że muszę zareagować nim będzie za późno. Powoli wstaję i podchodzę do niego, stając naprzeciw, by wymusić spojrzenie na mnie. Mętny wzrok, chłód w oczach, rozszerzone źrenice – dokładnie tego się obawiałam… Przełykam głośno ślinę, oszczędnym gestem daję znać wszystkim, by wyszli. Nie wiem jak to się skończy, nie muszą być tego świadkami. Kątem oka widzę, że mnie posłuchali, pozostawiając nas samych. Nie, nie samych – uświadamiam sobie, że w pokoju jest Haymitch, stoi w lekkim rozkroku, poza polem widzenia Peety. Wie równie dobrze jak ja, że mój narzeczony jest o krok od zapadnięcia się, więc postanowił zostać, na wszelki wypadek. Widział swego podopiecznego w tym stanie już nieraz, nie będę się upierać, by wyszedł – jeśli będzie naprawdę źle, może być moim ratunkiem.
– Peeta – delikatnie dotykam jego ramienia. Nie reaguje, więc powtarzam jego imię, nie spuszczając z niego wzroku.
– Słucham – ma taką minę, taki ton jakby rozmawiał z kimś gorszym od siebie… 
– Jak to „nie ma nas”? – widzę, że jego wzrok na chwilę przytomnieje, łapię się nadziei, jaką mi to daje, choć słowa, które po tym następują ranią:
– A jesteśmy jacyś „my”? Katniss, jak wygląda to „nasze życie” przez ostatnie kilka tygodni? Myślisz, że jestem ślepy? Naiwny może, ale bez przesady! Najchętniej znikasz z domu, trzymasz się ode mnie z daleka, na każdą próbę zbliżenia się do ciebie reagujesz prawie jakbym był trędowaty. Jasno dałaś mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego! „Nasze życie” skończyło się w najlepszym razie po wypisie ze szpitala i przestań wreszcie udawać, że jest inaczej! – oczy znów mu ciemnieją, nie mam zbyt wiele czasu.
– Czyli to sobie wymyśliłeś w tej swojej główce, zamykając się na klucz w pracowni?! – palcem wskazującym uderzam go w czoło. Momentalnie łapie mnie za rękę i mocno odpycha na kanapę stojącą po lewej stronie. Instynktownie, chcąc uniknąć upadku, łapię go za nadgarstek. Jednak pchnięcie było mocne, nie jestem w stanie utrzymać równowagi. Tym sposobem upadam plecami na kanapę, a Peeta ląduje na mnie – zaskoczony nie zdołał utrzymać się na nogach. Jego twarz jest kilka centymetrów od mojej – czuję ciepły oddech, a moje ciało reaguje natychmiast. To właśnie dlatego przez ostatnie tygodnie unikałam takich sytuacji – niesamowicie tęsknię za jego dotykiem, za smakiem jego ust, za tym cudownym uczuciem, jakie daje mi kontakt z jego ciałem. Ale jednocześnie wiem, że to może mu tylko zaszkodzić, więc każdego dnia ze sobą walczyłam, dlatego uciekałam do lasu, dlatego wiele spraw zajmowało mi więcej czasu niż powinno. A teraz, w jednej chwili cały mój wysiłek, cała rezygnacja może pójść na marne. Jeśli Peeta przesunie się choć o centymetr, mogę nie być w stanie powstrzymać się. Słyszę jak głośno przełyka ślinę, widzę w jego oczach to, co widywałam nieraz, praktycznie każdej nocy, przez ostatnie trzy tygodnie. Rosnące pożądanie. 
– Jak to nie ma żadnego „my”? – ponawiam pytanie, tym razem szeptem. Haymitch, stojący w pobliżu drzwi nie musi słyszeć naszej rozmowy, a Peeta jest tak blisko, że na pewno mnie usłyszy.
– A jesteśmy? Unikasz mnie jak ognia, myślisz, że nie domyślam się jak bardzo jestem dla ciebie odpychający?
– A nie przyszło ci do głowy…
– Jedyna rzecz, jaka mi teraz przychodzi do głowy, to… Zresztą, nieważne – chce się podnieść, mocno wspiera się na ręce, a równocześnie delikatnie muska moje udo. Spogląda mi w oczy – widzę w nich odbicie moich odczuć i delikatnie unoszę głowę. Pierwsze muśnięcie jego ust jest delikatne, przelotne, niepewne. Kolejne, połączone z dłonią sunącą po moim udzie, rozpala mnie momentalnie. Ale refleksja o miejscu gdzie się znajdujemy przychodzi natychmiast, zaplatam dłonie na jego szyi i bardzo cicho mówię:
– Kocham cię.
– Ja ciebie też – odpowiada już ciepłym, dobrze mi znanym, głosem. Oczy też wyglądają normalnie – wrócił do rzeczywistości, do mnie.
– I nie chcę ci zrobić krzywdy – mówię spokojnie. 
– Ale ja bym chciał – odpowiada, przygryzając moje ucho. 
– Wrócimy do tej rozmowy później?
– Zawsze – szepcze, siadając obok mnie, a Haymitch otwiera drzwi wołając resztę. Widzę, że policzki Peety zaróżowiły się lekko – w przeciwieństwie do mnie, nie miał świadomości, że mamy świadka. Ale brak innej reakcji z jego strony pokazuje, że świetnie rozumie, czemu go mieliśmy.

