151. Pożegnanie

Witamy wszystkich ciepło 🙂
Dziękujemy za komentarze, czekamy na kolejne i życzymy miłego czytania. Następna notka – we wtorek.
Pozdrawiamy,
A & A

Gorąca woda delikatnie pieści moją skórę, jej strumień sprawia, że moje zmęczone wielogodzinną naradą ciało, powoli się odpręża, choć notuję to bardziej przy okazji. Myśli wciąż mam zajęte czymś zupełnie innym…
Wychodzę spod prysznica, osuszam ciało miękkim ręcznikiem i powoli, powolutku wcieram w nie balsam pachnący czekoladą. To, co robię, jest pomysłem podrzuconym przez Johannę, w czasie naszej nocnej narady. Muszę zrobić wszystko, by nasze pożegnanie było jak najbardziej prawdziwe i piękne. By pamiętał…

Niemal dziewczęca sukienka w kolorze zachodzącego słońca delikatnie otula moje prawie nagie ciało. Sandałki na niewysokim obcasie dopełniają całości… Najchętniej znów wskoczyłabym w spodnie i kurtkę, ale to zepsułoby wszystko. Szybko suszę włosy i splatam je w prosty warkocz – to wywalczyłam, bo Johanna chciała, bym je rozpuściła. Ale mimo wszystko muszę pozostać sobą, choć trochę, inaczej mi nie uwierzy. Spoglądam po raz ostatni w lustro i jestem zadowolona z efektu. Tak, tak Peeta powinien mnie zapamiętać, by nasze ostatnie spotkanie ma mu się kojarzyć z zapachem czekolady i jego ulubionym kolorem.

Czeka na mnie w przestronnej sali. Kiedy wchodzę do środka, powoli podnosi głowę. Zgarbione plecy, opuszczone ramiona, przekrwione oczy mówią mi więcej, niż on sam by chciał. Widzę, że trudno mu z tym wszystkim, co się wokół dzieje, że trudno mu żegnać się ze mną na zawsze. Stojąc jeszcze przy drzwiach, przełykam ślinę i wbijam w dłonie paznokcie, by powstrzymać się przed pokazaniem emocji. Muszę być dzielna i nie wolno mi pokazać po sobie tego, co myślę i czuję.
– Pięknie wyglądasz – bierze mnie za rękę, gdy podchodzę do niego, przyciąga mnie do siebie i sadza sobie na kolanach. – I pięknie pachniesz – słyszę jak wciąga powietrze, całując równocześnie moje odsłonięte ramię.
– Chciałam, byś taką mnie zapamiętał – odpowiadam cicho, całując go delikatnie w czoło.
Peeta natychmiast sztywnieje, podnosi głowę i zaskoczony spogląda na mnie.
– O czym…
– Peeta – wtrącam się. Boję się, że gdy zacznie zadawać pytania, uda mu się wyciągnąć ze mnie wszystko, czego wcale nie chcę mu powiedzieć. Dlaczego to wszystko jest takie trudne… W nocy wydawało się łatwiejsze…
