184. Przesyłka

Witamy,

Wiemy, że dawno nic nie publikowałyśmy, ale i tak Was kochamy bardzo (dlatego wracamy, nie porzucamy Was ani na chwilę, nawet jeśli sprawiamy takie wrażenie :() i wierzymy, że Wy nas też i wrócicie nas czytać i komentować 🙂
Następna notka – w kolejnym tygodniu 🙂

Pozdrawiamy,
A & A

—–

Wracam powoli do domu. Jest trzecia w nocy, dość chłodno, na ulicach pusto. To jeden z niewielu momentów w trakcie doby, kiedy mogę po prostu się przejść – bez wianuszka zaczepiających mnie osób, bez obserwatorów. Jednak dopiero przed momentem skończyliśmy z Paulem omawiać bieżące sprawy, w tym epidemię ospy wietrznej w Szóstce i jestem bardzo zmęczony. Nie pomaga mi też to, że znów nie widuję się z Katniss. Gdy dwa miesiące temu wróciliśmy do domu, przez krótką chwilę wydawało mi się, że będziemy częściej razem, ale szybko się to zmieniło. Dziś ja jestem w Kapitolu, a Katniss i Johanna – w Czwórce. Wizytują dystrykt, a przy okazji odwiedzają także Annie i Nathaniela. Z kolei już pojutrze z Paulem wyruszamy do Trzynastki… Nie wiem nawet kiedy znów zobaczę żonę.

Niewielka winda dowozi mnie na piętro. Ledwie żywy ze zmęczenia idę prosto pod prysznic. Ostatnie co widzę przed zaśnięciem, to elektroniczny zegarek na szafce nocnej wskazujący 3:50 w nocy. Nie zostało mi wiele czasu na odpoczynek – od rana mam już zaplanowane spotkania, a dwie niezagodpodarowane jeszcze godziny prawdopodobnie bardzo szybko wypełnią się niecierpiącymi zwłoki sprawami.

Natarczywy dźwięk boleśnie wibruje mi w uszach. Mija kilkanaście sekund nim orientuję się, że to telefon. Wyrwany ze snu, ze słodkich objęć Katniss sądziłem, że to piec w Dwunastce znów się zepsuł. Z na wpół zamkniętymi oczami podnoszę słuchawkę tego przeklętego urządzenia.

– Halo – charczę rozespany, przez zaschnięte gardło.

– Peeta? – głos po drugiej stronie zaskakuje mnie. – Peeta, to ty?

– Mhm – mruczę, powoli podnosząc się do pozycji siedzącej. Przecieram oczy, wreszcie udaje mi się skupić wzrok. Na zegarku jest 5:45 – miałem jeszcze dobrą godzinę snu przed sobą.

– Obudziłem cię? – dopytuje Haymitch.

– Taaa – o tej porze i ledwie dwóch godzinach snu nie stać mnie na więcej.

– Wybacz – odchrząkuje. – Elizabeth jest chora, nie było sensu siedzieć w domu, przyszedłem do pracy wcześniej.

– I po to dzwonisz? – niemal przerywam mu poirytowany. Może powinienem zapytać na co choruje jego córka, ale nie mam siły, tym bardziej, że mam wrażenie, że i mnie coś dopada.

– Nie – odpowiada zmieszany. – Dzwonię zapytać co jest w tej dużej skrzyni, którą mi przysłaliście. Nie mam w biurze odpowiednich narzędzi żeby ją otworzyć, musiałbym wzywać kogoś z miasteczka. I… – na chwilę zawiesza głos – w sumie chciałem zapytać, czy muszę ją pilnie otwierać, czy wystarczy jak poczeka jeszcze dwa dni. To jakieś dokumenty, czy…

– Poczekaj – przerywam mu. – Jaka skrzynia?

– No ta duża, drewniana, z godłem Panem. Z kartki od sekretarki wynika, że ktoś dostarczył ją wczoraj późnym popołudniem, kiedy mnie już nie było. Z zaznaczeniem, że to ma trafić do moich rąk, więc Martha zgodziła się na wstawienie jej do gabinetu. 

– Nic ci nie przysyłałem, Paul też nic nie wspominał. Przyznam, że nie wiem o czym mówisz – odpowiadam mu lekko zmieszany, usiłując sobie przypomnieć, czy na pewno o czymś nie zapomniałem. Może jest jakaś okazja – czyjeś urodziny, albo rocznica i Johanna wysłała prezent? Ale raczej wysłałaby go na adres domowy, nie do ratusza… A może…

– Peeta – mentor jest coraz bardziej poirytowany – ja pytam poważnie.

– Ja też – odpowiadam mu coraz bardziej zdenerwowany. – Haymitch, naprawdę nie mam pojęcia kto ci wysłał jakąś skrzynię. Może to jakiś prezent niespodzianka? 

Nagle w Dwunastce zapada cisza. Po dłuższej chwili słyszę dziwne dźwięki, jakby bardzo ciche szepty. Wytężam słuch próbując cokolwiek zrozumieć, ale nie udaje mi się. Natomiast przeraża mnie głos Haymitcha, który pyta mnie: 

– Słyszysz to?

– Coś słyszę, ale nie rozumiem – obudziłem się już i ubieram się trzymając słuchawkę ramieniem.

– To brzmi jakby ta skrzynia mówiła. Albo raczej  raczej szeptała – w głosie Haymichta słyszę mieszankę niedowierzania i… chyba strachu. A to nieczęsta u niego emocja, dlatego tym bardziej przeraża.

– Haymitch, ja nie rozumiem, powiedz mi natychmiast co słyszysz! Jestem już w pełni ubrany, dni na arenie, a potem ostatnie lata spędzone w różnych zakątkach Panem nauczyły mnie jednego – ufać swojemu przeczuciu. Czuję, że coś jest nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Przeciągający się brak odpowiedzi tylko podsyca niepokój. 

– Haymitch, odezwij się!

– To brzmi jak „Kaaatnissss, Katnissss” – szepcze Haymitch, a tle słyszę trzask zamykanych drzwi.

– Wyjdź z gabinetu! – reaguję natychmiast, choć czuję, że cała krew odpłynęła mi z twarzy.

– Właśnie to zrobiłem, Peeta.

– Pod żadnym pozorem nie wchodź tam i czekaj na telefon. Najlepiej zabarykaduj drzwi!- rzucam krótko i się rozłączam. Biegiem pokonuję drogę do pałacu. Po plecach cieknie mi pot, jednak nie z powodu fizycznego zmęczenia, które jest żadne, a z panicznego strachu, sięgającego moich trzewi. Ten dźwięk, który słyszałem w słuchawce w połączeniu z imieniem Katniss… Nigdy tego nie zapomnę. Boję się przełknąć ślinę, aby nie usłyszały mnie te białe, czworonogie jaszczury niosące tylko śmierć.

Z hukiem otwieram drzwi pałacu prezydenckiego, wymijam ochronę, która chyba widzi w jakim jestem stanie, bo rozstępuje się przede mną bez słowa.

– Paul! Paul! – krzyczę na całe gardło, słysząc tylko jak mój głos niesie się echem po pogrążonym we śnie Pałacu Prezydenckim.