Peeta delikatnie trzyma mnie za rękę kontynuując swoją opowieść. Gdy kończy, nikt się nie odzywa.
– Czyli Gale powiedział, że Paylor chce się zrzec władzy na twoją korzyść? – Beetee pyta w zamyśleniu. – Dokładnie tak – potwierdza Peeta.- Jutro ma ogłosić, że chce, by Mellark został prezydentem.

Delikatny uśmiech wypływa na twarz Beetee’ego. 

116: Wnuczka Snowa

Witajcie. 

Dziękujemy za ostatnie pół roku. Za to, że z nami jesteście, że czytacie i komentujecie- dziękujemy za wszystko. Jednocześnie zapraszamy do czytania i komentowania. Kolejna notka we wtorek. Pozdrawiamy ciepło.

A. & A. 

 

Siedzę w starym, wysłużonym fotelu. W powietrzu unosi się dobrze mi znany, chemiczny zapach farb i rozpuszczalników. Kiedyś, na samym początku, drażnił mnie tłumiąc wszystko inne, co znałem – ostra woń terpentyny potrafi przebić wszystko. Albo raczej potrafiła – dziś przyzwyczaiłem się do niej tak, że niemal jej nie czuję… W ręce ściskam pędzel i patrzę na puste płótno, rozpięte na sztalugach przede mną. Od kilku dni nie jestem w stanie nic namalować. Nie, nie od dni – to już trwa kilka tygodni. Wchodzę do pracowni, rozrabiam farby, a potem następuje jakaś pustka, której nie umiem ani wyrazić, ani zapełnić. Czasem zamiast pustki pojawia się chaos – próba wizualizacji tamtych uczuć skończyła się pociętym płótnem, bo sam nie miałem ochoty na to patrzeć.

Powrót do Dwunastki miał być dla mnie – miałem odpoczywać i wracać do zdrowia w domu, wśród ludzi, którym ufam, w miejscach, które znam. Nie sądziłem tylko, że Katniss tak głęboko weźmie sobie do serca zalecenia lekarza. Na nic mi nie pozwala, najchętniej przykułaby mnie do łóżka, a mnie takie lenistwo bawiło tylko przez pierwsze kilka dni. Nie rób tego, nie rób tamtego – przedrzeźniam ją w myślach… Ona chyba kompletnie nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mnie wkurza to, co robi. Z jednej strony wiem, że kieruje nią strach o mnie, ale z drugiej… Cholera, nie jestem małym dzieckiem, wiem na co mogę sobie pozwolić. Rana mnie już prawie nie boli, bardzo dobrze się goi – czasem tylko, gdy za bardzo naciągnę brzuch, czuję ją, ale to wszystko. A tymczasem wszyscy nadal traktują mnie jak obłożnie chorego. I jeszcze ten ich wyjazd!
Zostaniesz tutaj, mama się tobą zaopiekuje – słyszałem w jej głosie troskę, słyszałem miłość, ale i tak jej słowa wytrąciły mnie z równowagi. Jak ona może mnie tak traktować?! To wtedy po raz pierwszy zamknąłem się w pracowni na klucz – chciałem pomyśleć, ale też uspokoić się. A teraz jakoś weszło mi to w nawyk. Zamykam drzwi, odgradzam się od całego tego zamieszania, od współczucia, czasem mam wrażenie, że wręcz litości. Odgradzam się też od niej. 