– Myślałam dużo, właściwie całą dzisiejszą noc myślałam o tym, co zrobiłeś. I co dalej robisz. I teraz już wiem, zresztą to Gale pomógł mi wszystko zrozumieć – wiem już, że nie mogłeś postąpić inaczej. Ale chcę, żebyś pamiętał o jednym – zrobię wszystko, absolutnie wszystko, żeby być przy tobie w chwili śmierci. I nigdy cię nie zapomnę. Bardzo cię kocham i nigdy nie przestanę – spoglądam mu w oczy. Maluje się w nich niedowierzanie, jakaś dziwna niepewność, jakby nie wiedział jak ma interpretować moje słowa. I na czym się skupić… Powoli dochodzi do siebie i wreszcie słyszę:
– Obydwoje wiemy, że wyrok w naszej sprawie już zapadł. Obydwoje też mamy świadomość, że żywy z tego nie wyjdę. Ale… mam do ciebie jedną prośbę – mruga szybko oczami i ucieka na chwilę wzrokiem w górę, jakby chciał ukryć, powstrzymać łzy, które już zebrały się mu się pod powiekami.
– Kiedy mnie już nie będzie, zaopiekuj się, proszę, moją rodziną, pomóż im przez to przejść…
Zwariował, ciekawe jak on to sobie wyobraża – w jaki sposób miałabym im pomóc? Ja bym tylko im o wszystkim przypominała. Zdziwiłabym się nawet, gdyby mnie nie obwiniali. O ile już mnie nie obwiniają – nie miałam odwagi zadzwonić do nich, a oni też nie dzwonili od aresztowania…
– I… – znów zawiesza głos, a ja mam ochotę zamknąć mu usta pocałunkiem. Nie chcę słyszeć, co jeszcze wymyślił… – i, bardzo cię proszę, nie noś długo żałoby po mnie. Zwiąż się z kimś, bądź szczęśliwa.
Żadna sztuczka, której nas uczyli, nie pomaga. Łzy toczą mi się po policzkach, nawet nie próbuję ich już powstrzymać. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Wiedziałam, że ta chwila będzie trudna dla nas obojga, ale tego nie przewidziałam. Cholera, nie dam rady…
– Peeta – szepczę ledwo słyszalnym głosem. Uspokajam oddech, żeby zmniejszyć żal i ból, jakie mnie w tej chwili wypełniają, odbierając mi jasność myślenia. – Ja nigdy, przenigdy, nie będę z nikim poza tobą. Kocham tylko ciebie i jedyną osobą, z którą mogę być, jesteś ty.
– Katniss – bierze w dłonie moją mokrą twarz. Dłonie ma, jak zawsze, ciepłe, delikatne, jakby pod tym względem nic się nie zmieniło. – Katniss, proszę…
– Nie – odpowiadam zaskakująco twardo. – Nie, Peeta.