Słyszę jak mnie woła, jak krzyczy na cały dom, że muszą już ruszać. Powinienem wyjść, ale nie mam ochoty wstać z tego fotela i się z nią żegnać. O nie, traktuje mnie jakbym miał zaraz umrzeć, jakby najmniejszy ruch miałby spowodować powrót do szpitalnego łóżka. Nie pójdę do niej, nie mam ochoty wysłuchiwać znów listy rad i zakazów. Już dawno mnie to nie bawi…

Może jednak trzeba było iść, powiedzieć jej, że jest ze mną już o wiele lepiej, że nie potrzebuję opieki przez całą dobę… No może poza jej opieką. Jej obecności, dotyku, ciepła brakuje mi najbardziej. Nie wiem, czy przez to, że widziała mnie chorego nabrała do mnie jakiegoś… obrzydzenia? To chyba boli mnie najbardziej – Katniss, od czasu powrotu do domu, pozwala się dotknąć tylko kiedy idziemy spać. I to właściwie przelotnie – krótki pocałunek w policzek, lekkie przytulenie. W szpitalu była bardziej namiętna! A ja tęsknię za smakiem jej ciała, za jej dotykiem. Setki razy próbowałem dać jej do zrozumienia, jak bardzo jej pragnę, ale za każdym razem na nic nie pozwalała. Już nie mówię o zbliżeniu – mam świadomość, że to mogłoby się jeszcze różnie skończyć, ale nie sądzę, by pieszczoty pocałunki i przytulenia były problemem. Chyba, że wcale nie o to chodzi… Znam motywy Gale’a, wiem dlaczego usłyszałem tamte słowa, ale coraz mocniej kiełkuje we mnie podejrzenie, że może jednak… Może Katniss dała mu się pocieszyć… 
Po raz kolejny ogarnia mnie to uczucie. Znam je doskonale, wiem co się zaraz stanie i już chyba nawet nie staram się tego powstrzymać. Najpierw przeraźliwy lęk, potem złość przechodząca w furię, której nieustannie towarzyszą te jasne, błyszczące przebłyski. Świat robi się taki nierzeczywisty, niematerialny, czuję niemal fizycznie w przedramieniu przenikliwy chłód, rozprowadzający lodowate zimno po całym moim ciele. Przed oczami znów migają mi światła, obrazy. Ale nie są takie jak wtedy, gdy byłem przekonany, że jestem w galerii… Te raczej przypominają bezlitośnie tamtą przeklętą jesień, gdy przywiązany do fotela oglądałem Katniss na monitorze powieszonym centralnie przede mną, bez możliwości ucieczki wzrokiem, bez szans na zamknięcie oczu. A w tle słyszałem krzyki Johanny i zimny, szyderczy śmiech Snowa… Wspomnienia uderzają mnie, otaczają… Wstaję i walę pięścią w ścianę – krótki ból przywraca mnie na tyle do rzeczywistości, że postanawiam walczyć – mocniej zaciskam dłonie na oparciu stojącego obok krzesła. Zmieniłem zdanie, nie chcę dać się zawładnąć tym przebłyskom, ale to takie trudne… Zapadam się…

Mocny uścisk na ramieniu zdawał się złudą, ale silny cios w szczękę, który posyła mnie z powrotem na fotel, momentalnie przywraca mnie do rzeczywistości. Spoglądam zaskoczony na mojego gościa, a na jego twarzy też gości niedowierzanie. Na szczęście doskonale wiedział, co się ze mną dzieje i co trzeba zrobić żeby wyrwać mnie z macek Snowa…
– Już lepiej? – pytanie dochodzi do mnie jakby z oddali.
– Tak, dzięki – odpowiadam drżącym głosem. Nachylam się do przodu – mam zimne ręce, w zetknięciu z rozgrzaną skórą twarzy, przynoszą mi ukojenie.
– Myślałem, że to już za tobą – patrzy na mnie dziwnie, jakby nie był pewien co powinien zrobić.
– To chyba nigdy nie będzie za mną – podnoszę na niego wzrok. – Są dobre momenty, kiedy przez wiele dni jest spokój, najczęściej wtedy, gdy jest przy mnie. Ale jak jej nie ma, to…
– Właśnie widzę – przerywa mi, uwalniając od dalszego tłumaczenia.
– Katniss nie ma – przyglądam mu się uważnie. Gdzieś, z tyłu głowy, ponownie zaczyna kiełkować tamta nieznośna myśl.
– Wiem – odpowiada mi spokojnie, siadając na krześle. – Przyjechałem do ciebie.
– Do mnie? Tobie też kazała mnie pilnować? – nie mam pojęcia jaki interes może mieć co mnie Hawthorne.
– Nie schlebiaj sobie – mówi z delikatnym uśmiechem, który jednak szybko znika – pojawił się pewien problem, nawet poważny.  Pomyślałem, że po pierwsze powinniście wiedzieć, a po drugie – ty możesz mi pomóc
– Co się dzieje?
– Będziemy tak siedzieć i gadać tutaj, czy może raczej siądziemy w kuchni… – zawiesza głos, a do mnie po chwili dociera o czym mówi. Wstaję powoli, a już moment później siedzimy ze szklaneczkami z nalewką mamy. Kiedy Gale kończy swoją opowieść, wiem, że jego pomysł z napiciem się czegoś mocniejszego, był trafiony. Czy my kiedykolwiek zaznamy spokoju?