Widzę, że chce mnie jeszcze przekonywać, ale czas przeznaczony dla nas szybko się kończy. Drzwi sali otwierają się z cichym skrzypnięciem i dołączają do nas pozostali. Po Haymitchu widać, że bardzo źle zniósł rozmowę z Effie – jasno obrazują to jego mocno zaczerwienione oczy i opuszczone ramiona. Oboje podjęli decyzję, że dzieci nie są gotowe na takie spotkanie, że mogą tego nie znieść, że nie dadzą rady im tego wytłumaczyć.

Siadamy wszyscy przy jednym stoliku. Po chwili ciszy, łapię utkwione we mnie spojrzenie adwokata, co przywołuje mnie do rzeczywistości.
– Panno Everdeen – zaczyna powoli – jest pani pewna, że chce pani uczestniczyć w tej rozmowie? – spogląda na mnie znad okularów.
– Jestem – odpowiadam spokojnie. Staram się, by mój głos brzmiał pewnie, ale stres i cała sytuacji przytłaczają mnie. W końcu przestaję walczyć z drżącymi rękami i poddaję się.
– Dobrze – kontynuuje – panowie, możemy mieć prawie absolutną pewność, że wyrok zapadnie na dzisiejszej rozprawie. Pan prezydent, na panów specjalne życzenie i z moją niechętną, ale jednak aprobatą przyznał, że jego angażowanie się w tę sprawę jest zbędne. Będzie wraz z małżonką obecny na sali rozpraw, ale obiecał nie zabierać głosu. Według istniejącego prawa, jeśli dziś zapadnie wyrok, egzekucja zostanie wykonana o świcie. Panów wojskowe przeszkolenie i stopnie, jakie w czasie rewolucji Kosogłosa panowie uzyskali, obligują do egzekucji wojskowej. Co za tym idzie, zostaną panowie postawieni przed plutonem egzekucyjnym – spogląda uważnie na nasze twarze, machinalnie robię to samo. Wszyscy czterej, mimo tego, że spodziewali się takiego obrotu spraw wydają się być przytłoczeni tą informacją. Pierwszy dochodzi do siebie Haymitch, jego zamglony na chwilę wzrok, jakby przytomnieje, a w głosie słychać pewność:
– Kiedy tutaj szliśmy, powiedział pan, że ma pan dla nas dwie wiadomości. To była pierwsza, czekamy na drugą – w tej właśnie chwili dochodzi do mnie paradoks całej sytuacji. Rozmawiają o swojej śmierci w pełni pogodzeni z sytuacją. Nie walczą, nie szukają rozwiązań, czekają na nią – jakże odmiennie od czasów rewolucji, gdy czyhała na każdym kroku, a wszyscy byliśmy zdeterminowani przeżyć.
– Dostałem dziś rano spis osób, które zgłosiły się do plutonu egzekucyjnego. Lista nie jest długa, ale jedno nazwisko powinno państwa zaciekawić
– Mianowicie? – Peeta odzywa się po raz pierwszy, jego spokojny głos jest tak różny, od tego, jakim rozmawiał ze mną.
– Zack Karel – coś to panom mówi? – dłoń Peety zaciska się nagle na moim kolanie. Wiem, że w ten sposób odreagowuje to, co usłyszał, bo i mnie mrozi ta informacja
– Nie zgadzam się – Hoult reaguje natychmiast – nie może pan do tego dopuścić – kontynuuje, podnosząc głos.
– Wiem i już został usunięty z listy. Na szczęście to było łatwe – nie jest wojskowym, a istnieje przepis, że w plutonie egzekucyjnym mogą być tylko wojskowi. Niemniej… Panie Mellark, wiem, że to trudne, ale ten chłopak jest dla pana gotów na każde głupstwo. On zamierzał… Wydawało mu się, że jeśli strzeli wystarczająco szybko do kogoś z plutonu, to przerwą egzekucję, a to da wam czas na ucieczkę, lub inny ratunek. To raczej mało realne, a przy okazji sam też by zginął. Jeśli da pan radę – proszę z nim porozmawiać. Mnie nie słucha, co więcej – nawet groźba zwolnienia ze służby u prezydenta, którą zastosował pana kuzyn, chyba nie uświadomiła mu do końca powagi sytuacji… – przerywa na chwilę. Peeta zastanawia się nad czymś, nie odzywa się, więc mężczyzna kontynuuje:
– Dobrze, tymczasem panowie, pora się przygotować. Samochód, który zawiezie panów do sądu, będzie zaraz gotowy, a panna Everdeen i ja dojdziemy tam pieszo.

Bierze w rękę czarną, skórzaną aktówkę, coś w niej jeszcze sprawdza przed wyjściem i kiedy już zamierzam wyjść, kiedy Peeta ostatni raz całuje mnie w usta, adwokat mówi coś, co na zawsze pozostanie w mojej pamięci:

– Panowie, nie daliście mi za dużego pola manewru w waszej obronie. Przyznanie się do winy praktycznie zamknęło wszystkie możliwości i kruczki prawne, jakie mogłem wykorzystać. Jednak… Mimo wszystko nie zamierzam się poddać – wyrok jeszcze nie zapadł, możecie jeszcze próbować się bronić, a ja z całego serca obiecuję, że zrobię wszystko, by wam w tym pomóc.
– Ale my nie zamierzamy – przerywa mu Haymitch, ściskając jego dłoń. – Wiele miesięcy temu podjęliśmy bardzo określone ryzyko i każdy z nas miał świadomość, czym to grozi. Kiedy okazało się, że jednak nie byliśmy tak ostrożni, jak sądziliśmy, przemyśleliśmy wszystkie możliwości i podjęliśmy jedną, wspólną decyzję. Chcieliśmy bronić jednego idioty, który zrobił wszystko, by się nam to nie udało i dopiął swego. Ale cóż – to była jego decyzja, a ja, jako jego mentor, mogę mieć tylko żal do siebie, że za mało go nauczyłem, że nie pokazałem mu, jak cenne jest życie i że jeśli ktoś się dla ciebie poświęca, to należy to docenić i uznać, a nie ginąć razem z nim. Teraz, w chwili śmierci, będzie mieć przed oczami swoją piękną narzeczoną – zerka na mnie i, zaskakująco, lekko się uśmiecha. – Pięknie wyglądasz, skarbie – podchodzi powoli do mnie i mocno mnie przytula. – To był zaszczyt… Bycie twoim mentorem to był prawdziwy zaszczyt – całuje mnie w czoło i chce odejść, ale ja mocno przywieram do niego.
– Byłeś dla mnie jak ojciec – łzy znów płyną z moich oczu, a Haymitch ociera je szybko kciukiem.
– Nie czas na to, skarbie – w jego głosie wyraźnie słychać wzruszenie, widać moje słowa zrobiły na nim wrażenie. – Chcę zapamiętać cię uśmiechniętą. Albo choćby poważną, albo nawet obrażoną na cały świat, ale nie płaczącą.

Przytulam jeszcze raz każdego z nich, na ustach Peety składam przelotny pocałunek, a on mocno mnie od siebie przygarnia.
– Katniss – szepcze – proszę…
– Nie, Peeta – mówię stanowczo – nie proś o to więcej.

Kiedy wychodzimy na zalaną słońcem ulicę, dochodzi do mnie, jak wiele kosztowały mnie ostatnie minuty. Idziemy powoli uliczką w kierunku wejścia do sądu, a ja w końcu mam czas zadać to najważniejsze w dniu dzisiejszym pytanie:
– Udało się? – spoglądam niepewnie w stronę adwokata, w uszach słysząc jak wali mi serce w oczekiwaniu na odpowiedź.
– Tak – odpowiada krótko, jakby wiedział, że to muszę najpierw usłyszeć, a po chwili dodaje – Trzynastka jest gotowa na przyjęcie gościa, choć pani burmistrz nie była zachwycona, ale niewiele mogła zrobić w obecnej sytuacji. Będzie dobrze, panno Everdeen. Poradzi sobie pani, jestem tego pewien.
– Oby – mówię tylko, bo pod budynkiem sądu już czekają dziennikarze.

149. Było nas czterech

Witamy ciepło,
Czas mija szybko, wakacje, które nie tak dawno zaczynaliśmy spotkaniem w Krakowie, już dobiegły końca, ale Katniss i Peeta nadal będą u Was gościć 🙂
Czekamy na komentarze, życzymy miłego czytania i informujemy, że następna notka – w czwartek..
Pozdrawiamy,
A & A.

Przestronna sala z trzema rzędami podłużnych, prostych, drewnianych ławek bez oparcia, wypełniona jest po brzegi ludźmi. Wysokie białe ściany bez żadnych ozdób i okien, zwieńczone monumentalnym, zdobionym dziwnymi rzeźbami sufitem, przytłaczają mnie. Siadam na wcześniej przygotowanych dla nas miejscach, tuż za ławą oskarżonych, mocno owijam się skórzaną kurtką taty. Na zewnątrz jest upał, ale tu – na szczęście – jest chłodno, a zapach tej skóry daje mi jakieś poczucie stabilności. Po przeciwnej stronie jakiś mężczyzna ubrany w prosty, czarny garnitur i białą koszulę z wąskim niebieskim krawatem, rozkłada na stole przed sobą jakieś akta. Teczek jest dużo, zaskakująco wręcz dużo, biorąc pod uwagę, że ponoć byli ostrożni, zamaskowani, że wszystko było dobrze zaplanowane. Ta ilość dokumentów zasmuca mnie jeszcze bardziej i widzę, że Johanna reaguje podobnie. Na dodatek obie zastanawiamy się gdzie są Peeta i Paul. Obydwaj wyszli gdzieś z samego rana, nie informując nas o niczym i nadal ich nie ma.

Proces ma zacząć się punktualnie o 11, więc dwie minuty wcześniej wprowadzają ich na salę. Są skuci kajdankami zarówno na rękach, jak i na nogach. Serce mi się łamie na widok ich twarzy, ale jeszcze większy ból sprawia mi rysujący się na nich wyraz. Oni już pogodzili się z wizją śmierci, a przy tym równocześnie są zdeterminowani zabrać określone tajemnice ze sobą do grobu. Skupiona na ich wyprostowanych plecach, nawet nie zauważam, kiedy zjawia się Peeta i siada obok. Ubrany jest w czarny, idealnie dopasowany do jego sylwetki, kombinezon, golf szczelnie opina i niemal całkowicie zakrywa mu szyję. Przez moment na myśl mi przychodzi, że już ubrał się w żałobne barwy, na znak solidarności z naszymi przyjaciółmi, ubranymi w pomarańczowe stroje. Spoglądam na niego z niemym pytaniem, ale nie odpowiada mi, tylko bierze mnie za rękę i delikatnie całuje jej wnętrze. W tym samym momencie na salę wchodzi jakiś mężczyzna. Wszyscy wstają, co jest sygnałem, że to on wyda wyrok.

Prokurator bardzo długo rozprawia o tym, jak Hoult, Connor i Haymitch, pod osłoną nocy, w ciemnej uliczce, w okolicy dobrze znanego miejsca spotkań kapitolińskich obywateli, zaatakowali i zastrzelili syna byłego prezydenta, pana Corionalusa Snowa juniora. O tym, jak nabój został wyjęty z ciała denata, ale po zaskakująco dużych przeszkodach, śledztwo utknęło, a potem zostało zamknięte. Potem informuje wszystkich, że na wyraźne żądanie Zwycięzcy, będącego obecnie w randze doradcy prezydenta, śledztwo w tej sprawie zostało wznowione. Po ponownych testach, baza danych – jakże zaskakująco – wskazała na broń wydaną jednemu z członków bezpośredniej ochrony prezydenta, który już wówczas bez trudu został zidentyfikowany. A równolegle, dzięki ciężkiej, sukcesywnej pracy policji, odnaleziono świadka tej zbrodni. Mężczyznę, który ze względu na pogorszenie się sytuacji finansowej, musiał przeprowadzić się do kamienicy obok tamtej uliczki. I to właśnie on, wracając ze sklepu nocnego z butelką mleka, spostrzegł pięciu zamaskowanych mężczyzn dokonujących okrutnego aktu przemocy.

Pierwsze, co zauważam, to gruby brzuch wystający spod naciągniętej do granic możliwości kolorowej koszuli w delfinki. Do tego wymięte spodnie, spłowiała, wyświecona marynarka i błyszcząca w świetle lamp łysina – tak najkrócej można opisać tego mężczyznę. Podchodzi powoli do stojącej na środku sali barierki, zza której ma odpowiadać na pytania przesłuchujących go ludzi. Ale zanim do niej dociera, zbliża się do kobiety siedzącej na jednej z ławek. Ma bardzo ładną twarz, okoloną kruczoczarnymi włosami, spływającymi delikatnymi falami na plecy i ramiona. Wzrok ma skupiony na mężczyźnie, który właśnie całuje ją w rękę. Obok niej siedzą dwie dziewczynki – jedną rozpoznaję od razu, druga, młodsza, mocno wtula się w ramię – jak się domyślam – matki i jej twarz jest dla mnie niewidoczna. Kate Neve, bo to ona jest tą starszą dziewczynką, z dziwnym wyrazem twarzy spogląda na Peetę i na mnie. Na jej twarzy gości smutek i żal, ale nie podejmuję się zgadywać, czy powodem jest sprawa, w której toczy się proces, czy coś innego. Jestem prawie pewna, że wpatruje się w nasze splecione dłonie…