Gale nie miał większego wyboru – chcąc z nami porozmawiać, musiał przyjechać do mnie. Każda jego próba zbliżenia się do Katniss była śledzona przez Paylor i natychmiast udaremniana. Pani Prezydent okazała się być strasznie zazdrosna, wyczulona na jakiekolwiek ich kontakty (jak się okazuje nie tylko ja mam z tym problem), a dodatkowo jej podejście do władzy zaczyna przeradzać się w obsesję. Gale ucieszył się, kiedy odsunęliśmy jego dziewczynę od kierowania państwem. Miał nadzieję, że dzięki temu ona zrozumie, że może pora na inne życie – u jego boku, spokojne, bez ciągłych przepychanek w Kapitolu i problemów w dystryktach. Ale kiedy zaczęli ich odwiedzać różni ludzie, kiedy zaczęła się z nimi zamykać, prowadzić długie i tajemnicze dyskusje, zrozumiał – Paylor łatwo władzy nie odda. To, co zrobiliśmy, było dla niej jak policzek. W połączeniu z jej dumą i ambicją dało to mieszankę wybuchową – poprzysięgła nam zemstę i według wiedzy Gale’a – konsekwentnie realizuje swój plan.  Najgorsze jest jednak to, że ona chyba planowała to od dawna. Chciała zniszczyć Zwycięzców. Nie wiem skąd w niej tyle nienawiści do nas, co ją motywuje, ale miała swój spory udział w prześladowaniu Annie, a podsyłanie Beetee’emu fałszywych raportów, podsycanie napięć w dystryktach, ciche poparcie dla właścicieli fabryk w sprawie nielegalnych form opłat dla pracowników, były już całkowicie jej działaniem. A ostatni pomysł… Muszę przyznać – jest genialny. Posadzenie mnie w fotelu prezydenta, a następnie udowodnienie mojego szaleństwa – na oczach całego państwa. Nie potrzebowałaby niczego więcej.
– Jesteś tego pewien? – to tak nieprawdopodobne, że aż musi być prawdziwie.
– Niestety tak.
– I nadal z nią jesteś? – to nie moja sprawa, ale…  Gale krótko się śmieje, nim odpowiada:
– Wiem, że w tej chwili trudno w to uwierzyć, ale – w głębi serca – to dobra dziewczyna. Nie zapominaj też, że to pomysł młodego Snowa – to wytrawny polityk i świetny znawca ludzi. Jedyną winą Paylor jest to, że dała się mu omamić. Dlatego, kiedy tylko dowiedziałem się co się dzieje, zdecydowałem, że musicie się dowiedzieć i coś z tym zrobić. Nim on was wszystkich pozabija… Wiesz co jest w tym najdziwniejsze – oni byli pewni reakcji Katniss na twój postrzał, byli pewni, że ona się załamie. Byli też pewni, że przeżyjesz – podobno dokładnie za to zapłacili snajperowi.
– Dlaczego? Przecież mogli się już wtedy skutecznie mnie pozbyć.
– Są dwa powody. Po pierwsze to miał być krok do wyeliminowania Katniss bez zrobienia z niej męczennicy. Po tym wszystkim miała uchodzić za szaloną, a zamiast tego – znów uchodzi za szaleńczo zakochaną. A drugi powód jest dość osobisty. Wiesz, że Snow miał wnuczkę?
– Coś mi się kojarzy…
– Była nawet na jego pogrzebie – jej zdjęcie obiegło chyba wszystkie media. I ona była tym drugim powodem, dla którego miałeś przeżyć. Za wszelką cenę – patrzę ogłupiały na Gale’a. Ja bywam szalony, ale on chyba też. Odpowiada mi śmiechem.
– Wiem co myślisz. Ale ta dziewczyna jest w tobie zakochana – nastoletnią miłością, która nie zna barier. Kiedyś słyszałem nawet jak mówiła do Paylor, że zostaniesz jej mężem… Młody Snow wiedział, że jego córka ciężko przeżyje twoją śmierć, więc cię ocalił… Ale zostawienie cię przy życiu nie oznacza zostawienia was w spokoju. A usunięcie Katniss na pewno nie zmartwi jego latorośli.
– Mają rację – dociera do mnie sedno planu.
– Co masz na myśli? – patrzy na mnie zaskoczony. Wypowiedziałem tylko końcówkę swoich przemyśleń…
– Jeśli ją zabiją, nie będą musieli udowadniać mojego szaleństwa. Ja bez niej nie potrafię żyć…
– Peeta, Paylor jutro chce zrzec się władzy na twoją korzyść. Chce oddać ci panowanie w Panem. I tylko ty możesz w jakikolwiek sposób udaremnić jej plan.
– Co mam zrobić? Masz jakiś genialny pomysł? – automatycznie podnoszę głos – sama myśl o tym, że Paylor i syn Snowa planują zabicie Katniss jest dla mnie wystarczająco przerażająca. – Mam ją trzymać w pancerzu ochronnym, czy zamknąć na klucz pod opieką tuzina ochroniarzy?
– Nie wiem. Uwierz mi, że gdybym wiedział, sam bym to zrobił.
– Domyślam się – zwracam się do niego ironicznie. – A tak w ogóle, nie powiedziałeś mi dlaczego Paylor chce odejść na rok? O takim czasie wspomniałeś…
– Bo jej kazałem, a w tej kwestii mam decydujące zdanie – odpowiada, a na jego twarzy widzę jakiś rodzaj dumy.
– Powiesz coś więcej? Tyle planów, tyle wysiłku, a nagle oddają nam rok? Na co? Na naprawienie tego, co zepsuli?
– Paylor potrzebuje tego roku. Nie – my potrzebujemy tego roku… Nasze dziecko go potrzebuje.
– Dziecko?
– Tak, Paylor jest w ciąży. Rodzi na początku wakacji – spogląda na mnie z ukosa, delikatny uśmiech wypływa na jego twarz. – Na razie nikt o tym nie wie – zastrzega od razu.
– Gratuluję – wstaję, by uścisnąć mu dłoń – ożenisz się z nią?
– Chciałbym, choć nie wiem, czy ona tego zechce. Jest bardzo niezależna, acz przed ciążą wspominała coś o wspólnym życiu. Choć to było dawno… 

Schen i moja przyszła teściowa nie są zbyt zadowoleni z tego, że chcę lecieć do Kapitolu. Jeszcze mniej z tego, z kim tam lecę, ale nie dyskutują. Jest już ciemno, kiedy podchodzę pod bramy Pałacu, natykając się na Paula. I nie mam wątpliwości co maluje się w jego oczach na mój widok.