Przesłuchanie rozpoczyna się…
– Co dokładnie widział pan tamtej nocy? – prokurator, oparty lekko o stół z papierami, zwraca się do mężczyzny w przyciasnej koszuli.
– Szedłem do sklepu po mleko. Na rogu ulic minęło mnie pięciu zamaskowanych, ubranych na czarno mężczyzn. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jacyś nowi strażnicy, szli tak pewnie, wojskowym krokiem. Kiedy zrobiłem zakupy i wracałem do domu, znów ich zobaczyłem. Mijałem taką alejkę, w której znajduje się bu…, znaczy się klub dla bogatych ludzi i kątem oka dostrzegłem, że jeden z nich trzyma w ręku pistolet i mierzy do kogoś. O czymś rozmawiali, ale bardzo cicho, niczego nie mogłem usłyszeć, ale bałem się, że mnie zobaczą, że usłyszą jak idę, więc stałem tylko i czekałem na rozwój wypadków. I w pewnym momencie padł strzał, ale nie strzelił ten co trzymał broń, tylko inny. Wtedy już się nie zastanawiałem, tylko uciekłem bardzo szybko. Bałem się, że i mnie zastrzelą.
– W pełni pana rozumiem – prokurator uśmiecha się z wyrozumiałością, jakby chciał dodać mężczyźnie otuchy. – Czy byłby pan w stanie rozpoznać tamtych  mężczyzn?
– Tak – łysiejący mężczyzna rozgląda się po sali, a Peeta zaczyna kaszleć, jakby się zakrztusił – już to nawet zrobiłem.
– A kiedy pan to zrobił? – dopytuje prokurator.
– Pierwszego z nich, tego co strzelał, rozpoznałem już jakiś czas temu. A tych dwóch pozostałych panów skojarzyłem po zdjęciu w gazecie i od razu zgłosiłem to policjantom.
– Czy jest pan w stanie podać tożsamość dwóch pozostałych mężczyzn?
– Niestety nie – mężczyzna wydaje się być wyraźnie zawiedziony.
– A opisać ich?
– Było ciemno, oni stali najdalej ode mnie… Nie wiem, może jakbym ich zobaczył…
– Oczywiście, dziękuje panu bardzo – uśmiecha się ciepło prokurator, a Peeta krztusi się coraz bardziej. – Nie mam więcej pytań.
Wynajęty przez nas adwokat powoli wstaje, ukradkiem spoglądając na kaszlącego Peetę, gdy ja po cichu sugeruję narzeczonemu, żeby wyszedł z sali. Prawnik podchodzi powoli do przesłuchiwanego mężczyzny, chwilę mu się przygląda, a w końcu zaczyna go pytać.
– Proszę mi powiedzieć, od jak dawna mieszka pan w obecnym mieszkaniu?
– Jakiś rok – odpowiada tamten.
– A dlaczego musiał pan tam zamieszkać?
– Czy to ma związek ze sprawą? – przerywa prokurator, ale adwokat przenosi tylko wzrok na sędziego, lekko kiwając głową. Ten również potakuje, zezwalając na kontynuację wątku. Na twarzy świadka widzimy wyraźną niechęć, ale po chwili odpowiada:
– Po tym jak Paul Mellark, obecny prezydent, zmienił zasady dystrybucji produktów z Trzeciego i Czwartego dystryktu, moja firma splajtowała. Z powodu braku pieniędzy, musiałem się przenieść do tej nory.
– Rozumiem – odpowiada adwokat, podnosząc lekko głos, bo kaszel Peety staje się coraz bardziej denerwujący i głośny. – A czy nie jest to przypadkiem taka pana forma odwetu na prezydencie? Oskarżenie o zbrodnię osób blisko z nim związanych?
– No wie pan! Ja tu pod przysięgą zeznaję! – zarzeka się mężczyzna, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Peety, który przyciągnął uwagę wszystkich na sali. – Naprawdę ich rozpoznałem.
– Od kiedy pan nie pije? – pytanie jest szybkie i wytrąca świadka z równowagi.
– Od pół roku nie miałem alkoholu w ustach – odpowiada poirytowany i ponownie spogląda na Peetę. Ja też na niego patrzę, to, co się z nim dzieje jest wybitnie nienormalne. Mam nadzieję, że za chwilę sędzia każe mu wyjść na korytarz, bo mnie nie chce słuchać.
– I jest pan absolutnie pewien, że tych trzech mężczyzn było tam wtedy? Sam pan zeznał, że byli zamaskowani, a mimo to jakimś cudem ich pan poznaje? Nie jest może tak, że znał ich pan z prasy i telewizji i po prostu przeniósł pan ich wizerunek na tamtych mężczyzn, którzy faktycznie są odpowiedzialni za tamtą zbrodnię?
– Nie – odpowiada twardo mężczyzna – po strzale ściągnęli kominiarki i wtedy zapamiętałem ich twarze – już nie patrzy na adwokata, tylko cały czas na Peetę. Widzę, jak Haymitch powoli się odwraca, jak mruży oczy i wściekłość przechodzi przez jego twarz. Dopiero wtedy dochodzi do mnie, co właśnie robi Peeta. O sekundę za późno. A właściwie o minutę, albo więcej. Przesłuchiwany mężczyzna szeroko otwiera oczy, łapie szybko powietrze, przez co przypomina rybę wyrzuconą na brzeg, a potem macha ręką na prokuratora. Kiedy tamten do niego podchodzi, w skupieniu szepcze mu coś na ucho.

Kolejne minuty biegną bardzo szybko. Prokurator głośno dopytuje, czy mężczyzna jest pewien tego, co właśnie mu powiedział. Paul, z wściekłością wymalowaną na twarzy i zaciśniętą szczęką, milczy i patrzy przed siebie. Haymitch znów obraca się do nas i cicho syczy:
– Wypieprzaj stąd. Ale już.
Peeta nie odpowiada, tylko patrzy poważnie na niego. Connor i Hoult, którzy też na chwilę odwrócili się do tyłu, są zszokowani. Już wiedzą w jaki sposób Peeta postanowił im przeszkodzić w poświęceniu się za niego.
Kątem oka widzę, jak prokurator podchodzi do sędziego i rozmawia z nim krótko. Wreszcie sędzia zwraca się do świadka:
– Czy jest pan absolutnie pewien tego, co pan mówi? Nie chcę pana straszyć, ale jeśli się pan myli, konsekwencje mogą być nie do przewidzenia.
– Tak – odpowiada tamten stanowczo. – Cały czas wiedziałem, czułem, że skądś znam tamtego mężczyznę, ale dopiero teraz to do mnie dotarło. Proszę Wysokiego Sądu, jestem absolutnie pewien, że mężczyzną, który mierzył z broni do Snowa, był Peeta Mellark. On nawet był ubrany tak jak dzisiaj – dopowiada już szeptem, zagłuszanym przez wrzawę na sali.

Dwóch policjantów podchodzi do Peety, zapinają na jego wystawionych w ich stronę nadgarstkach kajdanki. Sędzia z niedowierzaniem spogląda na mojego ukochanego, kiedy pyta:
– Panie Mellark, czy to prawda? Czy kiedykolwiek mierzył pan do Snowa z broni?
– Tak – odpowiada pewnie Peeta. – Tamtej nocy ten gnój dostał to, na co zasłużył. Ale – spogląda na świadka – coś pan źle policzył. Było nas tam czterech, nie pięciu.
Mężczyzna mu nie odpowiada. Drzwi zamykają się za Peetą, kiedy inni policjanci wyprowadzają go z sali, wraz z resztą oskarżonych.
– Uparty gówniarz, zabiję go – klnie pod nosem Haymitch, mijając mnie.